swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Czasem wygrywasz, a czasem się uczysz

Czasem wygrywasz, a czasem się uczysz

Zobacz na swiatebookow.pl

35,91 zł

Autor: John C. Maxwell

Kategoria: rozwój osobisty

Wydawnictwo: MT Biznes

ISBN: 978-83-7746-393-2

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Na podstawie blisko pięćdziesięciu lat doświadczeń przywódczych dr Maxwell kreśli mapę sukcesu. Prowadzi ona przez jedenaście punktów, które wpisują się w DNA ludzi zdolnych odnosić sukcesy w obliczu problemów, porażek i strat:

Pokora – duch nauki

Fakty – fundament nauki

Odpowiedzialność – pierwszy krok nauki

Doskonalenie się – zasadniczy cel nauki

Nadzieja – motywacja do nauki

Przyswajanie wiedzy – ścieżka nauki

Przeciwności losu – katalizator nauki

Problemy – okazja do nauki

Złe doświadczenia – perspektywa sprzyjająca nauce

Zmiana – cena nauki

Dojrzałość – wartość nauki

W chwilach słabości nauka przychodzi z trudem. Gdy coś idzie nie tak, potrzeba nie lada samodyscypliny i siły woli, by ujrzeć w porażce możliwości oraz wiedzę, jaką ona ze sobą niesie. Dzieje się tak, ponieważ samo doświadczenie porażki nie jest cenne – największą wartość osiągniesz wtedy, gdy poddasz je analizie i wyciągniesz wnioski.

Gdy tylko poznałem Johna Maxwella, od razu wiedziałem, że wyznajemy te same wartości. Jemu zależy na ludziach, stara się im pomóc. Do skuteczniejszych form takiej pomocy zalicza się przekazywanie ludziom wiedzy o tym, jak można przezwyciężyć porażki i przeciwności losu. Opanowanie tej umiejętności spowodowało, że moje życie zupełnie się odmieniło. Dzięki lekturze książki Czasami się wygrywa… a czasami można się czegoś nauczyć ty również przyswoisz sobie tę cenną umiejętność. Gorąco polecam tę książkę.
- Ben Carson, M.D.,neurochirurg dziecięcy i autor bestsellerów America the Beautiful oraz Cudowne ręce

Tytuł oryginału: ARE YOU HAPPY NOW? 10 Ways to Live a Happy Life

Przekład: Magda Witkowska

Redakcja: Anna Żółcińska

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Projekt okładki: Radosław Krawczyk

Skład: Shift-Enter

Copyright © Barbara Weitzen Berger 2006

All rights reserved.

Copyright © 2013 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

All rights reserved. This Licensed Work published under license

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2014


MT Biznes sp. z o.o.

ul. Oksywska 32, 01-694 Warszawa

tel./faks (22) 632 64 20

www.mtbiznes.pl

sekretariat@mtbiznes.pl

ISBN 978-83-7746-810-4 (format e-pub)

ISBN 978-83-7746-556-1 (format mobi)

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Rozdział 1.
Przegrana bardzo boli

Mój przyjaciel Robert Schuller zapytał kiedyś: „Co próbowałbyś osiągnąć, gdybyś wiedział, że na pewno ci się uda?”. To naprawdę ważne, inspirujące pytanie. Słysząc je, ludzie zaczynają marzyć. Odnajdują w sobie motywację do osiągania celów i podejmowania większego ryzyka.

Chciałbym jednak zadać inne, równie ważne pytanie: „Czego się uczysz, kiedy coś ci się nie udaje?”.

Ludzie chętnie opowiadają o swoich marzeniach, ale mówienie o niedociągnięciach przychodzi im z trudem. Nie lubimy wspominać swoich błędów i porażek ani myśleć o tym, co straciliśmy z własnej winy. Wstydzimy się niepowodzeń. Gdy coś nam się nie udaje, zwykle pocieszamy się banalnymi stwierdzeniami typu: „Raz na wozie, raz pod wozem”. To powiedzenie zawiera przesłanie: „Trzeba liczyć na sukces, liczyć się z przegraną i akceptować to, co przynosi życie”.

Cóż w tym złego? Otóż nie tak myślą prawdziwi zwycięzcy!

Ludzie sukcesu podchodzą do porażek inaczej. Nie próbują zamiatać ich pod dywan. Nie uciekają od swoich strat. Nie zakładają, że raz się wygrywa, a innym razem się przegrywa. Wychodzą z założenia, że raz się wygrywa, a innym razem można się czegoś nauczyć. Zdają sobie sprawę z tego, że najcenniejszą wiedzę czerpie się właśnie z niepowodzeń – o ile tylko odpowiednio się do nich podchodzi.

Naprawdę dotkliwa porażka

Doświadczyłem w życiu wielu sukcesów, ale miałem też okazję poznać gorycz porażek. Czasami coś mi się nie udawało nie z mojej winy, ale nieraz sam sprowadzałem na siebie kłopoty, ponieważ dokonywałem złych wyborów i popełniałem głupie błędy.

Szczególne głupstwo zrobiłem 12 marca 2009 roku. Chciałem przejść przez kontrolę bezpieczeństwa na jednym z dużych lotnisk, ale zapomniałem, że mam w teczce broń. Złamałem w ten sposób przepisy prawa federalnego. Nigdy w życiu nie postąpiłem aż tak głupio. Oto, jak do tego doszło.

W poprzednią sobotę byłem w Birmingham w stanie Alabama. Przemawiałem tam w Church of the Highlands. Kościół ten tworzy grupa wspaniałych ludzi pod przewodnictwem Chrisa Hodgesa. Chris to mój dobry przyjaciel, członek zarządu organizacji non profit o nazwie EQUIP, którą założyłem, by przekazywać ludziom na całym świecie wiedzę na temat przywództwa. Chris współpracuje z fantastycznymi ludźmi, tamten weekend spędziłem naprawdę bardzo
miło.

Udając się na tego typu spotkania, bardzo często korzystam z oferty lotów komercyjnych. Jeśli jednak mam przemawiać gdzieś niedaleko i jest szansa, że będę mógł wrócić na noc do domu i spać we własnym łóżku, zwykle decyduję się na podróż prywatnym samolotem. Właśnie tak było w przypadku tamtego wyjazdu do Chrisa do
Birmingham.

Już miałem wsiadać do samolotu, gdy przyjaciel Chrisa, który przywiózł nas na lotnisko, wręczył mi prezent: pistolet beretta.

– To dla Margaret – powiedział. – Żeby czuła się bezpiecznie, kiedy podróżujesz.

Mam wielu przyjaciół, którzy znają się na broni. Niektórzy z nich polują. Mnie zresztą też zdarzyło się parę razy wybrać z nimi na polowanie. Strzelałem i z wiatrówki, i z karabinu, ale w sumie na broni się nie znam. Mówiąc zupełnie szczerze, ta kwestia niespecjalnie mnie interesuje. Nie zaliczam się ani do zwolenników, ani do przeciwników broni. Zwykle w ogóle o tym nie myślę. Nie jestem biegły w kwestiach technicznych. Wiedziałem jednak, że ofiarodawca chciał dobrze, więc przyjąłem prezent i włożyłem pistolet do teczki.

Po lądowaniu pilot zwrócił uwagę na pistolet i skomplementował go. Zapytał:

– Umie go pan naładować?

– Nie mam o tym pojęcia – odpowiedziałem.

– To może zrobię to za pana – zaproponował.

Naładował pistolet, zabezpieczył go i mi go oddał, a ja włożyłem go do teczki i pojechałem do domu.

Wkrótce zapomniałem o całej sprawie.

Przez kilka kolejnych dni miałem mnóstwo rzeczy na głowie. Zbliżało się zaplanowane wystąpienie przed sporą grupą słuchaczy w Dallas, przygotowania całkowicie mnie pochłonęły. W pewnym momencie podczas pracy w mojej głowie pojawiła się myśl: Muszę pamiętać, żeby wyjąć ten pistolet z torby. Akurat jednak coś pisałem i zupełnie dobrze mi szło, więc nie chciałem sobie przerywać. Pomyślałem więc: Zrobię to później.

Czas płynął. W moim życiu sporo się działo. Cały czas pracowałem. Zanim zdążyłem się zorientować, nastał czwartkowy poranek i pojechałem na lotnisko.

Czytelnicy w moim wieku pamiętają być może kreskówkową postać Pana Magoo. Co chwila stykał się z jakimś niebezpieczeństwem, ale zawsze wychodził z opresji cało i zdrowo. Niektórzy przyjaciele tak mnie właśnie nazywają, Pan Magoo. (Młodsi czytelnicy nie pamiętają być może Pana Magoo, ale znają Forresta Gumpa. Mam przyjaciół, którzy chętniej nadają mi ten właśnie przydomek).

W tamten czwartek przeżyłem najgorszą z przygód Pana Magoo. Skierowałem się prosto do kontroli bezpieczeństwa i położyłem teczkę na pasie transmisyjnym. Już miałem przechodzić przez wykrywacz metali, gdy nagle przypomniałem sobie o pistolecie.

W panice wypaliłem: „Tam jest broń! Tam jest broń!”.

To była jedna z najgłupszych rzeczy, jakie w życiu zrobiłem. Czułem się jak idiota. Jakby tego wszystkiego było mało, wszyscy ludzie pracujący przy bramkach mnie znali. Znał mnie również operator skanera. Ten ostatni powiedział: „Panie Maxwell, bardzo mi przykro, ale będę musiał to zgłosić”. Naprawdę mnie to nie zaskoczyło. Wszyscy na chwilę przerwali pracę, pas transmisyjny został zatrzymany, a mnie wyprowadzono w kajdankach.

Okazało się, że zna mnie także szef służb bezpieczeństwa, który sporządzał raport w mojej sprawie. Przez godzinę zachowywał się oficjalnie. Gdy jednak zakończył wszystkie czynności służbowe, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział:

– Uwielbiam pańskie książki. Gdybym wiedział, że się spotkamy, przyniósłbym jedną, żeby mi ją pan podpisał.

– Jeśli wybawi mnie pan z kłopotów, do końca życia będę panu przysyłać książki z autografem – odparłem.

Znał mnie także człowiek, który robił mi zdjęcie do policyjnej kartoteki. Gdy przyprowadzono mnie do niego, zapytał:

– Panie Maxwell, co pan tu robi?

Zdjął mi kajdanki i powiedział funkcjonariuszowi, że nie będą potrzebne.

Chyba nie muszę dodawać, że się nie uśmiechałem, kiedy robił mi zdjęcie.

Szacowanie strat

Natychmiast po zwolnieniu za kaucją spotkałem się z prawnikiem, który powiedział:

– Najważniejsze, żeby ta sprawa nie nabrała rozgłosu.

– To niemożliwe – odparłem i opowiedziałem mu o ludziach, którzy mnie rozpoznali podczas przygody na lotnisku. Zgodnie z moimi przewidywaniami już wieczorem wszyscy o tym wiedzieli. Chciałem poinformować fanów z wyprzedzeniem, aby zminimalizować straty dla mojego wizerunku, więc jeszcze zanim wiadomość pojawiła się w mediach, zamieściłem na Twitterze następujący wpis: Encyklopedyczny przykład głupoty: Dostać broń w prezencie. Zapomnieć o niej. Pojechać na lotnisko. Naraziłem się ochronie!

W życiu często zdarza mi się zachowywać nieostrożnie. Doskonale wiem, że nie należy przewozić broni w teczce. Gdy tylko została znaleziona, od razu zacząłem strofować się w myślach za ten akt nieroztropności. Do tej sytuacji doskonale pasowały słowa Hugh Prathera: „Czasem pomyłka wydaje mi się aktem zdrady wobec samego siebie. Boję się błędów chyba dlatego, że w głębi duszy uważam się za istotę potencjalnie doskonałą – gdybym tylko uważał, nigdy nie spadłbym z nieba! Tymczasem błąd świadczy o tym, kim jestem naprawdę, wstrząsa mną, przypomina o rzeczywistości. Przypatrując się swoim błędom, mogę się rozwijać”.

Z tego doświadczenia wyniosłem przesłanie o treści: Zachowuj ostrożność. Błędy można zaakceptować pod warunkiem, że nie niosą ze sobą zbyt poważnych konsekwencji. Jak to się mawia w Teksasie: „Nieważne, ile mleka się rozlało, ważne, by nie stracić krowy”.

Moim zdaniem wszyscy w każdej chwili jesteśmy o krok od popełnienia głupstwa. Z powodu opisanego zdarzenia mogłem „stracić krowę”. Nikt z nas nie jest aż tak perfekcyjny, żeby nie zdarzyło mu się od czasu do czasu zrobić czegoś głupiego. A wtedy w jednej chwili można stracić coś, co budowało się przez całe życie. Po przygodzie z bronią na lotnisku mogłem tylko liczyć na to, że chwilowe roztargnienie nie zniszczy mojej reputacji, na którą pracowałem tyle lat.

Na szczęście gdy historia trafiła do szerszego obiegu, moi przyjaciele od razu zaczęli zgłaszać się do mnie z wyrazami wsparcia. Wiedziałem, że ludzie będą dopytywać o to zdarzenie, więc czym prędzej zamieściłem na swoim blogu – JohnMaxwellonLeadership.com – wpis zatytułowany „Stupid Is as Stupid Does”[1]. Post spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem. Słowa otuchy i zapewnienia o modlitwach w mojej intencji podniosły mnie na duchu.

Część moich przyjaciół wykorzystała tę okazję, żeby sobie ze mnie pożartować. Gdy pojechałem wygłosić wykład w Kryształowej Katedrze w Garden Grove Gretchen Schuller powiedziała: „John, ochrona będzie cię chciała obmacać, zanim zaczniesz przemówienie”. Bill Hybels przysłał mi liścik następującej treści: „Żadnego seksu? Żadnego skandalu finansowego? Nuda…”. Angela Williams przysłała mojej asystentce Lindzie Eggers e-mail, w którym napisała: „Powiedz Johnowi, że go podziwiam. Urósł w moich oczach. Wywodzę się z rodziny o wojskowych tradycjach, w której nie brakowało miłośników i miłośniczek broni. Mama Arta została aresztowana na lotnisku w Atlancie w latach 80., bo miała w torbie pistolet à la Clint Eastwood… i też o nim zapomniała”. Jessamyn West zauważyła: „Łatwo wybacza się ludziom ich błędy. Znacznie trudniej, ale też znacznie rozumniej jest zapomnieć im to, że mieli okazję obserwować nasze”.

Potem zaczęły napływać sugestie dotyczące tytułów dla mojej kolejnej książki:

  • Bądź gangsta!
  • 21 praw kontroli bezpieczeństwa
  • 21 bezsprzecznych i absolutnych powodów, dla których nie powinno się zapominać o broni w teczce, gdy jedzie się na lotnisko
  • Przywództwo w wersji gangsterskiej
  • Podróże z bronią

Miałem to szczęście, że sąd odstąpił od rozpatrywania sprawy, a oskarżenie zostało wymazane z mojej kartoteki. Dziś mogę się już z tego śmiać. Właściwie powinienem dodać, że wkrótce po tej historii sporządziłem zalaminowaną tabliczkę, która ma mi przypominać o tym, że w życiu czasem się wygrywa, a innym razem można się czegoś nauczyć. Noszę ją teraz często w teczce (zamiast broni). Po jednej stronie znajduje się okładka „Success Magazine” z kwietnia 2009 roku z moją bardzo udaną podobizną: szeroki uśmiech, niebieski garnitur, postawa sugerująca sukces i pewność siebie. Pół miliona ludzi miało okazję kupić egzemplarz czasopisma, obejrzeć moje zdjęcie i przeczytać o moich sukcesach.

Po drugiej stronie tej tabliczki umieściłem moje policyjne zdjęcie. Zostało zrobione zaledwie dwa tygodnie po tym, jak tamten numer ukazał się w kioskach. Nie uśmiecham się, nie mam na sobie niebieskiego garnituru, jestem za to wyraźnie spocony. Kiepska postawa, niepewność i strach. Człowiek od razu sobie uświadamia, jak niewielka odległość dzieli luksusowe apartamenty od rynsztoka.

Dlaczego porażki są takie bolesne

W życiu tak to już jest, że czasami się wygrywa. Za młodu grywałem w koszykówkę. Zawsze zawzięcie walczyłem. Lubiłem wygrywać, nienawidziłem przegrywać. Mając dwadzieścia parę lat, poszedłem na spotkanie mojego rocznika, podczas którego rozegraliśmy mecz z innymi byłymi zawodnikami. Każdy z nas chciał udowodnić, że nadal może grać na tym samym poziomie. Dość szybko zaczęliśmy walczyć bardzo ostro. Zależało mi na zwycięstwie, więc grałem agresywnie. Powaliłem na podłogę jednego z rywali, który zdenerwował się i krzyknął:

– Daj spokój, to tylko gra!

– To dajcie nam wygrać – odparłem.

Nie jestem z tego dumny, ale moim zdaniem ten przykład doskonale pokazuje, jak bardzo większość z nas lubi smak zwycięstwa. Gdy wygrywamy, nic nas nie boli. Gdy zaś ponosimy porażkę, dokucza nam dosłownie wszystko. Ludzie mówią, że „to tylko gra” tylko wtedy, gdy akurat przegrywają.

Warto sobie przypomnieć to uczucie, kiedy się przegrywa. Nie należy ono do najprzyjemniejszych. Problem stanowi zresztą nie tylko chwilowa przykrość, przegrana bowiem pociąga za sobą również inne kłopotliwe konsekwencje. Oto kilka przykładów.

1. Porażka wywołuje emocjonalny impas

Pisarz i mówca Les Brown mówi: „Dobre czasy odkładamy do kieszeni. Złe czasy zostawiamy w sercu”. Z moich obserwacji wynika, że dokładnie tak to wygląda. Nadal noszę w sercu wspomnienie różnych złych doświadczeń. Ty na pewno też. Niekorzystne zdarzenia poruszają nas zdecydowanie głębiej niż pozytywne, a jeśli jesteś choć trochę podobny do mnie, to być może również u ciebie wywołują one poczucie emocjonalnego impasu.

Ostatnio doświadczyłem czegoś takiego po głupiej pomyłce. Mój przyjaciel Ron Puryear zaprosił mnie do swojego wspaniałego domu nad rzeką w stanie Idaho, żebym mógł zaszyć się tam na kilka dni i rozpocząć pracę nad tą książką. Dom znajduje się w naprawdę przepięknej okolicy, stwarza idealne warunki do refleksji i pisania. Z okien roztacza się cudowny widok na rzekę i porośnięte drzewami wzgórza. Coś niesamowitego! Ponieważ miałem akurat przemawiać w Spokane, Edmonton i Los Angeles (czyli na zachodzie kraju), postanowiłem skorzystać z tego zaproszenia.

Towarzyszyli mi mój zięć Steve i nasz wspólny przyjaciel Mark, ponieważ wybierali się razem ze mną do kanadyjskiego Edmonton. W Spokane w stanie Washington wsiedliśmy do samochodu, który miał nas zawieźć na lotnisko. Steve zapytał: „Wszyscy mają paszporty?”. W tym momencie poczułem wielki ucisk w żołądku. Zapomniałem paszportu!

Nie mogłem po prostu po niego zawrócić. Znajdowaliśmy się na zachodzie kraju, podczas gdy mój paszport pozostał na Florydzie – dzieliły mnie od niego ponad trzy tysiące kilometrów. Za sześć godzin miałem wystąpić w Edmonton. Zrobiło mi się niedobrze. Nie wiedziałem, co mam robić.

Jak to możliwe, żeby człowiek tak zaprawiony w podróżach zagranicznych popełnił tak głupi błąd? Czułem się jak idiota.

Dobre czasy odkładamy do kieszeni. Złe czasy zostawiamy w sercu.

– Les Brown

Wspólnie ze Stevem, Markiem i moją asystentką Lindą przez następne dwie godziny usiłowaliśmy jakoś rozwiązać ten problem. Wraz z każdą kolejną upływającą minutą coraz bardziej uświadamiałem sobie, że oto mam poważny problem. Wiedziałem, że bez paszportu nie zostanę wpuszczony na pokład samolotu lecącego do Kanady. (Pytałem o taką możliwość). Okazało się również, że nawet ekspresem lotniczym nie da się sprowadzić dokumentu w tak krótkim czasie. Żaden z członków mojej rodziny nie był w stanie wsiąść na pokład żadnego z samolotów obsługujących połączenia komercyjne, by dowieźć mi paszport na czas. Wszystko wskazywało na to, że tamtego wieczoru nie będzie mi dane wystąpić na umówionym spotkaniu – że znalazłem się w sytuacji bez wyjścia.

W końcu dzięki wytężonej pracy i kreatywnemu myśleniu znaleźliśmy rozwiązanie. Nasz gospodarz z Edmonton zgodził się przesunąć spotkanie na kolejny wieczór. W tym czasie wynająłem prywatny odrzutowiec, którym mój paszport przyleciał z Florydy do Spokane. W mojej głowie pojawił się absurdalny obraz paszportu, który ktoś sadza jak pasażera na jednym z siedzeń w samolocie. Jak mi wtedy było głupio!

Samolot przyleciał o północy. Wsiedliśmy na pokład i udaliśmy się do Edmonton. Dotarliśmy na miejsce następnego ranka, mogłem więc uczestniczyć w spotkaniach zaplanowanych na ten dzień oraz wygłosić wieczorne wystąpienie. Udało się.

Dobra wiadomość jest taka, że udało mi się rozwiązać problem. Zła wiadomość jest zaś taka, że ten błąd kosztował mnie 20 tysięcy dolarów!

Przez resztę dnia czułem się emocjonalnie wyczerpany. Ciągle zadawałem sobie pytania:

Jak taki doświadczony podróżnik może popełnić taki podstawowy błąd?

Jak bardzo skomplikowałem życie różnym ludziom, przesuwając spotkanie na następny dzień?

Dlaczego nie pomyślałem o tym paszporcie 24 godziny wcześniej, żebym mógł go sprowadzić za kilkaset, a nie za kilkadziesiąt tysięcy dolarów?

Co bym zrobił, gdyby nie udało się znaleźć tego rozwiązania?

Wszystkie te pytania bardzo mnie dręczyły. Próbowałem się od nich uwolnić. Wypiłem mlecznego shake’a (na poprawę humoru), poszedłem popływać, próbowałem się relaksować. Na nic się to wszystko zdało, ponieważ przez cały czas robiłem sobie wyrzuty. Czułem się niewolnikiem własnych nastrojów i emocji.

Zwykle potrafię sobie dość szybko poradzić z błędem czy porażką, tym razem jednak nie bardzo mi się udawało. Nie umiałem uwolnić się od kolejnych pytań w stylu „A co by było gdyby?”, które zresztą sam sobie zadawałem. Teraz już mogę się z tego śmiać, ciągle jednak trochę mi głupio, że zapomniałem czegoś tak podstawowego podczas podróży jak paszport.

Mówi się, że gdyby liniowiec oceaniczny mógł czuć i myśleć, nigdy nie opuściłby portu. Bałby się tysięcy ogromnych fal, z którymi musi się mierzyć podczas podróży. Niepokój i strach to emocje, które działają na człowieka ogłupiająco. Podobnie działają porażki. Potrafią osłabić, uwięzić, sparaliżować, wprawić w rozgoryczenie i wpędzić w chorobę. Aby odnieść sukces, trzeba znaleźć sposób na uwolnienie się z emocjonalnego impasu.

2. Porażka wywołuje poczucie psychicznej przegranej

Strata stanowi nieodłączną część naszego życia, począwszy od momentu, w którym musimy pożegnać się z ciepłem i wygodą łona stanowiącego dla nas bezpieczne schronienie przez pierwsze dziewięć miesięcy naszego istnienia. W dzieciństwie tracimy również luksus całkowitej zależności od naszych matek. Tracimy ulubione zabawki i dni, które możemy poświęcić wyłącznie na zabawę i poznawanie świata. Tracimy przywilej oddawania się nieodpowiedzialnym przyjemnościom młodości. Gdy opuszczamy dom rodzinny i podejmujemy obowiązki dorosłego życia, tracimy ochronę ze strony naszych rodziców. W okresie dorosłości tracimy zaś prace i stanowiska. Nierzadko cierpi też nasze poczucie własnej wartości. Tracimy pieniądze. Tracimy okazje. Umierają nam przyjaciele i członkowie rodziny. O stratach fizycznych, z którymi musimy się pogodzić, gdy przybywa nam lat, wolę w ogóle nie wspominać! Tracimy te i wiele innych rzeczy, aż w końcu musimy się pogodzić z ostateczną stratą – i pożegnać się z życiem. Nie sposób więc zaprzeczyć, że na każdym kroku zmagamy się w życiu ze stratami. Czasem tracimy wiele, kiedy indziej – drobiazgi. Każda strata ma jednak wpływ na stan naszej psychiki. Niektórzy ludzie radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej.

Cechą odróżniającą człowieka sukcesu od tego, który wydaje się niczym od tego pierwszego nie różnić, ale sukcesów nie odnosi, jest zdolność do radzenia sobie z rozczarowaniem i stratą. Strata stanowi wyzwanie, ponieważ często potrafi nas pokonać na płaszczyźnie psychicznej. Zdaję sobie sprawę, że musimy toczyć te bitwy. W takich przypadkach zaczynamy myśleć trochę jak Harry Neale, trener Vancouver Canucks z lat 80. Powiedział on mianowicie: „W zeszłym roku nie udawało nam się wygrać na wyjeździe, w tym roku nie możemy wygrać u siebie. Już nie wiem, gdzie mamy grać”.

Cechą odróżniającą człowieka sukcesu od tego, który wydaje się niczym od tego pierwszego nie różnić, ale sukcesów nie odnosi, jest zdolność do radzenia sobie z rozczarowaniem i stratą.

Przegrana potrafi niestety zawładnąć umysłem człowieka. Pokonuje go, utrudniając mu poszukiwania rozwiązań dręczących go problemów. Z czasem straty się kumulują i stają się coraz większym ciężarem. Użalamy się nad stratami z wczoraj. Obawiamy się strat jutrzejszych. Żal wysysa z nas energię. Na żalu nie da się niczego zbudować. Strach przed przyszłością nas paraliżuje. Przez niego nie możemy się skupić.

Zależy nam na sukcesach, ale powinniśmy ćwiczyć się w sztuce radzenia sobie z porażkami. Można to wyczytać choćby w tekście J. Wallace’a Hamiltona, który na łamach magazynu „Leadership” napisał: „Wzrost liczby samobójstw, przypadków alkoholizmu czy nawet częstotliwości występowania pewnych form załamania nerwowego świadczy o tym, że ludzie uczą się osiągać sukcesy zamiast uczyć się ponosić porażki. Porażka to zjawisko znacznie powszechniejsze niż sukces. Bieda dominuje nad bogactwem. Normą jest raczej rozczarowanie niż osiągnięcie celu”.

W życiu powinniśmy spodziewać się błędów, porażek i strat. Każdemu z nas przyjdzie się zmierzyć z niejednym niepowodzeniem. Powinniśmy wszakże rozprawiać się z nimi na bieżąco, aby się nie kumulowały. Jak powiedział pisarz William A. Ward: „Człowiek, jak most, został stworzony do tego, aby unosić ciężar przez chwilę, nie wytrzyma więc jednorazowego obciążenia masą kumulowaną przez kilka lat”.

3. Porażka powoduje powstanie luki między „powinienem” a „zrobiłem”

Wygrana stanowi początek pozytywnego cyklu. Gdy wygramy, nabieramy pewności siebie. Im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym chętniej podejmujemy odpowiednie działania. A skłonność do przekuwania wiedzy w czyn często przynosi nam sukcesy.

Podobny cykl – tyle że negatywny – może zapoczątkować porażka. Kolejne niepowodzenia mogą pozbawiać nas pewności siebie, zwłaszcza jeśli się kumulują. Gdy tracimy grunt pod nogami, zaczynamy w siebie wątpić. Wahamy się przy podejmowaniu decyzji. Nawet jeśli wiemy, co powinniśmy robić, niechętnie podejmujemy działanie. Jeżeli taka luka powstanie i nie zostanie zamknięta, osiągnięcie sukcesu staje się niemal niemożliwe.

Zastanawiając się nad własnymi porażkami oraz ich wpływem na moje życie, dochodzę do wniosku, że zdarzało im się zapędzić mnie w ślepy zaułek. Innym ludziom też się takie rzeczy przytrafiają. Poniżej wymieniam jedenaście pułapek, w które dajemy się złapać:

  • Pułapka błędu: „Boję się zrobić coś nie tak”. Porażka nas hamuje!
  • Pułapka zmęczenia: „Jestem dziś taki zmęczony”. Porażka pozbawia nas energii.
  • Pułapka porównań: „Ktoś inny ma do tego lepsze kwalifikacje niż ja”. Na skutek porażki czujemy się gorsi od innych.
  • Pułapka złego wyczucia czasu: „To nie jest dobry czas”. Z powodu porażki zaczynamy się wahać.
  • Pułapka inspiracji: „Nie mam teraz ochoty tego robić”. Porażka pozbawia nas motywacji.
  • Pułapka racjonalizacji: „Może to w sumie nie jest takie ważne”. Przez porażkę tracimy perspektywę.
  • Pułapka perfekcji: „Istnieje jeden najlepszy sposób, by to zrobić. Zanim zacznę, muszę go znaleźć”. Pod wpływem porażki zaczynamy w siebie wątpić.
  • Pułapka oczekiwań: „Wydawało mi się, że to będzie proste, ale nie jest”. Porażka uwydatnia trudności.
  • Pułapka sprawiedliwości: „Nie ja powinienem się tym zajmować”. Pod wpływem porażki zaczynamy pytać: „Dlaczego ja?”.
  • Pułapka opinii publicznej: „Co sobie ludzie pomyślą, jeśli mi się nie uda?”. Porażka nas paraliżuje.
  • Pułapka wyobrażenia o sobie: „Jeśli mi się nie uda, wyjdę na kompletnego nieudacznika”. Porażka negatywnie wpływa na nasze postrzeganie samych siebie.

Fundament wszystkich tych pułapek stanowią porażki, a każda z nich powoduje poszerzenie luki między naszą wiedzą a podejmowanym działaniem. Aby odnieść sukces, powinniśmy zamknąć tę lukę.

4. Pierwsza porażka często nie jest tą największą

W chwili, gdy doznajemy porażki, stajemy przed wyborem. Jeżeli odpowiednio zareagujemy, niepowodzenie nie będzie miało dla nas aż tak dużego znaczenia. Jeżeli jednak wybierzemy niewłaściwą drogę lub całkowicie zrezygnujemy z działania, skala porażki będzie rosnąć. W rezultacie możemy ponieść kolejne straty. A każde następne niepowodzenie będzie dla nas coraz bardziej dotkliwe i klęski będą nas zalewać niczym potężna fala sztormowa. Nagromadzenie porażek stopniowo pozbawia nas pewności siebie.

Jeżeli w takiej sytuacji zaczniemy się porównywać z innymi, tylko dolejemy oliwy do ognia – takie porównania rzadko mają bowiem obiektywny charakter. Zwykle porównujemy to, co mamy najlepszego, w szczególności nasze dobre intencje, z tym, co najgorsze u drugiej osoby. Analogicznie porównujemy nasze najgorsze cechy z największymi cudzymi atutami. W ten sposób rozpoczyna się negatywny cykl wewnętrznej rozmowy. Koniecznie jednak powinieneś pamiętać o jednym:

Jesteś najważniejszym człowiekiem, z którym kiedykolwiek przyjdzie ci rozmawiać. Uważaj zatem na to, co sam do siebie mówisz.

Jesteś najważniejszym człowiekiem, którego kiedykolwiek przyjdzie ci oceniać. Uważaj zatem na to, co o sobie myślisz.

Jesteś najważniejszym człowiekiem, którego kiedykolwiek przyjdzie ci kochać. Uważaj zatem na to, co robisz.

Jesteś najważniejszym człowiekiem, z którym kiedykolwiek przyjdzie ci rozmawiać. Uważaj zatem na to, co sam do siebie mówisz.

Nauczyciel jogi i pisarz Kripalvananda powiedział: „Moje drogie dziecko, przestań sobie łamać serce. Robisz to za każdym razem, gdy się oceniasz”. Moim zdaniem w obliczu straty łatwo można się pogrążyć w rozmyślaniach o tym, co mogliśmy lub powinniśmy byli zrobić inaczej. Taki wewnętrzny dialog może przybrać bardzo negatywny charakter. Im bardziej będzie negatywny, tym poważniejsza będzie nam się wydawać porażka. Jeżeli będziemy do siebie przemawiać gniewnym, destruktywnym tonem, w ten sposób wzbudzając w sobie silniejsze poczucie winy, jeszcze bardziej utrudnimy sobie wyrwanie się z zaklętego kręgu.

Będzie nam łatwiej dalej iść przed siebie, jeśli zdołamy pogodzić się z porażką na wczesnym etapie – jeśli nie pozwolimy jej napęcznieć. Nie zawsze łatwo jest ten cel osiągnąć, ale umiejętność tę może opanować nawet ktoś, kto musi się zmierzyć z poważnym niepowodzeniem. Przeczytałem kiedyś o tym, jak po zakończeniu wojny secesyjnej generał Robert E. Lee odwiedził pewną zamożną wdowę mieszkającą w Kentucky. W trakcie wizyty kobieta pokazała mu, co zostało z okazałego niegdyś drzewa po ataku artyleryjskim wojsk Unii. Opowiadała gościowi, jak wielką poniosła w związku z tym stratę. Spodziewała się, że okaże jej współczucie. Tymczasem po dłuższej chwili milczenia generał poradził: „Proszę je ściąć, droga pani, i o nim zapomnieć”[2]. Poradził jej, że powinna żyć dalej. My również powinniśmy się nauczyć, jak żyć dalej w pozytywnym duchu.

5. Porażka zawsze nas zmienia

Trenerzy drużyn sportowych żyją w świecie wygranych i porażek. Legendarny trener futbolu amerykańskiego Knute Rockne zażartował kiedyś: „Jedna porażka jest dobra dla duszy. Nadmiar porażek szkodzi jednak trenerowi”. Wieloletni menedżer drużyn pierwszoligowych Paul Richards powiedział: „Jeśli po przegraniu 10 z 12 meczów ktoś mówi, że morale w klubie pozostaje na dobrym poziomie, to należy wątpić w jego inteligencję”. Oczywiście nie trzeba być trenerem ani uprawiać sportu drużynowego, aby czuć skutki porażki.

Do dziś pamiętam pewne spotkanie sprzed wielu lat. Występowałem wówczas w roli doradcy i próbowałem pomóc mężczyźnie, który stracił kontakt z bratem. Od lat ze sobą nie rozmawiali. Słuchałem mojego klienta i go obserwowałem. Wyraźnie wyczuwałem, że gniew wzbiera w nim za każdym razem, gdy wspomina szczegóły konfliktów, które poróżniły go z bratem. W końcu podsumował wszystko podniesionym tonem: „Proszę zobaczyć, co on mi zrobił! Proszę tylko zobaczyć, co mi zrobił!”.

Poczekałem w milczeniu, aż mój rozmówca trochę się uspokoi i będzie gotów mnie wysłuchać. Potem spokojnie powiedziałem: „Proszę zobaczyć, co pan sam sobie zrobił!”.

Czy został źle potraktowany? Tak! Problem polegał na tym, że skupiając się na złym doświadczeniu, ten człowiek tylko pogarszał swoją sytuację.

Liczba i waga porażek nie ma takiego znaczenia jak to, w jaki sposób będziemy je odbierać. Każda porażka jest dolegliwa. Wszystkie porażki jakoś na nas wpływają, rzadko zresztą pozytywnie. Porażki nas zmieniają. Nie możemy jednak pozwolić, by to one nas kontrolowały. Nie możemy bać się kompromitacji na tyle, by pozwolić się temu lękowi sparaliżować. Strach przed negatywnymi konsekwencjami nie powinien nas powstrzymywać przed podejmowaniem ryzyka. Jeśli mamy pozwolić, aby te złe doświadczenia kształtowały naszą przyszłość, to równie dobrze możemy już dziś położyć się w trumnie – zasunąć wieko i zakończyć żywot.

Jeśli po przegraniu 10 z 12 meczów ktoś mówi, że morale w klubie po-zostaje na dobrym poziomie, to należy wątpić w jego inteligencję.

– Paul Richards

Jest taka starożytna legenda o biegaczu, który był bardzo szybki, ale w najważniejszych wyścigach za każdym razem był na mecie drugi. Tłum wiwatował tylko zwycięzcy, w końcu postawiono mu nawet pomnik. A zawodnik, który zawsze zajmował drugie miejsce, zaczął myśleć o sobie jako o przegranym. Zżerała go zazdrość. Obsesyjnie rozmyślał o swojej porażce i podsycał w sobie niechęć do tego, który za każdym razem okazywał się lepszy. Widok pomnika codziennie przypominał mu o tym, że to nie on jest zwycięzcą. Postanowił więc zniszczyć posąg.

Pewnego dnia późnym wieczorem podszedł do pomnika i zaczął uderzać dłutem w jego podstawę, aby ją osłabić. Wracał tam przez kilka nocy z rzędu, za każdym razem uszkadzając cokół trochę bardziej. Mimo to pomnik stał w najlepsze. Z każdym dniem sportowiec irytował się coraz bardziej. Pewnej nocy pod wpływem gniewu chwycił młot i uderzył z całej siły. Potężna marmurowa statua w końcu się przewróciła – runęła na niego całym swoim ciężarem, zabijając go na miejscu. Dla tego człowieka drobna porażka przeobraziła się w ostateczną klęskę.

Jak minimalizować negatywne konsekwencje ogłupiających porażek? Przede wszystkim trzeba wyzwolić się od towarzyszących im emocji. Gdy w 1995 roku Jerry Stackhouse debiutował w NBA, w Philadelphia 76ers, zapytano go, jak zmieniło się jego życie, gdy został zawodowym koszykarzem. Odpowiedział: „Wygrywasz i zapominasz. Przegrywasz i zapominasz”. Aby przezwyciężyć niesprzyjające okoliczności i nie dać się porażce, trzeba o nich zapominać – a poza tym trzeba czerpać z nich naukę!

Jak skorzystać na porażce?

Skoro i tak masz przegrać (bo nikogo to nie ominie), to dlaczego nie miałbyś na tym skorzystać? Jak ten cel osiągnąć? Wystarczy wyciągnąć wnioski z przegranej. Porażka nie będzie do końca porażką, jeśli czegoś się dzięki niej nauczysz. Jeżeli się z tym pogodzisz, niepowodzenia mogą stać się czynnikiem, który będzie definiować twoją tożsamość. Jeśli zdecydujesz się pozostać tam, gdzie posłała cię porażka, w końcu stwierdzisz, że utknąłeś w martwym punkcie. Pamiętaj jednak, że masz wybór. Możesz postanowić, że będziesz się zmieniać, rozwijać i uczyć na niepowodzeniach.

Oczywiście nie zawsze będzie ci to przychodzić z łatwością. W moim ulubionym komiksie Fistaszki Charlie Brown podchodzi do Lucy po meczu baseballowym ze zwieszoną głową, całkowicie przybity.

– Znowu przegrałem. Rany boskie! – narzeka. – Mam już dość przegrywania. Cokolwiek robię, zawsze przegrywam!

– Spójrz na to tak, Charlie Brownie – mówi Lucy – porażka uczy cię więcej niż zwycięstwo.

– To chyba jestem najmądrzejszym człowiekiem na świecie! – odpowiada Charlie.

Lucy ma rację, choć nie wszyscy uczą się na niepowodzeniach. Porażka nie staje się automatycznie lekcją życia, sami musimy się o to postarać. Niepowodzenie stanowi okazję, żeby się czegoś nauczyć, ale niestety wiele osób z tej okazji nie korzysta – w rezultacie porażka okazuje się dla nich naprawdę dolegliwa.

Niepowodzenie stanowi okazję, żeby się czegoś nauczyć, ale niestety wie-le osób z tej okazji nie korzysta – w rezultacie porażka okazuje się dla nich naprawdę dolegliwa

Trudno jest czerpać naukę z porażki, ponieważ wymaga to działań, które nie przychodzą nam naturalnie. Niełatwo jest się uśmiechać, gdy czujemy się nieszczęśliwi. Ciężko jest reagować pozytywnie, gdy czujemy się przytłoczeni. Aby w niesprzyjających okolicznościach postąpić właściwie, potrzeba sporej samodyscypliny. Skąd mamy czerpać siłę emocjonalną, gdy czujemy się emocjonalnie wyczerpani? Jak patrzeć ludziom w oczy, gdy jesteśmy upokorzeni? Jak się podnosić, gdy coś ciągle powala nas na ziemię?

Napisałem tę książkę po to, by odpowiedzieć na te i inne pytania na temat wyciągania wniosków z niepowodzeń. Wierzę, że mogę ci w ten sposób pomóc. Moim głównym życiowym celem jest wzbogacanie ludzi. Mam nadzieję, że ty wzbogacisz się dzięki tej książce, ponieważ dowiesz się, jak się uczyć na niepowodzeniach. Większość z nas potrzebuje pomocy, by się tego nauczyć. Jeżeli właśnie tego pragniesz – jeśli pragniesz opanować tę sztukę – będziesz musiał nauczyć się inaczej patrzeć na porażkę i podsycać w sobie cechy, które sprzyjają właściwemu reagowaniu na niepowodzenia. W ten sposób zyskasz możliwość uczenia się na porażkach. Moim zdaniem cel ten można osiągnąć według następującego planu:

Pokora: duch nauki

Fakty: fundament nauki

Odpowiedzialność: pierwszy krok nauki

Doskonalenie się: zasadniczy cel nauki

Nadzieja: motywacja do nauki

Przyswajanie wiedzy: ścieżka nauki

Przeciwności losu: katalizator nauki

Problemy: okazja do nauki

Złe doświadczenia: perspektywa sprzyjająca nauce

Zmiana: cena nauki

Dojrzałość: wartość nauki

Święty Ignacy Loyola, jeden z najwybitniejszych pedagogów świata, powiedział kiedyś, że człowiek uczy się tylko wtedy, gdy jest na to gotowy. Podróżując po świecie i nawiązując znajomości z różnymi liderami, miałem okazję zaobserwować dwie rzeczy. Po pierwsze, większość ludzi zmaga się obecnie z trudnościami. Na pomysł napisania tej książki wpadłem podczas wizyty w Azji. W trakcie wykładów wyraźnie wyczuwałem udręczenie ludzi i chciałem znaleźć jakiś sposób, by pomóc im się odnaleźć w trudnej sytuacji. Po drugie, nigdy wcześniej nie zaobserwowałem, by tak wielu ludzi tak pozytywnie odnosiło się nie tylko do samej koncepcji nauki, ale również do wizji weryfikacji własnych wartości i priorytetów. Gdy na to właściwie spojrzeć, porażki stanowią okazję do tego, by coś zmienić i poprawić.

Zupełnie niewykluczone, że niedawno doświadczyłeś niepowodzenia i jesteś gotów, by się uczyć. Pisarz i filozof Emmet Fox powiedział, że trudności pojawiają się zawsze w najbardziej odpowiednim czasie, żebyśmy mogli się uczyć i poprzez przezwyciężanie ich przeć do przodu. Powiedział: „Prawdziwe nieszczęście, prawdziwa tragedia, ma miejsce tylko wtedy, gdy cierpimy, ale nic z tego nie wynika”.

Spróbujmy zatem wspólnie przyswoić sobie różne sposoby korzystania z niepowodzeń, żebyśmy mogli razem powiedzieć: „Raz się wygrywa, a innym razem można się czegoś nauczyć”.

Przypisy

1 „Poznasz głupiego po czynach jego”, nawiązanie do postaci Forresta Gumpa – przyp. tłum.

2 Charles Bracelen Flood, Lee: The Last Years, Mariner Books, New York 1998, s. 136.

Do Paula Martinelliego, Scotta Faya oraz tysięcy trenerów z całego świata współtworzących grono The John Maxwell Team:

Podzielacie moje emocje.

Upowszechniacie moje wartości.

Realizujecie moją wizję.

Wnosicie w życie innych ludzi wartość o wiele większą,
niż mogliby liczyć i oczekiwać.

Dziękuję Wam za to, że współtworzycie razem ze mną moje dziedzictwo jeszcze za mojego życia.

Od autora

Przez wiele lat miałem okazję regularnie spotykać się z trenerem koszykarskiej drużyny UCLA, Johnem Woodenem. Zawsze poświęcałem cały dzień na przygotowania do tych spotkań, zastanawiając się nad tym, o co miałem go zapytać. Doskonale zdawałem sobie sprawę, jak wyjątkowym przywilejem jest możliwość korzystania ze wsparcia tak niezwykłego mentora.

Trener zawsze odpowiadał życzliwie i rozważnie. Podczas naszego ostatniego spotkania zapytał, nad czym pracuję. Właśnie skończyłem prace nad wstępną wersją tekstu tej książki, z czego bardzo się cieszyłem. Wyjąłem z teczki kilka stron, żeby mu pokazać. Przedstawiłem zarys ogólnej koncepcji i wyjaśniłem, co mnie skłoniło do pisania.

– Wspaniały pomysł. W ten sposób na pewno przysłużysz się ludziom – powiedział trener. Potem padło pytanie, którym bardzo mnie zaskoczył:

– Czy mógłbym napisać wstęp do tej książki?

Cóż za wielki zaszczyt! Oczywiście, że się zgodziłem.

Trener rzeczywiście napisał obiecany wstęp na kilka miesięcy przed śmiercią. Poczułem wielką pokorę, gdy uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie był to jeden z ostatnich tekstów, jakie wyszły spod jego pióra.

Z pisaniem książek bywa zabawnie. Mój wydawca stwierdził, że najpierw powinienem się zająć książką The 5 Levels of Leadership, a potem napisać jeszcze The 15 Invaluable Laws of Growth. W rezultacie ta książka musiała trochę poczekać, ale w końcu – z kilkuletnim opóźnieniem – udało mi się ją ukończyć.

Tak przedstawia się historia zamieszczonego na kolejnych stronach wstępu autorstwa Johna Woodena. Bardzo jestem mu wdzięczny za jego przemyślenia. Odszedł przed nami, ale nie został zapomniany.

Przedmowa autorstwa trenera Johna Woodena

Jestem dumny, że mogę nazwać Johna C. Maxwella swoim przyjacielem.

Chodzi nie tylko o to, że John napisał ponad 50 książek poświęconych tematyce przywództwa – choć to niewątpliwie duży wyczyn. Nie chodzi też wyłącznie o to, że jego słowa zachęty zainspirowały miliony ludzi do ponownej oceny życiowych wyborów i priorytetów – choć i to ma ogromne znaczenie. Nie chodzi tylko o to, że to człowiek głębokiej wiary, mocno przywiązany do swoich zasad – choć to cechy godne podziwu. Jestem dumny, że mogę go nazywać przyjacielem, ponieważ to ktoś, kto nade wszystko rozumie, że w życiu chodzi o naukę – o to, by wyciągać wnioski i stawać się coraz lepszym pracodawcą, pracownikiem, rodzicem, bratem czy siostrą, przyjacielem, sąsiadem, lepszym zarządcą darów, które przynosi nam życie.

Ta sama filozofia stanowiła zawsze fundament mojego życia. Jestem wdzięczny Johnowi za to, że potrafił wspaniale przypomnieć mi, jak wiele można się jeszcze nauczyć. Nigdy nie postrzegałem samego siebie jako trenera, a raczej jako nauczyciela pracującego na boisku do koszykówki. Jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę, że jestem również wiecznym studentem. Każdego dnia staram się nauczyć czegoś nowego, zyskać nową perspektywę albo wypracować sobie bardziej dojrzałe spojrzenie na świat. Takie myślenie pomaga zachować młodość umysłu, optymizm oraz radosne nastawienie do świata. Gdy John zjawiał się u mnie ze swoim żółtym notesem, w którym miał wynotowane wszystkie pytania, za każdym razem się uśmiechałem. Oto bowiem miałem przed sobą jednego z najwybitniejszych na świecie specjalistów od udzielania odpowiedzi – a on stale chciał coś zgłębiać i ciągle o coś dopytywał. Trudno o lepsze przypomnienie, że i ja powinienem tak postępować.

Ostatecznie nauka nie kończy się w momencie, w którym otrzymujemy do rąk dyplom. Tak naprawdę prawdziwa nauka dopiero się w tym momencie rozpoczyna. W życiu potrzeba czegoś innego niż to, czego nauczyliśmy się w szkole. Szkolne lekcje mają nas wyposażyć jedynie w podstawowe narzędzia, żebyśmy poradziliśmy sobie w prawdziwym świecie, który znajduje się poza czterema ścianami szkolnej sali. Ten prawdziwy świat może dać się nam mocno we znaki. Czasami będziemy cierpieć. Czasami się pokaleczymy i nabijemy sobie guza. Innym razem coś nas powali na ziemię. Każdy z nas doświadczy strat w przeróżnych postaciach i sferach życia – od finansów począwszy, a na miłości czy zdrowiu skończywszy. To jest pewne. Nie jest natomiast pewne, w jaki sposób ty zareagujesz na te wyzwania.

W swojej książce John zwraca uwagę na istotną różnicę między ludźmi, którzy uczą się na własnych błędach, oraz tymi, którzy tego nie robią. Czy chcesz, aby twój duch utknął gdzieś w ambulatorium – tak znużony trudami walki, że niezdolny do podjęcia kolejnej próby? A może pragniesz wykorzystać szansę, by się czegoś nauczyć, przeanalizować własne postępowanie i zastanowić się nad tym, co się stało – a potem użyć tej wiedzy, by dozbroić się przed kolejną życiową szarżą?

Spostrzeżenia na temat kolejnych etapów procesu nauki, które John przedstawia na kartach tej książki, stanowią owoc uważnej obserwacji jego przebiegu. John wskazuje, jakie konkretnie cechy bądź właściwości wiążą się z każdym z nich. Dokonując szczegółowej analizy „DNA ludzi uczących się” – jak on sam to trafnie określa – John przedstawia nam kolejne niezbędne kroki procesu radzenia sobie z różnymi rodzajami strat. Podpowiada, jak przeistoczyć te lekcje w cenny arsenał, przydatny zarówno do obrony, jak i do aktywnej walki z kolejnymi wyzwaniami.

Polecam tę książkę każdemu, kto kiedykolwiek mierzył się z niepowodzeniem, czuł rozczarowanie lub odebrał złe wieści – czyli jednym słowem każdemu człowiekowi, który stąpa po tej ziemi. Założę się, że każdy znajdzie w niej choć jedno spostrzeżenie, które w sposób radykalny zmieni jego postrzeganie najtrudniejszych chwil życia.

Idąc za radą Johna, który poleca dostrzegać w porażkach szansę na rozwój poprzez naukę, możemy stać się niepokonani. Życie będzie nas zawsze nękać niepowodzeniami, jeśli jednak zorganizujemy sobie odpowiedni arsenał, te trudy nie będą nas przytłaczać. Człowiek, który potrafi wydobyć z trudnych chwil coś wartościowego, w istocie pozbawia te niesprzyjające okoliczności kontroli nad swoim umysłem, ciałem, sercem i duszą.

Ta książka to nie tylko praktyczny podręcznik przydatny w trudnych chwilach. Przekazuje ona również dar najcenniejszy ze wszystkich, czyli nadzieję.

Podziękowania

Dziękuję:

Charliemu Wetzelowi, mojemu pisarzowi,

Stephanie Wetzel, mojej menedżer ds. mediów społecznościowych,

Lindzie Eggers, mojej asystentce.

John C. Maxwell

Czasem wygrywasz

a

czasem… się uczysz

Najważniejsze życiowe lekcje zawdzięczamy porażkom

Przekład: Bartosz Sałbut

MT Biznes

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Od autora
Przedmowa autorstwa trenera Johna Woodena
Podziękowania
Rozdział 1. Przegrana bardzo boli
Rozdział 2. Pokora: duch nauki
Rozdział 3. Fakty: fundament nauki
Rozdział 4. Odpowiedzialność: pierwszy krok nauki
Rozdział 5. Doskonalenie się: zasadniczy cel nauki
Rozdział 6. Nadzieja: motywacja do nauki
Rozdział 7. Przyswajanie wiedzy: ścieżka nauki
Rozdział 8. Przeciwności losu: katalizator nauki
Rozdział 9. Problemy: okazja do nauki
Rozdział 10. Złe doświadczenia: perspektywa sprzyjająca nauce
Rozdział 11. Zmiana: cena nauki
Rozdział 12. Dojrzałość: wartość nauki
Rozdział 13. Wygrywanie to nie wszystko. Bez nauki za to ani rusz
Przypisy