swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Echolalie. O zapominaniu języka

Echolalie. O zapominaniu języka

Zobacz na swiatebookow.pl

31,50 zł

Autor: Daniel Heller-Roazen

Kategoria: językoznawstwo

Wydawnictwo: Słowo/obraz terytoria

ISBN: 978-83-7453-140-5

Format: EPUB,MOBI

Tagi: Gramatyka Kultura Filozofia Współczesna Historia Języka Polskiego Językowe Środki Stylistyczne Język Mediów Media Językoznawstwo


Język można nabyć, ale można również stracić. Ludzie zapominają słowa, wyrażenia, nawet całe języki, z biegiem czasu wspólnoty językowe porzucają mowę, którą kiedyś się posługiwały, języki zaś zanikają i ustępują miejsca nowym. Echolalie opowiadają o wielu formach językowego zapominania. Poruszając się pomiędzy starożytną, średniowieczną i współczesną kulturą, odkrywają związki pomiędzy mową, pismem, pamięcią i zapomnieniem. Niezależnie, czy tematem rozważań jest średniowieczna literatura czy współczesna beletrystyka, klasyczna poezja arabska czy narodziny języka francuskiego, strukturalistyczna lingwistyka czy uwagi Freuda na temat afazji, Daniel Heller-Roazen rozważa z precyzją i wnikliwością formy, efekty i konsekwencje trwania i zanikania języka. Jego zdaniem w mowie konstrukcja i destrukcja zawsze idą w parze. Śmierć jednego języka może być narodzinami drugiego, a doświadczenie odchodzenia mowy może leżeć u podstaw literackiej, filozoficznej i artystycznej kreacji.

Od dziecięcego gaworzenia do dziedzictwa wieży Babel, od świętych języków judaizmu i islamu do koncepcji martwego języka i politycznego znaczenia współczesnych języków zagrożonych i na wygnaniu – Echolalie w oryginalny, elegancki i erudycyjny sposób zapraszają nas do refleksji nad naturą zwierzęcia, które mówi i zapomina.

cover
tower_of_babel.170113154.tif

„Doszły mnie słuchy, że niektórzy nasi mor­scy Yaho­osi oce­niają mój język mor­ski jako błędny, niewłaściwy w wie­lu miej­scach i nie będący obec­nie w użyciu. Nie mogę temu za­ra­dzić. W młodości, pod­czas mych pierw­szych podróży, po­bie­rałem naukę u naj­star­szych żegla­rzy i na­uczyłem się mówić ich języ­kiem. Lecz od owe­go cza­su od­kryłem, że mor­scy Yaho­osi skłonni są, na wzór lądo­wych, ule­gać no­win­kom mowy, która u tych ostat­nich od­mie­nia się co roku; a jeśli do­brze pamiętam, za każdym ra­zem, gdy po­wra­całem do kra­ju, ich daw­ny dia­lekt bywał tak od­mie­nio­ny, że z tru­dem uda­wało mi się pojąć ów nowy. Widzę także, że ile­kroć jakiś cie­kaw­ski Yahoo przy­by­wa z Lon­dy­nu, aby mnie od­wie­dzić, żaden z nas nie jest w sta­nie prze­ka­zać swych spo­strzeżeń w sposób zro­zu­miały dla dru­gie­go”.

Jo­na­than Swift, Podróże Gu­li­we­ra,

przeł. Ma­ciej Słomczyński, s. 8–9.

Roz­dział pierw­szy

Roz­kwit ga­wo­rze­nia

Jak wia­do­mo, na początku dzie­ci nie mówią. Wy­dają odgłosy, które jak­by an­ty­cy­pują dźwięki ludz­kie­go języka, ale jed­no­cześnie są całko­wi­cie od nich różne. W miarę jak nie­mowlę zbliża się do mo­men­tu, w którym za­czy­na two­rzyć swo­je pierw­sze roz­po­zna­wal­ne słowa, ma do swej dys­po­zy­cji możliwości ar­ty­ku­la­cji, o których na­wet naj­bar­dziej uta­len­to­wa­ny po­li­glo­ta może tyl­ko ma­rzyć. Niewątpli­wie z tego właś­nie po­wo­du Ro­man Ja­kob­son za­in­te­re­so­wał się tą nie­mowlęcą pa­pla­niną, poza stu­dia­mi na te­mat ro­syj­skie­go fu­tu­ry­zmu, ba­da­nia­mi porównaw­czy­mi nad me­tryką języków słowiańskich czy fo­no­lo­gią struk­tu­ralną – nauką o kształtach dźwięków w języku. W pra­cy Kin­der­spra­che, Apha­sie und al­l­ge­me­ine Laut­ge­set­ze (Język dzie­ci, afa­zja i uni­wer­sa­lia fo­no­lo­gicz­ne), którą na­pi­sał po nie­miec­ku w la­tach 1939––1941, prze­by­wając na uchodźstwie w Szwe­cji i Nor­we­gii, Ja­kob­son za­uważył, że „ga­worzące dziec­ko może zgro­ma­dzić ar­ty­ku­la­cje, których nig­dy nie znaj­dzie­my w jed­nym języku, ani na­wet w gru­pie języków: spółgłoski o najróżniej­szych miej­scach ar­ty­ku­la­cji, spółgłoski pa­la­tal­ne i za­okrąglo­ne, sy­bi­lan­ty, afry­ka­ty, mla­ski, sa­mogłoski złożone, dy­fton­gi i tak da­lej”1. Nawiązując do języ­ko­znaw­czych badań psy­cho­logów dzie­cięcych, Ja­kob­son do­cho­dzi do wnio­sku, że w mo­men­cie, który na­zy­wa „roz­kwi­tem ga­wo­rze­nia” (die Blüte des Lal­lens), możliwości fo­nicz­ne ga­worzącego dziec­ka są nie­ogra­ni­czo­ne. Twier­dzi, że jeśli cho­dzi o ar­ty­ku­lację, nie­mowlęta zdol­ne są do wszyst­kie­go. Bez naj­mniej­sze­go wysiłku mogą wy­two­rzyć każdy z dźwięków występujących w ludz­kich języ­kach.

Można by się spo­dzie­wać, że dzięki ta­kim zdol­nościom dziec­ko przy­swoi so­bie do­wol­ny język szyb­ko i z łatwością. Dzie­je się jed­nak in­a­czej. Między ga­wo­rze­niem nie­mowlęcia a pierw­szy­mi słowa­mi dziec­ka nie ma wyraźnego przejścia, można za to do­strzec umyślne ze­rwa­nie, coś na kształt punk­tu zwrot­ne­go, kie­dy to do­tych­cza­so­we nie­ogra­ni­czo­ne możliwości fo­ne­tycz­ne nie­mowlęcia wy­dają się załamy­wać. „Jak z za­sko­cze­niem stwier­dzają wszy­scy ba­da­cze – pi­sze Ja­kob­son – dziec­ko tra­ci nie­mal całą zdol­ność two­rze­nia dźwięków pod­czas prze­cho­dze­nia od fazy przedjęzy­ko­wej do po­ja­wie­nia się pierw­szych słów, to jest do pierw­szej praw­dzi­wej fazy języ­ko­wej”2. Częścio­wy za­nik zdol­ności fo­nicz­nych nie jest, rzecz ja­sna, za­ska­kujący w tym mo­men­cie; dziec­ko za­czy­na mówić w jed­nym języku, tak więc w sposób oczy­wi­sty nie po­trze­bu­je już wszyst­kich spółgłosek i sa­mogłosek, które kie­dyś po­tra­fiło wy­ma­wiać, na­tu­ral­nie za­tem, prze­stając używać dźwięków spo­za języka, którego się uczy, prędko za­po­mi­na, jak ich używać. Kie­dy jed­nak dziec­ko za­czy­na uczyć się języka, nie tra­ci je­dy­nie zdol­ności wy­ma­wiania dźwięków, które wy­kra­czają poza ten kon­kret­ny sys­tem fo­ne­tycz­ny. „Ude­rzające” (auf­fal­lend) – jak za­uważa Ja­kob­son – jest to, że wie­le dźwięków wspólnych dla ga­wo­rze­nia i mowy do­rosłych również zni­ka z za­sobów języ­ko­wych dziec­ka; do­pie­ro w tym mo­men­cie można mówić o praw­dzi­wym roz­poczęciu na­by­wa­nia języka. W ciągu kil­ku lat dziec­ko stop­nio­wo będzie opa­no­wy­wać dźwiękowy kształt tego, co sta­nie się jego języ­kiem oj­czy­stym, zgod­nie z porządkiem, który Ja­kob­son jako pierw­szy przed­sta­wił w sys­te­ma­tycz­nej, struk­tu­ral­nej for­mie: na przykład, za­czy­nając od spółgłosek zębo­wych (ta­kich jak t czy d), nie­mowlę przej­dzie do spółgłosek twar­do- i miękko­pod­nie­bien­nych (ta­kich jak k czy g); wy­ma­wia­nie spółgłosek zwar­tych i war­go­wych (ta­kich jak b, p czy m) umożliwi mu two­rze­nie spółgłosek szcze­li­no­wych (ta­kich jak v, s czy ſ); i tak da­lej, aż do zakończe­nia pro­ce­su na­by­wa­nia języka, kie­dy to dziec­ko sta­je się „ro­dzi­mym użyt­kow­ni­kiem języka” (na­ti­ve spe­aker), które to sfor­mułowa­nie zna­ne jest wszyst­kim, a jed­nak jest rażąco nie­pre­cy­zyj­ne.

Co się dzie­je w tym cza­sie z bo­gac­twem dźwięków, które nie­mowlę kie­dyś z łatwością wy­ma­wiało? Czym sta­je się umiejętność two­rze­nia dźwięków wszyst­kich języków, którą miało, za­nim na­uczyło się dźwięków po­je­dyn­cze­go języka? To tak, jak­by na­by­wa­nie języka było możliwe je­dy­nie po­przez akt za­po­mnie­nia, ro­dzaj dzie­cięcej amne­zji języ­ko­wej (czy ra­czej fo­nicz­nej, przed­mio­tem za­po­mnie­nia bo­wiem nie jest język, ale nie­skończo­na zdol­ność niezróżni­co­wa­nej ar­ty­ku­la­cji). Czy to możliwe, że dziec­ko jest tak znie­wo­lo­ne rze­czy­wi­stością jed­ne­go języka, iż po­rzu­ca nie­ogra­ni­czo­ne, ale w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku jałowe króle­stwo, które za­wie­ra w so­bie możliwość wszyst­kich po­zo­stałych języków? Czy może po­win­niśmy szu­kać wyjaśnie­nia w nowo na­by­tym języku: to język oj­czy­sty, przej­mując władzę nad swo­im no­wym użyt­kow­ni­kiem, nie to­le­ru­je u nie­go choćby śladu in­ne­go? Wszyst­ko kom­pli­ku­je fakt, że w mo­men­cie kie­dy dziec­ko milk­nie, nie po­tra­fi wy­po­wie­dzieć na­wet „Ja” (ang. I), co bu­dzi wątpli­wości, czy można mu przy­pi­sać świa­do­mość właś­ciwą isto­cie mówiącej. Tak czy in­a­czej, trud­no so­bie wy­ob­ra­zić, że dźwięki, które dziec­ko było w sta­nie two­rzyć z taką łatwością, na za­wsze opuściły jego głos, nie po­zo­sta­wiając za sobą nic poza smugą dymu (a prze­cież na­wet dym jest czymś). Co naj­mniej dwie rze­czy po­ja­wiają się w głosie opusz­czo­nym po wy­co­fa­niu się dźwięków, których dziec­ko nie po­tra­fi już wymówić, po­nie­waż z za­ni­ku ga­wo­rze­nia wyłania się język oraz isto­ta mówiąca. Być może nie da się tego uniknąć. Być może nie­mowlę musi za­po­mnieć nie­skończoną serię dźwięków, które two­rzyło w okre­sie „roz­kwi­tu ga­wo­rze­nia”, żeby móc opa­no­wać skończo­ny sys­tem sa­mogłosek i spółgłosek właściwy jed­ne­mu języ­ko­wi. Być może utra­ta ni­czym nie­ogra­ni­czo­ne­go ar­se­nału fo­ne­tycz­ne­go jest ceną, którą dziec­ko musi zapłacić za uzy­ska­nie pełno­praw­ne­go oby­wa­tel­stwa we wspólno­cie da­ne­go języka.

Czy języki do­rosłych za­cho­wują co­kol­wiek z nie­skończe­nie bo­ga­te­go ga­wo­rze­nia, z którego wy­rosły? Gdy­by tak było, byłoby to je­dy­nie echo, po­nie­waż tam, gdzie są języki, dzie­cięca pa­pla­ni­na daw­no się ulot­niła, przy­najm­niej w tej for­mie, jaką miała w ustach dziec­ka nie­znającego jesz­cze mowy. Byłoby to tyl­ko echo in­nej mowy i jesz­cze cze­goś in­ne­go niż mowa – echo­la­lii, za­cho­wującej pamięć o niezróżni­co­wa­nym, nie­pa­miętnym ga­wo­rze­niu, którego utra­ta po­zwo­liła za­ist­nieć wszyst­kim języ­kom.

Roz­dział dru­gi

Wy­krzyk­nie­nia

Dźwięki, których dziec­ko nie po­tra­fi już wy­ma­wiać, w pew­nym sen­sie nig­dy go nie opusz­czają, ist­nie­je bo­wiem pole mowy, w którym po­wra­cają z za­ska­kującą re­gu­lar­nością: to te słowa, które tra­dy­cyj­nie, z większą lub mniejszą pre­cyzją, na­zy­wa­my „ono­ma­to­pe­ja­mi”. Wie­lo­krot­nie ob­ser­wo­wa­no, że kie­dy dzie­ci uczące się języka próbują naśla­do­wać dźwięki ota­czającego je świa­ta, używają nie tych dźwięków, które umieją wymówić w swo­im języku oj­czy­stym, ale ta­kich, których w in­nych wa­run­kach po­zor­nie nie po­tra­fią wymówić, a które kie­dyś two­rzyły bez naj­mniej­sze­go wysiłku. Ja­kob­son roz­wo­dzi się nad tym zja­wi­skiem w pra­cy Kin­der­spra­che, Apha­sie und al­l­ge­me­ine Laut­ge­set­ze, ar­gu­men­tując za jego sys­te­ma­tyczną, uni­wer­salną rolą w pro­ce­sie na­by­wa­nia języka. „U dzie­ci – pisał – które nie wy­ma­wiają jesz­cze fo­nemów miękko­pod­nie­bien­nych, można za­ob­ser­wo­wać dżi jako imi­tację dźwięku opa­dających zasłon, kra-kra jako kra­ka­nie kru­ka, gaga jako wy­raz przy­jem­ności, cz-cz jako okrzyk radości, kha = «fuj» etc. Mimo że spółgłoski szcze­li­no­we są w dal­szym ciągu zastępo­wa­ne przez zwar­te w «obiek­tyw­nym języku znaczącym» dziec­ka, te pierw­sze mogą się po­ja­wiać jako imi­ta­cje dźwiękowe pełniące funkcję ono­ma­to­pei. Odgłos tram­wa­ju jest od­twa­rza­ny jako zin-zi; kot u jed­ne­go dziec­ka, a mu­cha u in­ne­go są naśla­do­wa­ne za po­mocą ss; często również przy naśla­do­wa­niu dźwięku sa­mo­lo­tu lub od­ga­nia­niu kurcząt albo psów po­ja­wia się f. Płynne r może nie po­ja­wiać się w słowach, które dziec­ko po­wta­rza za do­rosłymi, służy jed­nak do od­twa­rza­nia dźwięków pta­ka lub grze­cho­ta­nia, a dzie­ci, które nie używają jesz­cze sa­mogłoski i, naśla­dują szcze­ka­nie psów za po­mocą dźwięków didi lub świer­got wróbla za po­mocą titi, bi­bi­bi czy pipi1.

Wy­da­je się, że naśla­do­wa­nie dźwięków zwierząt czy ma­szyn należy do dziw­ne­go i skom­pli­ko­wa­ne­go wy­mia­ru dzie­cięcej mowy, której dokładny sta­tus jest wy­so­ce nie­ja­sny. Czy dźwięki, których dziec­ko używa w ono­ma­to­pe­jach, to ostat­nie po­zo­stałości za­po­mnia­ne­go w in­nych sy­tu­acjach ga­wo­rze­nia, czy też mamy do czy­nie­nia z pierw­szy­mi zna­ka­mi nad­chodzącego języka? Tak czy in­a­czej, wy­krzyk­nie­nia wska­zują na to, że język dziec­ka roz­wi­ja się nie­jed­no­li­cie i nie­li­ne­ar­nie; su­ge­rują, że jak­kol­wiek kon­se­kwent­nie roz­wi­jałaby się pew­na mowa, za­wsze nosi w so­bie ele­men­ty – ślady lub za­po­wie­dzi – in­nej.

W tym sen­sie dzie­ci nie różnią się za­sad­ni­czo od do­rosłych, którymi się staną. W tych sa­mych la­tach, w których Ja­kob­son pisał swoją przełomową pracę o na­by­wa­niu i utra­cie języka, jego do­bry przy­ja­ciel – Nikołaj Sier­gie­je­wicz Tru­biec­koj, z którym wie­le lat wcześniej zakładał Pra­skie Koło Lin­gwi­stycz­ne – wy­ka­zał, że ono­ma­to­pe­je należą do pew­nej spe­cy­ficz­nej ka­te­go­rii wy­po­wie­dzi, która jest wspólna dla dzie­ci i do­rosłych. Pod ko­niec czwar­te­go roz­działu jego nie­do­kończo­ne­go, mo­nu­men­tal­ne­go dzieła Pod­sta­wy fo­no­lo­gii, po zde­fi­nio­wa­niu każdego języka jako skończo­ne­go „fo­no­lo­gicz­ne­go sys­te­mu fo­ne­tycz­nych cech dys­tynk­tyw­nych”, który określa właściwe mu sa­mogłoski, spółgłoski i pro­zo­dię, Tru­biec­koj dodał ostat­nią sekcję, będącą czymś w ro­dza­ju do­dat­ku. Są to krótkie, ale da­le­ko idące roz­ważania na te­mat tego, co na­zy­wa on „ele­men­ta­mi dys­tynk­tyw­ny­mi ano­ma­lij­ny­mi” po­szczególnych języków. „Oprócz nor­mal­ne­go sys­te­mu fono­lo­gicz­ne­go – pi­sze – wie­le języków wy­ka­zu­je jesz­cze sze­reg spe­cjal­nych ele­mentów fo­no­lo­gicz­nych, występujących z zupełnie odrębny­mi funk­cja­mi”2. Do tej ka­te­go­rii należą wszyst­kie „obce dźwięki” wy­ma­wia­ne przez użyt­kow­ników jed­ne­go języka, kie­dy próbują oni naśla­do­wać inny: fo­ne­my obec­ne w słowach zapożyczo­nych z in­nych języków, które w pro­ce­sie prze­cho­dze­nia z jed­ne­go języka do dru­gie­go z ko­niecz­ności zmie­niają kształt i często przy­bie­rają nową formę, której osta­tecz­nie nie da się zre­du­ko­wać ani do języka po­cho­dze­nia, ani do języka, w którym za­czy­nają funk­cjo­no­wać. Tru­biec­koj, który pod­czas pi­sa­nia książki prze­by­wał w Wied­niu, przy­ta­czał ro­dzi­mych użyt­kow­ników języka nie­miec­kie­go, którzy używa­li fran­cu­skich lub słowiańskich słów za­wie­rających dźwięczną formę głoski ſ3 albo sa­mogłoski no­so­we, czy­li dźwięki nor­mal­nie nie­ist­niejące w sys­te­mie fo­no­lo­gicz­nym języka nie­miec­kie­go. Chcąc za­zna­czyć obce po­cho­dze­nie wy­ra­zu Te­le­phon, w odróżnie­niu od nie­miec­kie­go Fern­spre­cher, wie­deńczy­cy wy­ma­wia­li na przykład ostat­nią sy­labę, używając półotwar­tej, tyl­nej sa­mogłoski no­so­wej: mówili „te­lefõ”, przy­wołując fran­cu­ski dźwięk, który fak­tycz­nie jest obcy języ­ko­wi nie­miec­kie­mu (no­so­we õ), ale który nie po­ja­wia się we fran­cu­skiej wy­mo­wie słowa télépho­ne. Do ka­te­go­rii „ele­mentów dys­tynk­tyw­nych ano­ma­lij­nych” Tru­biec­koj za­li­czał też wszyst­kie dźwięki, które można od­na­leźć w „wy­krzyk­nie­niach, ono­ma­to­pe­jach oraz głosach używa­nych w sto­sun­ku do zwierząt do­mo­wych w roli roz­ka­zu lub wa­bie­nia”, wy­po­wia­da­nych zarówno przez dzie­ci, jak i do­rosłych4.

Te wy­krzyk­nie­nia, zda­niem Tru­biec­ko­ja, „nie za­wie­rają funk­cji przed­sta­wie­nio­wej (Dar­stel­lungs­funk­tion) we właści­wym zna­cze­niu”. W ro­zu­mie­niu współcze­snej fi­lo­zo­fii języka można po­wie­dzieć, że są to „akty mowy”, które nie będąc całko­wi­cie bez­sen­sow­ne, ni­cze­go nie orze­kają ani ni­cze­mu nie przeczą. W prze­ci­wieństwie do kla­sycz­nych zdań, nie „orze­kają cze­goś o czymś”. Ich je­dyną funkcją jest sama siła ich wy­po­wia­da­nia. Oczy­wiście sama w so­bie nie jest to nowa teza. Rozróżnie­nie między wykrzyknie­niem a zda­niem twierdzącym było obec­ne w teo­rii języka co naj­mniej od czasów Ary­sto­te­le­sa, który z tego właśnie po­wo­du wy­klu­czył wszyst­kie eks­kla­ma­cje, ta­kie jak mo­dli­twy czy krzy­ki, z do­me­ny lo­gi­ki już na początku swo­je­go zasadni­cze­go dzieła na te­mat zdań, w tra­dy­cji fi­lo­zo­ficz­nej zna­ne­go jako De in­ter­pre­ta­tio­ne (Her­me­neu­ty­ka)5. Praw­dzi­wy war­tościo­wy wkład Tru­biec­ko­ja w fo­no­lo­gię – dzie­dzinę języ­ko­znaw­stwa, którą sam w znacz­nej części zde­fi­nio­wał – po­le­ga na od­kry­ciu, że lo­gicz­no-for­mal­nej spe­cy­fi­ce wy­krzyk­nień od­po­wia­da cha­rak­te­ry­stycz­na struk­tu­ra fo­ne­tycz­na. Tru­biec­koj wy­ka­zał, że dźwięki, których człowiek używa w wy­krzyk­nieniach, naśla­do­wa­niu odgłosów świa­ta zewnętrzne­go czy po­le­ce­niach wy­da­wa­nych zwierzętom, trud­no zna­leźć w re­gu­lar­nych zda­niach ro­dzi­me­go języka. Za­zwy­czaj wy­kra­czają one da­le­ko poza gra­ni­ce określające dźwiękowy kształt da­ne­go języka. Wy­bit­ny języ­ko­znaw­ca nie miał oczy­wiście pro­blemów ze zna­lezieniem przykładów: tyl­ko w od­nie­sie­niu do języków eu­ro­pej­skich przy­ta­czał „wy­krzyk­nik od­da­wa­ny przez hm, dźwięki mla­sko­we przy popędza­niu ko­nia, war­go­we r przy za­trzy­my­wa­niu ko­nia albo wy­krzyk­nik na ozna­cze­nie wzdry­gnięcia się (brrr!)”6. Bez tru­du mo­gli­byśmy roz­sze­rzyć tę listę, na­wet ogra­ni­czając się do bo­gac­twa eks­pre­syw­nych dźwięków, które re­gu­lar­nie po­ja­wiają się w wy­po­wie­dziach użyt­kow­ników jed­ne­go języka. Roz­ważmy na przykład częste w języku an­giel­skim wyrażenie obrzy­dze­nia, ukh, za­wie­rające spółgłos­kę szcze­li­nową kh (bliską dźwiękowi za­pi­sy­wa­ne­mu w ję­zyku ka­sty­lij­skim li­terą j, w arab­skim zaś – li­terą 7), która po­ja­wia się w niektórych języ­kach w opo­zy­cji dys­tynk­tyw­nej do miękko­pod­nie­bien­ne­go k czy bar­dziej gardłowe­go h. W sys­te­mie języka an­giel­skie­go jed­nak spółgłoska ta nie wystę­puje. Możemy też wziąć „api­kal­no-dziąsłowe”, czy też „ro­lo­wa­ne” r, którego an­glojęzycz­ne dzie­ci używały kie­dyś, by naśla­do­wać dźwięk dzwo­niącego te­le­fo­nu; albo pod­nie­bien­ne, „drżące” r, często używa­ne do naśla­do­wa­nia mru­cze­nia kota, które tak bar­dzo przy­po­mi­na płynne spółgłoski obec­ne we współcze­snym fran­cu­skim i nie­miec­kim. Weźmy w końcu dźwięk, który po­ja­wia się w środ­ku współcze­sne­go an­giel­skie­go wyrażenia stra­chu, uh-oh, bar­dzo przy­po­mi­nający zwar­cie krta­nio­we, które od­gry­wa istotną rolę w ta­kich języ­kach, jak arab­ski czy duński, ale któremu nie przy­pi­su­je się funk­cji dys­tynk­tyw­nej w fo­no­lo­gii stan­dar­do­we­go języka an­giel­skie­go. W każdym z tym wy­padków wy­krzyk­nie­nia otwie­rają dany sys­tem dźwięków na fo­ne­my, które za­sad­ni­czo doń nie należą. Tym sa­mym pro­wadzą język do miej­sca, w którym – jak pisał Tru­biec­koj – „zwykły sys­tem fo­no­lo­gicz­ny nie jest obo­wiązujący”8. Prze­kra­czając gra­ni­ce, które go nor­mal­nie de­fi­niują, po­je­dyn­czy język wcho­dzi na nie­określony te­ren dźwiękowy, który nie należy do żad­ne­go kon­kret­ne­go języka – i który często wy­da­je się nie należeć do żad­ne­go z ludz­kich języków w ogóle.

Niełatwo określić dokładną rolę tych dźwięków w sys­te­mie po­je­dyn­cze­go języka. Tru­biec­koj po­sta­na­wia ogra­ni­czyć swo­je roz­ważania na te­mat „ele­mentów dys­tynk­tyw­nych ano­ma­lij­nych” do ostat­niej sek­cji roz­działu o sys­te­mach fo­no­lo­gicz­nych, co może wska­zy­wać na pewną niechęć do bez­pośred­niej kon­fron­ta­cji z pro­ble­mem. Jaka jest za­tem re­la­cja wy­krzyk­nień dzie­ci i do­rosłych do języków, w których są wy­po­wia­da­ne? Z jed­nej stro­ny wy­da­je się, że wy­krzyk­nienia sta­no­wią pe­wien wy­miar wspólny dla wszyst­kich języków, trud­no bo­wiem so­bie wy­obra­zić ro­dzaj mowy, w której ta­kie dźwięki by się nie po­ja­wiały. Z dru­giej stro­ny jed­nak wy­krzyk­nienia z ko­niecz­ności sta­no­wią prze­kro­cze­nie fo­no­lo­gii po­je­dyn­cze­go języka, po­nie­waż składają się z pew­nych spe­cy­ficz­nych dźwięków, które z de­fi­ni­cji nie po­ja­wiają się w in­nej for­mie w języku. Krótko mówiąc, „ele­menty dys­tynk­tyw­ne ano­ma­lijne” są jed­no­cześnie za­war­te w języku i z nie­go wy­klu­czo­ne, a dokład­nie: za­war­te w języku o tyle, o ile są z nie­go wy­klu­czo­ne. Będąc fo­ne­tycz­ny­mi od­po­wied­ni­ka­mi pa­ra­dok­sal­nych zdań, które lo­gi­ka wy­klu­czyła ze swo­jej dys­cy­pli­ny już w mo­men­cie swe­go po­wsta­nia, odgłosy wy­krzyk­nień są „ele­mentami” języka, które należą, a za­ra­zem nie należą do zbio­ru jego dźwięków. Są nie­chcia­ny­mi, a jed­no­cześnie nie­zby­wal­ny­mi ele­mentami każdego sys­te­mu fo­no­lo­gicz­ne­go. Żaden język nie może się bez nich obejść, ale żaden też nie może ich na­zwać własny­mi.

Fakt, że te ele­men­ty fo­ne­tycz­ne są mniej „ano­ma­lij­ne”, niż może się to wy­da­wać, su­ge­ru­je sam Dan­te, myśli­ciel i twórca języka, który w swo­im nie­do­kończo­nym trak­ta­cie O języku po­spo­li­tym (De vul­ga­ri elo­qu­en­tia) pisał, że począwszy od Upad­ku, ludz­ka mowa za­wsze roz­po­czy­nała się od okrzy­ku roz­pa­czy „ach” (Heu)9. (War­to za­uważyć, że przy­najm­niej za­pis tego wy­krzyk­nie­nia za­wie­ra li­terę przed­sta­wiającą dźwięk, który mu­siał być obcy śre­dnio­wiecz­nej łaci­nie, jaką posługi­wał się Dan­te – czy­ste, przy­de­cho­we h). War­to po­trak­to­wać su­ge­stię po­ety poważnie. Co by to ozna­czało dla pier­wot­nej for­my ludz­kiej mowy, gdy­by nie była ona twier­dze­niem, py­ta­niem ani na­zy­wa­niem, ale wy­krzyk­nie­niem? Uwagę Dan­te­go można źle zin­ter­pre­to­wać, jeśli po­trak­tu­je się ją zbyt dosłownie, opi­su­je ona bo­wiem nie tyle wa­run­ki em­pi­rycz­ne mowy, co jej wa­run­ki struk­tu­ral­ne, po­zwa­lające na zde­fi­nio­wa­nie języka jako ta­kie­go. Dan­te su­ge­ru­je, że są to wa­run­ki po­wsta­wa­nia wy­krzyk­nień: język sta­je się możliwy do­pie­ro wte­dy, gdy możliwy sta­je się okrzyk – język, w którym nie można krzy­czeć, nie byłby ludz­kim języ­kiem. Być może po­wo­dem jest in­ten­syw­ność języka, która nig­dzie nie jest tak na­si­lo­na, jak w wy­krzyk­nieniach, ono­ma­to­pe­jach i imi­ta­cjach dźwięków świa­ta zewnętrzne­go. Nig­dzie język nie jest bar­dziej sobą niż w mo­men­cie opusz­cza­nia te­re­nu swo­ich dźwięków i zna­czeń, kie­dy przyj­mu­je dźwiękowy kształt tego, co nie ma – lub nie może mieć – własne­go języka: odgłosów zwierząt bądź na­tu­ral­nych lub me­cha­nicz­nych hałasów. W tym miej­scu właśnie po­je­dyn­czy język, ge­sty­ku­lując wokół sie­bie w nie­ist­niejącej mo­wie, otwie­ra się na nie-język, który go po­prze­dza i który po nim następuje. To właśnie tu­taj, w wy­po­wia­da­niu dziw­nych dźwięków, które wy­da­wały się użyt­kow­ni­kom języka nie­możliwe do wymówie­nia, język uka­zu­je się jako „eks­kla­ma­cja” w dosłownym sen­sie „wy-krzy­czenia” (ex-cla­ma­re, Aus-ruf ), jed­no­cześnie poza sobą i przed sobą, w dźwiękach nie­ludz­kiej mowy, której nie może so­bie ani w pełni przy­po­mnieć, ani o niej całko­wi­cie za­po­mnieć.

Roz­dział trze­ci

Alef

Język he­braj­ski za­wie­ra li­terę, której nikt nie po­tra­fi wymówić. Nie dla­te­go, że przed­sta­wia ona jakiś szczególnie wy­ma­gający dźwięk, taki jak cieszące się złą sławą em­fa­tycz­ne zębowe ض w kla­sycz­nym arab­skim, którego wie­lu ro­dzi­mych użyt­kow­ników języka nig­dy nie opa­no­wu­je w pełni, czy złożony płynny sy­bi­lant w języku cze­skim (ř), który spra­wia tyle kłopotów ob­co­kra­jow­com, że na­wet Ro­man Ja­kob­son w jed­nym z nie­licz­nych oso­bi­stych zwie­rzeń przy­znał, że nie za­wsze był w sta­nie wymówić go w swo­ich snach1. He­braj­ska li­te­ra alef (א) nie może zo­stać wymówio­na nie dla­te­go, że jej dźwięk jest zbyt skom­pli­ko­wa­ny, ale dla­te­go, że jest zbyt pro­sty. Nikt nie może wymówić tej li­te­ry, po­nie­waż w prze­ci­wieństwie do wszyst­kich pozo­stałych, nie przed­sta­wia ona żad­ne­go dźwięku. Oczy­wiście uważa się, że nie za­wsze tak było. Mówi się, że alef początko­wo wska­zy­wał na ruch zwar­cia krta­nio­we­go. Będąc ra­czej od­po­wied­ni­kiem arab­skie­go ham­za (ء) niż alif (ا), he­braj­ska li­te­ra miała przed­sta­wiać sam akt ar­ty­ku­la­cji, a jej dźwięk miał przy­po­mi­nać „nagły spazm w pier­si, który wy­ma­ga pew­ne­go wysiłku”, jak opi­sy­wał dźwięk ham­za Sība­wayh, wiel­ki gra­ma­tyk kla­sycz­ne­go języka arab­skie­go2. Spi­no­za w swo­im Com­pen­dium gram­ma­ti­ces lin­gu­ae he­bra­eae z wielką pre­cyzją opi­sał właściwości fone­tycz­ne li­te­ry alef, twierdząc, że „nie mogą być one wyjaś­nio­ne przez żaden inny spośród języków eu­ro­pej­skich”3. Mówiąc dokład­nie, alef nie przed­sta­wia w pełni wy­ar­ty­kułowa­ne­go dźwięku, lecz je­dy­nie, jak to ujął Spi­no­za, znak „początku dźwięku w gar­dle, który słychać, kie­dy się otwie­ra”4. Taki opis tej li­te­ry jed­nak w pew­nym stop­niu ukry­wa jego praw­dziwą na­turę, która jest na­wet skrom­niej­sza, niż chcie­li­by tego gra­ma­ty­cy. He­braj­ski alef nie miał war­tości „ar­ty­ku­la­cyj­nej”, na którą długo wska­zy­wała ham­za w kla­sycz­nym arab­skim, a wia­ra w jej daw­niej­sze ist­nie­nie nie może być ni­czym więcej ani ni­czym mniej niż fi­lo­lo­giczną i lin­gwi­styczną pracą re­kon­struk­cji. Tak jak­by dźwięk alef zo­stał już wcześniej za­po­mnia­ny przez lu­dzi, którzy go kie­dyś wy­ma­wia­li. Spośród wie­lu współcze­snych ro­dzajów wy­mo­wy w języku he­braj­skim nie ma ani jed­ne­go, który przy­pi­sy­wałby tej li­te­rze ja­ki­kol­wiek dźwięk; we wszyst­kich alef trak­tu­je się jako milczące wspar­cie dla to­wa­rzyszących mu sa­mogłosek, po­zba­wio­ne na­wet „niedźwięku”, który wska­zy­wałby na przerwę w ar­ty­ku­la­cji, co po­dob­no miał kie­dyś wyrażać5.

Po­mi­mo tego fo­ne­tycz­ne­go ubóstwa alef jest li­terą pre­stiżową w tra­dy­cji żydow­skiej i z pew­nością nie przy­pad­kiem he­braj­scy gra­ma­ty­cy uważają ją za pierwszą li­terę al­fa­be­tu. Jed­no z pierw­szych wiel­kich dzieł Kabały, Se­fer ha-Ba­hir (Księga Światłości), mówi, że znak ten jest star­szy niż wszyst­kie inne i bar­dziej pier­wot­ny niż ich ze­sta­wie­nie w Piśmie: „Alef był przed wszyst­kim, na­wet przed Torą”6. Tak jak­by mil­cze­nie alef było nie tyl­ko zna­kiem, ale też przy­czyną jego wyróżnie­nia. Wstęp do Se­fer ha-Zo­har wyjaśnia, że przy­wi­le­je tej li­te­ry są spra­wie­dliwą na­grodą za jej nie­zwykłą skrom­ność:

„Na dwa tysiące lat przed stwo­rze­niem świa­ta Święty, niech będzie Błogosławio­ny, przy­pa­try­wał się li­te­rom Tory i wiel­kie znaj­do­wał w nich upodo­ba­nie. A gdy stanęło przed Jego ob­li­czem życze­nie stwo­rze­nia świa­ta, zgro­ma­dziły się przed tro­nem Jego chwały wszyst­kie li­te­ry – od ostat­niej do pierw­szej”7.

Każda z li­ter chciała na­tu­ral­nie być narzędziem stwo­rze­nia i każda – od taw (ת) do gi­mel (ג) – przed­sta­wia do­bre, ale osta­tecz­nie nie­wy­star­czające ar­gu­men­ty na rzecz swo­jej kan­dy­da­tu­ry. Taw pod­kreśla, że sta­no­wi „pieczęć praw­dy” (emet), szin (ש), że jest początkiem bo­skie­go imie­nia „Wszech­mogący” (szad­daj), cade (צ), że roz­po­czy­na słowo „spra­wie­dli­wy” (ca­dik), i tak wszyst­kie li­te­ry al­fa­be­tu, począwszy od ostat­niej, występują, by przed­sta­wić swo­je cno­ty. W końcu do­cho­dzi­my do bet (ב), która przy­po­mi­na Bogu, że „prze­ze mnie błogosławią (ba­rach) Ci w nie­bio­sach i na zie­mi”, zdo­by­wając so­bie tym sa­mym wyróżnioną po­zycję w dwóch pierw­szych słowach Tory: „Na początku [Bóg] stwo­rzył…” (be­re­szit bara). „Od­rzekł jej na to Święty, oby był Błogosławio­ny: – Za­prawdę, od cie­bie roz­pocznę to dzieło: ty będziesz początkiem stwo­rze­nia – no­we­go trwałego świa­ta”8.

W trak­cie tych ne­go­cja­cji alef się scho­wała (li­te­ry w języku he­braj­skim są ro­dza­ju żeńskie­go):

„I tyl­ko li­te­ra Alef nie po­deszła przed ob­li­cze Pana, prze­to zwrócił się do niej:

– Ale­fie, Ale­fie! Dla­cze­go nie przy­szedłeś do mnie jak inne li­te­ry?

Od­rzekł Alef:

– Wszyst­kie one odeszły z ni­czym sprzed Twe­go ob­li­cza; cóż ci za­tem po mnie? Poza tym ob­da­rzyłeś już prze­cież Bet wiel­kim da­rem, a nie przy­stoi królowi od­bie­rać daru słudze, który go był otrzy­mał, i dawać dru­gie­mu.

– Ale­fie, Ale­fie! Cho­ciaż stwa­rzać będę świat od li­te­ry Bet, cie­bie właśnie usta­no­wię na­czel­ni­kiem wszyst­kich li­ter. Tyl­ko z tobą będę sta­no­wił Jed­no, Ja, Bóg. Od cie­bie też za­czy­nać się będą ra­chun­ki i wszyst­kie wiel­kie dzieła”9.

Mimo że zo­stała wy­klu­czo­na z pierw­sze­go słowa stwo­rze­nia, li­te­ra alef sta­je się pod­sta­wową za­sadą wszyst­kich kon­struk­cji. Zosta­je umiesz­czo­na na początku al­fa­be­tu, otrzy­mu­je war­tość nu­me­ryczną „je­den”, a jej początko­we mil­cze­nie sta­je się przy­czyną jej później­sze­go wy­nie­sie­nia po­nad wszyst­kie inne li­te­ry.

Pierw­sza część mi­dra­szu Be­re­szit Raba, jed­ne­go z najsłyn­niej­szych sta­rożyt­nych ko­men­ta­rzy he­braj­skiej Bi­blii, dość ob­szer­nie opi­su­je początkową nie­obec­ność alef, przy­wołując wie­le in­ter­pre­ta­cji tego po­zor­ne­go bra­ku w pierw­szych słowach Tory. Rab­bi Joma roz­po­czy­na dys­kusję, py­tając w imie­niu ra­bi­na Levi: „Dla­cze­go świat zo­stał stwo­rzo­ny przy po­mo­cy li­te­ry bet?”10. Inny mi­drasz, Aga­da, jest jesz­cze bar­dziej za­sad­ni­czy. „Tekst [Księgi Ro­dza­ju] mógł równie do­brze brzmieć «Bóg na początku stwo­rzył», co spra­wiłoby, że pierwszą li­terą byłaby alef” (alef jest pierwszą li­terą imie­nia Boga używa­ne­go w wer­se­tach otwie­rających Księgę Ro­dza­ju – Elo­him)11. Przy­ta­cza się wie­le zasług bet, ale nie mija wie­le cza­su, a mędrcy otwar­cie py­tają o nie­obec­ność alef:

„Dla­cze­go nie alef? Po­nie­waż jest zna­kiem prze­kleństwa [ari­ra, słowo to za­czy­na się od alef]. Inna in­ter­pre­ta­cja: żeby nie dawać po­wodów he­re­ty­kom, którzy po­wiedzą, «Jak może ist­nieć świat, jeśli zo­stał stwo­rzo­ny pod zna­kiem prze­kleństwa?»… Z pew­nością Święty i Błogosławio­ny po­wiedział «Stworzę za­tem [świat] pod zna­kiem błogosławieństwa (ba­rach), aby przez to mógł ist­nieć»”12.

Za­nim jed­nak pierw­sze słowa stwo­rze­nia wpra­wiły w za­dumę pa­le­styńskich ra­binów, stały się przy­czyną zakłopo­ta­nia sa­mej li­te­ry:

„Po­wia­da ra­bin Elie­zer w imie­niu ra­bina Aha: Przez dwa­dzieścia sześć po­ko­leń [dwa­dzieścia sześć po­ko­leń między Ada­mem a ob­ja­wie­niem na górze Sy­naj] Alef roz­pa­czała przed Tro­nem chwały Świętego i Błogosławio­ne­go. «Pa­nie świa­ta – mówiła – nie stwo­rzyłeś świa­ta z moją po­mocą, mimo że je­stem pierwszą z li­ter!» Święty i Błogosławio­ny od­po­wia­dał: «Świat i to, co go wypełnia, zo­stał stwo­rzo­ny je­dy­nie przez wzgląd na Torę, po­nie­waż zo­stało na­pi­sa­ne: ‘Pan stwo­rzył zie­mię z mądrości [to jest z Tory]’ [Księga Przysłów 3, 1913]. Ju­tro zaś, kie­dy po­da­ruję [lu­dziom] Torę na górze Sy­naj, nie roz­pocznę od żad­nej in­nej li­te­ry, ale od cie­bie: «Ja [ano­chi za­czy­na się od li­te­ry alef] je­stem Pan, twój Bóg» [Księga Wyjścia 20, 2]”14.

Przy­wołując słowa otwie­rające De­ka­log, przy­po­wieść ta (która po­ja­wia się również w znacz­nie później­szym mi­dra­szu15) prze­su­wa dys­kusję z jed­ne­go początku na inny i zastępuje nie­obec­ność li­te­ry w pierw­szym wer­se­cie jej żywotną obec­nością w sce­nie prze­ka­zy­wa­nia pełnego tek­stu Tory. Mając w pamięci, że ob­ja­wie­nie na górze Sy­naj jest wy­da­rze­niem w każdym sen­sie fun­da­men­tal­nym dla tra­dy­cji żydow­skiej, nie­trud­no do­ce­nić ho­nor, jaki przy­padł w udzia­le alef. Pre­stiż tej li­te­ry w hi­sto­rii Izra­ela nie mógłby być wyższy.

Kie­dy przed­mio­tem badań stała się otwar­cie sama na­tu­ra ob­ja­wie­nia, ko­men­ta­to­rzy zmu­sze­ni byli zmie­rzyć się z ory­gi­nalną formą bo­skich słów, które roz­po­czy­nały się od alef. Z trak­ta­tu tal­mu­dycz­ne­go Mak­kot, który przed­sta­wia fun­da­men­talną dys­kusję na ten te­mat, do­wia­du­je­my się, że je­dy­ne słowa, które doszły bez­pośred­nio do uszu dzie­ci Izra­ela zgro­ma­dzo­nych u stóp góry, to dwa zda­nia, które w Księdze Wyjścia następują bez­pośred­nio po alef w słowie „ja” (ano­chi): przy­ka­za­nia „Ja je­stem (Pan, twój Bóg)” i „Nie będziesz miał (bogów) cu­dzych (przede mną)”16. Maj­mo­ni­des w swo­ich ob­szer­nych roz­ważaniach na te­mat „mowy na górze Sy­naj” w dru­giej księdze Prze­wod­ni­ka błądzących nawiązuje do tego źródła tal­mu­dycz­ne­go, ale znacz­nie się od nie­go od­da­la. Uważa on, że twier­dze­nie ra­binów, ja­ko­by Izra­eli­ci usłysze­li „Ja je­stem (Pan, twój Bóg)” i „Nie będziesz miał (bogów) cu­dzych (przede mną)” bez­pośred­nio z ust Wszech­mogącego, to czy­sta spe­ku­la­cja, która su­ge­ru­je, że „za­sa­dy bo­skie­go ist­nie­nia i jed­ności mogą być pojęte przez [skrom­ny] ludz­ki ro­zum”17. Maj­mo­ni­des mógł następnie podać własną, skrom­niejszą od­po­wiedź na py­ta­nie o to, co właści­wie usłysze­li sami Izra­eli­ci: „Jest dla mnie rzeczą oczy­wistą, że nie wszyst­ko, co do­tarło do Mojżesza, do­tarło do wszyst­kich Izra­elitów”18. Za­zna­czając, że Bóg zwra­ca się w tym ustępie wyłącznie do dru­giej oso­by licz­by po­je­dyn­czej, a tekst Pi­sma mówi je­dy­nie o tym, że Izra­eli­ci usłysze­li „głos” (kol), fi­lo­zof do­cho­dzi do wnio­sku, że lu­dzie „usłysze­li wszech­mogący głos, a nie po­je­dyn­cze słowa” (al-awṭ al-‘aẓīm la tafsīr al-kalām, dosłownie „wszech­mogący głos, a nie zróżni­co­waną mowę”)19. „W całej tej sce­nie – ar­gu­men­tu­je Maj­mo­ni­des z pewną su­ro­wością – Izra­eli­ci usłysze­li tyl­ko je­den dźwięk i usłysze­li go tyl­ko raz”20. W ten sposób fi­lo­zof nie tyl­ko do­ko­nał po­now­ne­go od­czy­ta­nia ra­bi­nicz­ne­go ko­men­ta­rza do bi­blij­ne­go ustępu, ale też an­ty­cy­po­wał jego naj­bar­dziej ra­dy­kal­ne mi­stycz­ne in­ter­pre­ta­cje. „Je­den dźwięk”, o którym czy­ta­my w Prze­wod­ni­ku błądzących, przy­wołuje tal­mu­dycz­ne od­czy­ta­nie pierw­sze­go słowa wy­po­wie­dzia­ne­go na górze Sy­naj – „ja” (ano­chi) – jako skróco­ne­go za­pi­su całego ara­mej­skie­go zda­nia: „Ja zniżam moją duszę do pi­sma”21. Jed­no­cześnie tyl­ko odro­bi­na dzie­li Maj­mo­ni­de­sa od dok­try­ny osiem­na­sto­wiecz­ne­go cha­sydz­kie­go ra­bi­na Men­dla z Ry­ma­no­wa, którą Ger­shom Scho­lem pod­su­mo­wał następująco: „Tym, co mu ob­ja­wio­no, co słyszał Izra­el, był je­dy­nie alef, od którego za­czy­na się pierw­sze przy­ka­za­nie w he­braj­skim tekście Bi­blii, alef ze słowa ano­chi, czy­li «Ja»”22.

Po­przez ko­lej­ne, co­raz bar­dziej za­sad­ni­cze skróty ob­ja­wie­nie bo­skie zo­sta­je więc zre­du­ko­wa­ne do jego naj­mniej­sze­go ele­men­tu: od pełnego tek­stu Tory, który zo­stał prze­ka­za­ny na górze Sy­naj, prze­cho­dzi­my do słów usłysza­nych przez wszyst­kich Izra­elitów, dwóch pierw­szych przy­ka­zań, o których następnie mówi się, że za­war­te są w po­je­dyn­czym słowie „ja” (ano­chi), a w naj­bar­dziej skraj­nej wer­sji spro­wa­dzo­ne zo­stają do początko­wej li­te­ry alef, którą Księga Ba­hir de­fi­niu­je jako „istotę Dzie­sięciu Przy­ka­zań” (ikar­han de‘ase­ret ha­dve­rot)23, a Zo­har – jako „początek i ko­niec wszyst­kich stop­ni”, „za­pis, w który wpi­sa­ne są wszyst­kie stop­nie”24. Po­je­dyn­czy „potężny głos”, o którym pisał Maj­mo­ni­des, oka­zu­je się na końcu całko­wi­tym mil­cze­niem: całe ob­ja­wie­nie spro­wa­dzo­ne zo­sta­je do jed­nej li­te­ry, której dźwięku nikt nie pamięta. Być może sta­je się to mniej pro­ble­ma­tycz­ne, gdy uwzględni się teo­lo­gicz­ny punkt wi­dze­nia. Czy Bóg mógł się uka­zać lu­dziom w czymś in­nym niż w li­te­rze, którą już na za­wsze za­pom­nie­li? Je­dy­na ma­te­ria mowy Boga, milcząca li­te­ra, ozna­cza za­pominanie, z którego wyłaniają się wszyst­kie języki. Alef stoi na straży miej­sca za­po­mnie­nia, które jest początkiem każdego al­fa­be­tu.

Roz­dział czwar­ty

Fo­ne­my za­grożone wy­gi­nięciem

Każdy język wcześniej czy później tra­ci swo­je dźwięki. Nic na to nie można po­ra­dzić. Zja­wi­sko to ob­ser­wu­je­my nie tyl­ko z per­spek­ty­wy dia­chro­nicz­nej, na prze­strze­ni wieków, kie­dy język roz­wi­ja się, rozkłada i za­ni­ka. Również syn­chro­nicz­na ana­li­za po­je­dyn­cze­go mo­men­tu języka wy­star­cza, by uka­zać dźwięki, o których użyt­kow­ni­cy za­wsze za­po­mi­nają. W swo­ich Pod­sta­wach fo­no­lo­gii Tru­biec­koj sys­te­ma­tycz­nie i szczegółowo objaśnia, że każdy język można opi­sać za po­mocą skończo­ne­go zbio­ru dys­tynk­tyw­nych opo­zy­cji, które uka­zują się w kla­sy­fi­ka­cji sa­mogłosek i spółgłosek zależnie od szczególnych cech każdej z nich. Języ­ko­znaw­ca, który chciałby po­znać struk­turę dźwiękową na przykład języka fran­cu­skie­go, może zacząć od rozróżnie­nia sa­mogłosek ust­nych (ta­kich jak i, y czy u) i no­so­wych (ta­kich jak ε ̃, œ̃, czy ã) oraz po­działu spółgłosek na zwar­te (ta­kie jak p, t czy k), szcze­li­no­we (ta­kie jak f, s czy ſ ), bocz­ne (l) i na półspółgłoski (j, y czy w)1. Po zi­den­ty­fi­ko­wa­niu tych ogólnych różnic ba­dacz języka może przejść do bar­dziej szczegółowych, a wresz­cie mini­mal­nych różnic. Na przykład ana­li­zując fran­cu­skie sa­mogłoski ust­ne, możemy prze­ciw­sta­wić sa­mogłoski przy­mknięte i otwar­te, półprzy­mknięte i półotwar­te, a w każdej z tych se­rii sa­mogłoski przed­nie można odróżnić od środ­ko­wych i tyl­nych. W po­dob­ny sposób możemy do­ko­ny­wać rozróżnień wewnątrz każdej se­rii spółgłosek aż do mo­men­tu ukończe­nia tego fo­no­lo­gicz­ne­go por­tre­tu, kie­dy możliwe sta­je się określe­nie, które dźwięki mogą być znaczące w da­nym języku, a które – z de­fi­ni­cji – nie mogą. Ale ba­da­nie języka nie może się zakończyć w tym miej­scu – spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie dźwięku i znacze­nia musi pójść da­lej. Opis dźwięko­we­go kształtu języka fran­cu­skiego nie będzie kom­plet­ny, dopóki języ­ko­znaw­ca nie doda do zbio­ru dźwięków znaczących, które za­wie­ra w so­bie język, oraz zbio­ru dźwięków, które język wy­klu­cza, trze­ciej kla­sy: fo­nemów, które leżą na gra­ni­cy, tych znaczących dźwięków, których język jesz­cze się uczy, oraz tych, które już tra­ci.

Języ­ko­znaw­cy, którzy ba­da­li dźwiękowy kształt języka fran­cu­skie­go, od­kry­li, że język ten ma obec­nie trzy­dzieści trzy w pełni roz­wi­nięte fo­ne­my oraz do­dat­ko­we trzy dźwięki, które fo­no­lo­go­wie za­kla­sy­fi­ko­wa­li jako „pro­ble­ma­tycz­ne”, „za­grożone”, lub wręcz „za­grożone wy­gi­nięciem” (phonèmes en voie de di­spa­ri­tion)2. Nie będąc już pełno­praw­ny­mi ele­men­ta­mi zbio­ru dźwięków języka, owe „pro­ble­ma­tycz­ne fo­ne­my” nie są mu jesz­cze całko­wi­cie obce. Nie można ich za­kla­sy­fi­ko­wać jako dźwięków da­ne­go języka, ale jed­no­cześnie nie można po­wie­dzieć, by te „za­grożone” dźwięki leżały poza nim. „Fo­ne­my za­grożone wy­gi­nięciem” za­miesz­kują niezróżni­co­wa­ne re­jo­ny na obrzeżach każdego języka; znaj­dują się na fo­nicz­nej zie­mi ni­czy­jej, która za­ra­zem od­dzie­la i łączy każdy język z tym, co nim nie jest. We współcze­snym fran­cu­skim są to trzy sa­mogłoski, a ich za­ni­ka­nie, które możemy ob­ser­wo­wać już od pew­ne­go cza­su, może tyl­ko do­pro­wa­dzić do wy­ru­go­wa­nia pew­nych opo­zy­cji dys­tynk­tyw­nych, które tra­dy­cyj­nie cha­rak­te­ry­zo­wały ten język. Są to: rzad­ko występujące a w słowie tâche (taſ), „za­da­nie”, które różni się od „środ­ko­we­go” a w słowie ta­che (taſ), „pla­ma”; sa­mogłoska no­so­wa œ̃ w słowie brun (bRœ̃), „brązowy”, w opo­zy­cji do sa­mogłoski no­so­wej w brin (bR ε ̃, „źdźbło”; oraz ə, któremu tra­dy­cyj­nie przy­pi­sy­wa­no rolę sa­mogłoski w za­im­ku pierw­szej oso­by je (Зə) i w słowie me­su­re (məzyR), „roz­miar, mia­ra”. Tę ostat­nią sa­mogłoskę odróżnia­no od sa­mogłosek przed­nich: ø w nœud (nø), „węzeł”, a także œ w heu­reR), „go­dzi­na”, nie mówiąc już o półprzy­mkniętym e w nez (ne), „nos”, czy półotwar­tym ε w naît (nε), „ro­dzi się”.

Trze­ci spośród „fo­nemów za­grożonych wy­gi­nięciem” jest bez wątpie­nia naj­bar­dziej nie­uchwyt­ny. Za­wsze za­li­cza­ny był do dźwięków języka fran­cu­skie­go, ale jego de­fi­ni­cja spra­wia współcze­snym języ­ko­znaw­com ogrom­ne trud­ności. W mia­ro­daj­nej Gram­ma­ire métho­di­que du français au­tor­stwa Mar­ti­na Rie­ge­la, Jean-Chri­sto­phe’a Pel­la­ta i René Rio­ula przed­sta­wio­ny jest nie tyle jako pełno­praw­ny fo­nem, ile jako „pro­blem”, który oka­zu­je się wyjątko­wo opor­ny na jakąkol­wiek kla­sy­fi­kację fo­no­lo­giczną i nie mając ja­snych cech dys­tynk­tyw­nych, może przyj­mo­wać wszyst­kie możliwe na­zwy. „To tu­taj – piszą au­to­rzy ele­men­ta­rza języ­ko­znaw­stwa, przed­sta­wiając serię sa­mogłoskową za­wie­rającą fo­nemy y, ø i œ – wy­pa­da po­sta­wić pro­blem «e». Dźwięk za­pi­sy­wa­ny nie­kie­dy [ə], […] za­zwy­czaj opi­su­je się jako dźwięk środ­ko­wy, półotwar­ty i półwar­go­wy; w rze­czy­wi­stości, jak zo­ba­czy­my, jest nie­co in­a­czej. Cza­sem na­zy­wa się go e ru­cho­mym (e ca­duc) i fak­tycz­nie nie­kie­dy wy­pa­da i zni­ka; mówi się też o e nie­mym, ale do­pie­ro wte­dy, gdy nie jest nie­me, możemy je na­zwać fo­ne­mem, w prze­ciw­nym ra­zie nie od­po­wia­da ono żad­nej em­pi­rycz­nie dostępnej rze­czy­wi­stości – równie do­brze można po­wie­dzieć, że jest ni­czym; [cza­sem na­zy­wa się je] e nie­ak­cen­to­wa­nym”3. Później, w ustępie poświęco­nym tej enig­ma­tycz­nej sa­mogłosce, au­to­rzy po­su­wają się na­wet do po­da­nia w wątpli­wość sa­me­go ist­nie­nia tego fo­ne­mu:

„Fo­no­lo­gicz­ne ist­nie­nie [ə], czy ra­czej ist­nie­nie jego cech dys­tynk­tyw­nych, może zo­stać za­kwe­stio­no­wa­ne. Po pierw­sze, nig­dy nie po­ja­wia się ono w sy­la­bie ak­cen­to­wa­nej. Z dru­giej stro­ny nie bar­dzo daje się po­sta­wić w opo­zy­cji fo­ne­tycz­nej do swo­ich naj­bliższych sąsiadów, [ø] i [œ] […]. Przede wszyst­kim zaś można za­uważyć, że na­wet w słowach, w których się po­ja­wia, jego po­mi­nięcie nie ma żad­ne­go wpływu na ko­mu­ni­kację: [lafənətR] czy [lafnεtR] to da­lej la fenêtre; une bon­ne gram­ma­ire można równie do­brze wymówić jako [ynbngRam(m)εr] lub jako [ynəbnəgRam(m)εr]. Wy­da­je się, że je­dyną racją bytu tego pro­ste­go fo­ne­tycz­ne­go sma­ru (Mar­ti­net) jest uni­ka­nie, w miarę możliwości, następo­wa­nia po so­bie pew­nych spółgłosek”4.

Można się za­sta­na­wiać, dla­cze­go języ­ko­znaw­cy nie od­rzu­ci­li całko­wi­cie tego „pro­ble­ma­tycz­ne­go fo­ne­mu”. Dla­cze­go poświęcamy tyle uwa­gi po­je­dyn­cze­mu dźwiękowi, który wy­da­je się w ogóle nie być dźwiękiem, którego nie da się prze­ciw­sta­wić żad­ne­mu in­ne­mu z ter­minów fo­no­lo­gicz­nych, który wy­da­je się nie od­gry­wać żad­nej roli funk­cjo­nal­nej w sen­sie se­man­tycz­nym, który w naj­lep­szym ra­zie można uznać za „fo­ne­tycz­ny smar”? Od­po­wiedź jest pro­sta. Ist­nie­je dzie­dzi­na, w której „nie­me”, „ru­cho­me (ca­duc)”, czy też „nie­ak­cen­to­wa­ne” e od­gry­wa rolę klu­czową – jest nią po­ezja. Nie można uchwy­cić ryt­mu fran­cu­skie­go wier­sza, jeśli nie weźmie się pod uwagę możliwości po­ja­wie­nia się tego fo­ne­mu w sy­la­bie. Weźmy na przykład wers z Mal­larmégo „Ce lac dur oublié que han­te sous le gi­vre5. Mimo że nie można tego określić z pew­nością, roz­pa­trując ten frag­ment w ode­rwa­niu od całości, składa się on z dwu­na­stu sy­lab, ze śred­niówką po szóstej – jest alek­san­dry­nem. Ale może on być trak­to­wa­ny jako alek­san­dryn tyl­ko wte­dy, gdy usłyszy­my, w wy­obraźni lub na głos, ostat­nie, „nie­me” e w wy­ra­zie han­te. Jeśli wy­po­wie­my te słowa tak, jak mogłyby zo­stać wymówio­ne we współcze­snym fran­cu­skim: „sølak­dy­ru­bliekœãtsu­leЗivR”, po­wsta­nie je­de­na­stozgłosko­wiec i całko­wi­cie roz­mi­nie­my się z me­tryką wier­sza.

„Za­grożony fo­nem” mógł zniknąć z po­tocz­ne­go kra­jo­bra­zu języka fran­cu­skie­go, lecz mimo to prze­trwał, co praw­da uwięzio­ny, w jego po­ezji. Żaden czy­tel­nik fran­cu­skich wier­szy nie może po­zwo­lić, by ten za­grożony dźwięk zniknął z jego pola wi­dze­nia. Nikt, kto chciałby uchwy­cić me­lo­dię języka, nie może za­po­mnieć o „pro­ble­ma­tycz­nym e”, gdyż bez nie­go nie­możliwe jest wyróżnie­nie se­rii sy­lab, które tworzą rytm wier­sza. Nie mamy wy­bo­ru – jeśli chce­my choć trochę się zbliżyć do mu­zy­ki w języku, mu­si­my zo­sta­wić otwar­te aku­stycz­ne drzwi na wy­pa­dek, gdy­by za­grożona sy­laba chciała się nam za­pre­zen­to­wać. Nic jed­nak nie jest tu pew­ne. Ten nie­uchwyt­ny dźwięk może się dać usłyszeć w wier­szu, ale może też po­zo­stać nie­my; jego obec­ność lub nieobec­ność zależy od paru złożonych czyn­ników lin­gwi­stycz­nych, hi­sto­rycz­nych i pro­zo­dycz­nych. Spe­cja­liści w dzie­dzi­nie fran­cu­skiej me­try­ki, rzecz ja­sna, od daw­na sta­ra­li się określić te czyn­niki, ale ich za­da­nie z pew­nością nie należy do najłatwiej­szych – jak mo­gli­byśmy być pew­ni cha­rak­te­ry­stycz­nych ruchów zwierzęcia, które od daw­na nie ist­nie­je?

Jed­na ze współcze­snych prac na te­mat fran­cu­skiej wer­sy­fi­ka­cji de­fi­niu­je ten dźwięk jako „e nie­sta­bil­ne” lub bar­dziej pre­cy­zyj­nie jako „e opcjo­nal­ne”, w tym sen­sie, że fo­nem ten określa możliwość po­ja­wie­nia się lub nie w da­nym słowie. „Tę możliwość, cha­rak­te­ry­styczną dla słowa o tyle, o ile może ono przyjąć jedną z dwóch form – pisał Benoît de Cor­nu­lier – można na­zwać […] opcją e6. Następnie w opi­sie obec­ności „za­grożone­go fo­ne­mu” w wier­szu au­tor po­da­je następującą de­fi­nicję: za każdym ra­zem, gdy wy­ma­wia­my e, za­wsze możliwe było jego nie­wymówie­nie. A co z tymi przy­pad­ka­mi, kie­dy fo­nem ten jest nie­obec­ny? Wy­na­laz­ca „opcji e” roz­ważnie za­zna­cza, że jeśli ten nie­uchwyt­ny dźwięk nie po­ja­wia się w wier­szu, to trud­no stwier­dzić, jak można było się go spo­dzie­wać w tym miej­scu. Kie­dy dźwięk e nie po­ja­wia się przy po­dzia­le na sy­la­by, jak pre­cy­zyj­nie i na­uko­wo pi­sze ba­dacz, nie można „na­zwać go poważnie sa­mogłoską (na­wet niemą) ani przy­pi­sać mu na­zwy sa­mogłoski, po­nie­waż on nie ist­nie­je. Roz­ważając jego po­zycję, można je­dy­nie wspo­mnieć, że sa­mogłoska – na­zwa­na zgod­nie z or­to­gra­ficzną kon­wencją e – mogłaby (w pew­nych wa­run­kach) się zak­tu­ali­zo­wać; ale to nie-użycie, to po­mi­nięcie e, […] nie jest praw­dzi­wym e, samo­głoską, która się nie zak­tu­ali­zo­wała. Brak dźwięku nie jest bez­dźwięcznym czy nie­mym dźwiękiem, na­wet jeśli jest ozna­czo­ny li­terą”7.

Czym jest dźwięk, który „mógł się zak­tu­ali­zo­wać”, ale się nie zak­tu­ali­zo­wał? Trze­ba przy­znać, że fo­no­log „nie może na­zwać go poważnie sa­mogłoską, ani przy­pi­sać mu na­zwy sa­mogłoski, po­nie­waż on nie ist­nie­je”. Ale na­wet on nie może so­bie bez niej po­ra­dzić. Musi przy­najm­niej „wspo­mnieć” o tym, że mogła się zak­tu­ali­zo­wać, ale tego nie zro­biła, przy­wołać pewną „opcję” języka, która mogła zo­stać zak­tu­ali­zo­wana, na­wet jeśli tak się nie stało. Nie­uchwyt­ne i nie­ist­niejące, na­zwa­ne, ale nie­na­zy­wal­ne e po­zo­sta­je za­tem w wier­szu, prześla­du­je go. Na­wet naj­bar­dziej ry­go­ry­stycz­na ana­li­za struk­tu­ry po­etyc­kiej nie jest w sta­nie wy­gnać „pro­ble­ma­tycz­ne­go fo­ne­mu” z jego te­re­nu. Po tym jak za­milkła w swo­im języku, kie­dy wy­co­fała się z pola wi­dze­nia na­wet w swo­jej ro­dzi­mej po­ezji, ta „nie­sta­bil­na” li­te­ra nie jest już tyl­ko „za­grożona” – w rze­czy­wi­stości jest mar­twa. Jak z miażdżącą pre­cyzją pod­kreśla Cor­nu­lier, na­wet na­zwa­nie jej „bezdźwięcznym czy nie­mym dźwiękiem” byłoby prze­sadą. Mimo to coś prze­trwało, w za­ni­ka­niu po­zo­sta­je „nie­obec­ność dźwięku”, a za­da­niem poetów jest jej ukształto­wa­nie; z ginących li­ter swe­go języka czer­pią oni ma­te­rię swo­jej sztu­ki.

Roz­dział piąty

H i Spółka

Li­te­ra, po­dob­nie jak wszyst­ko inne, musi w końcu spo­tkać się ze swo­im prze­zna­cze­niem, a z bie­giem cza­su każdy za­pi­sa­ny znak mowy prze­sta­je być używa­ny. Nie­za­leżnie od tego, jak za­szczyt­ne miej­sce zaj­mo­wała w języku, do którego należy, każda li­te­ra stop­nio­wo sta­je się prze­sta­rzała, po­tem rzad­ka, by w końcu całko­wi­cie się zdez­ak­tu­ali­zo­wać. Może się to od­by­wać na wie­le spo­sobów. Jej upa­dek może być mniej lub bar­dziej na­tu­ral­ny, będąc re­zul­ta­tem stop­nio­wych i nie­od­wra­cal­nych pro­cesów, które są zupełnie nie­za­leżne od de­cy­zji społecz­ności piszących. Wspo­mnij­my ar­cha­icz­ne li­te­ry hel­leńskie, które zaczęły zni­kać z grec­kich ma­nu­skryptów, jesz­cze za­nim zaczęto za­pi­sy­wać dzieła kla­sycz­nej tra­dy­cji li­te­rackiej, które dzi­siaj zna­my. Do najbar­dziej zna­nych i naj­sze­rzej ko­men­to­wa­nych li­ter z tego zbio­ru należą: półspółgłosko­wa di­gam­ma (), która była kie­dyś szóstą li­terą al­fa­be­tu i której ślady możemy od­na­leźć jesz­cze u Ho­me­ra, następnie kop­pa (), sam­pi () san (), by wy­mie­nić tyl­ko trzy spośród tych, dla których pamięć ludz­ka nie oka­zała się łaska­wa1. Ale nie mu­si­my szu­kać aż tak da­le­ko w cza­sie i prze­strze­ni, jak sta­rożytna Gre­cja, by zna­leźć do­wo­dy za­ni­ka­nia ele­mentów sys­te­mu al­fa­be­tycz­ne­go. Język an­giel­ski również ucier­piał na sku­tek ta­kich strat: po in­wa­zji Nor­manów an­glo­sak­sońskie eth (ð), thorn (þ), aesc (), ash (æ) i wynn () po­wo­li odeszły z al­fa­be­tu, a ostat­ni przed­sta­wi­ciel sta­re­go pi­sma, yogh (), wkrótce podążył za nimi, kie­dy w abe­ca­dle języka na do­bre za­do­mo­wiło się kon­tra­stujące, kon­ty­nen­tal­ne g2.

Po­szczególne ele­men­ty mogą zo­stać za­nie­cha­ne również pod wpływem świa­do­mej de­cy­zji. Na do­bre czy na złe, ich prze­zna­cze­nie zależy od osądu tych, którzy będą (lub nie) za­pi­sy­wać te li­te­ry. Spoglądając na hi­sto­rię pi­sma, od­kry­wa­my bru­talną prawdę: li­te­ry można prze­mocą wy­klu­czyć z teks­tów, do których kie­dyś należały. Na przykład w dra­stycz­nej re­for­mie or­to­gra­ficz­nej z 1708 roku Piotr Wiel­ki za­de­kre­to­wał, że gru­pa rzad­kich znaków po­cho­dze­nia grec­kie­go (ta­kich jak ѳ, ξ i ψ) ma na­tych­miast opuścić cy­ry­licę, a krótko po Re­wo­lu­cji Paździer­ni­ko­wej języ­ko­znaw­cy re­pre­zen­tujący nowe państwo ra­dziec­kie stwier­dzi­li, że niektóre li­te­ry w rze­czy­wi­stości są zbędne, za­ka­za­no więc ich dru­ku. Rok 1917 stał się ro­kiem ofi­cjal­ne­go od­rzu­ce­nia nie­zwykłego zna­ku z (зело – ѕ), dwóch rzad­kich za­pisów i (восьмиричное – i oraz десятиричное – ї), a także zna­ku wie­ko­wej i sza­cow­nej sa­mogłoski (ятьѣ), która weszła do cy­ry­li­cy z al­fa­be­tu naj­bar­dziej do­stoj­ne­go z języków – sta­ro-cer­kiew­no-słowiańskie­go, a w cza­sach re­wo­lu­cji zo­stała wy­gna­na na języ­ko­we te­re­ny Bułga­rii (trze­ba tu dodać, że tam również nie prze­trwała długo i w 1945 roku zo­stała usu­nięta z pi­sma tego bałkańskie­go kra­ju)3.

Li­te­ry mogą przy tym zni­kać wie­lo­krot­nie i ni­czym du­chy po­wra­cać, by uka­zać się na długo po tym, jak niektórzy zdążyli ogłosić ich śmierć. Kla­sycz­nym przy­pad­kiem jest gra­fem h, który nie po­ja­wia się wśród głosek swo­jej współcze­snej an­giel­skiej na­zwy, za­pi­sy­wa­nej aitch. To ozna­cze­nie dźwięku, który języ­ko­znaw­cy określają jako spółgłoskę czy­sto przy­de­chową lub szcze­li­nową krta­niową, obec­ne jest w nie­mal wszyst­kich al­fa­be­tach wy­ko­rzy­stujących pi­smo łacińskie. Jego brzmie­nie często jed­nak bywa nie­uchwyt­ne w mo­wie, a w prze­cho­dze­niu od jed­ne­go języka do dru­gie­go jest to pierw­sza głoska, która za­ni­ka. Może się to wiązać z poważnymi kon­se­kwen­cja­mi, o czym do­brze wie­dział He­in­rich He­ine – po­eta wie­lu h o dwóch różnych ty­pach przy­de­chu (czy­ste h i jego bar­dziej szcze­li­no­wa wer­sja X). We wspo­mnie­niach na­pi­sa­nych w la­tach 1850–1855 tak ko­men­to­wał zmia­ny, którym uległo jego imię po tym, jak wy­emi­gro­wał z Nie­miec:

„We Fran­cyi, za­raz po mo­jem przy­by­ciu, przełożono moje nie­miec­kie imię «He­in­rich» na «Hen­ri»; mu­siałem się do tego za­sto­so­wać i sam sie­bie tak na­zy­wać, po­nie­waż słowo «He­in­rich», nie tra­fiało do ucha fran­cuz­kie­go, a Fran­cu­zi w ogóle lubią wszyst­kie rze­czy na całym świe­cie, do swo­jej wy­go­dy przy­sto­so­wy­wać. Mego całego na­zwi­ska «Hen­ri He­ine», nie zdołali także nig­dy właści­wie wymówić i większość na­zy­wa mnie «Mr. Enri Enn», niektórzy łączą te dwa wy­ra­zy w je­den «En­rien­ne», a są i tacy, co na­zy­wają mnie «Mr. Un rien»”4.

Od „He­in­rich He­ine” do „nic” (fr. rien) w czte­rech kro­kach – geo­gra­ficz­ny i lin­gwi­stycz­ny „przekład” był w tym wy­pad­ku szczególnie zdra­dziec­ki. Gdy­by jed­nak po­eta zde­cy­do­wał się na podróż nie na zachód, ale na wschód, kon­se­kwen­cje byłyby równie dra­stycz­ne. Mógł jesz­cze za życia przyjąć równie nie­roz­po­zna­wal­ne na­zwi­sko, w którym pierw­sza li­te­ra jego imie­nia i na­zwi­ska nie stałaby się „ni­czym”, ale „czymś” co naj­mniej równie za­ska­kującym: „Gen­rich Ge­ine” (Генрих Гейне), jak jest on zna­ny po dziś dzień w Ro­sji.

Oka­zu­je się, że ta „od­dy­chająca” (bre­athy) li­te­ra od sa­me­go początku spra­wiała pro­ble­my. Grec­kie na­pi­sy przed Eu­kli­de­sem za­wie­rały znak h, będący bez wątpie­nia pre­kur­so­rem łacińskiej li­te­ry. Uważa się, że ten znak spółgłoski przy­de­cho­wej wy­wo­dzi się od wcześniej­szej li­te­ry (chet.jpg), która była od­po­wied­ni­kiem se­mic­kiej li­te­ry chet (ta z ko­lei prze­trwała zarówno w he­braj­skim ח, jak i w arab­skim ح). Grec­kie h nie miało jed­nak długiej hi­sto­rii, przy­najm­niej jako głoska przy­de­cho­wa. Na początku V wie­ku przed naszą erą gra­fem h przyjął war­tość sa­mogłoski, co osta­tecz­nie do­pro­wa­dziło do po­wsta­nia kla­sycz­nej for­my grec­kiej li­te­ry eta (η); w tym sa­mym cza­sie głoska przy­de­cho­wa z ko­lei zaczęła być ozna­cza­na w piśmie za po­mocą „pół-H”, to jest 5. Od tego mo­men­tu za­czy­na się dro­ga h do podwójne­go za­po­mnie­nia – jako zna­ku i jako dźwięku. Na prze­strze­ni wieków, kie­dy używa­no kla­sycz­nej gre­ki, ten nie­gdyś spółgłosko­wy fo­nem stop­nio­wo ustępował miękkie­mu, ale słyszal­ne­mu „początko­we­mu przy­de­cho­wi”. W cza­sach hel­le­ni­stycz­nych osłabio­ny przy­dech zaczął opusz­czać język, a źródła wska­zują na to, że już w IV wie­ku na­szej ery, o ile nie wcześniej, dźwięk ten był od daw­na nie­obec­ny. W tym sa­mym okre­sie li­te­ra – frag­ment wcześniej­szej całości – uległa dal­sze­mu zmniej­sze­niu, tracąc swo­je pra­wo do pełnej po­zy­cji w za­pi­sie. Fi­lo­lo­go­wie i gra­ma­ty­cy z Pto­le­mej­skiej Alek­san­drii zre­du­ko­wa­li ją do małego zna­ku nad li­terą, którą mo­dy­fi­ko­wał. Później aka­de­mi­cy i kopiści jesz­cze bar­dziej go skrócili, tak że stał się zna­kiem dia­kry­tycz­nym, umiesz­cza­nym przed sa­mogłoską, który zaj­mo­wał nie­wie­le więcej miej­sca niż odstęp między zna­ka­mi i bar­dzo przy­po­mi­nał nasz współcze­sny apo­strof. Stąd osta­tecz­na for­ma tego gra­fe­mu w piśmie hel­leńskim: ‛, określana przez spe­cja­listów od języka grec­kie­go na­wet nie jako li­tera, ale jako „duch” (a dokład­nie: jako „szorst­ki od­dech”, spi­ri­tus asper, czy też da­se­ia, w prze­ci­wieństwie do „gład­kie­go od­de­chu”, spi­ri­tus le­nis, psilē, który wska­zy­wał na brak przy­de­chu przed sa­mogłoską).

Z ko­lei al­fa­bet łaciński na pierw­szy rzut oka uzna­wał h za swo­je­go pełno­praw­ne­go członka. Wy­da­je się jed­nak, że gra­fem ten przed­sta­wiał dźwięk o równie nikłej sub­stan­cji, jak grec­ki przy­dech: „za­sad­ni­czo słaba ar­ty­ku­la­cja – jak pisał pe­wien języ­ko­znaw­ca hi­sto­rycz­ny – nie­wiążąca się z żadną sa­mo­dzielną ak­tyw­nością or­ganów mowy w ja­mie ust­nej i […] narażona na za­nik”6. Niewątpli­wie z tego po­wo­du na­wet sami Rzy­mia­nie nie mie­li pew­ności co do właści­we­go sta­tu­su tej li­te­ry w języku. Na przykład Kwin­ty­lian w swo­im Kształ­ce­niu mówcy (In­sti­tu­tio ora­to­ria) wyrażał wątpli­wość, czy h w ogóle jest „li­terą”7. Wbrew po­zo­rom było to wyjątko­wo otwar­te sta­no­wi­sko – później gra­ma­ty­cy, tacy jak Pry­scjan czy Ma­riusz Wik­to­ryn, de­fi­nio­wa­li ten znak jako „nie li­terę, lecz je­dy­nie znak od­de­chu” (h lit­te­ram non esse osten­di­mus, sed no­tam aspi­ra­tio­nis – czy­ta­my we wpływo­wej Ars gram­ma­ti­ca Pry­scja­na)8. Po­dob­nie jak jego hel­leński od­po­wied­nik, rzym­ski dźwięk wy­da­je się nie­trwały z na­tu­ry, skłonny ulot­nić się z każdej po­zy­cji zaj­mo­wa­nej w słowie. Jego hi­sto­rycz­ny upa­dek był za­tem stop­nio­wy, ale nie­unik­nio­ny. Początko­wo, w okre­sie kla­sycz­nym, znak ten zniknął spo­między sa­mogłosek (ne-hemo stało się nemo); następnie za­ni­kał w środ­ku słów, po pew­nych spółgłoskach (dis-ha­beo stało się di­ri­beo); w końcu, u schyłku Re­pu­bli­ki, opuścił na­wet swój ostat­ni przyczółek – początek słowa (w po­pu­lar­nych na­pi­sach Ho­ra­tia, hau­et stało się Ora­tia, auet)9.

Nie minęło wie­le cza­su, a tyl­ko naj­le­piej wy­kształceni użyt­kow­ni­cy łaci­ny mo­gli z pew­nością po­wie­dzieć, w którym miej­scu kie­dyś znaj­do­wał się ten dźwięk. Odej­mo­wa­nie bądź do­da­wa­nie od­de­chu czy dwóch przy ar­ty­ku­la­cji stało się swe­go ro­dza­ju zna­kiem szczególnym mówiącego. W jed­nym z wier­szy Ka­tul­lus wyśmie­wa nie­ja­kie­go Ar­riu­sa, który by ucho­dzić za eru­dytę, do­da­wał h w słowach, w których nig­dy ich nie było10. Z ko­lei Au­gu­styn w słyn­nym frag­men­cie Wy­znań, kry­ty­kując ówcze­snych na­uczy­cie­li, bie­rze na cel gra­ma­tyczną ob­sesję przy­de­cho­wej wy­mo­wy wśród kar­ta­gińskich ma­gi­stri:

„Spójrz, Pa­nie Boże mój, a cier­pli­wie, jak zwykłeś pa­trzeć, jak pil­nie sy­no­wie ludz­cy prze­strze­gają usta­no­wio­nych przez po­przed­nie po­ko­le­nia pra­wi­deł o li­te­rach i zgłoskach, a jak za­nie­dbują usta­no­wio­nych przez Cie­bie od­wiecz­nych praw wie­ku­iste­go zba­wie­nia do tego stop­nia, że gdy­by ktoś ucząc daw­nych za­sad używa­nia dźwięków i sam się ich trzy­mając, wy­po­wie­dział wbrew prze­pi­som gra­ma­tycz­nym bez przy­de­chu w pierw­szej sy­la­bie wy­raz homo, to mniej by się po­do­bał lu­dziom, niż gdy­by wbrew Two­im przy­ka­za­niom znie­na­wi­dził człowie­ka, sam będąc człowie­kiem”11.

Pe­dan­tycz­ne przy­wiąza­nie na­uczy­cie­li do or­to­gra­fii, rzecz ja­sna, miało na celu odcięcie się od nie­okrze­sa­ne­go tłumu, który nie miał pojęcia o ety­mo­lo­gicz­nie po­praw­nym za­sto­so­wa­niu przy­de­chu.

Jed­nakże na­wet wśród uczo­nych tej epo­ki nie było pew­ności, dla­cze­go w niektórych słowach był przy­dech, a w in­nych nie. Na przykład Ge­liusz, który żył o dwa wie­ki bliżej przy­dechu niż Au­gu­styn, już wte­dy zda­wał so­bie sprawę z pro­ble­ma­tycz­ne­go sta­tu­su łacińskiej „li­te­ry” i poświęcił cały roz­dział At­tyc­kich nocy kwe­stii jej obec­ności w pew­nych słowach. Twier­dził, że był to całko­wi­cie nie­uza­sad­nio­ny do­da­tek po­czy­nio­ny przez sta­rożyt­nych Rzy­mian, którzy chcie­li wzmoc­nić „siłę i wi­gor” (fir­mi­tas et vi­gor) niektórych wyrażeń, a za­ra­zem przy­wołać cha­rak­te­ry­stycz­ny ak­cent kla­sycz­nych Ateńczyków:

„Li­te­ra H – czy może ra­czej po­win­niśmy ją na­zwać du­chem, a nie li­terą – zo­stała przez na­szych przodków do­da­na, by nadać siłę i wi­gor ich wy­mo­wie wie­lu słów, aby miały one świeższy i żyw­szy dźwięk; wy­da­je się, że uczy­ni­li to z miłości do języka at­tyc­kie­go i pod jego wpływem. Po­wszech­nie wia­do­mo, że miesz­kańcy At­ty­ki, w prze­ci­wieństwie do in­nych Greków, mówią hich­tus (ryba), hip­pos (koń) i wie­le in­nych słów z przy­de­chem na pierw­szej li­te­rze. Po­dob­nie nasi przod­ko­wie mówili la­chru­mae (łzy), se­pul­chrum (grób), ahe­num (z brązu), ve­he­mens (gwałtow­ny), in­co­ha­re (za­czy­nać), hel­lu­ari (obżerać się), hal­lu­ci­na­ri (śnić), ho­ne­ra (ciężary), ho­nu­stum (obciążony). We wszyst­kich tych słowach zda­je się bra­ko­wać uza­sad­nie­nia dla tej li­te­ry, czy też od­de­chu, poza tym, że zwiększa ona siłę i wi­gor dźwięku, do­dając im trochę ner­wu (In his enim ver­bis omni­bus lit­te­rae seu spi­ri­tus istius nul­la ra­tio visa est, nisi ut fir­mi­tas et vi­gor vo­cis qu­asi quibus­dam ne­rvis ad­di­tis in­ten­de­re­tur)”12.

H, znak gra­ficz­ny nie­mający se­man­tycz­nej ra­cji bytu, w cza­sach Ge­liu­sza stał się czymś za­gad­ko­wym. Nie­gdy­siej­szy fo­nem przy­de­cho­wy był, przy­najm­niej w II wie­ku na­szej ery, od­de­chem wy­ma­gającym wyjaśnie­nia.

Ozna­czał go znak or­to­gra­ficz­ny i po­twier­dzały go au­to­ry­te­ty gra­ma­tycz­ne kla­sycz­nej i późnej sta­rożytności, tak więc an­tycz­ny „od­dech” nie zniknął w okre­sie po upad­ku Im­pe­rium Rzym­skie­go. Prze­trwał w języku pi­sa­nym śre­dnio­wiecz­nych szkół i uni­wer­sy­tetów i na­wet ci, którzy jak Pe­trus He­lias za Pry­scja­nem od­ma­wia­li h sta­tu­su „li­te­ry”, nie posu­wali się tak da­le­ko, by kwe­stio­no­wać jej obec­ność w al­fa­be­cie13. Praw­dzi­we wy­zwa­nia na­deszły później. Wraz z po­ja­wie­niem się gra­ma­tycz­nych ana­liz eu­ro­pej­skich języków na­ro­do­wych we wcze­snej nowożytności „duch” stał się przed­mio­tem ostrej kry­ty­ki. Począwszy od połowy XV wie­ku, gra­ma­ty­cy, ty­po­gra­fo­wie i na­uczy­cie­le we Włoszech, Hisz­pa­nii, Fran­cji i An­glii wzy­wa­li nasz gra­fem przed sąd na­ro­do­wej or­to­gra­fii, często grożąc mu całko­wi­tym wy­klu­cze­niem. Jedną ze skraj­ności pre­zen­to­wa­li Włosi. Pierw­si, którzy wy­nieśli pra­wa języka na­ro­do­we­go po­nad łacinę, byli szczególnie nie­uf­ni wo­bec tego kla­sycz­ne­go zna­ku. W trak­ta­cie o or­to­gra­fii Il po­li­to, opu­bli­ko­wa­nym w 1525 roku, Clau­dio To­lo­mei szczegółowo roz­waża możliwe za­sto­so­wa­nia gra­fe­mu, by w końcu wydać bez­li­to­sny wer­dykt: „Oświad­czam, że żadna siła nie zmu­si nas, byśmy chcie­li tego h wśród na­szych li­ter”14. W tych sa­mych la­tach Gian Gior­gio Tris­si­no pisał w swo­ich I dubbî gram­ma­ti­ca­li (Wątpli­wości gra­ma­tycz­ne), że h „nie jest li­terą”, do­dając następnie: „Jest to całko­wi­cie bezużytecz­ne ozna­cze­nie od­de­chu” (zgod­nie ze zre­for­mo­waną or­to­gra­fią jego czasów: nota di fiatω tal­men­te ωzio­Sa)15.

Wy­da­je się, że gra­ma­ty­cy fran­cu­scy i hisz­pańscy byli bar­dziej umiar­ko­wa­ni w swo­ich osądach sta­rej głoski przy­de­cho­wej. Byli oczy­wiście, po­dob­nie jak włoscy hu­ma­niści, świa­do­mi jej wyjątko­we­go sta­tu­su. Na przykład Geof­froy Tory w Champ­fleu­ry: Art et scien­ce de la vra­ie pro­por­tion des let­tres z 1529 roku tak opi­sy­wał h: „ani sa­mogłoska, ani spółgłoska, ani dźwięk nie­my, ani płynny, a co za tym idzie, w ogóle nie li­te­ra”16. Z ko­lei Char­les de Bo­vel­les w swo­im przełomo­wym dzie­le Li­ber de dif­fe­ren­tia vul­ga­rium lin­gu­arum et Ga­li­ci ser­mo­nis va­rie­ta­te (Księga o różni­cach między języ­ka­mi i o różno­rod­ności języka fran­cu­skie­go) z 1533 roku pisał o dźwięku ozna­cza­nym przez tę li­terę, że „le­d­wie można go za­uważyć na ustach Fran­cuzów, jeśli po­mie­sza­ne i ulot­ne świa­dec­two uszu nie sko­rzy­sta z po­mo­cy oczu”17. Ale żaden z fi­lo­logów nie su­ge­ro­wał, że h po­win­no zo­stać usu­nięte z za­pi­su języka. Pierw­szy gra­ma­tyk hisz­pański, An­to­nio de Ne­bri­ja, sys­te­ma­tycz­nie uza­sad­nia nowożytne użycie tego zna­ku w swo­ich Re­glas de or­to­grafía en la len­gua ca­stel­la­na (Za­sa­dy or­to­gra­fii w języku ka­sty­lij­skim) z 1517 roku. Po­su­wając się aż do uzna­nia h za pełno­prawną li­terę, twier­dził on, że „zaj­mu­je” nie mniej niż „trzy sta­no­wi­ska” w nowożyt­nym języku, oprócz przy­po­mi­na­nia o przy­de­chu, który był kie­dyś słyszal­ny w łaci­nie. Li­te­ra h ozna­czała hisz­pański od­po­wied­nik łacińskie­go f (jak w hago, które jest hisz­pańską formą fa­cio); w wie­lu wy­pad­kach po­ma­gała od­dzie­lić sa­mogłoskę od spółgłoski, ozna­czając sa­mogłosko­we u (jak w huer­to [uer­to]); w końcu zaś, umiesz­czo­na za c, wska­zy­wała na „dźwięk cha­rak­te­ry­stycz­ny dla języka hisz­pańskie­go, dla którego nie mamy in­nych li­ter – mu­cho, mu­cha­cho18 (we współcze­snym języ­ko­znaw­stwie tę spółgłoskę zwar­to-szcze­li­nową ozna­cza się tſ).

Nasz za­grożony znak zna­lazł co naj­mniej równie wie­lu przy­ja­ciół we wcze­sno­no­wożyt­nej An­glii. Nie ma wątpli­wości, że nowożytny an­giel­ski zbu­do­wa­ny zo­stał na gru­zach an­glo­sak­sońskie­go przy­de­chu. W XVI wie­ku staroan­giel­skie hl zo­stało już całko­wi­cie wy­par­te przez współcze­sne l (jak w wy­ra­zie loaf [bo­che­nek], będącym od­po­wied­ni­kiem an­glo­sak­sońskie­go hlāf); tam gdzie kie­dyś było hn, na do­bre za­do­mo­wiło się n (na przykład w nut [orzech], współcze­snej for­mie hnu­tu); a po­je­dyn­cze r uzy­skało wszel­kie pra­wa, które w daw­nej mo­wie przysługi­wały hr (w ten sposób słowo roof [dach] zastąpiło hrōf)19. Można so­bie wy­obra­zić, że an­giel­scy gra­ma­ty­cy nie chcie­li stra­cić ostat­nie­go zna­ku wska­zują­cego na od­dech. W każdym ra­zie pierw­si or­to­gra­fo­wie byli zjed­no­cze­ni w swo­jej obro­nie kwe­stio­no­wa­ne­go gra­fe­mu. Sir Tho­mas Smith, au­tor pierw­sze­go opu­bli­ko­wa­ne­go trak­ta­tu o or­to­gra­fii an­giel­skiej (De rec­ta et emen­da­ta lin­gu­ae An­gli­cae scrip­tio­ne z 1568 roku), pisał, że jest świa­do­my fak­tu, iż „niektórzy, na­zbyt lu­bujący się w Gre­cji, wy­klu­czy­li h z se­na­tu li­ter” (qu­idam ni­mium græcis­san­tes, è lit­te­ra­rum tan­quam se­na­tu mo­ve­runt), pod­czas gdy inni je „zastąpili”. Po­dob­nie jed­nak jak Ne­bri­ja, trak­to­wał ten znak na równi z in­ny­mi li­te­ra­mi, twierdząc, że „nie­za­leżnie od tego, czy uzna­my go za li­terę, czy za du­cha”, An­gli­cy „używają go ze swo­bodą”20. A po­nad sto lat później, w roku 1669, Wil­liam Hol­der po­dob­nie ar­gu­men­to­wał, pisząc, że na­wet jeśli pew­ne au­to­ry­te­ty od­rzu­cają h jako li­terę w pełnym sen­sie tego słowa, to ist­nieją na­prawdę do­bre po­wo­dy, z ja­kich po­win­na być ona ofi­cjal­nie i w pełni uzna­na na te­ry­to­rium języka an­giel­skie­go. „Po­nie­waż po­wo­du­je do­strze­galną różnicę w języku, a za­ra­zem nie stwa­rza nie­wy­go­dy – pisał – po­win­na zo­stać za­li­czo­na do al­fa­be­tu”21.

Na długo po tym, jak gra­ma­tycz­ne i or­to­gra­ficz­ne ka­no­ny eu­ro­pej­skich języków na­ro­do­wych zo­stały usta­lo­ne, kwe­stia dokład­ne­go sta­tu­su nie­uchwyt­nej głoski przy­de­cho­wej zna­lazła klu­czo­we miej­sce w in­te­lek­tu­al­nym pro­gra­mie Oświe­ce­nia. W roku 1773 Chri­stian To­bias Damm, wy­bit­ny teo­log i uczeń Chri­stiana Wolf­fa, opu­bli­ko­wał Be­trach­tung über die Re­li­gion (Roz­ważania o re­li­gii), w których przed­sta­wia prze­myślaną i me­to­dyczną kry­tykę tra­dy­cyj­ne­go nie­miec­kie­go zwy­cza­ju umiesz­cza­nia tego gra­fe­mu w środ­ku i na końcu wy­razów, w których, jak pi­sze, nie od­zwier­cie­dla on żad­nej kon­wen­cji języka mówio­ne­go. „Uni­wer­sal­ny, zdro­wy i prak­tycz­ny ro­zum ludz­ki – pisał Damm – na nowo po­zwa­la na­szym nie­miec­kim umysłom stwier­dzić, w jaki sposób li­te­ra h, której nig­dy nie wy­ma­wia­my, zo­stała wsta­wio­na pomiędzy sy­la­by przez lek­ko­myślnych, nie­roz­ważnych wy­rob­ników pióra oraz tak zwa­nych ka­zno­dziejów (unach­sa­men, unbe­den­ken­den Brodt­schre­ibern und so ge­nan­n­ten Kan­zel­li­sten), a także stwier­dzić, że wyżej wy­mie­nio­ne h musi zo­stać usu­nięte (ab­ge­schaf­fen), po­nie­waż jest bezużytecz­nym, nie­uza­sad­nio­nym i bar­ba­rzyńskim zwy­cza­jem, który obraża nasz naród w oczach wszyst­kich cu­dzo­ziemców”22. W „roz­ważaniach” cho­dziło o coś więcej niż tyl­ko „wyżej wy­mie­nio­ne h”, co sta­je się ja­sne w ostat­nich zda­niach po­le­mi­ki Dam­ma. Pro­te­stanc­ki teo­log w groźnym sty­lu pi­sze w nich, że „ten, który w or­to­gra­fii nie do­cho­wu­je wier­ności tej drob­nej li­te­rze h, ten również w wiel­kich ob­ja­wie­niach i ta­jem­ni­cach uni­wer­sal­nej, ra­cjo­nal­nej i prak­tycz­nej re­li­gii ludz­kiej będzie nie­wier­ny i nie­spra­wie­dliwy”23.

Be­trach­tung Dam­ma jest dziś zna­ne przede wszyst­kim z po­wo­du od­po­wie­dzi na ten tekst au­tor­stwa jed­ne­go z naj­bar­dziej wy­wro­to­wych głosów epo­ki – Jo­han­na Geo­r­ga Ha­man­na, który przed­sta­wił obronę gra­fe­mu w swo­jej Neue Apo­lo­gie des Buch­sta­ben H (Nowa apo­lo­gia li­te­ry H), wy­da­nej jesz­cze w tym sa­mym 1773 roku. Przyj­mując wy­zwa­nie do „or­to­gra­ficz­ne­go po­je­dyn­ku” (or­tho­gra­phi­scher Zwe­ikampf), jak na­zy­wał ten spór, Ha­mann roz­ważał dwa ar­gu­men­ty za re­formą or­to­gra­ficzną, wy­su­nięte przez jego ad­wer­sa­rza: fakt, że h się nie wy­ma­wia, oraz niełaskę, w jaką musi popaść naród nie­miec­ki w oczach ob­co­kra­jowców z po­wo­du sto­so­wa­nia bezdźwięcznej li­te­ry24. Ha­mann do­cho­dzi do wnio­sku, że oba te ar­gu­men­ty są błędne. Pro­po­zy­cja Dam­ma – pi­sze da­lej – jest tyl­ko ukrytą „kru­cjatą prze­ciw­ko nie­win­ne­mu od­de­cho­wi”, ak­tem nie­umo­ty­wo­wa­nej agre­sji prze­ciw­ko by­to­wi, który „myśli­cie­le języka (Sprachgrübler) wie­lo­krot­nie chcie­li uznać za li­terę”25. Apo­lo­ge­ta za­sta­na­wia się, dla­cze­go Damm wyróżnił h spośród wszyst­kich li­ter – aby je kry­ty­ko­wać? Za­uważa przy tym, że jeśli uzna­my za winę tej li­tery brak dźwięku, to podwójne l, podwójne s (czy też ß) oraz podwójne t, których Damm nie kwe­stio­nu­je, również mu­siałyby zniknąć26. Przed­sta­wia za­rys po­nu­rych kon­se­kwen­cji tych zmian dla kra­jo­bra­zu języka nie­miec­kie­go: „Cóż za po­ka­wałko­wa­nie! Cóż za ba­bi­lońskie po­mie­sza­nie! Cóż za ga­li­ma­tias wśród li­ter!”27 Od­rzu­ca także próbę prze­ko­na­nia czy­tel­ników, że „ob­co­kra­jow­cy” uznają Niemców za „bar­ba­rzyńców” z po­wo­du ich nie­mej li­te­ry. Czyż An­gli­cy, Fran­cu­zi i Rzy­mia­nie nie za­cho­wy­wa­li się już wcześniej z po­dobną „nie­od­po­wie­dzial­nością” (Unve­ran­twor­tlich­ke­it) w sto­sun­ku do ety­mo­lo­gicz­ne­go h, które oni również odzie­dzi­czy­li po sta­rożytności?

Pod ko­niec roz­pra­wy ten sa­mo­rod­ny apo­lo­ge­ta przy­zna­je, że w swo­im od­da­niu li­te­rze nie jest bez­in­te­re­sow­ny, w podwójnym sen­sie: na­uko­wym, ale też bar­dziej oso­bi­stym. Ha­mann sta­je się tu­taj per­so­na fic­ta, przyj­mując maskę ubo­gie­go na­uczy­cie­la szkol­ne­go, który nie chce ni­cze­go więcej w swo­im skrom­nym życiu niż wy­ro­bić w uczniach swo­ich trzech klas (którzy wy­cze­ki­wa­li go nie­cier­pli­wie, na­wet gdy pisał te słowa) pod­sta­wo­we wy­czu­cie or­to­gra­fii. Po­nad­to au­tor przy­zna­wał się do przy­wiąza­nia do tej li­te­ry przez włas­ne chrześcijańskie imię: He­in­rich. W rze­czy­wi­stości jed­nak pseu­do­nim ten służył au­torowi (który był da­le­ko bar­dziej za­an­gażowa­ny w całą sprawę, niż chciałby to przy­znać) do za­ma­sko­wa­nia bar­dziej istot­nej kwe­stii. Otóż na­zwi­sko tego myśli­cie­la uczy­niło go w sposób dosłowny „człowie­kiem H” – „Ha Mann”, jak brzmi to w języku nie­miec­kim – zarówno w mo­wie, jak i w piśmie. Być może z tego właśnie po­wo­du w ostat­nim aka­pi­cie swo­je­go ese­ju apo­lo­ge­ta czuł się kom­pe­tent­ny, by ostat­nie słowo włożyć w usta sa­mej kwe­stio­no­wa­nej li­te­ry. „Ta mała li­te­ra h – pisał „He­in­rich” – może mówić sama za sie­bie, jeśli tyl­ko w jej no­sie po­zo­stało choć trochę od­de­chu”. W ten sposób kończy się sama apo­lo­gia, a za­czy­na do­da­tek i kon­klu­zja: Neue Apo­lo­gie des Buch­sta­ben H von ihm selbst (Nowa apo­lo­gia li­te­ry H au­tor­stwa jej sa­mej), w której przy­de­cho­wa głoska zwięźle stresz­cza ar­gu­men­tację szkol­ne­go na­uczy­cie­la, by w końcu się obro­nić, nie bez pew­ne­go znie­cier­pli­wie­nia, we własnym imie­niu. „Nie bądźcie za­sko­cze­ni – wyjaśnia H – że zwra­cam się do was w ludz­kiej mo­wie, ni­czym nie­me i ob­ju­czo­ne zwierzę, żeby uka­rać was za wa­sze prze­wi­nie­nia. Wa­sze życie jest tym, czym je­stem ja – od­de­chem!”28

W ciągu długie­go i wie­lo­krot­nie za­grożone­go życia h apo­lo­gia Ha­man­na by­najm­niej nie była ostat­nią. Nie­wie­le po­nad wiek później Karl Kraus – by wy­mie­nić tyl­ko jed­ne­go spośród po­zo­stałych wiel­kich obrońców gra­fe­mu – na­pi­sał po­etyc­ki me­mo­riał ku czci upadłej li­te­ry, Ele­gie auf den Tod eines Lau­tes (Ele­gia o śmier­ci głoski), której pierw­sza stro­fa wyraża pełne pa­sji we­zwa­nie: „Niech Bóg języka chro­ni to h!” (Dass Gott der Spra­che die­ses h behüte!)29. Praw­do­po­dob­nie jed­nak to osiem­na­sto­wiecz­ny esej był pierwszą obroną praw zna­ku na jego własnych za­sa­dach, nie jako sa­mogłoski lub spółgłoski, ale jako wyjątko­we­go bytu, za który był uzna­wa­ny od początku na­ucza­nia gra­ma­ty­ki w kla­sycz­nej sta­rożytności – pi­sa­ne­go „od­de­chu”. W obro­nie tego za­ni­kającego zna­ku prze­ma­wiała, na­wet jeśli tyl­ko raz, na­wet jeśli tyl­ko szep­tem, naj­bar­dziej zna­mie­ni­ta ze wszyst­kich mar­twych li­ter – je­dy­na li­tera du­cha. Można ją także na­zwać du­chem każdej li­tery. Nie ma bo­wiem zna­ku pi­sa­ne­go – mimo jego po­wszech­nie uzna­nych praw i sza­cow­nych funk­cji – którego dźwięk nie byłby zapośred­ni­czo­ny przez nie­me me­dium „szorst­kie­go od­de­chu”; nie ma ta­kie­go dźwięku, który nie po­ja­wiałby się i nie ucie­kał w nicość we wde­chu i wy­de­chu, wy­zna­cza­nych przez li­terę, którą dziś na­zy­wa­my „ha”. Pa­ra­fra­zując poetę, który usunął je ze swe­go na­zwi­ska, H jest śla­dem, który nasz od­dech po­zo­sta­wia w języku30. Dla­te­go praw­do­po­dob­nie, w ten czy inny sposób, h nig­dy nas nie opuści; rytm jego po­ja­wia­nia się i zni­ka­nia jest ryt­mem nie­uchron­ne­go, choć nie­re­gu­lar­ne­go od­de­chu na­szej mowy.

Roz­dział szósty

Na wy­gna­niu

Gru­pa lu­dzi może stra­cić zdol­ność wy­ma­wia­nia nie tyl­ko wy­bra­nych, ale na­wet wszyst­kich dźwięków i li­ter swo­jej mowy, kie­dy cały język, z tego czy in­ne­go po­wo­du, od­cho­dzi w nie­pa­mięć. Mówi się wte­dy, że język jest mar­twy lub – bar­dziej pre­cy­zyj­nie – że zaczęto się posługi­wać no­wym języ­kiem. Ter­mi­ny te należą do języ­ko­znaw­stwa hi­sto­rycz­ne­go, dys­cy­pli­ny, która bada swój za­po­mnia­ny przed­miot, ko­rzy­stając z później­szej niż on wie­dzy. Oczy­wiście nie jest to ta­kie pro­ste, w mo­men­cie gdy naród za­czy­na za­po­mi­nać, jak mówić o tym, co dotąd było jego języ­kiem. Ist­nie­je wie­le możliwości. Język może zniknąć, nig­dy nie będąc za­uważonym; może też zo­stać wskrze­szo­ny przez tych, którzy kie­dyś się nim posługi­wali, w mo­men­cie gdy jest on już dla nich tyl­ko wspo­mnie­niem. Ale żaden język, na­wet ten uzna­wa­ny za święty, nie unik­nie czasów swo­je­go rozkładu. I tak, na przykład na prze­strze­ni jed­ne­go, ale jakże zróżni­co­wa­ne­go zbio­ru tekstów he­braj­skiej Bi­blii język Mojżeszo­we­go Pięciok­sięgu stop­nio­wo ustępował później­szym for­mom języ­ko­wym, które go wy­pie­rały, aż do Księgi Da­nie­la, w której Chal­dej­czy­cy roz­ma­wiają ze sobą w języku „sy­riac­kim”, iden­ty­fi­ko­wa­nym współcześnie z in­nym, choć spo­krew­nio­nym języ­kiem ara­mej­skim. Ten dru­gi język se­mic­ki, którym w rze­czy­wi­stości mówili nie tyl­ko wro­go­wie Na­bu­cho­do­no­zo­ra, ale również ci, którzy uważali się za po­tomków Izra­ela, w jesz­cze później­szym okre­sie hi­sto­rii ludów sta­rożyt­ne­go Bli­skie­go Wscho­du ustąpił miej­sca trze­cie­mu – arab­skie­mu.

Dla Żydów utra­ta bi­blij­ne­go he­braj­skie­go była kwe­stią, której teo­lo­gicz­ne­go zna­cze­nia nie można było zi­gno­ro­wać. Pi­smo oczy­wiście mogło być objaśnia­ne i przekłada­ne, przy­najm­niej częścio­wo, a bi­blij­ne wer­se­ty mogły prze­ni­kać do języków, które po nich następowały. Za dowód może posłużyć stro­ni­ca Tal­mu­du, na której od­na­leźć można aż trzy języki w przy­pi­sie do jed­nej za­sa­dy praw­nej. Można też przy­wołać Tadż – za­byt­ko­wy tekst arab­skich Żydów, będący wie­lojęzycz­nym wy­da­niem Pięciok­sięgu w ory­gi­nal­nym he­braj­skim, wraz z przekładem na język ara­mej­ski, Tar­gum, oraz wyjątko­wym tłuma­cze­niem spi­sa­nym przez Sa‘adīa Ga­ona w X wie­ku, w którym żydow­ska Tora wyjaśnio­na zo­sta­je w języku arab­skim, w wie­lu miej­scach wyraźnie przy­po­mi­nającym cha­rak­te­ry­styczną frazę i styl Ko­ra­nu, mimo że tekst zo­stał za­pi­sa­ny w al­fa­be­cie he­braj­skim. Zarówno Tal­mud, jak i Tadż, za po­mocą tech­nik her­me­neu­tycz­nych, eg­ze­ge­tycz­nych i fi­lo­lo­gicz­nych, mają na celu po­ko­na­nie cza­su, który od­dzie­la jedną formę języ­kową od in­nej; oba tek­sty próbują prze­niknąć przez war­stwy za­po­mnie­nia, które wiążą, a za­ra­zem od­dzie­lają jedną chwilę w hi­sto­rii języka od in­nej, już wte­dy za­po­mnia­nej.

Niektóre wy­mia­ry tego utra­co­ne­go języka oka­zały się jed­nak szczególnie trud­ne do od­zy­ska­nia. Jed­nym z nich był wy­miar dźwiękowy. Fo­ne­ty­ka świętego języka bar­dzo wcześnie stała się przed­mio­tem dys­ku­sji fi­lo­logów języka he­braj­skie­go, których większość pra­co­wała pod wpływem rodzących się wówczas szkół gra­ma­tycz­nych kla­sycz­ne­go arab­skie­go. Deba­ta na­tu­ral­nie była naj­bar­dziej gorąca, gdy cho­dziło o zde­fi­nio­wa­nie za­sad tej dzie­dzi­ny języka, w której kształt dźwiękowy sta­je się ma­trycą kom­po­zy­cji, a mia­no­wi­cie po­ezji. Pro­blem był szczególnie palący dla tych, którzy uważali, że na grun­cie pier­wot­ne­go języka Żydów mogą po­wstać kom­po­zy­cje li­rycz­ne porówny­wal­ne z po­ezją in­nych języków. Jak należało za­pi­sy­wać he­brajską po­ezję? Bi­blia do­star­czała je­dy­nie ogólnych wy­tycz­nych, nie było w niej słów, na których kry­tyk lub pi­sarz mógłby oprzeć ja­sne za­sady wer­sy­fi­ka­cji. W X wie­ku ma­ro­kański po­eta i fi­lo­log Du­nasz ben La­brat wpadł na no­wa­tor­ski po­mysł. Su­ge­ro­wał on, że można by było za­pi­sy­wać he­brajską po­ezję, używając me­trum sto­so­wa­ne­go na Półwy­spie Arab­skim przed na­sta­niem is­la­mu. Należało oczy­wiście do­sto­so­wać be­duiński sys­tem me­trycz­ny do star­sze­go od nie­go języka se­mic­kie­go. Przede wszyst­kim he­brajski sys­tem sa­mogłosek znacz­nie się różnił od kla­sycz­ne­go arab­skie­go, a niektóre sto­py arab­skie nie nada­wały się do za­sto­so­wa­nia w języku bi­blij­nym. Du­nasz jed­nak poka­zał, że po wyjaśnie­niu pew­nych ogra­ni­czeń wer­syfikacyjnych sys­tem arab­ski można za­sto­so­wać do języka he­braj­skie­go, co za­de­mon­stro­wał w se­rii ory­gi­nal­nych kom­po­zy­cji po­etyc­kich. Co naj­mniej dwa­naście z szes­na­stu kla­sycz­nych arab­skich form wer­syfikacyjnych można było od­two­rzyć w „przekładzie” me­trycz­nym (a piętna­sto­wiecz­ny filo­log hisz­pański Sa‘adīa ben Maimūm Ibn Da­nan, au­tor naj­pełniej­sze­go kla­sycz­ne­go opra­co­wania he­brajskiej wer­sji pro­zo­dii arab­skiej, którym dys­po­nu­je­my, twier­dził, że do bib­lij­ne­go języka można też do­sto­so­wać po­zo­stałe czte­ry for­my)1.

Sys­te­ma­tycz­ne używa­nie ob­cych form w języku he­braj­skim moc­no za­nie­po­koiło, rzecz ja­sna, sa­mo­zwańczych strażników tego sta­rożyt­ne­go języka. W dwu­na­sto­wiecz­nej obro­nie re­li­gii żydow­skiej, au­tor­stwa hisz­pańskie­go po­ety i fi­lo­zo­fa Judy Ha-Le­vie­go, za­ty­tułowa­nej Księga do­wodów i ar­gu­mentów na rzecz po­gar­dza­nej re­li­gii, zna­nej także jako Księga Cha­zarów, pada na­wet su­ge­stia, że to sto­so­wa­nie arab­skie­go me­trum w he­braj­skim przy­czy­niło się do upad­ku tego świętego języka2. (Można jed­nak wątpić, czy po­win­no się przy­pi­sy­wać tę opi­nię, sfor­mułowaną po arab­sku, sa­me­mu au­to­ro­wi dia­lo­gu, który był jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych mistrzów arab­skiej pro­zo­dii w języku he­braj­skim). W rze­czy­wi­stości arab­ski sys­tem wer­sy­fi­ka­cyj­ny spo­ty­kał się z opo­zycją od mo­men­tu, kie­dy zo­stał wpro­wa­dzo­ny przez Du­na­sza. Au­to­ra­mi szczególnie bru­tal­nej od­po­wie­dzi byli ucznio­wie wiel­kie­go hisz­pań­skie­go gra­ma­ty­ka i lek­sy­ko­gra­fa Me­na­he­ma ben Sa­ru­ka, który pod ko­niec X wie­ku stwo­rzył pierw­szy słownik bi­blij­ne­go hebrajskie­go. Du­nasz kry­ty­ko­wał jego pra­ce w se­rii bez­li­to­snych „od­po­wie­dzi” fi­lo­lo­gicz­nych (te­szu­bot). Kie­dy stu­den­tom oskarżane­go mi­strza przyszło bro­nić swo­je­go na­uczy­cie­la, stwo­rzy­li oni serię „od­po­wie­dzi” na „od­po­wie­dzi” wro­gie­go gra­ma­ty­ka, w których zarówno jego sys­tem wer­sy­fi­ka­cyj­ny, jak i same wier­sze dołączo­ne do tek­stu pod­da­ne zo­stały kry­ty­ce równie bez­względnej, jak tek­sty, które je spro­wo­ko­wały. Księgę od­po­wie­dzi uczniów Me­na­he­ma prze­ciw­ko Du­na­szo­wi ben La­brat otwie­ra zbior­cze pod­su­mo­wa­nie wszyst­kich so­le­cyzmów w wier­szach, które na­pi­sał Du­nasz, używając stwo­rzo­ne­go przez sie­bie me­trum arab­sko-he­braj­skie­go. „Jak możesz mówić, że me­trum języka arab­skie­go od­po­wia­da języ­ko­wi Żydów – py­tają ucznio­wie Me­na­he­ma swo­je­go prze­ciw­ni­ka – pod­czas gdy wszyst­kie do­wo­dy wska­zują na fałszy­wość twych słów i pod­ważają war­tość two­ich wier­szy?”3

W pew­nym mo­men­cie swo­je­go wpro­wa­dze­nia ucznio­wie Me­na­he­ma prze­ry­wają wywód, by roz­ważyć osta­teczną przy­czynę lek­sy­ko­lo­gicz­nych, gra­ma­tycz­nych i fo­ne­tycz­nych dys­ku­sji, w których uczest­niczą oni sami oraz ich prze­ciw­ni­cy. Tożsamość języka he­braj­skie­go wy­ma­ga de­fi­ni­cji – wyjaśniają – bo umknęła nam już znacz­nie wcześniej, po­nie­waż – jak pisał później czter­na­sto­wiecz­ny myśli­ciel pro­wan­sal­ski Józef Ka­spi – „nasz język jest utra­co­ny”4. Bez tru­du zro­zu­mieć można zna­cze­nie tego fak­tu w oczach śre­dnio­wiecz­nych gra­ma­tyków. Jak można od­dzie­lić los świętego języka od losu ludu, któremu nie­gdyś zo­stał on po­wie­rzo­ny? Żydzi za­po­mnie­li swój język – piszą ucznio­wie – z tego sa­me­go po­wo­du, z ja­kie­go zo­stali wy­gna­ni z nada­nej im kie­dyś zie­mi: oka­za­li się go nie­god­ni. Ich ba­ni­cja była nie tyl­ko geo­gra­ficz­na, ale też języ­ko­wa, i na za­wsze od­dzie­liła ich od dźwięków, w których Bóg ob­ja­wił się przed wie­ka­mi.

„Gdy­byśmy nie byli ska­za­ni na wy­gna­nie z własne­go kra­ju – pi­sa­li ucznio­wie, używając spe­cjal­ne­go he­braj­skie­go ter­mi­nu ga­lut na określe­nie ba­ni­cji z bo­skie­go na­ka­zu – po­sia­da­li­byśmy nasz język, jak za daw­nych czasów, kie­dy żyliśmy bez­piecz­nie w spo­koj­nych oko­li­cach. Zna­li­byśmy nasz język w naj­drob­niej­szych szczegółach i częściach, nie­ob­ce byłoby nam również jego me­trum i nie mu­sie­li­byśmy prze­kra­czać jego gra­nic. Język każdego na­ro­du bo­wiem ma swo­je me­trum i swoją gra­ma­tykę. Jed­nakże w dniu, w którym zo­sta­liśmy wypędze­ni, zo­stał on nam ode­bra­ny – była to właściwa kara za popełnio­ne przez nas winy. Jego nie­gdy­siej­sze bo­gac­two zo­stało umniej­szo­ne i za­tar­te, a w końcu zniknęło. Gdy­by Bóg, widząc nędzę swo­jego ludu, nie czy­nił cudów, utra­co­na i znisz­czo­na zo­stałaby na­wet ta reszt­ka, która nam pozo­stała”5.

Co dla języka ozna­cza ba­ni­cja? Znacz­nie częściej mówimy o oso­bie lub o na­ro­dzie ska­za­nym na wy­gna­nie z własne­go kra­ju. Oczy­wiście cza­sem wspo­mi­na się też o języku, tak jak robi to pi­sarz na uchodźstwie, którego wspa­niały por­tret na­kreślił Jo­sif Brod­ski: „pi­sarz na wy­gna­niu przy­po­mi­na psa lub człowie­ka wy­strze­lo­ne­go w kap­su­le w ko­smos (bar­dziej oczy­wiście psa, bo nikt nie ściągnie go z po­wro­tem na Zie­mię). Tą kap­sułą jest język. Dla dopełnie­nia powyższej me­ta­fo­ry należy dodać, że pasażer kap­suły szyb­ko poj­mu­je, iż nie gra­wi­tu­je w kie­run­ku Zie­mi, lecz prze­ciw­nym”6. Sy­tu­acja opi­sa­na przez śre­dnio­wiecz­nych gra­ma­tyków jest jed­nak dużo bar­dziej złożona, po­nie­waż wy­gna­nie nie do­ty­czy tyl­ko jed­ne­go pi­sa­rza, ale całego języka. W kap­su­le – by posłużyć się me­ta­forą Brod­skie­go – nie ma ni­ko­go, na­wet psa; nie można odróżnić po­jem­ni­ka od jego za­war­tości, gdyż cały język he­braj­ski zo­sta­wił swój kraj ro­dzin­ny za sobą, a pasażer i sta­tek są tym sa­mym. Stąd za­sad­ni­cza różnica między pi­sa­rzem na wy­gna­niu a języ­kiem na wy­gna­niu. Ten pierw­szy może ma­rzyć o „ra­tun­ku” ze stro­ny tych, którzy w dal­szym ciągu za­miesz­kują kraj, z którego po­cho­dzi, na­wet jeśli ma­rze­nie to ma formę wy­par­cia, jak u Brod­skie­go, który we wtrąco­nej uwa­dze do­da­je: „nig­dy cię nie ura­tują”. Dla tego dru­gie­go ba­ni­cja jest nie­od­wra­cal­na. „Dzi­siej­sze reszt­ki” języka po­zo­staną na wy­gna­niu, po­nie­waż nie ma po­wro­tu do zie­mi, której „bo­gac­two” na za­wsze prze­padło.

Można z pew­nością uznać, że ucznia­mi Me­na­he­ma kie­ro­wało da­rem­ne pra­gnie­nie, żeby bro­nić czy­stości języka, który, o czym do­brze wie­dzie­li, zo­stał już daw­no utra­co­ny. Gor­li­wi gra­ma­ty­cy zo­stali zresztą wkrótce po­ko­na­ni przez roz­kwit li­te­ra­tu­ry, który tak usil­nie sta­ra­li się po­wstrzy­mać. Nie minął wiek od „od­po­wie­dzi” uczniów, a w Hisz­pa­nii można było za­ob­ser­wo­wać praw­dzi­wy roz­kwit po­ezji he­braj­skiej z za­sto­so­wa­niem arab­skie­go me­trum, w swo­jej niezrówna­nej uro­dzie i różno­rod­ności za­po­wia­dającej wszyst­kie trans­gre­sje gra­nic świętego języka, które miały nastąpić w hi­sto­rii heb­raj­skiej li­te­ra­tu­ry – od wier­szy śre­dnio­wiecz­nych i re­ne­san­so­wych Żydów włoskich i pro­wan­sal­skich w romańskiej for­mie can­so lub so­netów po po­ezję Żydów z Eu­ro­py Wschod­niej, którzy w później­szym okre­sie pi­sa­li, sto­sując me­trum i ak­cen­ty zapożyczo­ne z języków ger­mańskich i słowiańskich, którymi posługi­wa­li się na co dzień. Możliwe jed­nak, że ucznio­wie Me­na­he­ma uchwy­ci­li coś, co do­strzegło nie­wie­lu przed nimi i po nich: to, że język również może zo­stać wy­gna­ny ze swo­je­go kra­ju po­cho­dze­nia, że może pozo­stać święty, po­mi­mo – a może właśnie dla­te­go – że całe bo­gac­two, które nie­gdyś po­sia­dał, się ulot­niło. Być może nie przy­pad­kiem złoty wiek hi­sto­rii he­braj­skiej po­ezji, muzułmańska Hisz­pa­nia, to czas, kie­dy pi­sa­rze po­zwo­li­li, by oj­czy­zna zniknęła z ich pola wi­dze­nia. A może to wy­gna­nie jest praw­dziwą oj­czyzną mowy; może tyl­ko ten, kto za­po­mniał języka, po­tra­fi do­strzec jego praw­dziwą ta­jem­nicę.

Roz­dział siódmy

Mar­twe punk­ty

Cza­sa­mi wy­da­je się, że cały język, prze­mie­rzyw­szy swoją drogę, do­cho­dzi do punk­tu, w którym prze­sta­je być sobą. Przy­wy­kliśmy na­zy­wać ten ko­niec ter­mi­nem zapożyczo­nym ze świa­ta bio­lo­gii: śmier­cią. Wyrażenie to utarło się już daw­no i często trud­no jest dokład­nie od­two­rzyć pier­wot­ne zna­cze­nie tej me­ta­fo­ry. W ja­kim właści­wie sen­sie mówimy, że język „umie­ra”? Zwrot ten po­ja­wił się sto­sun­ko­wo późno i wy­da­je się, że był on nie­zna­ny wie­lu kul­tu­rom, które przy­czy­niły się do roz­wo­ju re­flek­sji nad języ­kiem na Za­cho­dzie. Wy­na­laz­com „sztu­ki gra­ma­tycz­nej” (technē gram­ma­tikē), fi­lo­zo­fom i fi­lo­lo­gom z Pto­le­mej­skiej Alek­san­drii, nie przyszło do głowy, by roz­ważać język Ho­me­ra czy at­tyc­kie dia­lek­ty jako „żywe” lub „mar­twe”. A kie­dy pod wpływem myśli­cie­li hel­le­ni­stycz­nych Do­na­tus i Pry­scjan two­rzy­li pierw­sze sys­te­ma­tycz­ne opi­sy łaci­ny, żaden z nich nie pomyślał o bio­lo­gicz­nej me­ta­fo­rze, do której je­steśmy dzi­siaj tak przy­zwy­cza­je­ni. Przed­mio­tem na­uki, którą w kla­sycz­nej kul­tu­rze is­la­mu na­zy­wa się „gra­ma­tyką” (naḥw), był byt języ­ko­wy, któremu przy­pi­sy­wa­nie „życia” lub „śmier­ci” byłoby równie nie na miej­scu, a mia­no­wi­cie niezrówna­ny „czy­sty arab­ski” (al-‘ara­bi­ja al-mubīna) Ko­ra­nu, który jest mo­de­lem dla wie­lu dzieł „elo­kwent­nej mowy” (al-luġa al-fuṣḥa lub al-luġa al-faṣīḥa) arab­skie­go dys­kur­su li­te­rac­kie­go. Również żydow­scy aka­de­mi­cy, piszący o krótko­tr­wałości bi­blij­ne­go języka, nig­dy nie opi­sa­li­by sta­rożyt­ne­go he­braj­skie­go w ka­te­go­riach isto­ty śmier­tel­nej – był to prze­cież ich „święty język” (la­szon ha-ko­desz), a za­tem byt zupełnie in­nej na­tu­ry niż rze­czy do­cze­sne. Język pi­sma mógł zo­stać za­po­mnia­ny przez lu­dzi; nie można jed­nak po­wie­dzieć, że za ich sprawą ze­sta­rzał się i zginął. W ale­go­rycz­nym pro­lo­gu do Ta­ke­mo­ni, ar­cy­dzieła li­te­ra­tu­ry au­tor­stwa dwu­na­sto­wiecz­ne­go hisz­pańskie­go pi­sa­rza al-Ha­zi­ri, język bi­blij­ny uka­zu­je się w ludz­kiej for­mie, prosząc poetę o nada­nie języ­ko­wi Żydów tej elo­kwen­cji, jaką od­zna­cza się arab­ski. Język he­braj­ski ubo­le­wa nad za­nie­dba­niem ze stro­ny tych, którym zo­stał ofia­ro­wa­ny, ale za­cho­wu­je formę, której nie mógłby utra­cić: po­mi­mo całego zła, które go spo­tkało, święty język pozo­staje wiecz­nie piękną „córą mądrości”, „dzie­wicą czystą ni­czym słońce”1.

Jak i kie­dy to się stało, że język – ze wszyst­kich rze­czy, do których mógł być zdol­ny – ogłoszo­no mar­twym? Jed­nym z tropów jest ustęp z Ars po­eti­ca Ho­ra­ce­go, w którym opi­su­je on ele­men­ty języka w ka­te­go­riach or­ga­nicz­ne­go roz­wo­ju i rozkładu, porównując „słowa” (vo­ca­bu­la) do liści, które roz­kwi­tają i opa­dają z gałęzi drzew2. Z ko­lei Izy­dor z Se­wil­li w swo­ich Ety­mo­lo­giae sive ori­gi­num po­dzie­lił hi­sto­rię łaci­ny na czte­ry okre­sy, które two­rzyły coś na kształt „etapów życia” po­je­dyn­czej isto­ty: pri­sca, La­ti­na, Ro­ma­na i mi­xta3. Jed­nak na opis na­ro­dzin i rozkładu języka, który przy­po­mi­nałby ten, do ja­kie­go przy­wy­kliśmy dzi­siaj, i utożsa­miałby trwa­nie języka i okres życia isto­ty śmier­tel­nej, trze­ba było po­cze­kać aż do włoskie­go re­ne­san­su. W tej epo­ce mnoży się od me­ta­for życia i śmier­ci języka. Jed­nym z pierw­szych, który uciekł się do tej fi­gu­ry, był Lo­ren­zo de’ Me­di­ci, który w swo­ich roz­ważaniach o języku łacińskim i włoskim pi­sze, że jego język na­ro­do­wy jest ciągle na eta­pie „do­ra­sta­nia”, wyrósłszy już z „wie­ku dzie­cięcego”, i za­po­wia­da wspa­niałe wkro­cze­nie w do­sko­nal­szy jesz­cze wiek „młodości i doj­rzałości”4. W Dia­lo­go del­le lin­gue (Dia­log języków) Spe­ro­ne Spe­ro­nie­go z roku 1542 Pie­tro Bem­bo przed­sta­wia „no­wo­cze­sny język” jako „małą i sub­telną gałązkę, która le­d­wie okryła się kwie­ciem i nie wydała jesz­cze owoców, do których jest zdol­na”. Prze­ciw­sta­wiał go dwóm języ­kom kla­sycz­nej sta­rożytności, które, jak pisał, „ze­sta­rzały się już i umarły”, i są w isto­cie „nie języ­ka­mi, lecz tyl­ko atra­men­tem na pa­pie­rze”5. Dwo­rza­nin z Dia­lo­go Spe­ro­nie­go idzie jesz­cze da­lej: łaci­na, jak twier­dzi, jest je­dy­nie „re­lik­tem”, który, „zim­ny dziś i su­chy”, po­wi­nien „za­milknąć”6. W tej obro­nie języka na­ro­do­we­go od­naj­du­je­my bo­daj pierw­sze określe­nie języka jako mar­twe­go. „Możecie ją wiel­bić – mówi Dwo­rza­nin o łaci­nie – i trzy­mać ją w ustach, martwą; ale wy­ma­wiaj­cie swo­je łacińskie słowa między sobą i pozwólcie nam, idio­tom, używać na­szych żywych słów, byśmy mo­gli mówić języ­kiem, który otrzy­maliśmy od Boga”7.

Tytuł ory­gi­nału: Echo­la­lias. On the For­get­ting of Lan­gu­age

Re­dak­cja: Małgo­rza­ta Ja­wor­ska

Ko­rek­ta: Anna Ro­man

In­deks osób: Ka­ri­na Szysz­ko

Pro­jekt gra­ficz­ny i typogra­ficz­ny: Sta­nisław Sa­lij

Skład i łama­nie: Ma­ciej Gold­farth

© 2005 Da­niel Hel­ler-Ro­azen

© wy­daw­nic­two słowo/ob­raz te­ry­to­ria

wy­daw­nic­two słowo/ob­raz te­ry­to­ria

sp. z o.o. w upadłosci układo­wej

ul. Pniew­skie­go 4/1 80-246 Gdańsk

tel.: (58) 341 44 13, 345 47 07

fax: (58) 520 80 63

e-mail: slo­wo-ob­raz@te­ry­to­ria.com.pl

www.te­ry­to­ria.com.pl

ISBN 978-83-7453-140-5