swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Filozofia chodzenia

Filozofia chodzenia

Zobacz na swiatebookow.pl

26,03 zł

Autor: Frederic Gros

Kategoria: nauki humanistyczne

Wydawnictwo: Czarna Owca

ISBN: 9788380151970

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


"Chodzenie zyskuje coraz więcej zwolenników, którzy zaznają jego dobroczynnego działania: uspokojenia, zjednoczenia z naturą, poczucia pełni. Chodzenie nie wymaga ani umiejętności, ani techniki, ani sprzętu, ani pieniędzy. Wystarczy ciało, przestrzeń i czas.

Ale chodzenie jest też aktem filozoficznym i doświadczeniem duchowym. Włóczęgi i pielgrzymki, błądzenie i rytuały przejścia, natura i cywilizacja – autor czerpie z literatury, historii i filozofii: Rimbaud i jego wieczne ucieczki, Gandhi i polityka biernego oporu i oczywiście Kant i jego codzienne przechadzki po Królewcu.

A jeśli tylko stopami dobrze się myśli? Co miał na myśli Nietzsche, kiedy pisał: "I wspinały się stopy, palce już słuchały"? Właśnie o tym jest ta książka, będąca zarazem traktatem filozoficznym i próbą zdefiniowania sztuki chodzenia. Ucieszy wszystkich, którzy nigdy nie myśleli o sobie jako o wędrujących myślicielach."

Strona tytułowa

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Chodzenie to nie sport
Wolność
Dlaczego jestem takim dobrym piechurem (Nietzsche)
Na zewnątrz
Powolność
Namiętne ucieczki (Rimbaud)
Samotność
Cisza
Piechura sny na jawie (Rousseau)
Wieczność
Na podbój dzikości (Thoreau)
Energia
Pielgrzymka
Odnowa i obecność
Włóczęga cyników
Dobre samopoczucie
Melancholijne błądzenie (Nerval)
Codzienne przechadzki (Kant)
Spacery
Miejskie parki
Flanerzy
Ciążenie
To, co elementarne
Mistyka i polityka (Gandhi)
Powtarzalność
Bibliografia
Podziękowania
Przypisy końcowe

Tytuł oryginalny
Marcher, une philosophie

 

Redakcja
Dorota Rżysko

 

Projekt okładki
Izabela Sobieszek

 

Korekta
Piotr Królak, Elżbieta Steglińska

 

Wydanie I

 

ISBN 978-83-8015-197-0

 

Copyright © Éditions Carnets Nord, 2009

 

This edition published by arrangement with Editions Carnets Nord in conjunction with L’Autre Agence, Paris, France and Renata de La Chapelle Agency, Poland. All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any menas, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system, without permission in writing from the Publishers.

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015

 

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes d’aide à la publication de l’Institut français.

 

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut Français w ramach programów wsparcia wydawniczego.

 

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.
ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
www.czarnaowca.pl
Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl
Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl
Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

 

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Okładka

Chodzenie to nie sport

Chodzenie to nie sport. W sporcie liczą się technika i zasady, wyniki i współzawodnictwo, i wszystkiego trzeba się uczyć: ustawienia ciała, odpowiednich gestów. Dopiero później, o wiele później, przychodzą improwizacja i talent.

Sport to liczby: na którym jesteś miejscu? Jaki masz czas? Jaki wynik? Wciąż ten sam podział na zwycięzcę i pokonanego, jak na wojnie – istnieje pokrewieństwo między wojną a sportem, nobilitujące dla wojny i hańbiące dla sportu: od szacunku do przeciwnika po nienawiść wobec wroga.

Oczywiście sport to też wytrzymałość, upodobanie do wysiłku, dyscyplina. Etyka i praca.

Ale to również sprzęt, pokazy, widowiska, rynek. Wyczyny. Sport stwarza okazje dla wydarzeń medialnych, na które tłumnie ściągają konsumenci marek i przedstawień. To królestwo pieniędzy, odbierających sportowcom duszę, i medycyny zmieniającej ich w roboty o sztucznych ciałach.

Chodzenie to nie sport. Stawianie jednej nogi przed drugą to dziecięca zabawa. Gdy spotka się dwóch piechurów, nie rozmawiają o wynikach ani o liczbach: mówią o tym, którędy szli, który szlak jest najbardziej malowniczy, z którego miejsca mieli najpiękniejsze widoki.

Oczywiście próbuje się tworzyć rynek akcesoriów: nowoczesne buty, rewolucyjne skarpetki, lekkie i pakowne plecaki, wyczynowe spodnie… Próbuje się tchnąć w chodzenie ducha sportu: już się nie chodzi, tylko „trekuje”. Sprzedaje się smukłe kijki, które upodobniają piechurów do dziwacznych narciarzy. Ale chodzenie jest odporne na te zabiegi. Nie może być inaczej.

Dla tych, którzy chcą zwolnić, nie wymyślono nic lepszego niż chodzenie. Do chodzenia wystarczą dwie nogi. Reszta jest zbędna. Chcecie przyspieszyć? To nie chodźcie, róbcie coś innego: jeźdźcie, ślizgajcie się, latajcie. Nie chodźcie. Kiedy chodzicie, liczy się tylko błękit nieba, uroda krajobrazów. Chodzenie to nie sport.

Ale kiedy zaczniecie chodzić, nie będziecie mogli przestać.

Wolność

Pierwszym rodzajem wolności, jaką daje chodzenie – nawet jeśli to tylko zwykły spacer – jest swego rodzaju zawieszenie: zrzucamy ciężar trosk, na chwilę zapominamy o swoich sprawach. Nie zabieramy ze sobą pracy: wychodzimy, wałęsamy się, myślimy o czymś innym. Dłuższe, kilkudniowe piesze wędrówki potęgują to poczucie oderwania: uciekamy od problemów w pracy, uwalniamy się od kajdan przyzwyczajeń. Dlaczego jednak dzięki chodzeniu mielibyśmy łatwiej poczuć tę wolność niż na przykład w dalekiej podróży? W końcu chodzenie narzuca inne, nieprzyjemne ograniczenia: ciężar plecaka, długie dystanse, niepewną pogodę (groźba deszczu, burzy, nieznośnego upału), spartańskie noclegi, czasem ból… Ale tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych. Jako takie chodzenie pozostaje prawdziwym królestwem konieczności. By osiągnąć ten etap, trzeba iść godzinami, zmieścić w nich wiele kroków. Niewiele jest tu miejsca na improwizację – to nie przechadzka po ogrodzie. Jeśli pomylimy ścieżki na rozstajach, może nas to drogo kosztować. Jeśli mgła spowije góry albo zaskoczy nas ulewa, musimy iść dalej. Musimy mądrze przewidzieć, ile będziemy potrzebowali żywności i wody, stosownie do dystansu i źródeł. I nie mówię tu o niewygodzie. A cud nie polega na tym, że jesteśmy szczęśliwi mimo to, lecz dzięki temu. Ograniczony dostęp do jedzenia i picia, podporządkowanie zmienności pogody, liczenie tylko na miarowość własnych kroków, wszystko to sprawia, że nadmiar możliwości (zakupów, środków transportu, dostępu do informacji), namnożenie udogodnień (komunikowania się, kupowania, przemieszczania) jawi nam się jako zależność. Wolność w tego rodzaju drobnych sprawach nie jest niczym więcej jak tylko napędzaniem systemu, który jeszcze silniej nas zniewala. Uwalniając się od czasu i przestrzeni, zaprzedajemy się szybkości.

Na kimś, kto nigdy tego nie doświadczył, opis kondycji piechura może sprawiać wrażenie absurdu, nienormalności, dobrowolnego wyzbycia się wolności. Mieszkaniec miasta w naturalny sposób interpretuje w kategoriach wyrzeczenia to, co dla wędrowca okazuje się uwolnieniem: wyplątać się z sieci popytu i podaży, nie być dłużej węzłem systemu rozpowszechniania informacji, obrazów, towarów; dostrzec, że wszystkie te rzeczy są realne i ważne tylko w takim stopniu, w jakim się na to zgodzimy. Nie tylko mój świat się nie wali, gdy nie jestem połączony z systemem, ale wręcz system jawi mi się jako więzy: ciasne, krępujące, duszące.

Wolność to kęs chleba, łyk świeżej wody, otwarta perspektywa.

Choć jednak raduje mnie ten rodzaj wolności i cieszę się, gdy wyruszam w drogę, jestem też szczęśliwy, gdy wracam. To szczęście wzięte w nawias, wolność jedno- lub kilkudniowej wyprawy. W tym czasie nic się tak naprawdę nie zmienia. Kiedy wracam, czekają na mnie dawne ograniczenia: pęd, wyrzeczenie się siebie, niepamiętanie o innych, pobudzenie, zmęczenie. Głos prostoty rozbrzmiewał tak długo, jak długo szedłem: „Świeże powietrze dobrze ci robi”. Chwila wolności i znów jestem spętany.

Drugi rodzaj wolności jest agresywny, więcej w nim buntu. Zawieszenie to jedynie prowizoryczne odłączenie się od systemu: wymykam się z sieci na kilka dni, na odludnych ścieżkach doświadczam „bycia poza”. Ale można też zerwać więzy. Bez trudu znajdziemy wezwania do transgresji i życia „poza” w pismach Kerouaca albo Snydera: do porzucenia idiotycznych konwencji, usypiającego bezpieczeństwa murów, nudy Tego Samego, powtarzalności, niechęci do zmian. Trzeba stwarzać okazje do wędrówek, wykraczać poza utarte ścieżki, karmić szaleństwo i marzenia. Decyzja o ruszeniu w drogę (wyjechaniu gdzieś daleko, spróbowaniu czegoś nowego) tym razem jest odpowiedzią na wołanie dzikości (The Wild). Wędrując, odkrywamy potęgę rozgwieżdżonych nocy, pierwotną energię, która rodzi w nas apetyt na więcej: ogromny, wszechogarniający głód. Kiedy zapukamy do drzwi świata, nic nas już nie więzi: chodniki nie kleją się do kroków (tysiące razy powtarzana droga powrotna do domu). Rozstaje drżą jak niepewne gwiazdy, przypominamy sobie lęk wybierania, wolność jak zawrót głowy.

Tym razem nie chodzi o wyzwolenie się z tego, co sztuczne, by smakować proste przyjemności, ale o spotkanie z wolnością rozumianą jako granice siebie i człowieczeństwa, jako potok zbuntowanej natury, która wykracza daleko poza nas samych. Wędrówka może nam dać ten nadmiar: nadmierne zmęczenie, które mąci umysł, nadmiar piękna, które zmienia duszę, upojenie na szczytach, ponad przełęczami. Chodzenie w końcu budzi tę zbuntowaną, prastarą część nas: potrzeby stają się zwierzęce i nieustępliwe, porywy – natchnione. A to dlatego, że ustawia nas pionowo do osi życia: porywa nas strumień tryskający tuż pod nami.

Chcę przez to powiedzieć, że nie ruszamy w drogę, by spotkać się z samym sobą, by się odnaleźć, wyzwolić z więzów, odszukać swoje prawdziwe Ja, utraconą tożsamość. Chodzenie uwalnia nas od samego pojęcia tożsamości, od dążenia do bycia kimś, do posiadania imienia i historii. Bycie kimś jest dobre na imprezie, jest dobre w gabinecie psychologa. Ale czyż nie jest zarazem kolejnym społecznym zobowiązaniem, które nas ogranicza (musimy być wierni własnemu obrazowi), niemądrą fikcją, którą wzięliśmy na swoje barki? Idąc, stajemy się wolni, bo jesteśmy nikim: idące ciało nie ma historii, płynie w nim tylko odwieczny nurt życia. Jesteśmy jedynie zwierzęciem na dwóch nogach, które posuwa się naprzód, czystą siłą pośród wysokich drzew, prostym krzykiem. I czasem podczas wędrówki krzyczymy, by oznajmić swoją odnalezioną zwierzęcą obecność.

Z pewnością wędrówka po górach jest tylko jedną z dróg ku wielkiej wolności osławionej przez niespokojne pokolenie Ginsberga czy Burroughsa, ku tej fontannie energii, która ma rozsadzić naszą egzystencję i rozerwać kajdany poddaństwa. Inne to narkotyki, alkohol, orgie mające przywrócić nam niewinność.

Ale właśnie górska wędrówka ukazuje pewne marzenie: chodzenie staje się tu formą odrzucenia zepsutej, brudnej, żałosnej cywilizacji.

Czytałem Whitmana, posłuchajcie, co mówi: „Radujcie się, niewolnicy, drżyjcie, zamorscy despoci!”. Whitman wyraża w swej pieśni postawę barda, szalonego wyznawcy zen. Jest bardem ze starożytnych pustynnych ścieżek, który przepowiada, że wkrótce świat będzie pełen wędrowców z plecakami, włóczęgów Dharmy, odmawiających swego podpisu pod powszechnym nakazem konsumpcji dóbr produkcyjnych, a także przymusowej pracy, która daje przywilej konsumpcji tego całego gówna, tych wszystkich pieprzonych lodówek, telewizorów, samochodów, […] tysiące, a nawet miliony młodych Amerykanów, wędrujących z plecakami po kraju […]1.

Ostatni rodzaj wolności związanej z chodzeniem przytrafia się rzadziej. To trzeci stopień, po powrocie do prostych radości i odnalezieniu drzemiącego w nas pradawnego zwierzęcia. To wolność rezygnacji. Heinrich Zimmer, jeden z wielkich badaczy Indii, pisze, że w filozofii hinduskiej wyróżnia się cztery etapy na drodze życia. Na pierwszym etapie jest się uczniem, poznającym, adeptem. O poranku życia mamy przede wszystkim przestrzegać nakazów nauczyciela, słuchać jego lekcji, poddawać się krytyce i stosować się do zasad. Przyjmować. Na drugim etapie mężczyzna, już dorosły, w południe swojej egzystencji, staje się panem domu, mężem i głową rodziny: zarządza swoim majątkiem, łoży na kapłanów, wykonuje jakiś zawód, poddaje się społecznym ograniczeniom i narzuca je innym. Przywdziewa maski, które określają jego rolę w społeczeństwie i rodzinie. Później, kiedy jego dzieci są gotowe przejąć pałeczkę, w popołudnie swojego życia mężczyzna może odrzucić obowiązki wobec społeczeństwa, obciążenia rodzinne, troski materialne, i przygotować się do życia pustelnika. To etap „odejścia w stronę lasu”, gdzie na drodze skupienia i medytacji będzie się oswajał z tym, co od zawsze trwa w nas niezmienione i czeka, aż je obudzimy: z wiecznym Ja, wykraczającym poza maski, funkcje, tożsamości, historie. Wówczas wreszcie pielgrzym staje się pustelnikiem, w tym, co powinno być niekończącym się, uświęconym letnim wieczorem naszej egzystencji: życiem utkanym z tułaczej bezdomności (etap wędrownego żebraka), ciągłym marszem, który obrazuje zbieżność między Ja bez imienia i wszechobecnym sercem Świata. Tak więc mędrzec zrezygnował ze wszystkiego. To najwyższa wolność – całkowite zaniechanie. Nie jestem już uwikłany ani w siebie, ani w świat. Obojętny na przeszłość i przyszłość, nie jestem niczym innym jak tylko wieczną teraźniejszością przypadku. I, jak czytamy w Carnets de pèlerinage (Zeszytach z pielgrzymki) Swamiego Ramdasa, właśnie w chwili, gdy rezygnujemy ze wszystkiego, wszystko zostaje nam dane; gdy niczego już nie żądamy, wszystko dostajemy. Wszystko, czyli czystą intensywność bycia obecnym.

Podczas długich pieszych wycieczek przeczuwamy tę wolność rezygnacji. Kiedy przez dłuższy czas tylko idziemy, przychodzi chwila, gdy nie bardzo już wiemy, ile minęło godzin ani ile zostało do końca, czujemy na ramionach ciężar koniecznego minimum, mówimy sobie, że to wystarczy – zastanawiamy się, czy rzeczywiście kiedyś potrzebowaliśmy więcej, by żyć – i czujemy, że moglibyśmy tak iść całymi dniami, całymi latami. Ledwie wiemy, dokąd idziemy i dlaczego, nie ma to większego znaczenia niż własna przeszłość ani to, która jest godzina. I czujemy się wolni, ponieważ kiedy tylko najdzie nas wspomnienie dawnych piekielnych zobowiązań – nazwisko, wiek, zawód, kariera – wszystko, absolutnie wszystko wydaje się nierealne, widmowe, błahe.

Dlaczego jestem takim dobrym piechurem (Nietzsche)

Jak najmniej siedzieć; nie wierzyć żadnej myśli, która się nie urodziła na wolnem powietrzu i przy swobodnym ruchu – jeśli i mięśnie przy tem święcie nie uczestniczą. Wszystkie przesądy pochodzą z kiszek. – Cierpliwość pośladków – rzekłem to już raz – to właściwy grzech przeciw Duchowi Świętemu.2

Rozstania, pisał Nietzsche, są trudne, ponieważ przerwana więź sprawia ból. Ale szybko w jej miejscu wyrasta nam skrzydło. Życie Nietzschego będzie się składało z odchodzenia, osamotnienia, rozstań: ze światem, społeczeństwem, towarzyszami drogi i pracy, kobietami, przyjaciółmi, krewnymi. I każde pogłębienie samotności będzie zarazem pogłębieniem jego wolności: żadnych długów do spłacenia, żadnego krępującego kompromisu, jasne, niezmącone spojrzenie.

Nietzsche był wyjątkowym piechurem, niezmordowanym. Często o tym wspomina. Długie piesze wycieczki nieodmiennie towarzyszyły jego twórczości, stały się wręcz składnikiem jego dzieła.

Los rozpisał mu życie na cztery duże akty.

Najpierw lata nauki: od narodzin (1844) do uzyskania profesury w dziedzinie filologii klasycznej na Uniwersytecie Bazylejskim. Jego ojciec jest pastorem, człowiekiem dobrym i prawym, który umiera młodo. Nietzsche lubi myśleć o sobie jako o ostatnim potomku polskiego arystokratycznego rodu (Nieckich). Po śmierci ojca (Nietzsche miał wtedy cztery lata) staje się nadzieją matki, babki i siostry, ich oczkiem w głowie. Jest bardzo inteligentnym dzieckiem. Kontynuuje naukę w renomowanym, znanym z surowych zasad nauczania liceum Pforta, gdzie otrzymuje klasyczne wykształcenie. Uczniowie są tam trzymani twardą ręką, co doceni dopiero później. W myśl greckiej maksymy „tylko ten umie rządzić, kto umie być posłuszny władzy”. Matka w niego wierzy i nie szczędzi mu pochwał w nadziei, że Fryderyk wykorzysta swoją inteligencję, by służyć Bogu. Marzy jej się syn teolog. Jest krzepkim chłopakiem cieszącym się doskonałym zdrowiem, uskarża się tylko na silną krótkowzroczność, z pewnością źle korygowaną. Jako student daje dowody wybitnych zdolności, najpierw na wydziale filologii w Bonn, później w Lipsku. W wieku dwudziestu czterech lat zostaje profesorem filologii klasycznej na Uniwersytecie Bazylejskim, z rekomendacji Friedricha Ritschla. To wyjątkowe osiągnięcie w tak młodym wieku. Tak rozpoczyna się drugi akt.

* * *

Przez dziesięć lat będzie uczył filologii greckiej – dziesięć trudnych, obfitujących w porażki lat. To wyczerpująca praca: oprócz wykładów na uniwersytecie musi też prowadzić zajęcia w miejskim liceum (Pedagogium). W dodatku Nietzsche nie chce poprzestać na filologii. Od dawna pociąga go muzyka, fascynuje filozofia. A jednak to filologia przyjmuje go z otwartymi ramionami. Zwraca się ku niej z nieco ściśniętym sercem, bo nie w niej upatruje swojego powołania. Dzięki niej może przynajmniej czytać Greków: tragików (Ajschylosa, Sofoklesa), poetów (Homera, Hezjoda), filozofów (Heraklita, Anaksymandra) i historyków (pasjonuje go Diogenes Laertios, bo – jak mówi – pisze o ludziach poza systemami). Przez pierwszy rok jest szczęśliwy: z zapałem przygotowuje wykłady, studenci go lubią, poznaje nowych kolegów, z których jeden – Franz Overbeck, profesor teologii – stanie się jego bliskim, wiernym przyjacielem. Przyjacielem na zawsze, do którego będzie się zwracał o pomoc i który w apogeum choroby Nietzschego przyjedzie po niego do Turynu. W 1869 roku Nietzsche wybiera się w podróż do Lucerny, by stamtąd pojechać do Tribschen, gdzie składa uniżoną wizytę Mistrzowi (Wagnerowi) w jego monumentalnej posiadłości. Tam ulega czarowi Cosimy, do której później, w liście z okresu obłędu, napisze: „Księżniczko Ariadno, moja ukochana – to przesąd, że jestem człowiekiem. Długo jednak mieszkałem wśród ludzi […]” (styczeń 1889).

Jednak entuzjazm, zapał do pracy na uniwersytecie, doskonałe zdrowie – wszystko to szybko przeminie. Zaczną się mnożyć kryzysy i ataki. Ciało zemści się za kilka poważnych niepowodzeń.

Niepowodzenie zawodowe. Wydane w 1871 roku Narodziny tragedii wprawią w osłupienie, jeśli nie we wściekłość, jego kolegów filologów. Co go opętało, żeby napisać taką książkę? Tekst, w którym więcej jest mglistych metafizycznych intuicji niż rzetelnych naukowych poszukiwań: wieczny konflikt chaosu i formy. Również niepowodzenie w przyjaźni. Regularnie jeździ do Bayreuth na coroczny festiwal Mistrza, wraca z nim do Tribschen, towarzyszy mu w podróżach po Europie, ale coraz wyraźniej rozumie, że Wagner w swoim fanatycznym dogmatyzmie, swojej arogancji reprezentuje to, do czego on sam czuje wstręt, i że jego muzyka – poza wszystkim innym – nie służy jego żołądkowi: choruje od niej. W muzyce Wagnera, napisze, można się utopić, to marazm, trzeba w niej ciągle „pływać”, zalewa słuchacza jak uporczywa, chaotyczna fala. Słuchając jej, traci się grunt pod nogami. Inaczej jest z Rossinim, który skłania do tańca. Nie mówiąc już o Carmen Bizeta. Niepowodzenia uczuciowe: jego propozycje małżeństwa – składane w sposób nieokrzesany – wciąż natrafiają na odmowę. Wreszcie niepowodzenia towarzyskie. Nietzsche nie odnajduje się ani w światowym zgiełku Bayreuth, ani w kręgach uczonych akademików.

Niełatwo stawić temu czoła. Kolejne semestry są coraz trudniejsze, praca staje się niemożliwa. Coraz częściej cierpi na potworne bóle głowy, które przykuwają go do łóżka, leży w ciemności, jęcząc i charcząc. Bolą go oczy, prawie nie może czytać ani pisać. Każdy kwadrans pisania czy lektury okupuje godzinami ciężkiej migreny. Prosi, by mu czytano, ponieważ litery tańczą mu przed oczami.

Nietzsche szuka rozwiązań, prosi o zwolnienie z prowadzenia jednych zajęć, a niebawem ze wszystkich obowiązków w liceum. Otrzymuje roczny urlop na złapanie oddechu, podreperowanie zdrowia, odzyskanie sił.

Nic to jednak nie daje.

W tym czasie to, co sam sobie ordynuje jako lekarstwo, naznaczy jego przyszłe życie: długie spacery i samotność. Remedium na rwące, potworne bóle. Uciec od ekscytacji, nadmiaru bodźców i zgiełku świata, które zawsze przypłaca godzinami cierpienia. I iść, iść długo, by odegnać ból, odwrócić uwagę, zapomnieć o waleniu młotka w skroniach.

Wtedy jeszcze nie urzekła go skalista surowość wysokich gór ani wonna suchość kamienistych ścieżek Południa. Wędruje głównie brzegami jezior (Jeziora Genewskiego i Gersdorfu, sześć godzin marszu dziennie) albo zagłębia się w cień iglastych lasów (w Steinabadzie w południowym Schwarzwaldzie: „Dużo chodzę po lasach i rozmawiam sam ze sobą”).

W sierpniu 1877 przebywa w Rosenlaui, gdzie wiedzie pustelniczy żywot: „Gdybym tylko mógł gdzieś mieć mały dom, tak jak tu, spacerowałbym sześć godzin dziennie, układając myśli, które później jednym rzutem przenosiłbym na papier”.

Ale nic nie pomaga. Bóle są zbyt silne. Migreny przykuwają go do łóżka na całe dnie, noce spędza targany wymiotami. Bolą go oczy, wzrok mu słabnie. W maju 1879 roku rezygnuje z pracy na uniwersytecie.

* * *

I tak otwiera się trzeci wielki okres w jego życiu. Dziesięć lat, licząc od lata 1879 roku aż do pierwszych dni roku 1889. Będzie żył z połączenia trzech niewielkich rent, umożliwiających mu jedynie skromną egzystencję, mieszkanie w małych oberżach i opłacanie pociągów, którymi jeździ z gór nad morze, znad morza w góry. Niekiedy do Wenecji, odwiedzić Petera Gasta. To wtedy stanie się tym niezrównanym piechurem, o którym będą krążyć legendy. Nietzsche chodzi, chodzi tak, jak inni pracują. Pracuje, chodząc.

Pierwszego lata odkrywa swoje góry wokół Górnej Engadyny, a rok później swoją wioskę: Sils Maria. Powietrze jest tu przejrzyste, wiatr porywisty, światło – ostre. Jako że nie znosi upałów, będzie tu spędzał każde lato aż do załamania (wyjąwszy rok Lou). Przyjaciołom (Overbeckowi i Köselitzowi) napisze, że odkrył swoją naturę, swój żywioł, matce: „Znalazłem tu najlepsze ścieżki, jakie mógłby sobie wymarzyć prawie ślepiec, jakim się stałem, i najbardziej ożywcze powietrze” (lipiec 1879). To jego krajobraz, czuje z nim pokrewieństwo, „ba, więcej jeszcze”3.

Już pierwszego lata chodzi, wędruje samotnie nawet osiem godzin dziennie, i pisze Wędrowca i jego cień.

Wszystko, niemal co do linijki, obmyśliłem w drodze i spisałem ołówkiem w sześciu małych notesach.4

Zimę spędza w miastach Południa, przede wszystkim w Genui, w zatoce Rapallo, a później w Nicei („Spaceruję średnio godzinę rano, trzy godziny po południu – szybkim krokiem – zawsze tą samą drogą: jest wystarczająco piękna, by nie nudziła mnie jej powtarzalność”, marzec 1888), raz w Mentonie („Znalazłem osiem szlaków spacerowych”, listopad 1884). Wzgórza zastąpią mu gabinet, niebo – dach („Morze i czyste niebo! Po cóż wcześniej tak się męczyłem!”, styczeń 1881).

Wędrując, górując nad światem i ludźmi, tworzy na świeżym powietrzu, obmyśla, komponuje, zachwyca się i przeraża swoimi odkryciami, poruszony i urzeczony tym, co spada na niego podczas spacerów.

Intensywność moich uczuć przyprawia mnie o jednoczesny śmiech i dreszcze – wiele razy zdarzyło mi się nie móc wyjść z pokoju z tej żałosnej przyczyny, że moje oczy były czerwone – i dlaczego? Ponieważ poprzedniego dnia, podczas jednej z moich długich przechadzek, za dużo płakałem, i nie były to łzy smutku, lecz łzy szczęścia. Śpiewałem i słaniałem się, oszołomiony tym nowym spojrzeniem, które znaczy moją przewagę nad ludźmi obecnych czasów.5

W ciągu tych dziesięciu lat napisze swoje największe książki, od Jutrzenki po Z genealogii moralności, od Wiedzy radosnej po Poza dobrem i złem, nie wspominając już o Tako rzecze Zaratustra. Stanie się pustelnikiem („Znów jestem pustelnikiem, spaceruję samotnie dziesięć godzin dziennie”, lipiec 1880), samotnikiem, wędrowcem.

* * *

Chodzenie nie jest dla niego, jak dla Kanta, oderwaniem od pracy, tym minimum higieny, pozwalającym zgiętemu wpół ciału odpocząć od siedzenia w pochylonej pozycji. U Nietzschego chodzenie jest warunkiem tworzenia. Nie tyle pozwala od niego odpocząć czy nawet nie tyle mu towarzyszy, ile jest jego istotnym składnikiem.

Nie należymy do tych, którzy dopiero wśród książek, pod bodźcem książek do myśli swych dochodzą – zwyczajem naszym jest myśleć na wolnem powietrzu, idąc, skacząc, wspinając się, tańcząc, najchętniej na górach samotnych lub w pobliżu morza, tu, gdzie nawet drogi rozmyślają.6

Tak wielu pisało swoje książki tylko na podstawie lektury innych książek, tak wiele książek czuć zapachem zamkniętych bibliotek. Po czym ocenia się książkę? Po jej zapachu (a jeszcze bardziej, jak zobaczymy, po jej rytmie). Po jej zapachu: zbyt wiele książek czuć gęstą atmosferą gabinetów i czytelni. Dusznych pomieszczeń pozbawionych światła. Powietrze źle krąży między regałami i przesiąka wonią pleśni, z wolna rozkładającego się papieru, zwietrzałego atramentu, miazmatami.

Inne książki oddychają świeżym powietrzem: powietrzem otwartych przestrzeni, wiatrem wysokich gór, tym lodowatym tchnieniem na wysokościach, od którego ciało drży, albo, o poranku, świeżym powiewem południowych ścieżek obszytych pachnącymi sosnami. Te książki oddychają. Nie ma w nich nadmiaru, nie przepełnia ich martwa, pusta erudycja.

Och, jak szybko odgadujemy, jak ktoś do myśli swych doszedł, czy siedząc przed kałamarzem, ze zgniecionym brzuchem, z głową schyloną nad papierem, och, jak szybko też załatwiamy się z jego książką! Zgniecione wnętrzności zdradzą się, można iść o zakład, tak samo zdradzi się powietrze pokoju, pułap pokoju, ciasnota pokoju.7

Można też szukać innego światła. Biblioteki są zawsze zbyt mroczne. Nagromadzenie, nawarstwienie, niekończące się ciągi woluminów, wysokie półki, wszystko to razem broni wstępu dziennemu światłu.

Inne książki odbijają ostre górskie światło albo migotanie morza w słońcu. A zwłaszcza: kolory. Biblioteki są szare i szare są książki, które się w nich pisze: pełne cytatów, odniesień, notatek u dołu stron, rozwlekłych wyjaśnień, niekończących się argumentacji.

Trzeba wreszcie wspomnieć o ciałach autorów: ich dłoniach, stopach, ramionach i nogach. Książka jako wyraz fizjologii. W nazbyt wielu książkach wyczuwa się ciała zgięte, siedzące, wykrzywione, skurczone. Ciało, które chodzi, jest proste i wyprężone jak łuk: otwarte ku rozległym przestrzeniom jak kwiat ku słońcu. Szeroka pierś, muskularne nogi, smukłe ramiona.

Nasze pierwsze pytania co do wartości, pod względem książki, człowieka, muzyki, brzmią: „umie on chodzić?”8

Książki autorów-więźniów czterech ścian, przyrośniętych do swoich krzeseł, są niestrawne i ciężkie. Rodzą się z kompilacji innych książek na stole. Są jak tuczone gęsi: napchane cytatami, opasłe od przypisów, ciężkie od adnotacji. Dużo ważą, są grube i czyta się je wolno, nudno i z trudem. Zlepiono je z innych książek, z porównywania jednych linijek z innymi, powtarzania tego, co inni powiedzieli o tym, co rzekomo mówili jeszcze inni. Sprawdzanie, uściślanie, poprawianie: zdanie rozrasta się do akapitu, do rozdziału. Książka staje się komentarzem do stu innych książek napisanych wokół jednego zdania innego autora.

Tymczasem ten, kto tworzy w marszu, jest wolny od więzów, jego myśl nie jest niewolnicą innych tomów, nie przytłaczają jej poprawki, nie obciąża cudza myśl. Żadnego długu do spłacenia, nikomu. Tylko myśleć, oceniać, decydować. To myśl, która rodzi się z ruchu, z porywu. Wyczuwa się w niej giętkość ciała, taneczne gesty. Zatrzymuje i wyraża energię, fizyczny ruch. Widzieć rzeczy wyraźnie, nie za mgłą i zasłoną innych myśli, nie musieć płacić cła kulturze ani tradycji. Zrezygnować z niekończących się wywodów na rzecz lekkich i głębokich myśli. Gra jest warta świeczki: im lżejsza jest myśl, tym wyżej się wznosi, a gdy opuści gęste bagna przekonań, opinii, ustalonej wiedzy – sięga głębiej. Książki poczęte w bibliotekach zawsze będą powierzchowne i ciężkie. Pozostaną na poziomie powielania.

Myśleć, chodząc, chodzić, myśląc, a pisanie niech będzie tylko lekką pauzą, tak jak wędrowiec odpoczywa podczas marszu, kontemplując rozległe widoki.

U Nietzschego oznacza to pochwałę stóp. Nie piszemy jedynie ręką. Dobrze piszemy tylko stopami9. Stopy są doskonałym świadkiem, być może najbardziej godnym zaufania. Trzeba wiedzieć, czy podczas lektury palce stóp słuchają, jak czytamy w Drugiej pieśni tanecznej Zaratustry: „I wspinały się już stopy, palce już słuchały, by zrozumieć cię: bo wszak tancerz czujny słuch – w palce stóp swych śle!” – czy podczas lektury stopa drży z przyjemności, zachęcona do tańca, do ruchu, do wyjścia na zewnątrz. Oceniając jakość utworu muzycznego, powinniśmy zaufać stopom. Jeśli zasłuchana stopa ma ochotę wybijać rytm, oprzeć się mocniej na ziemi, by podskoczyć, to dobry znak. Każda muzyka jest zaproszeniem do lekkości. Przy muzyce Wagnera stopy wpadają w przygnębienie i popłoch, nie wiedzą już, jak się ustawić. Gorzej nawet, bo słabną i nieruchomieją albo wiercą się i złoszczą.

Jak pisze Nietzsche w swoich ostatnich tekstach, kiedy słuchamy Wagnera, nie pragniemy tańczyć, gdyż toniemy w wirach i meandrach tej muzyki, w mętnych potokach, w zwodniczych fontannach.

[…] przestaję lekko oddychać, kiedy tylko muzyka [Wagnera] zaczyna na mnie działać; […] wnet moja noga zaczyna być na nią zła i buntuje się, odczuwa ona potrzebę taktu, tańca, marsza […] – od muzyki żąda ona przede wszystkim zachwytów, które opierają się na dobrym chodzie, stąpaniu, tańcu.10

Nietzsche, jak widzieliśmy, chodził codziennie, notując od czasu do czasu to, co jego wędrujące ciało, rzucające wyzwanie niebu, morzu, lodowcom, podsuwało jego myślom. I w tych wędrówkach rzuca się w oczy upodobanie do wspinaczki, ruchu w górę.

Pielgrzymem jestem i ochotnym po górach wędrownikiem – rzekł do swego serca – nie lubię płaszczyzn i zda mi się, że niedługo na miejscu wysiedzieć zdołam.

I wszelka dola, wszelkie wydarzenie, które mi się przytrafić może – coś z pielgrzymki w nich będzie i z wędrowań po szczytach – przeżywa, bo wszak człowiek samego siebie jedynie.11

Chodzenie u Nietzschego to przede wszystkim wędrówka pod górę, wspinanie się, wznoszenie.

W 1876 roku w Sorrento wybierał na swoje codzienne spacery górskie ścieżki za miastem. W Nicei lubił się wspinać stromą ścieżką do niewielkiej miejscowości Eze, skąd rozciągał się widok na morze. Z Sils Maria ruszał na szlaki wiodące ku wysoko położonym dolinom. Z Rapallo wspinał się do Montallegro („Najwyżej położony obszar w regionie”).

U Nervala leśne ścieżki – płaskie labirynty, niskie równiny rozleniwiają idącego, jego chód staje się miękki i łagodny. I przywołują wspomnienia niczym wolno płynące mgły. U Nietzschego powietrze jest żywsze, i przede wszystkim suche, przejrzyste. Myśl jest przenikliwa, ciało ożywione, rozedrgane. Nie przywołuje wspomnień, lecz narzuca sądy: oceny, odkrycia, zdania, opinie.

Wspinaczka oznacza wysiłek, ciało jest w ciągłym napięciu. Pomaga myśli w jej poszukiwaniach: jeszcze trochę dalej, jeszcze trochę wyżej. Nie wolno osłabnąć, trzeba zmobilizować zasoby energii, by przeć naprzód, pewnie stawiać stopę i unosić ciało, potem odzyskiwać równowagę. Tak samo jest z myśleniem: wznosząca się myśl jest jeszcze bardziej niewiarygodna, niesłychana, nowa.

I jeszcze jedno: chodzi o to, by znaleźć się wysoko. Niektóre myśli pojawiają się tylko sześć tysięcy stóp nad poziomem równin i posępnego wybrzeża.

„6000 stóp poza człowiekiem i czasem”. Pewnego dnia szedłem lasami nad jeziorem koło Silvaplana; zatrzymałem się przy potężnej, piramidalnie spiętrzonej skale obok Surlei. Wtedy nawiedziła mnie ta myśl.12

Czuć ruchy świata pod stopami. Suave turba magna… Czyż nie wspaniale jest patrzeć, z wysokości przezroczystych lodowców, na stłoczony pod spodem nieruchomy tłum? A jednak nie, Nietzsche arystokrata nie posuwa się do tej aroganckiej pogardy.

Raczej chodzi o to, że myśleniu służy nieograniczone spojrzenie, widok z góry i przejrzyste powietrze. Potrzebna jest swoboda, by myśl szybowała daleko. Nieważne są detale, precyzja, dokładność: trzeba umieć dostrzec sam szkielet ludzkiego losu. Z bardzo wysoka widzimy ruch krajobrazów, zarysy wzgórz. I podobnie jest z historią: starożytność, chrystianizacja, czasy współczesne. Jakie zrodziły osobowości, jakie typy ludzkie, co w nich najistotniejsze? Kiedy siedzimy z nosem w datach, faktach, wszystko kurczy się do szczegółów. Tymczasem trzeba tworzyć fikcje, mity, ogólne losy.

Musimy się wspiąć jeszcze spory kawałek, powoli, ale coraz wyżej, by zyskać otwartą perspektywę na naszą starą cywilizację.13

To coś tak wyraźnego jak oznakowanie szlaku. Nie pogarda wobec siedzących, raczej współczucie, o którym Nietzsche mówi, że zawsze było jego problemem („[…] od dzieciństwa wiem, że najgroźniejsza jest dla mnie litość”, wrzesień 1884). Współczucie na widok ludzi w ich krzątaninie, spieszących na mszę, goniących za sukcesem i uznaniem, pogrążonych w smutku: nieszczęśliwych na własne życzenie. Tymczasem z góry widać wyraźnie, co czyni człowieka chorym: trucizna osiadłej moralności.

I wreszcie: podczas długich wędrówek zawsze docieramy do przełęczy, skąd nagle rozciąga się zupełnie inny widok. Są wysiłek, wspinaczka, a potem się odwracamy i widzimy u swoich stóp bezkres albo za zakrętem drogi coś zupełnie innego: górski łańcuch, wspaniałości, które czekały.

Na tej zmianie perspektywy, na tym finalnym wykrzykniku, kiedy odsłania się coś nowego, zbudowano wiele aforyzmów – odkrycie jako nowy krajobraz i towarzysząca mu radość.

Trzeba wreszcie powiedzieć, co doświadczeniu wędrówki zawdzięcza idea wiecznego powrotu. Pamiętajmy, że Nietzsche swoje długie wycieczki odbywał po znanych szlakach, oswojonych trasach, które lubił powtarzać. Każdy wędrowiec, który szedł długo, by podziwiać za zakrętem upragniony widok, widzi, jak krajobraz drży. To drżenie powtarza się w ciele idącego. Harmonia dwóch istnień, jak dwóch strun, które współbrzmią, wibrują, i każda karmi się drganiem drugiej, a dźwięk wznawiany jest w nieskończoność.

Wieczny powrót to wpisanie tych dwóch afirmacji w krąg ciągłych powtórzeń, zaklinanie wibracji istnień w kulistą formę. Bezruch wędrowca w obliczu bezruchu pejzażu, intensywność ich współistnienia, które rodzi nieskończoną cyrkulację wymiany: zawsze tu byłem i będę, kontemplując ten krajobraz.

* * *

A jednak już w połowie lat osiemdziesiątych tu i ówdzie Nietzsche skarży się, że wędrowanie nie przychodzi mu tak łatwo jak wcześniej. Cierpi na bóle pleców i musi spędzać długie godziny wyciągnięty na fotelu. Mimo to nie odpuszcza, ale jego spacery nie są już tak dalekie. Niekiedy nawet prosi kogoś, by mu towarzyszył. „Pustelnik z Sils”, jak go nazywano, często chodzi teraz pod opieką młodych wielbicielek: Helen Zimmern, tłumaczki jego Schopenhauera jako wychowawcy, Mety von Salis, młodej arystokratki, która wprowadza go w kręgi lokalnych elit, Resy von Schirnhofer, studentki, Hélène Druscowitz, adeptki filozofii.

Nie są to już dawne, samotne wędrówki. Nietzschemu coraz bliżej do światowca, galanta otaczającego się wykształconymi kobietami. Pokazuje swoim towarzyszkom skałę, przy której doznał olśnienia wiecznego powrotu, czyni patetyczne wyznania na temat swojej przyjaźni z Wagnerem.

I znów, z wolna, ból chwyta go w swoje macki: od 1886 roku ponownie skarży się na potworne, długie migreny. Wracają wymioty. Po każdej podróży dojście do siebie zajmuje mu wiele dni. Niekiedy zbyt daleki spacer wyczerpuje go na długo.

Coraz bardziej brzydzi się miastem, jego brudem i drożyzną. Podczas zimowych pobytów w Nicei nie stać go na opłacenie pokoju z widokiem na południe – marznie. Latem w Sils często skarży się na złą pogodę. Wenecja ogromnie go przygnębia. Jego stan się pogarsza.

Końcowa przemiana. To ostatni akt jego życia, który zaczyna się jak wiosenny śpiew, oda do radości. Odkrywa Turyn, po raz pierwszy, w kwietniu 1888 roku. Prawdziwe objawienie: miasto jest doskonale klasyczne „tak dla stóp, jak dla oczu – i jaki bruk!”. Jest oczarowany długimi przechadzkami nad brzegiem Padu.

Po ostatnim ponurym lecie w Sils („wieczne bóle głowy, ciągłe wymioty”) wraca do Turynu we wrześniu. I znów ta sama radość, ten sam cud.

Niespodziewane szczęście: jego zdrowie się poprawia. Bóle ustały, jakby za sprawą czarów. Własne ciało jawi mu się jako lekkie, zdolne wznieść się w przestworza. Oczy już go nie bolą. Żołądek znosi wszystko. Praca idzie mu piorunem, w ciągu paru miesięcy napisze kilka książek. Wędruje z zapałem, a wieczorami gromadzi notatki do swojego wielkiego dzieła o przewartościowaniu wartości.

Na początku 1889 roku Jacob Burckhardt dostaje od Nietzschego list z datą 6 stycznia. Jest przerażony: to list obłąkanego, szaleńca („Ostatecznie, wolałbym być profesorem w Bazylei niż Bogiem; jednak nie ośmieliłem się być tak samolubny, by zapomnieć o stworzeniu świata”).

Inne listy z pierwszego tygodnia stycznia również są świadectwem stanu Nietzschego. Podpisuje się jako „Dionizos” albo „Ukrzyżowany” („kiedy raz mnie odkryłeś, łatwo ci już było mnie znaleźć; trudno teraz będzie mnie zgubić”). Burckhardt powiadamia Overbecka, który spieszy do Turynu. Na miejscu z trudem odszukuje Nietzschego w jego skromnym pokoju u Davide’a Fino.

Gospodarz nie wie już, co robić: Nietzsche zupełnie wymknął się spod kontroli. Podobno uwiesił się, szlochając, u szyi konia bitego przez woźnicę. Włóczy się bez celu, mamrocząc bezsensowne zdania, wygłasza przemowy do ludzi na ulicy, chodzi na pogrzeby, na których uważa się za zmarłego.

Overbeck wchodzi i znajduje Nietzschego skulonego w fotelu – dzikie, przerażone spojrzenie utkwił w notatkach do swojego ostatniego dzieła. Podnosi wzrok i widzi swego najdroższego przyjaciela. Zszokowany tą niespodzianką, rzuca mu się na szyję – rozpoznał go. Płacze. Uwiesza się na nim kurczowo, szlochając. „Jakby widział otwierającą się pod nim przepaść” – napisze Overbeck.

Potem z powrotem siada, kurczy się w fotelu.

Zaczyna przemowę: jest księciem i należą mu się stosowne względy. Kiedy prowadzą go do pociągu, śpiewa na całe gardło i wrzeszczy. Oszalał. Udaje się go dowieźć do Bazylei, mówiąc mu, że Jego Wysokość czeka tam godne przyjęcie.

Nietzsche jest obłąkany. Zostaje przyjęty do kliniki w Bazylei. Potem przenoszą go do Jeny, nie widać jednak postępów w leczeniu. W końcu matka bierze go do siebie, do Naumburga. Będzie się nim opiekować do swojej śmierci z oddaniem, cierpliwością i miłością. Myje go, pielęgnuje, pociesza, prowadzi na spacery i czuwa nad nim. Przez siedem lat.

Nietzsche coraz częściej izoluje się za murem milczenia albo przeciwnie, wygłasza nieskładne przemowy. Mówi strzępami zdań. Przestał myśleć. Czasem jeszcze improwizuje na fortepianie. Nie dręczą go już migreny, oczy nie bolą.

Jego matka rozumie, że tylko długie przechadzki sprawiają mu jeszcze przyjemność. Ale nie jest to łatwe: na ulicy Fryderyk krzyczy i atakuje przechodniów. Szybko ogranicza te wyjścia, wstydząc się dorosłego syna, który klnie i wydaje zwierzęce ryki. Jeśli wychodzą, to wieczorem, po zmroku, gdy ulice są już puste. Wtedy jej syn może krzyczeć, nikogo nie niepokojąc.

Niebawem jednak i ciało stawia mu opór: paraliż stopniowo ogarnia jego plecy. Nietzsche jest przykuty do wózka – sam nie potrafi się już przemieszczać. Długimi godzinami przygląda się swoim dłoniom, najpierw jednej, potem drugiej, albo trzyma książki do góry nogami, złorzecząc pod nosem. Tkwi unieruchomiony w fotelu, podczas gdy wokół niego trwa krzątanina. Stał się na powrót dzieckiem. Matka wystawia jego wózek inwalidzki na werandę.

Jesienią 1894 roku rozpoznaje już tylko najbliższych (matkę i siostrę). Jest wyczerpany. Najczęściej siedzi nieruchomo w fotelu, skulony, wpatrując się w swoje dłonie. Odzywa się rzadko: „Zupełnie martwy”, „Więcej światła”. Załamanie jest powolne i nieuchronne. Spojrzenie jego zapadniętych oczu staje się przeraźliwie nieobecne.

Umiera 25 sierpnia 1900 roku w Weimarze.

Prawdopodobnie dla ludzi, którzy przyjdą po mnie, jestem czymś na kształt przeznaczenia – a zatem całkiem możliwe, że pewnego dnia zamilknę, z miłości do ludzi!!!

Na zewnątrz

Chodzić to być na zewnątrz. Na zewnątrz, „na wolnym powietrzu”, jak to się mówi. Chodzenie odwraca logikę mieszczucha, a nawet logikę najpowszechniejszego ludzkiego życia.

Kiedy wychodzimy „na zewnątrz”, to zwykle przemieszczamy się z jednego „wewnątrz” do innego: z domu do biura albo do pobliskiego sklepu. Wychodzimy, żeby coś zrobić gdzie indziej. „Na zewnątrz” oznacza przejście: coś, co dzieli, niemal przeszkodę. Między tu i tam. Nie jest wartością samą w sobie. Drogę z domu do metra pokonujemy przy każdej pogodzie, w pośpiechu, nasze myśli wciąż jeszcze trzymają się drobnych wydarzeń życia prywatnego, choć zarazem pędzą już w stronę zobowiązań zawodowych, nogi galopują, podczas gdy ręka sprawdza, nerwowo obmacując kieszenie, czy niczego nie zapomnieliśmy. „Na zewnątrz” ledwie istnieje: jak wielki, oddzielający korytarz, tunel, gigantyczna śluza.

Czasem też wychodzimy po prostu „zaczerpnąć powietrza”: oderwać się od ciężaru bezruchu przedmiotów i ścian, „przewietrzyć się”, bo świeci słońce i wydaje się niesprawiedliwe odmawiać sobie jego blasku i ciepła. A zatem wychodzimy zrobić kilka kroków, po prostu żeby być na dworze, a nie po to, żeby gdzieś dojść. Poczuć świeży wiosenny powiew albo ulotne ciepło zimowego słońca. Antrakt. Przerwa, którą sobie dawkujemy. Również dzieci wychodzą po prostu po to, żeby wyjść. Tym razem „iść na dwór” znaczy: bawić się, biegać, śmiać. Później „wyjść” będzie znaczyło: spotkać się ze znajomymi, być daleko od rodziców, robić coś innego. Ale najczęściej „na zewnątrz” istnieje między dwoma „wewnątrz”: jest przystankiem, przejściem. To przestrzeń, która zabiera czas.

Na zewnątrz.

Podczas długich wypraw, wędrówek rozciągających się na wiele dni, sytuacja się odwraca. „Na zewnątrz” nie jest już przejściem, lecz najbardziej stabilnym elementem. Idziemy od szałasu do szałasu, od schroniska do schroniska. Wtedy właśnie „wewnątrz” ma nieskończenie wiele wersji, nieustannie się zmienia. Nie śpimy dwa razy w tym samym łóżku, co wieczór mamy innych towarzyszy. Wystrój i nastrój za każdym razem są niespodzianką. Inne są mury, inne kamienie.

Postój. Jesteśmy zmęczeni, noc zapada, czas znaleźć nocleg. Ale chaty, szałasy, schroniska są tylko punktami wyjścia, umożliwiającymi jak najdłuższe przebywanie na zewnątrz, punktami granicznymi.

Trzeba też wspomnieć o szczególnym doznaniu pierwszych kroków, z samego rana. Przejrzeliśmy mapę, wybraliśmy drogę, wzięliśmy urlop, spakowaliśmy plecak, znaleźliśmy szlak i upewniliśmy się, że ruszamy w dobrym kierunku. Chwilę to trwa, cofanie się, ponowne studiowanie mapy: zatrzymujemy się, sprawdzamy, drepczemy w miejcu. A potem szlak się otwiera, łapiemy rytm. Podnosimy głowę i oto ruszyliśmy, ale po to, by iść, by pozostać na zewnątrz. Właśnie tutaj, o to chodziło: jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy. Na zewnątrz jesteśmy w swoim żywiole – mamy nieodparte wrażenie, że tu mieszkamy. Zostawiamy za sobą kolejne noclegi, ale ciągłość, to, co zostaje i trwa, to otaczający nas krajobraz wyrzeźbiony wzgórzami, które zawsze tu są. I to ja obracam się i patrzę, przechadzam się, jakbym był u siebie: krokami odmierzam rozpiętość swojego domostwa. Schroniska, ich sypialnie i stołówki, ich mieszkańcy, ich duchy – to są miejsca, przez które muszę przejść, pasaże, które zostawiam za sobą, ale nie krajobraz. W ten sposób wędrówka odwraca podział między tym, co „na zewnątrz”, i tym, co „wewnątrz”. Nie jest tak, że przechodzimy przez góry, równiny i zatrzymujemy się w schroniskach, raczej przez wiele dni zamieszkujemy jakiś krajobraz, powoli wchodzimy w jego posiadanie, czynimy go swoim domem.

I kiedy zostawiamy za sobą ściany kolejnej chaty, kolejnego schroniska, kiedy znów wystawiamy twarz do wiatru, w samym środku świata, kiełkuje w nas to osobliwe wrażenie: tutaj jestem u siebie przez cały dzień, tu będę mieszkać, wędrując.

Powolność

Na zawsze zapamiętam to, co powiedział. Czekała nas wspinaczka stromym zboczem we włoskich Alpach. Mateo miał wtedy ponad siedemdziesiąt pięć lat – co najmniej ćwierć wieku przewagi nade mną. Chudy jak patyk, o dużych, szorstkich dłoniach i pobrużdżonej twarzy, wciąż jednak trzymał się prosto. Chodził z założonymi rękami, jakby było mu zimno. Nosił płócienne beżowe spodnie.

To on nauczył mnie chodzić. Dopiero co pisałem, że nie uczymy się chodzić, bo chodzenie nie jest kwestią techniki. Nie może nam się nie udać, nie jest tak, że powinniśmy chodzić w ten czy inny sposób, ćwiczyć, trenować, koncentrować się. Każdy umie chodzić. Stopa przed stopą to dobra miara, dobry sposób, żeby dokądś dojść, wszystko jedno dokąd. Wystarczy to powtarzać.

Stopa przed stopą.

Ale kiedy mówię „uczyć się”, to w określonym kontekście. Od kilku minut wspinaliśmy się stromą ścieżką. Za nami grupa młodych, hałaśliwych ludzi, którzy chcieli iść szybciej, nieco zbyt głośno tupała nogami, zaznaczała swoją obecność. Czułem presję. Usunęliśmy się więc na bok, pozwoliliśmy przejść rozgadanej grupie dziękującej nam dumnymi uśmiechami. Mateo popatrzył za nimi i powiedział: „Cóż, najwyraźniej boją się, że nie dojdą, skoro tak się spieszą!”.

I tego mnie nauczył: w chodzeniu prawdziwym świadectwem pewności siebie jest powolność. Mam jednak na myśli powolność, która nie do końca jest przeciwieństwem szybkości. Przede wszystkim regularny, miarowy krok. Ma się wręcz wrażenie, że dobry piechur się ślizga albo raczej że jego nogi się kręcą, jakby zataczały koła. Zły piechur czasem idzie szybko, za chwilę zwalnia, potem znów przyspiesza. Jego ruchy są urywane, nogi kreślą połamane kąty. Tempo osiąga metodą nagłych zrywów, po których traci oddech. Każde przyspieszenie to decyzja, do której ciało jest zmuszane, popychane. Czerwona, spocona twarz. Powolność jest przede wszystkim przeciwieństwem pośpiechu.

Kiedy na szczycie dogoniliśmy grupę „sportowców”, siedzieli i entuzjastycznie omawiali swój czas, wikłając się w nieprawdopodobnych obliczeniach. Spieszyli się, bo chcieli „zrobić czas”. „Zrobić czas”, cóż to za osobliwe określenie. Stanęliśmy na chwilę, podziwiając widok, i nieśpiesznie ruszyliśmy dalej, podczas gdy grupa wciąż obszernie komentowała swoje osiągnięcie, tonąc w niekończących się porównaniach.

Szybkość daje złudne wrażenie, że zyskujemy na czasie. Na pierwszy rzut oka rachunek wydaje się prosty: robiąc coś w dwie godziny, zamiast w trzy, godzinę zyskujemy. Jest to jednak abstrakcyjny rachunek, w którym każdą godzinę dnia traktuje się jak godzinę na zegarku, równą wszystkim pozostałym.

Tymczasem pośpiech napędza czas, który zaczyna płynąć szybciej – dwie godziny pośpiechu skracają dzień. Każdą chwilę wyszarpujemy, wypełniamy tak, że niemal eksploduje, w jedną godzinę wtłaczamy ocean spraw.

Dni powolnej wędrówki są bardzo długie: dzięki nim dłużej żyjemy, bo pogłębiamy każdą godzinę, każdą minutę, każdą sekundę, pozwalamy im oddychać, zamiast napychać je tak, że pękają w szwach. Pośpiech polega na robieniu kilku rzeczy naraz, w ogromnym tempie. To, potem tamto i jeszcze coś innego. Kiedy się spieszymy, czas jest jak przepełniona szuflada, do której wpychamy rzeczy bez ładu i składu, tak że wszystko się z niej wysypuje.

Powolność to doskonałe dopasowanie do czasu: sekundy zdają się od siebie oddzielać jak łagodny deszcz kapiący na kamienie kropla po kropli. To rozciągnięcie czasu pogłębia przestrzeń. Oto jedna z tajemnic pieszej wędrówki: powolne przybliżanie się krajobrazów, które stopniowo stają się znajome. Jak regularne spotkania, dzieki którym przyjaźń zaczyna być mocniejsza. Zarys góry, który widzimy przez cały dzień, kształt, który odgadujemy o różnych porach, przy różnym świetle, stopniowo wzbogaca się o coraz więcej detali, staje się wyraźniejszy. Kiedy idziemy, nic się nie porusza, góry przybliżają się niepostrzeżenie, niepostrzeżenie zmienia się krajobraz. Z pociągu czy samochodu widzimy, jak góry się przybliżają. Oko jest prędkie, niecierpliwe, myśli, że wszystko zrozumiało, wszystko uchwyciło. Kiedy idziemy, nic tak naprawdę się nie przesuwa: raczej powoli osadza się w nas obecność. Nie tyle zbliżamy się do rzeczy, ile to one coraz silniej w nas wnikają.

Krajobraz jest jak wywar ze smaków, kolorów, zapachów, w którym moczy się nasze ciało.

Namiętne ucieczki (Rimbaud)

Nie potrafię Wam podać adresu, na który moglibyście odpisać, bo sam nie wiem, dokąd mnie zaniesie w najbliższym czasie, jaką drogą i w jakim kierunku, w jakim celu i w jaki sposób!14

Dla Verlaine’a był „człowiekiem o podeszwach z wiatru”. On sam jako bardzo młody człowiek mówił o sobie: „Jestem piechurem, nikim więcej”. Rimbaud będzie chodził przez całe życie.

Uporczywie, maniakalnie. Od piętnastego do siedemnastego roku życia wędruje, zwiedzając wielkie miasta: Paryż literackich nadziei, gdzie wyrusza na spotkanie parnasistów, kręgu podobnych sobie poetów, u których szuka akceptacji (dla swoich wierszy) i remedium na rozpaczliwą samotność; Brukselę, gdzie pracuje jako dziennikarz. Od dwudziestego do dwudziestego czwartego roku życia wiele razy obiera drogę na Południe. Zimy spędza w domu. Przygotowuje się do podróży. Nieustannie kursuje między portami Morza Śródziemnego (Marsylią i Genuą) a Charleville. Idzie ku słońcu. Od dwudziestego piątego roku życia aż do śmierci wędruje po pustyni. Tym razem w pełnym słońcu. Z Adenu do Hararu, wielokrotnie.

Naprzód! Marsz, brzemię, pustynia, znudzenia i gniew.15

* * *

W wieku piętnastu lat, zafascynowany Paryżem – miastem poetów, i dlatego, że w Charleville czuje się samotny i bezużyteczny, Rimbaud, przepełniony naiwnymi marzeniami, ucieka. Wyrusza pieszo pewnego sierpniowego ranka, bardzo wcześnie, bez słowa. Bez wątpienia idzie aż do Givet, gdzie wsiada do pociągu. Ale pieniędzy ze sprzedaży książek (otrzymanych za doskonałe wyniki w nauce) nie wystarcza, by opłacić bilet do samej stolicy. Kiedy dociera do Paryża, na Dworcu Strasburskim czeka na niego policja: zatrzymują go za kradzież i włóczęgostwo. Trafia do aresztu w Mazas. Jego nauczyciel retoryki, słynny Izambard, spieszy mu na ratunek i zwraca przedsiębiorstwu kolejowemu pieniądze za jego podróż. Rimbaud wychodzi z aresztu. Wojna francusko-pruska odcięła połączenie kolejowe z Charleville, Rimbaud jedzie więc do Douai, do rodziny swojego opiekuna. Spędza tam szczęśliwe chwile, rozmawiając o literaturze, rozpieszczany przez siostry Gindre, ciotki żony Izambarda. W końcu jednak upomina się o niego matka.

Zaledwie miesiąc później Rimbaud sprzedaje kolejne książki i znów ucieka. Wsiada w pociąg do Fumay, a stamtąd wędruje pieszo od wsi do wsi (Vireux, Givet), wzdłuż Mozy. Aż do Charleroi.

Od ośmiu dni w zdartych butach chodziłem.

Po kamienistych drogach. Poszedłem do Charleroi.16

Tam ubiega się o pracę w dzienniku „Journal de Charleroi”, jednak bez powodzenia. Wyrusza więc, bez grosza, wciąż pieszo, do Brukseli, gdzie spodziewa się spotkać swojego opiekuna Izambarda: pięćdziesiąt kilometrów.

Włóczyłem się – z rękoma w podartych kieszeniach,

W bluzie, co już nieziemską prawie była bluzą,

Szedłem pod niebiosami, wierny ci, o Muzo!

Oh! la la! co za miłość widziałem w marzeniach!17

Pięćdziesiąt kilometrów radosnego uniesienia, z rękami w kieszeniach i marzeniami o literackiej sławie i miłości. W Brukseli nie zastaje jednak Izambarda. Durand, przyjaciel profesora, daje mu pieniądze na powrót. Rimbaud nie jedzie jednak do domu, lecz do Douai, do swojej nowej rodziny: „To ja, wróciłem”. Wraca z torbą pełną wierszy zrodzonych wzdłuż dróg – olśnienia uciekiniera spisane w rytmie ścieżek i rozbujanych rąk.

Poezja radości, odpoczynku i wieczorów w wiejskich oberżach. Zadowolenie z przebytej drogi, ciało pełne przestrzeni. Młodość.

Pełen szczęścia, wyciągnąłem nogi pod stołem.18

Długie dni jesiennej wędrówki pośród spłowiałych kolorów. Szczęśliwe noce na dworze, na poboczach dróg, pod dachem z gwiazd.

Na Wielkiej Niedźwiedzicy miałem swą oberżę,

A od mych gwiazd na niebie płynął szelest słodki.19

Rimbaud starannie przepisuje swoje wiersze na dużych białych kartkach. Jest szczęśliwy, w swojej nowej rodzinie czuje się kochany. Ma szesnaście lat. Pierwszego listopada matka Rimbauda żąda, by Izambard bezzwłocznie zwrócił jej syna. Za pośrednictwem policji, „by uniknąć kosztów”.

Luty 1871 roku, trwa wojna francusko-pruska. Rimbaud wciąż marzy o Paryżu, w którym za swojej pierwszej bytności oglądał tylko więzienne mury. W Charleville panują mrozy. Rimbaud zapuszcza włosy, próbując dodać sobie powagi. Z fajką w zębach przemierza dumnie główną ulicę miasteczka. Narasta w nim wściekłość. Jak zwykle bez słowa, w ukryciu, przygotowuje kolejną ucieczkę. Tym razem sprzedaje srebrny zegarek, za który dostaje dość, by opłacić bilet kolejowy na całą podróż. Dwudziestego piątego lutego włóczy się już po Paryżu, oglądając ze wzruszeniem witryny księgarni. Wypytuje, co nowego słychać w poezji, śpi na barkach z węglem, żywi się resztkami i gorączkowo próbuje spotkać twórców z grupy Cénacle. Ale czasy nie sprzyjają literaturze: do Paryża wkraczają Prusacy. Z żołądkiem równie pustym co jego kieszenie Rimbaud przekracza linie wroga, by wrócić do domu, piechotą. Czasem poratuje go jakiś chłop z furmanką. Wraca do domu „prawie goły, nocą, z zapaleniem oskrzeli”.

Czy to prawda, że wiosną znów rusza w drogę? Czy kiedyś się dowiemy? Z pewnością trudno mu usiedzieć w Charleville na wieść o Komunie Paryskiej. W końcu sam był autorem projektu komunistycznej konstytucji, a teraz ma się tylko przyglądać, jak tam, w Paryżu, inni się buntują? W dzieciństwie był religijny, potem jednak stał się zażartym republikaninem, ostrym antyklerykałem. Obwieszczenie rewolucji pod hasłem braterstwa i równości wprawia go w euforię: „Pokonaliśmy stary porządek”. Komuna została proklamowana w marcu. Rimbauda rzekomo widziano w Paryżu w kwietniu. Nigdy się nie dowiemy. Delahaye opowiada, że Rimbaud się zaciągnął, sam stawił się w koszarach przy rue Babylone. Trwało to piętnaście dni. Ponoć przypłynął na statku z węglem, a wrócił na piechotę, wyczerpany i bez grosza.

Po raz czwarty (albo trzeci?) jedzie do Paryża. Jesień 1871 roku. Rimbaud zaraz skończy siedemnaście lat. Tym razem uprzedził matkę. To niemal oficjalna podróż. Ma nawet zaproszenie od zafascynowanego nim Verlaine’a („przyjeżdżaj, przyjeżdżaj, mój drogi”), któremu wysyłał swoje wiersze. Zrzucono się na jego bilet. Rimbaud przywozi do Paryża Statek pijany, swoją przepustkę i zabezpieczenie.

Nadchodzą trzy długie lata, podczas których Verlaine utrzymuje Rimbauda, trzy długie lata namiętnej, burzliwej relacji: szaleństwa spotkań w gronie poetów, trzy wspólne wyjazdy do Londynu, haniebne pijaństwo, potworne awantury i czułe pojednania, i wreszcie nieszczęśliwy strzał w Brukseli, który wszystko kończy. Verlaine idzie do więzienia. Rimbaud kilkukrotnie wraca do punktu wyjścia (Charleville albo Roche). Zawsze okropnie się tam nudzi. Przygoda z Verlaine’em oddali go od kręgów literackich. Od początku jego pobytu w Paryżu ciągnie się za nim reputacja dzieciaka, chuligana, prostaka i niereformowalnego alkoholika.

W 1875 roku ma dwadzieścia lat, napisał już Sezon w piekleIluminacje, i być może Chasse spirituelle – tekst, którego nigdy nie odnaleziono. Więcej nic nie stworzy. Publikacja Sezonu w piekle okazuje się ciężką próbą. Nie ma z czego zapłacić za druk i dostaje tylko kilka egzemplarzy. Nie doczeka ukazania się Iluminacji. W pięć lat ten dzieciak zmienił całą literaturę. Potem nie napisze już żadnego wiersza. Owszem, sporo listów, w telegraficznym stylu, ale wiersza – ani jednego. Będzie za to chodził, dużo i niezmordowanie.

Tym razem marzą mu się dalsze podróże, uczy się języków, sam w swoim pokoju. Studiuje niemiecki, zabiera się do włoskiego, myśli o hiszpańskim, ślęczy nad słownikiem grecko-rosyjskim. Opanowuje podstawy arabskiego. Przez pięć lat każdą zimę spędza na nauce. Długie spacery zostawia sobie na wiosnę.

1875: postanawia ruszyć ze Stuttgartu do Włoch. Przemierza Szwajcarię, najpierw pociągiem, ale szybko kończą mu się pieniądze. Dalej idzie pieszo, wspina się na przełęcz Świętego Gotarda i wyczerpany dociera do Mediolanu, gdzie gości go pewna kobieta. Chce dojść do Brindisi, ale w drodze z Livorno do Sieny ścina go z nóg udar słoneczny. Repatriowany przez konsulat w Livorno, wraca do Marsylii, jedzie do Paryża, a potem do Charleville.

1876: znów w drodze. Goli głowę i wyrusza do Rosji, ale dociera tylko do Wiednia, gdzie znajdują go ledwie żywego i bez dokumentów, pobitego przez woźnicę. Zaciąga się do armii holenderskiej, ale w Salatiga (Indonezja) dezerteruje.

1877: jedzie do Bremy, marzy mu się podróż do obu Ameryk, zamiast tego jednak zostaje bileterem w cyrku w Sztokholmie. Wraca do Charleville.

1878: z Marsylii płynie statkiem do Egiptu, choruje jednak i szybko odsyłają go do Francji. Do domu wraca pieszo. Potem znów rusza do Szwajcarii. Po raz drugi na piechotę pokonuje przełęcz Świętego Gotarda i wędruje do Genui, gdzie wsiada na statek na Cypr (będzie tam pracował jako nadzorca w kamieniołomach). Ale wiosną 1879 roku ponownie dopada go gorączka tyfusowa. Wraca do domu. Wraz z pierwszymi zimowymi chłodami jedzie do Marsylii, jednak znów zatrzymuje go gorączka. Wraca.

Wciąż ten sam ruch, te same powolne oscylacje: zimą nudzi się w domu, dusząc w sobie frustrację i ucząc się na pamięć słowników, przez resztę czasu próbuje szczęścia.

Ponownie rusza w drogę w 1880 roku, znów na Cypr. Stamtąd odpływa w pośpiechu (prawdopodobnie śmiertelnie ranił robotnika), nie wraca jednak na północ, lecz po raz pierwszy rusza dalej na południe. Morze Czerwone, Aden.

Będzie to ostatni rozdział jego życia: dziesięć lat na pustyni i w górach, między Adenem i Hararem.

Czterdzieści stopni. W Adenie jest jak w piekarniku. Rimbaud nadzoruje przebieranie kawy, pracodawcy są z niego zadowoleni. Bardey, kupiec, dla którego Rimbaud pracuje, proponuje mu objęcie przedstawicielstwa firmy w Hararze, w Abisynii, w głębi lądu, w górach. Harar leży na wysokości 1800 metrów, klimat jest tam umiarkowany. Rimbaud zgadza się i przygotowuje karawanę.

Do Hararu jest ponad trzysta kilometrów. Droga wiedzie przez zarośla, kamienistą pustynię, lasy i góry. Rimbaud jedzie konno, ale często musi zsiadać z konia i iść piechotą. Karawana posuwa się powoli. Droga zajmuje dwa tygodnie.

Na miejscu Rimbaud zajmuje się handlem, aklimatyzuje się, nudzi, denerwuje, organizuje wyprawy. Po roku w Hararze wraca do Adenu. Potem znów jedzie do Hararu i ponownie do Adenu. Wciąż ta sama droga, wciąż to samo zmęczenie. Zmienia stanowiska w zależności od zapotrzebowania firmy. Interesy nie idą najlepiej. Ma szalone plany, ale żadnego nie udaje się zrealizować. Chciałby zarobić pieniądze, trochę pieniędzy, które pozwoliłyby mu wreszcie spokojnie osiąść w jednym miejscu.

W 1885 roku wpada na pomysł, który ma mu przynieść krocie. Poprowadzi karawanę z bronią i amunicją do Szeua, gdzie sprzeda je królowi Menelikowi. Znajduje dwóch wspólników, Soleilleta i Labattuta. Obaj wkrótce umierają. Rimbaud nie poddaje się. Inwestuje własne oszczędności („Droga jest bardzo długa, do Ankoberu niemal dwa miesiące marszu”) i we wrześniu 1886 roku wyrusza. Ferrandi pisze: „Szedł przed karawaną, zawsze pieszo”. „Pięćdziesiąt dni drogi po najbardziej jałowej z pustyń”20. Z Tadżury do Ankoberu wiedzie samotna ścieżka przez bezmiar i martwotę bazaltowej pustyni. Ziemia parzy. „[…] okropne drogi, przywodzące na myśl przypuszczalną okropność krajobrazów księżyca”21. Dociera na miejsce, ale nie udaje mu się porozmawiać z królem. Wyprawa zmienia się w finansową katastrofę. Rimbaud jest wyczerpany. Wszystko stracił. Wraca do Hararu i swoich drobnych interesów.

Życie płynie mu spokojnie aż do dnia, gdy straszliwie puchnie mu kolano. Ból jest nie do zniesienia. Ma trzydzieści sześć lat.

* * *

Arthur Rimbaud w wieku piętnastu lat: szczupły, błękitne spojrzenie, stanowcze i odległe. Wymykał się o świcie, bezgłośnie, wstawał w domu pełnym cieni, cicho zamykał za sobą drzwi. I z bijącym sercem patrzył, jak rozwijają się przed nim wąskie białe drogi. „Chodźmy!”

Pieszo. Zawsze pieszo, odmierzając „niezrównanymi stopami” rozległość ziemi.

Ileż to razy szedł z Charleville do Charleroi; ileż razy, przez wszystkie te miesiące wojny, kiedy gimnazjum było zamknięte, towarzyszył Delahaye’owi w drodze po belgijski tytoń; ileż razy wracał z Paryża głodny i bez grosza przy duszy. A później, ileż razy był w drodze na Południe, do Marsylii albo Włoch. Ileż wreszcie razy na drogach pustyni (z Sailac do Hararu i wyprawa w 1885 roku).

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

  1. Jack Kerouac, Włóczędzy Dharmy, tłum. Marek Barski, Warszawa, WAB, 2006, s. 52. [wróć]

  2. Fryderyk Nietzsche, Ecce Homo, tłum. L. Staff, Warszawa, Mortkowicz, 1912, s. 28. [wróć]

  3. Fryderyk Nietzsche, Wędrowiec i jego cień, tłum. K. Drzewiecki, Warszawa, Mortkowicz, 1910, § 338. [wróć]

  4. List z września 1879. [wróć]

  5. List z sierpnia 1881. [wróć]

  6. Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna, tłum. L. Staff, Warszawa, Mortkowicz, 1907, § 366. [wróć]

  7. Tamże. [wróć]

  8. Tamże. [wróć]

  9. Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna, dz. cyt., § 52. [wróć]

  10. Fryderyk Nietzsche, Nietzsche kontra Wagner, tłum. K. Kaśkiewicz [w:] Przypadek Wagnera, Toruń, Wyd. UMK, 2004, s. 125. [wróć]

  11. Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra (Pielgrzym), tłum. W. Berent, Poznań, Zysk i S-ka, 1995, s. 77. [wróć]

  12. Fryderyk Nietzsche, Ecce Homo (Tak rzekł Zaratustra), dz. cyt., s. 85. [wróć]

  13. List z lipca 1876 roku. [wróć]

  14. List do rodziny z 5 maja 1884 r., tłum. J. Hartwig i A. Międzyrzecki [w:] Ja to ktoś inny. Korespondencja Artura Rimbaud, Warszawa, Czytelnik, 1970, s. 185. [wróć]

  15. Arthur Rimbaud, Sezon w piekle, tłum. A. Międzyrzecki [w:] Wiersze, Sezon w piekle, Iluminacje, Listy, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1993, s. 161. [wróć]

  16. Arthur Rimbaud, W Zielonej Oberży, tłum. R. Mierzejewski, http://www.libertas.pl/poezja_arthur_rimbaud. [wróć]

  17. Tenże, Moja Bohema, tłum. J. Tuwim [w:] Wiersze, Sezon w piekle, Iluminacje, Listy, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1993, s. 47. [wróć]

  18. Tenże, W Zielonej Oberży, dz. cyt. [wróć]

  19. Tenże, Moja Bohema, dz. cyt. [wróć]

  20. Ja to ktoś inny…, dz. cyt., s. 215. [wróć]

  21. Tamże, s. 226–227. [wróć]