swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Krabat

Krabat

Zobacz na swiatebookow.pl

6,64 zł

Autor: Otfried Preussler

Kategoria: ebooki

Wydawnictwo: Bona

ISBN: 978-83-62836-28-4

Format: MOBI,EPUB

Tagi:


Czternastoletni Krabat miewa dziwne sny: nieznany głos uporczywie namawia go do wizyty w młynie na Koźlim Brodzie. Miejsce to okazuje się niezwykłe: młynarz po zapadnięciu zmroku zamienia się w jednookiego czarnoksiężnika, który paktuje z ciemnymi mocami, a swych czeladników zaznajamia z tajnikami czarnej magii. Za opanowanie nadludzkich mocy płaci się jednak bardzo wysoką cenę...

Autor Krabata oparł fabułę na popularnej łużyckiej legendzie; mroczna atmosfera, niesamowite przygody i ciężar tajemnicy - to cechy, które swoimi korzeniami sięgają ludowych baśni z terenów polsko-niemieckiego pogranicza. Ta niesamowita historia trzyma czytelnika w napięciu aż do ostatniej strony. Warto dodać, iż jest to jedna z najczęściej nagradzanych pozycji w dorobku Otfrieda Preusslera, tym razem skierowana do nieco starszych czytelników niż "Mały Duszek" czy "Malutka Czarownica". Potencjał książki wykorzystał Marco Kreuzpaintner, który zekranizował powieść Preusslera w 2008 roku, nadając filmowi tytuł "Uczeń Czarnoksiężnika".

cover
1-1_jpg
1-2_jpg

Ty­tuł ory­gi­na­łu nie­miec­kie­go: Kra­bat

Tłu­ma­cze­nie: Krzysz­tof Ra­dzi­wiłł, Ja­ni­na Ze­lt­zer

Opie­ka re­dak­cyj­na: Mał­go­rza­ta Pa­sic­ka

Re­dak­cja: Anna Szcze­pań­ska-Kra­soń

Ad­iu­sta­cja: Mag­da­le­na Kę­dzier­ska / d2d.pl

Ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta Po­ździk / d2d.pl

Ze­sta­wie­nie przy­pi­sów: Anna Szcze­pań­ska-Kra­soń Ilu­stra­cje i pro­jekt okład­ki: Ka­ta­rzy­na Ba­je­ro­wicz

Zdję­cie Au­to­ra na okład­ce: © by Fran­cis Ko­enig

Mon­taż i przy­go­to­wa­nie okład­ki do dru­ku: d2d.pl

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i skład: Ro­bert Oleś / d2d.pl

Co­py­ri­ght © 1981 by Thie­ne­mann Ver­lag (Thie­ne­mann Ver­lag GmbH), Stut­t­gart / Wien Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Jan Skó­rzyń­ski Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ja­ni­na Ze­lt­zer Co­py­ri­ght © for the il­lu­stra­tions by Ka­ta­rzy­na Ba­je­ro­wicz Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Bona, Kra­ków 2011

Wy­da­nie I w tej edy­cji

ISBN 978-83-62836-28-4

Wy­daw­nic­two Bona sp. z o.o.,

ul. Ka­no­ni­cza 11, 31-002 Kra­ków,

tel. 12 430 22 90

biu­ro@wy­daw­nic­two­bo­na.pl;

www.wy­daw­nic­two­bo­na.pl

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.bo­na­me­dia.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

1-3_jpg
Rok pierwszy

1-4_jpg
Młyn na Koźlim Brodzie

Dzia­ło się to po­mię­dzy No­wym Ro­kiem a świę­tem Trzech Kró­li. Kra­bat, wów­czas do­pie­ro czter­na­sto­let­ni chło­piec, zmó­wił się z dwo­ma in­ny­mi łu­życ­ki­mi1 włó­czy­ki­ja­mi i cho­ciaż pa­nu­ją­cy z ła­ski bo­żej naj­ja­śniej­szy pan elek­tor2 sa­ski za­ka­zał pod naj­su­row­szy­mi ka­ra­mi że­bra­ni­ny i włó­czę­go­stwa w swo­ich wło­ściach (ale sę­dzio­wie i wszel­kie inne urzę­do­we per­so­ny na szczę­ście nie sto­so­wa­ły się do tego zbyt skru­pu­lat­nie), chłop­cy prze­bra­li się za trzech kró­li i wę­dro­wa­li po oko­li­cy Wo­je­re­cy od wsi do wsi. Wień­ce ze sło­my oka­la­ją­ce ich czap­ki za­stę­po­wa­ły im kró­lew­skie ko­ro­ny, a je­den z chłop­ców, we­so­ły mały Ło­bosz z Mał­ko­wa, od­gry­wał mu­rzyń­skie­go kró­la, sma­ru­jąc się co rano sa­dzą. Z dumą szedł na przo­dzie, nio­sąc gwiaz­dę be­tle­jem­ską, któ­rą Kra­bat przy­mo­co­wał gwoź­dzia­mi do kija.

Kie­dy za­cho­dzi­li do ja­kiejś za­gro­dy, bra­li Ło­bo­sza mię­dzy sie­bie i śpie­wa­li „Ho­san­na sy­no­wi Da­wi­do­we­mu!” – to zna­czy Kra­bat tyl­ko po­ru­szał war­ga­mi, po­nie­waż wła­śnie prze­cho­dził mu­ta­cję. Za to po­zo­sta­łe kró­lew­skie wy­so­ko­ści dar­ły się wnie­bo­gło­sy, aby to wy­rów­nać.

W wie­lu go­spo­dar­stwach bito na Nowy Rok świ­nie i ob­da­ro­wy­wa­no hoj­nie pa­nów kró­lów ze Wscho­du kieł­ba­są i sło­ni­ną. Gdzie in­dziej znów czę­sto­wa­no ich jabł­ka­mi, orze­cha­mi i su­szo­ny­mi śliw­ka­mi, a nie­kie­dy na­wet pier­ni­ka­mi, ciast­ka­mi na smal­cu, any­żo­wy­mi pla­cusz­ka­mi i gwiazd­ka­mi z cy­na­mo­nem.

– Ten rok za­czy­na się do­brze! – mó­wił trze­cie­go dnia wie­czo­rem Ło­bosz. – Oby był taki aż do sa­me­go syl­we­stra!

A obie po­zo­sta­łe kró­lew­skie wy­so­ko­ści przy­ta­ki­wa­ły po­waż­nie gło­wa­mi, tę­sk­nie wzdy­cha­jąc:

– Je­śli o nas cho­dzi, go­dzi­my się na to chęt­nie!

Na­stęp­ną noc spę­dzi­li na sia­nie u ko­wa­la w Petr­ko­wym Gaju; tam po raz pierw­szy przy­śnił się Kra­ba­to­wi dziw­ny sen.

Je­de­na­ście kru­ków sie­dzia­ło na żer­dzi i wpa­try­wa­ło się w nie­go. Kra­bat za­uwa­żył przy tym, że na żer­dzi było jesz­cze jed­no wol­ne miej­sce, na sa­mym koń­cu, po le­wej stro­nie. Wów­czas usły­szał głos, któ­ry brzmiał ochry­ple i wy­da­wał się do­cho­dzić skądś z da­le­kich prze­stwo­rzy. Głos za­wo­łał go po imie­niu. Chło­piec nie miał od­wa­gi od­po­wie­dzieć. „Kra­ba­cie!” – roz­le­gło się po raz dru­gi i trze­ci: „Kra­ba­cie!”. Po czym głos roz­ka­zał: „Idź do Czar­nej Chełm­ży do mły­na, nie bę­dzie to z krzyw­dą dla cie­bie”. Wów­czas kru­ki po­de­rwa­ły się z żer­dzi i za­kra­ka­ły: „Usłu­chaj gło­su Mi­strza, bądź mu po­słusz­ny!”.

To Kra­ba­ta zbu­dzi­ło. „Co się też czło­wie­ko­wi nie przy­śni!” – po­my­ślał, ob­ró­cił się na dru­gi bok i zno­wu za­snął. Na­za­jutrz ru­szył w dal­szą dro­gę ze swy­mi to­wa­rzy­sza­mi, a kie­dy przy­po­mnia­ły mu się kru­ki, śmiał się tyl­ko.

Ale ten sam sen po­wtó­rzył się na­stęp­nej nocy. Znów głos wo­łał go po imie­niu, i po raz dru­gi kra­ka­ły kru­ki: „Bądź mu po­słusz­ny!”. To Kra­ba­ta za­sta­no­wi­ło. Na­za­jutrz za­py­tał go­spo­da­rza, u któ­re­go no­co­wa­li, czy zna wieś, któ­ra na­zy­wa się Czar­na Chełm­ża czy ja­koś po­dob­nie.

Go­spo­darz przy­po­mniał so­bie, że już kie­dyś taką na­zwę sły­szał.

– Czar­na Chełm­ża… – za­sta­na­wiał się. – Ależ tak. W wo­je­rec­kim le­sie przy dro­dze pro­wa­dzą­cej do Lip­ki jest wieś, któ­ra tak się na­zy­wa.

Na­stęp­nym ra­zem trzej kró­lo­wie no­co­wa­li w Wiel­kich Mar­twi­cach. Rów­nież i tam śni­ły się Kra­ba­to­wi kru­ki oraz ów głos, któ­ry wy­da­wał się do­cho­dzić z prze­stwo­rzy; wszyst­ko od­by­ło się zu­peł­nie tak samo jak za pierw­szym i dru­gim ra­zem. Wte­dy Kra­bat po­sta­no­wił pójść za tym gło­sem. O sza­rym świ­cie, kie­dy to­wa­rzy­sze jesz­cze spa­li, wy­mknął się ukrad­kiem ze sto­do­ły. Przy bra­mie obej­ścia spo­tkał słu­żą­cą go­spo­da­rza, któ­ra wła­śnie szła do stud­ni.

– Po­zdrów ode mnie obu mych to­wa­rzy­szy – po­le­cił jej. – Nie­ste­ty, mu­szę ich opu­ścić.

Od wsi do wsi Kra­bat py­tał o dro­gę. Wiatr za­ci­nał mu ziar­ni­stym śnie­giem pro­sto w twarz, tak że mu­siał co kil­ka kro­ków przy­sta­wać, aby prze­trzeć so­bie oczy. W wo­je­rec­kim le­sie za­błą­dził i stra­cił peł­ne dwie go­dzi­ny, za­nim od­na­lazł dro­gę do Lip­ki, osią­gnął więc swój cel do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem.

Czar­na Chełm­ża była wsią taką samą jak inne pusz­czań­skie wsie. Cha­łu­py i sto­do­ły sta­ły dłu­gim rzę­dem po obu stro­nach dro­gi, za­sy­pa­ne głę­bo­kim śnie­giem – smu­gi dymu nad da­cha­mi, pa­ru­ją­ce kupy gno­ju, po­ry­ki­wa­nie by­dła. Na ka­czym sta­wie dzie­ci jeź­dzi­ły na łyż­wach, gło­śno po­krzy­ku­jąc. Ale Kra­bat da­rem­nie szu­kał wzro­kiem mły­na. Ja­kiś sta­rzec z wiąz­ką chru­stu na ple­cach szedł dro­gą pod górę. Kra­bat za­py­tał go o młyn.

– W na­szej wsi nie mamy żad­ne­go mły­na – brzmia­ła od­po­wiedź.

– A w są­siedz­twie?

– Je­śli tam­ten młyn masz na my­śli… – sta­rzec wska­zał kciu­kiem przez ra­mię. – Tam, na Koź­lim Bro­dzie, z tyłu za nami, stoi młyn nad Czar­ną Wodą. Ale… – tu prze­rwał, jak­by po­czuł, że już za wie­le po­wie­dział.

Kra­bat po­dzię­ko­wał za wy­ja­śnie­nie i ru­szył we wska­za­nym kie­run­ku. Lecz już po kil­ku kro­kach ktoś po­cią­gnął go za rę­kaw. Kie­dy się obej­rzał, uj­rzał znów star­ca z wiąz­ką chru­stu na ple­cach.

– O co cho­dzi? – za­py­tał Kra­bat.

Wów­czas sta­rzec pod­szedł bli­żej i z wy­raź­nie ma­lu­ją­cym się na twa­rzy lę­kiem po­wie­dział:

– Chciał­bym cię prze­strzec, chłop­cze. Uni­kaj Koź­le­go Bro­du oraz mły­na nad Czar­ną Wodą. Dzie­ją się tam nie­sa­mo­wi­te rze­czy…

Kra­bat po krót­kim wa­ha­niu opu­ścił star­ca, ru­szył da­lej w dro­gę i wy­szedł ze wsi. Ściem­nia­ło się szyb­ko, więc mu­siał uwa­żać, aby nie zbo­czyć ze ścież­ki. Dy­go­tał z zim­na. Kie­dy się obej­rzał, zo­ba­czył za sobą za­pa­la­ją­ce się tu i ów­dzie świa­teł­ka.

„Może by­ło­by mą­drzej za­wró­cić?”.

– Ale, co tam! – mruk­nął do sie­bie i pod­niósł koł­nierz. – Nie je­stem prze­cież ma­łym dziec­kiem. A zresz­tą, przy­pa­trze­nie się nic nie kosz­tu­je.

Pe­wien od­ci­nek dro­gi Kra­bat prze­szedł la­sem po omac­ku, ni­czym śle­piec we mgle, aż tra­fił na po­la­nę. Wła­śnie w chwi­li gdy miał już wyjść spod drzew, chmu­ry się roz­stą­pi­ły i wy­chy­nął księ­życ, za­le­wa­jąc na­gle wszyst­ko zim­ną po­świa­tą.

Wów­czas Kra­bat uj­rzał młyn.

Oto stał przed nim, jak­by przy­cup­nię­ty w śnie­gu, mrocz­ny i groź­ny ni­czym po­tęż­ny dra­pież­ny zwierz, któ­ry czy­ha na łup.

„Nikt nie zmu­sza mnie, abym wszedł do wnę­trza mły­na” – po­my­ślał Kra­bat. Na­tych­miast jed­nak na­urą­gał so­bie, że jest tchó­rzem, uzbro­ił się w od­wa­gę i wy­szedł z le­śne­go mro­ku na wol­ną prze­strzeń. Śmia­ło skie­ro­wał się do mły­na, a po­nie­waż drzwi wej­ścio­we były za­mknię­te, za­pu­kał.

Pu­kał raz, pu­kał dru­gi, ale za drzwia­mi nic się nie po­ru­szy­ło. Ani pies nie za­szcze­kał, ani nie skrzyp­nę­ły scho­dy, ani nie roz­legł się szczęk klu­czy.

Kra­bat za­pu­kał po raz trze­ci tak moc­no, że za­bo­la­ły go kost­ki pal­ców.

Znów od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza. Wte­dy spró­bo­wał na­ci­snąć klam­kę i drzwi się otwar­ły, bo nie były za­mknię­te na za­su­wę. Wszedł do sie­ni.

Po­wi­ta­ły go gro­bo­wa ci­sza i głę­bo­ka ciem­ność. Tyl­ko na sa­mym koń­cu ko­ry­ta­rza ma­ja­czy­ło ja­kieś sła­be świa­teł­ko, ni­kły od­blask ja­sno­ści.

– Gdzie jest świa­tło, mu­szą być i lu­dzie – po­wie­dział do sie­bie.

Z wy­cią­gnię­ty­mi do przo­du rę­ko­ma po­su­wał się po omac­ku da­lej. Świa­tło, jak się prze­ko­nał, pod­cho­dząc bli­żej, są­czy­ło się przez szcze­li­nę w drzwiach za­my­ka­ją­cych ko­ry­tarz w głę­bi. Gna­ny cie­ka­wo­ścią pod­szedł, skra­da­jąc się na pal­cach, do szcze­li­ny i spoj­rzał przez nią.

Wzrok jego wnik­nął do ciem­nej izby, oświe­tlo­nej bla­skiem tyl­ko jed­nej je­dy­nej świe­cy. Świe­ca była czer­wo­na, przy­le­pio­na do tru­piej czasz­ki le­żą­cej na sto­le, któ­ry zaj­mo­wał śro­dek izby. Za sto­łem sie­dział oka­za­le wy­glą­da­ją­cy, ciem­no ubra­ny męż­czy­zna o bar­dzo bla­dej twa­rzy, jak­by po­bie­lo­nej wap­nem. Czar­na prze­pa­ska prze­sła­nia­ła mu lewe oko. Przed nim, na sto­le, le­ża­ła gru­ba, opraw­na w skó­rę, za­wie­szo­na na że­la­znym łań­cu­chu księ­ga, któ­rą czy­tał.

Na­gle pod­niósł gło­wę i spoj­rzał po­nad księ­gą, jak gdy­by do­pie­ro te­raz od­krył obec­ność Kra­ba­ta za szcze­li­ną w drzwiach.

Jego wzrok prze­nik­nął chłop­ca aż do szpi­ku ko­ści. Oko, któ­rym Kra­bat pa­trzył przez szpa­rę, za­czę­ło swę­dzić i łza­wić, wi­dział te­raz izbę jak przez mgłę. Kra­bat prze­tarł oko i wte­dy po­czuł, jak ja­kaś lo­do­wa­ta ręka kła­dzie mu się od tyłu na ra­mie­niu, tak że na­wet po­przez kurt­kę i ko­szu­lę prze­jął go chłód. Rów­no­cze­śnie usły­szał, jak ktoś ochry­płym gło­sem po­wie­dział w łu­życ­kiej mo­wie:

– A więc je­steś!

Kra­bat wzdry­gnął się, bo ten głos wy­dał mu się skądś zna­jo­my. Kie­dy się ob­ró­cił, stał na­prze­ciw męż­czy­zny z czar­ną prze­pa­ską na oku.

Skąd on się tu tak na­gle wziął? Drzwia­mi w żad­nym ra­zie nie wszedł.

Męż­czy­zna trzy­mał w ręku świe­cę. Przyj­rzał się Kra­ba­to­wi w mil­cze­niu, po czym wy­su­nął pod­bró­dek do przo­du i rzekł:

– Ja tu je­stem Mi­strzem. Mo­żesz zo­stać u mnie uczniem, wła­śnie mi jed­ne­go brak. Chcesz?

– Chcę – usły­szał Kra­bat swo­ją od­po­wiedź. Ale głos jego brzmiał obco, jak­by wca­le nie do nie­go na­le­żał.

– A cze­go mam cie­bie uczyć? Mły­nar­stwa, czy też wszel­kich in­nych rze­czy? – do­py­ty­wał się Mistrz.

– I tych in­nych rze­czy rów­nież – od­parł Kra­bat.

Wte­dy mły­narz po­dał mu lewą rękę.

– Przy­bij na zgo­dę!

W mo­men­cie przy­bi­cia na zgo­dę w mły­nie roz­le­gły się ja­kieś głu­che, do­cho­dzą­ce jak­by z głę­bi zie­mi ha­ła­sy i stu­ki. Pod­ło­ga za­ko­ły­sa­ła się, ścia­ny za­drża­ły, bel­ki i wę­ga­ry3 się za­trzę­sły.

Kra­bat krzyk­nął i już chciał ra­to­wać się uciecz­ką – oby jak naj­da­lej stąd! – ale Mistrz za­stą­pił mu dro­gę.

– To młyn! – za­wo­łał, zło­żyw­szy ręce w trąb­kę. – Te­raz zno­wu mie­le!

1-5_jpg
Jedenastu i jeden

Mistrz ski­nął na Kra­ba­ta, aby z nim po­szedł. W zu­peł­nym mil­cze­niu oświe­tlał chłop­cu drew­nia­ne scho­dy wio­dą­ce na strych, gdzie cze­lad­ni­cy mie­li izbę do spa­nia. W bla­sku świe­cy Kra­bat uj­rzał dwa­na­ście ni­skich prycz z sien­ni­ka­mi, sześć po jed­nej stro­nie środ­ko­we­go przej­ścia i sześć po dru­giej; obok każ­dej pry­czy sta­ły szaf­ka i sto­łek ze świer­ko­we­go drew­na. Na sien­ni­kach le­ża­ły zmię­to­szo­ne koce, w przej­ściu kil­ka po­wyw­ra­ca­nych zy­dli oraz po­roz­rzu­ca­ne w nie­ła­dzie ko­szu­le i onu­ce. Wy­glą­da­ło na to, że mły­nar­czy­ków wy­cią­gnię­to nie­spo­dzie­wa­nie z łó­żek do ro­bo­ty.

Tyl­ko jed­no po­sła­nie było nie­tknię­te. Mistrz wska­zał to­bo­łek z odzie­żą le­żą­cy w no­gach tej pry­czy.

– Przy­odzie­wek dla cie­bie!

Rze­kł­szy to, od­wró­cił się ple­ca­mi i od­da­lił ze świe­cą w ręku.

Kra­bat po­zo­stał sam je­den i po ciem­ku po­wo­li za­czął się roz­bie­rać. Zdej­mu­jąc czap­kę z gło­wy, do­tknął czub­ka­mi pal­ców wień­ca ze sło­my. Ach praw­da, jesz­cze wczo­raj był jed­nym z trzech kró­li, jak­żeż te­raz to wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się już da­le­kie.

Rów­nież strych roz­brzmie­wał stu­ko­tem i ło­mo­tem mły­na. Szczę­ściem było dla chłop­ca, że wprost pa­dał z nóg ze zmę­cze­nia. Za­le­d­wie wy­cią­gnął się na swym sien­ni­ku, na­tych­miast za­padł w sen. Spał jak za­bi­ty, spał i spał, aż obu­dził go pro­mień świa­tła.

Kra­bat usiadł na po­sła­niu i zdrę­twiał z prze­ra­że­nia.

Przy jego pry­czy sta­ło je­de­na­ście bia­łych po­sta­ci i przy­glą­da­ło mu się w bla­sku sta­jen­nej la­tar­ni; je­de­na­ście bia­łych po­sta­ci z bia­ły­mi twa­rza­mi i rę­ka­mi.

– Co­ście za jed­ni? – za­py­tał prze­stra­szo­ny.

– Je­ste­śmy tym, czym wkrót­ce i ty bę­dziesz – od­po­wie­dzia­ła jed­na ze zjaw.

– Ale nic ci złe­go nie wy­rzą­dzi­my – do­da­ła dru­ga. – Je­ste­śmy w tym mły­nie cze­lad­ni­ka­mi.

– Jest was je­de­na­stu?

– Ty bę­dziesz dwu­na­sty. A jak się na­zy­wasz?

– Kra­bat. A ty?

– Na­zy­wam się Ton­da i je­stem star­szym cze­lad­ni­kiem. Ten ma na imię Mi­chał, tam­ten Mar­cin, a tam­ten Jur. – wy­mie­nił po ko­lei imio­na wszyst­kich, po czym zde­cy­do­wał, że jak na dziś to wy­star­czy. – Śpij da­lej, Kra­ba­cie, siły two­je będą ci jesz­cze po­trzeb­ne w tym mły­nie.

Cze­lad­ni­cy po­wła­zi­li na swo­je pry­cze, a ostat­ni z nich zdmuch­nął la­tar­nię.

– Do­bra­noc! – i już wszy­scy chra­pa­li.

Ran­kiem chłop­cy zgro­ma­dzi­li się w cze­lad­nej izbie. Cała dwu­nast­ka sie­dzia­ła przy dłu­gim drew­nia­nym sto­le. Na śnia­da­nie była tłu­sta owsia­na ka­sza; po czte­rech cze­lad­ni­ków ja­dło z jed­nej mi­ski. Kra­bat był głod­ny. Za­brał się więc do ka­szy z żar­łocz­no­ścią wil­ka. Je­śli obiad i wie­cze­rza będą ta­kie, jak za­po­wia­da śnia­da­nie, to da się w tym mły­nie żyć.

Star­szy cze­lad­nik Ton­da był chło­pem na schwał, miał gę­stą szpa­ko­wa­tą czu­pry­nę, choć są­dząc po twa­rzy, nie moż­na mu było dać na­wet trzy­dzie­stu lat. Ja­kaś wiel­ka po­wa­ga pro­mie­nio­wa­ła od nie­go, a wła­ści­wie z jego oczu. Kra­bat od pierw­sze­go dnia czuł do nie­go za­ufa­nie. Ton­da ujął go spo­ko­jem i życz­li­wo­ścią, jaką mu oka­zy­wał.

– Mam na­dzie­ję, że dzi­siej­szej nocy zbyt­nio cię nie prze­stra­szy­li­śmy! – zwró­cił się Ton­da do chłop­ca.

– Nie za bar­dzo – od­parł Kra­bat.

Zja­wy, oglą­da­ne przy świe­tle dzien­nym, oka­za­ły się chło­pa­ka­mi jak ty­sią­ce in­nych. Cała je­de­nast­ka mó­wi­ła po łu­życ­ku i była o kil­ka lat star­sza od Kra­ba­ta. W spo­so­bie, w jaki mu się przy­glą­da­li, moż­na było do­strzec pew­ne współ­czu­cie. Tro­chę go to dzi­wi­ło, ale nie przy­wią­zy­wał do tego więk­szej wagi.

Na­to­miast za­sta­no­wi­ło go to, że odzież, któ­rą zna­lazł w no­gach swo­jej pry­czy, była wpraw­dzie zno­szo­na, ale pa­so­wa­ła jak­by na nie­go uszy­ta. Za­py­tał więc chłop­ców, skąd ją mają i do kogo przed­tem na­le­ża­ła; ale sko­ro tyl­ko za­dał to py­ta­nie, cze­lad­ni­cy prze­sta­li jeść i spoj­rze­li na nie­go ze smut­kiem.

– Czy po­wie­dzia­łem ja­kieś głup­stwo? – za­py­tał Kra­bat.

– Ależ skąd – rzekł Ton­da. – Ten przy­odzie­wek zo­stał po two­im po­przed­ni­ku.

– No i…? – py­tał da­lej Kra­bat. – Dla­cze­go już go tu nie ma? Czyż­by skoń­czył na­ukę?

– Tak. Ten na­ukę skoń­czył – po­wie­dział Ton­da.

W tym mo­men­cie na­gle otwar­ły się drzwi. Wszedł Mistrz, był za­gnie­wa­ny, cze­lad­ni­cy sku­li­li się ze stra­chu.

– Nie pa­plać! – ofuk­nął chłop­ców. A zwra­ca­jąc swo­je je­dy­ne oko na Kra­ba­ta, do­dał szorst­ko: – Kto wie­le pyta, ten wie­le błą­dzi. Po­wtórz!

Kra­bat wy­ją­kał:

– Kto wie­le pyta, ten wie­le błą­dzi.

– Za­pa­mię­taj to so­bie raz na za­wsze!

Mistrz wy­szedł z izby cze­lad­nej i drzwi za­mknę­ły się z trza­skiem. Chłop­cy za­bra­li się znów do ka­szy, ale Kra­ba­to­wi na­gle ode­chcia­ło się jeść. Wpa­try­wał się bez­rad­nie w blat sto­łu, lecz nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi.

A może jed­nak?

Kie­dy pod­niósł oczy, Ton­da spoj­rzał na nie­go przez stół i mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo; wpraw­dzie było to za­le­d­wie do­strze­gal­ne, ale Kra­bat był mu już i za to wdzięcz­ny. Do­brze jest mieć przy­ja­cie­la w tym mły­nie, czuł to wy­raź­nie.

Po śnia­da­niu cze­lad­ni­cy za­bra­li się za­raz do ro­bo­ty i Kra­bat wraz z nimi opu­ścił izbę cze­lad­ną. W sie­ni stał Mistrz, ski­nął na nie­go i po­wie­dział:

– Chodź ze mną!

Kra­bat wy­szedł za mły­na­rzem na dwór. Był sło­necz­ny, bez­wietrz­ny i zim­ny dzień. Na drze­wach utrzy­my­wał się szron.

Mistrz za­pro­wa­dził go na za­ple­cze mły­na; w tyl­nej ścia­nie znaj­do­wa­ły się drzwi, któ­re otwo­rzył. Na­stęp­nie we­szli ra­zem do ko­mo­ry z mąką, ni­skie­go po­miesz­cze­nia z dwo­ma ma­leń­ki­mi okien­ka­mi, za­mglo­ny­mi od mącz­ne­go pyłu, któ­ry po­kry­wał rów­nież pod­ło­gę i ścia­ny, a na dę­bo­wym wa­ha­czu za­wie­szo­nym pod da­chem two­rzył po­wło­kę o gru­bo­ści pal­ca.

– Wy­mieć do czy­sta! – padł roz­kaz Mi­strza, któ­ry wska­zał mu mio­tłę obok drzwi i po­zo­sta­wiw­szy chłop­ca sa­me­go, wy­szedł.

Kra­bat za­brał się ocho­czo do ro­bo­ty. Po kil­ku po­cią­gnię­ciach mio­tłą oto­czy­ła go jed­nak gę­sta chmu­ra ku­rzu – chmu­ra mącz­ne­go pyłu.

„W ten spo­sób nic z tego nie bę­dzie – za­sta­na­wiał się. – Kie­dy z za­mia­ta­niem doj­dę do koń­ca ko­mo­ry, pył mącz­ny osią­dzie znów na po­cząt­ku. Otwo­rzę okno.”

Ale okno było od ze­wnątrz za­bi­te gwoź­dzia­mi, a drzwi zo­sta­ły za­ry­glo­wa­ne. Mógł nimi szar­pać i bić w nie pię­ścia­mi, ile tyl­ko chciał. Nic nie po­ma­ga­ło – zo­stał uwię­zio­ny.

Cały się spo­cił. Mącz­ny pył zle­pił mu wło­sy i rzę­sy, łech­tał w no­sie i dra­pał w gar­dle. Było to jak zły sen, któ­ry nie miał koń­ca – do­oko­ła nic tyl­ko mącz­ny pył, mącz­ny pył w gę­stych kłę­bach ni­czym mgła lub śnie­ży­ca.

Kra­bat od­dy­chał z tru­dem. Ude­rzył się czo­łem o wi­szą­cy wa­hacz, za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Czy miał dać za wy­gra­ną?

Ale co po­wie­dział­by Mistrz, gdy­by po pro­stu odło­żyć mio­tłę na bok? Kra­bat nie chciał z nim za­dzie­rać, a przede wszyst­kim oba­wiał się utra­cić do­bry wikt. Zmu­sił się więc znów do za­mia­ta­nia, od po­cząt­ku do koń­ca i od koń­ca do po­cząt­ku, bez wy­tchnie­nia, go­dzi­na po go­dzi­nie.

Aż wresz­cie, gdy wy­da­wa­ło mu się, że upły­nę­ły już całe wie­ki, ktoś nad­szedł i roz­warł gwał­tow­nie drzwi. Był to Ton­da.

– Wy­łaź! – za­wo­łał. – Obiad!

Kra­bat nie dał so­bie tego dwa razy po­wta­rzać. Za­ta­cza­jąc się, wy­szedł na świe­że po­wie­trze, cięż­ko dy­sząc ze zmę­cze­nia. Star­szy cze­lad­nik ob­rzu­cił wzro­kiem ko­mo­rę, po czym, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, rzekł:

– Nie przej­muj się, Kra­ba­cie, dla każ­de­go po­cząt­ki są za­wsze trud­ne.

Wy­mam­ro­tał parę nie­zro­zu­mia­łych słów i na­kre­ślił ręką ja­kiś znak w po­wie­trzu. Wów­czas mącz­ny pył w ko­mo­rze uniósł się do góry, jak gdy­by ze wszyst­kich szpar i szcze­lin wio­nął wiatr. Bia­ła chmu­ra wy­pa­dła przez drzwi i po­nad gło­wą Kra­ba­ta po­mknę­ła w kie­run­ku lasu.

Ko­mo­ra zo­sta­ła do czy­sta wy­mie­cio­na, aż do ostat­nie­go pył­ku. Chłop­cu ze zdu­mie­nia roz­war­ły się sze­ro­ko oczy:

– Jak to się robi? – za­py­tał.

Ale Ton­da za­miast od­po­wie­dzi rzekł:

– Wra­caj­my, Kra­ba­cie, zupa sty­gnie!

1-6_jpg
To nie kraina pieczonych gołąbków

Dla Kra­ba­ta na­sta­ły cięż­kie cza­sy. Mistrz za­ga­niał go nie­mi­ło­sier­nie do ro­bo­ty, wciąż na­wo­łu­jąc:

„Kra­ba­cie, gdzie się po­dzie­wasz? Jest tu jesz­cze w spi­chrzu kil­ka wor­ków do prze­nie­sie­nia!” albo „Kra­ba­cie, chodź tu za­raz i prze­szu­fluj zbo­że na stry­chu, ale po­rząd­nie, aż do sa­me­go spodu, aby nie za­czę­ło kieł­ko­wać!” albo „W mące, któ­rą wczo­raj prze­sie­wa­łeś, jest peł­no plew! Za­raz po ko­la­cji za­bierz się znów do prze­sie­wa­nia, a za­nim mąka nie bę­dzie cał­kiem czy­sta, nie wol­no ci się po­ło­żyć spać!”.

Młyn na Koź­lim Bro­dzie mełł nie­ustan­nie, dzień po dniu, za­rów­no w dni po­wsze­dnie, jak i w nie­dzie­lę, od wcze­sne­go ran­ka aż do zmro­ku. Je­dy­nie raz na ty­dzień, w piąt­ki, cze­lad­ni­cy mie­li wcze­śniej­szy fa­je­rant, a w so­bo­ty za­czy­na­li pra­cę o dwie go­dzi­ny póź­niej.

Kie­dy Kra­bat nie mu­siał tasz­czyć zbo­ża lub prze­sie­wać mąki, trze­ba było rą­bać drze­wo, od­gar­niać śnieg, no­sić wodę do kuch­ni, czy­ścić zgrze­błem ko­nie lub wy­wo­zić z obo­ry gnój – krót­ko mó­wiąc, za­wsze miał ręce peł­ne ro­bo­ty, a wie­czo­rem, kie­dy już le­żał na swo­im sien­ni­ku, czuł się jak­by po­ła­ma­ny. Bo­lał go krzyż, skó­rę na ple­cach miał po­ob­cie­ra­ną, a ręce i nogi tak obo­la­łe, że było to pra­wie nie do znie­sie­nia.

Kra­bat po­dzi­wiał swych to­wa­rzy­szy. Wy­da­wa­ło się, że cięż­ka co­dzien­na ha­rów­ka nic ich nie kosz­tu­je. Nikt nie czuł się zmę­czo­ny, nikt nie na­rze­kał, nikt ani nie po­cił się przy pra­cy, ani nie tra­cił tchu.

Pew­ne­go dnia Kra­bat od­gar­niał śnieg, aby był do­stęp do stud­ni. Po­przed­niej nocy bo­wiem śnieg pa­dał nie­ustan­nie i wi­cher za­wiał wszyst­kie dro­gi i ścież­ki. Kra­bat mu­siał za­ci­skać zęby, gdyż przy każ­dym pod­rzu­ce­niu szu­fli od­czu­wał kłu­ją­cy ból w krzy­żu. Wła­śnie wte­dy wy­szedł do nie­go z mły­na Ton­da i po upew­nie­niu się, że są sami, po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu.

– Kra­ba­cie, nie pod­da­waj się.

W tym mo­men­cie chło­piec po­czuł, że wstę­pu­je w nie­go nowa siła. Bóle zni­kły, jak­by zdmuch­nię­te. Chwy­cił więc moc­niej szu­flę i już chciał za­brać się z gor­li­wo­ścią do dal­szej ro­bo­ty, ale Ton­da mu w tym prze­szko­dził.

– Mistrz nie po­wi­nien tego za­uwa­żyć – po­pro­sił – ani też Lisz­ko!

Ten Lisz­ko, chu­de i dłu­gie jak tyka chło­pa­czy­sko ze spi­cza­stym no­sem i za­wist­nym spoj­rze­niem, od pierw­sze­go dnia nie bar­dzo się Kra­ba­to­wi po­do­bał. Wy­glą­dał na cza­ją­ce­go się po ką­tach szpic­la i do­no­si­cie­la, przed któ­rym ani chwi­li nie moż­na się było czuć bez­piecz­nym.

– Do­bra – rzekł Kra­bat i przy dal­szym szu­flo­wa­niu uda­wał, że kosz­tu­je go to wie­le tru­du i wy­sił­ku. Wkrót­ce po­tem nad­szedł niby to przy­pad­kiem Lisz­ko.

– No, Kra­bat, jak sma­ku­je ci ro­bo­ta?

– Jak ma sma­ko­wać – od­burk­nął chło­pak. – Skosz­tuj psie­go łaj­na, Lisz­ko, a bę­dziesz wie­dział.

Od tego cza­su Ton­da pod­cho­dził czę­ściej do Kra­ba­ta i po­ta­jem­nie kładł mu rękę na ra­mie­niu. Wte­dy chło­piec czuł przy­pływ świe­żej siły i pra­ca, choć­by naj­cięż­sza, szła mu przez ja­kiś czas jak z płat­ka.

Mistrz i Lisz­ko nig­dy się o tym wszyst­kim nie do­wie­dzie­li, jak rów­nież i resz­ta mły­nar­czy­ków: ani Mi­chał i Mar­cin, cio­tecz­ni bra­cia, obaj ob­da­rze­ni niedź­wie­dzią siłą i wy­jąt­ko­wo do­bro­dusz­ni, ani dzio­ba­ty fi­glarz Ję­druś, ani Han­zo, prze­zwa­ny bu­ha­jem, o by­czym kar­ku i krót­ko przy­strzy­żo­nej czu­pry­nie, ani Pe­trek, któ­ry po fa­je­ran­cie za­bi­jał czas stru­ga­niem ły­żek, ani Stasz­ko, cwa­niak, chyb­ki4 jak ła­sicz­ka i zręcz­ny jak małp­ka, któ­rą Kra­bat kie­dyś, przed laty, po­dzi­wiał na jar­mar­ku w Kró­lew­skiej War­cie, ani Kito, któ­ry la­tał z miną, jak­by funt ćwie­ków miał w żo­łąd­ku, ani Kuba, mil­czek, rów­nież nic nie za­uwa­ży­li, ani tym bar­dziej, ro­zu­mie się samo przez się, głu­pi Jur.

Jur, krę­py chło­pak z krót­ki­mi no­ga­mi i pła­ską, upstrzo­ną pie­ga­mi twa­rzą przy­po­mi­na­ją­cą księ­życ w peł­ni, był, z wy­jąt­kiem Ton­dy, naj­dłu­żej w mły­nie. Na mły­na­rza się jed­nak nie bar­dzo nada­wał, po­nie­waż, jak Ję­druś zwykł był z nie­go drwić: „Nie miał dość smy­kał­ki, aby móc od­róż­nić otrę­by od mąki”, a to, że z ga­pio­stwa do­tych­czas nie po­tknął się w prze­mia­łow­ni i nie do­stał się mię­dzy żar­na, za­wdzię­czał tyl­ko tej oko­licz­no­ści, że głu­po­ta i szczę­ście chęt­nie cho­dzą w pa­rze.

Do ta­kich przy­ty­ków Jur był przy­zwy­cza­jo­ny, cier­pli­wie po­zwa­lał Ję­dru­sio­wi na drwi­ny, a kie­dy Kito gro­ził mu wy­gar­bo­wa­niem skó­ry z po­wo­du ja­kiejś bła­host­ki, bez sprze­ci­wu nad­sta­wiał po­li­czek. A gdy, co zda­rza­ło się czę­sto, cze­lad­ni­cy spła­ta­li mu ja­kie­goś fi­gla, go­dził się z tym, szcze­rząc zęby, jak gdy­by chciał po­wie­dzieć: „Co wam z tego przyj­dzie, prze­cież i tak wiem, że je­stem głu­pim Ju­rem”.

Je­dy­nie do prac do­mo­wych nie był za głu­pi. A po­nie­waż ktoś mu­siał te spra­wy za­ła­twiać, wszy­scy byli za­do­wo­le­ni, że Jur ich w tym wy­rę­czał: go­to­wał i zmy­wał, piekł chleb i pa­lił w pie­cach, szo­ro­wał pod­ło­gi, za­mia­tał scho­dy, wy­cie­rał ku­rze, prał i pra­so­wał bie­li­znę oraz ro­bił wszyst­ko, co było do zro­bie­nia w kuch­ni i domu. Po­nad­to do­glą­dał jesz­cze kur, gęsi i świń.

W jaki spo­sób Jur wy­wią­zy­wał się ze wszyst­kich tak licz­nych obo­wiąz­ków, sta­no­wi­ło na­wet dla nie­go za­gad­kę. Ko­le­gom na­to­miast wy­da­wa­ło się to samo przez się zro­zu­mia­łe, a zwłasz­cza Mi­strzo­wi, któ­ry trak­to­wał Jura, jak­by chło­pak był ostat­nim śmie­ciem. Kra­bat uwa­żał to za krzyw­dzą­ce i pew­ne­go razu, gdy przy­niósł drze­wo opa­ło­we do kuch­ni, a Jur z wdzięcz­no­ści za to, zresz­tą nie po raz pierw­szy, wsu­nął mu skra­wek kieł­ba­sy do kie­sze­ni kurt­ki, wy­gar­nął to Ju­ro­wi bez ogró­dek.

– Nie mogę cie­bie zro­zu­mieć, że zno­sisz to wszyst­ko cier­pli­wie – po­wie­dział.

– Ja? – po­wie­dział Jur ze zdzi­wie­niem.

– Tak, ty! – od­parł Kra­bat. – Mistrz tobą po­mia­ta, że aż wstyd pa­trzeć, a ko­le­dzy wy­śmie­wa­ją się z cie­bie.

– Ale nie Ton­da – za­opo­no­wał Jur – i nie ty.

– No i co z tego! – sprze­ci­wił się Kra­bat. – Bę­dąc na two­im miej­scu, wie­dział­bym już, jak so­bie z tym po­ra­dzić. Bro­nił­bym się, ro­zu­miesz? Nie po­zwo­lił­bym na nic po­dob­ne­go: ani Ki­cie, ani Ję­dru­sio­wi, ani ni­ko­mu z nich!

– Hm – mruk­nął Jur, dra­piąc się po kar­ku. – Może ty, Kra­ba­cie, byś to po­tra­fił. Ale kie­dy się jest głup­cem.

– To ucie­kaj! – za­wo­łał Kra­bat. – Uciek­nij stąd i po­szu­kaj so­bie gdzieś in­ne­go miej­sca, gdzie bę­dziesz miał le­piej.

– Uciec? – Jur przez chwi­lę nie wy­glą­dał wca­le na głup­ca, ale na roz­cza­ro­wa­ne­go i znu­żo­ne­go. – Spró­buj tyl­ko, Kra­ba­cie, stąd uciec!

– Nie mam po­wo­du.

– Ty nie masz – od­burk­nął Jur – oczy­wi­ście, że nie, i miej­my na­dzie­ję, że nig­dy nie bę­dziesz go miał.

Mó­wiąc to, wsu­nął chłop­cu pięt­kę chle­ba do dru­giej kie­sze­ni, po­wstrzy­mał go ru­chem ręki, gdy ten chciał mu dzię­ko­wać, i wy­pchnął go za drzwi, głu­pa­wo szcze­rząc zęby we wła­ści­wy so­bie spo­sób.

Kra­bat prze­cho­wał chleb i ka­wa­łek kieł­ba­sy aż do sa­me­go koń­ca dnia. Wkrót­ce po ko­la­cji, kie­dy cze­lad­ni­cy roz­sie­dli się wy­god­nie w izbie cze­lad­nej, Pe­trek wy­cią­gnął swo­je przy­rzą­dy sny­cer­skie, a inni za­czę­li za­bi­jać czas opo­wia­da­niem dyk­te­ry­jek, chło­piec wy­mknął się spo­śród sie­dzą­cych ko­łem i po­szedł na strych. Tam zwa­lił się, zie­wa­jąc, na swój sien­nik i za­brał się do chle­ba i kieł­ba­sy; a kie­dy tak le­żał na wznak i smacz­nie za­ja­dał, mimo woli myśl jego zwró­ci­ła się do Jura i roz­mo­wy, jaką od­by­li w kuch­ni.

„Ucie­kać? – roz­my­ślał. – Ale przed czym? Ro­bo­ta, oczy­wi­ście, to nie pie­czo­ne go­łąb­ki, któ­re same wpa­da­ją do gąb­ki, choć gdy­by nie po­moc Ton­dy, kiep­sko by ze mną było. Ale mam tu wikt do­bry i ob­fi­ty oraz dach nad gło­wą, a kie­dy rano wsta­ję, wiem, że mam na wie­czór miej­sce do spa­nia za­pew­nio­ne: cie­płe, su­che i dość mięk­kie, bez plu­skiew i pcheł. Czy to nie wię­cej, niż może za­ma­rzyć taki włó­czę­ga jak ja?”.

1-7_jpg
Senne wędrówki

Kra­bat już raz ucie­kał: wkrót­ce po śmier­ci oboj­ga ro­dzi­ców, któ­rzy rok wcze­śniej po­mar­li na ospę. Wziął go wte­dy do sie­bie wie­leb­ny pa­stor, aby – jak mó­wił – „chło­piec się nie roz­włó­czył”. Nic nie moż­na za­rzu­cić ani wie­leb­ne­mu pa­sto­ro­wi, ani jego żo­nie, któ­rzy już od daw­na chcie­li mieć w domu chłop­ca. Ale ko­muś, kto jak Kra­bat przez całe lata miesz­kał w nędz­nej cha­łu­pie, czy też w pa­ster­skiej ko­li­bie – ko­muś ta­kie­mu nie­ła­two było się przy­zwy­cza­ić do try­bu ży­cia na ple­ba­nii. Od rana do wie­czo­ra trze­ba było być grzecz­nym, nie kląć, nie brać się za łby z in­ny­mi chłop­ca­mi, pa­ra­do­wać w bia­łej ko­szu­li, z czy­sto umy­tą szy­ją, nie bie­gać boso, mieć sta­le czy­ste ręce i po­rząd­nie wy­szo­ro­wa­ne pa­znok­cie – a do tego jesz­cze cały czas mó­wić po nie­miec­ku, i to po­praw­ną niem­czy­zną!

Z po­cząt­ku Kra­bat pró­bo­wał przez ty­dzień i dru­gi w mia­rę swych sił przy­sto­so­wać się do tego, po­tem jed­nak uciekł z domu pa­sto­ra i przy­stał do mło­dych włó­czy­ki­jów.

Nie­wy­klu­czo­ne, że i tym ra­zem w mły­nie na Koź­lim Bro­dzie nie bę­dzie chciał wie­ko­wać.

„Ale – po­wie­dział so­bie, ob­li­zu­jąc war­gi po ostat­nim kę­sku kieł­ba­sy i na wpół już za­sy­pia­jąc – żeby stąd uciec, trze­ba po­cze­kać do lata. Za­nim łąki nie za­kwit­ną, zbo­że na po­lach się nie opy­li i ryby w młyń­skim sta­wie nie roz­pocz­ną swych go­dów, nikt mnie stąd nie wy­go­ni”.

Ale oto już jest lato, łąki kwit­ną, zbo­że pyli i ryby od­pra­wia­ją swe gody w młyń­skim sta­wie. Kra­bat miał wła­śnie przy­kry za­targ z Mi­strzem: za­miast tasz­czyć cięż­kie wor­ki, wy­cią­gnął się na tra­wie w cie­niu mły­na i usnął. Mistrz go na tym przy­dy­bał i zdzie­lił sę­ka­tą lagą.

– Już ja ci, chło­pacz­ku, z gło­wy wy­bi­ję ta­kie le­niu­cho­wa­nie w bia­ły dzień!

Czy Kra­bat może to ścier­pieć? Zimą, gdy lo­do­wa­ty wi­cher sza­le­je po bło­niach, być może po­ło­żył­by uszy po so­bie. Ale Mistrz wi­docz­nie za­po­mniał, że te­raz jest lato!

Po­sta­no­wie­nie Kra­ba­ta jest nie­odwo­łal­ne: ani jed­ne­go dnia dłu­żej nie po­zo­sta­nie w tym mły­nie! Za­kra­da się do mły­na na strych, za­bie­ra swo­ją kurt­kę i czap­kę, a po­tem wy­my­ka się chył­kiem. Nikt go nie wi­dzi. Mistrz po­szedł do swo­jej izby, okna są z po­wo­du upa­łu za­sło­nię­te płach­ta­mi. Cze­lad­ni­cy pra­cu­ją w spi­chrzu i przy mlew­ni­kach5 na­wet Lisz­ko nie ma cza­su zaj­mo­wać się Kra­ba­tem. A jed­nak chło­piec czu­je, że jest po­ta­jem­nie śle­dzo­ny.

Kie­dy oglą­da się za sie­bie, spo­strze­ga, że na da­chu dre­wut­ni6 ktoś sie­dzi i wpa­tru­je się w nie­go: ja­kiś czar­ny, na­je­żo­ny kot, nie­tu­tej­szy i jed­no­oki.

Kra­bat schy­la się po ka­mień, ci­ska w kota i prze­pę­dza go precz. Po­tem pod osło­ną nad­brzeż­nej wi­kli­ny bie­gnie do młyń­skie­go sta­wu. Przy­pad­ko­wo spo­strze­ga, że przy sa­mym brze­gu tłu­sty karp wy­sta­wił z wody łeb i jed­nym okiem wpa­tru­je się w nie­go.

Kra­bat czu­je się ja­koś nie­swo­jo, pod­no­si ka­mień i ci­ska nim w rybę. Karp za­nu­rza się w zie­lo­ną toń.

Te­raz Kra­bat skra­da się wzdłuż Czar­nej Wody aż do miej­sca w Koź­lim Bro­dzie, któ­re na­zy­wa­ją „Pust­ko­wiem” Tam za­trzy­mu­je się przez chwi­lę nad mo­gi­łą Ton­dy. Przy­po­mi­na so­bie nie­ja­sno, że pew­ne­go zi­mo­we­go dnia tu mu­sie­li po­grze­bać przy­ja­cie­la.

Kie­dy roz­my­śla o zmar­łym, rap­tem przy­da­rza mu się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go, aż mu ser­ce za­mie­ra: sły­szy ochry­płe kra­ka­nie.

Na kar­ło­wa­tej so­śnie na skra­ju pust­ko­wia sie­dzi nie­ru­cho­mo tłu­sty kruk. Wzrok skie­ro­wał na Kra­ba­ta; rów­nież i kru­ko­wi – chło­piec do­strze­ga to z prze­ra­że­niem – brak le­we­go oka.

Kra­bat wie już te­raz, co to zna­czy. Nie za­sta­na­wia się dłu­żej i ucie­ka; pę­dzi co sił w no­gach wzdłuż Czar­nej Wody w górę stru­mie­nia.

Kie­dy musi się po raz pierw­szy za­trzy­mać, bo nie może zła­pać tchu, wi­dzi, że przez wrzo­sy peł­znie żmi­ja, sy­cząc, sta­je dęba i wpa­tru­je się w nie­go – ma jed­no oko! Jed­no­oki jest rów­nież lis, któ­ry skra­da się przez gąszcz wprost na nie­go.

Kra­bat pę­dzi da­lej i znów przy­sta­je na chwi­lę, aby od­sap­nąć, po­tem znów pę­dzi i znów się za­trzy­mu­je zzia­ja­ny. Pod wie­czór do­bie­ga do gór­ne­go krań­ca Koź­le­go Bro­du. Kie­dy wy­cho­dzi na wol­ną prze­strzeń, ma na­dzie­ję, że uda­ło mu się wy­mknąć z za­się­gu wła­dzy Mi­strza. Za­nu­rza pręd­ko ręce w wo­dzie, zwil­ża so­bie czo­ło i skro­nie. Po­tem wsu­wa do por­tek ko­szu­lę, któ­ra mu się pod­czas bie­gu wy­su­nę­ła, ścią­ga moc­niej pa­sek, cofa się o kil­ka kro­ków i za­mie­ra z prze­ra­że­nia: za­miast, jak miał na­dzie­ję, zna­leźć się na otwar­tej prze­strze­ni, wy­cho­dzi na po­la­nę – po­środ­ku po­la­ny stoi spo­koj­nie w bla­sku wie­czor­nej zo­rzy młyn. Mistrz cze­ka na nie­go przed drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

– No, Kra­ba­cie – wita go drwią­co – mia­łem już za­rzą­dzić po­szu­ki­wa­nia.

Kra­bat jest wście­kły, nie może w ża­den spo­sób wy­tłu­ma­czyć so­bie przy­czy­ny swe­go nie­po­wo­dze­nia. Na­za­jutrz znów ucie­ka, tym ra­zem sko­ro świt, i to w prze­ciw­nym kie­run­ku, poza las przez pola i łąki, po­przez wsie i przy­siół­ki. Prze­ska­ku­je przez po­to­ki, brnie przez mo­cza­ry, bez wy­tchnie­nia i przy­sta­wa­nia. Nie zwra­ca uwa­gi na kru­ki, żmi­je i lisy. Nie rzu­ca okiem na żad­ną rybę, kota, kurę czy ka­czo­ra.

„Niech mają so­bie jed­no oko czy dwo­je – a je­śli o mnie cho­dzi, niech będą cał­kiem śle­pi – my­śli. – Tym ra­zem nie dam się już zwieść!”

Mimo to u schył­ku dłu­żą­ce­go się dnia stoi zno­wu przed mły­nem na Koź­lim Bro­dzie. Tym ra­zem wi­ta­ją go cze­lad­ni­cy: Lisz­ko szy­der­czą prze­mo­wą, a inni głu­chym mil­cze­niem i ra­czej ze współ­czu­ciem. Kra­bat jest bli­ski roz­pa­czy. Wie, że po­wi­nien dać za wy­gra­ną, ale nie chce so­bie tego uświa­do­mić, pró­bu­je uciec po raz trze­ci, jesz­cze tej sa­mej nocy.

Wy­mknię­cie się z mły­na nie spra­wia mu trud­no­ści – a po­tem trze­ba iść, cią­gle kie­ru­jąc się Wiel­ką Niedź­wie­dzi­cą. Nie zwa­żać na po­tknię­cia i nie bać się na­bi­cia guza czy ska­le­cze­nia o ga­łąź w ciem­no­ści – naj­waż­niej­sze, żeby go nikt nie wi­dział, żeby nikt nie mógł rzu­cić na nie­go złe­go uro­ku…

Gdzieś nie­da­le­ko krzy­czy pusz­czyk, obok prze­la­tu­je sowa. W chwi­lę po­tem chło­piec spo­strze­ga w świe­tle gwiazd sta­re­go pu­cha­cza: sie­dzi na ga­łę­zi w za­się­gu ręki i ob­ser­wu­je go pra­wym śle­piem, gdyż le­we­go mu brak.

Kra­bat bie­gnie da­lej, po­ty­ka się o ko­rzeń i sta­cza do rowu z wodą. I nie­mal już go nie dzi­wi, że o świ­cie po raz trze­ci stoi zno­wu przed mły­nem.

O tej po­rze w mły­nie jest jesz­cze ci­cho, tyl­ko Jur ha­ła­su­je w kuch­ni i krzą­ta się przy pa­le­ni­sku. Kra­bat sły­sząc to, wcho­dzi.

– Mia­łeś ra­cję, Ju­rze: stąd nie da się uciec.

Jur daje mu coś do pi­cia, po czym mówi:

– Kra­ba­cie, naj­pierw po­wi­nie­neś się umyć! – Po­ma­ga mu zdjąć prze­mo­czo­ną, zbru­ka­ną bło­tem i krwią ko­szu­lę, na­peł­nia sza­flik wodą, a po­tem zwra­ca się do nie­go z po­wa­gą i bez swo­je­go cha­rak­te­ry­stycz­ne­go głup­ko­wa­te­go szcze­rze­nia zę­bów:

– To, cze­go ci się nie uda­ło sa­mot­nie do­ko­nać, Kra­ba­cie, mo­gło­by się chy­ba udać, gdy­by dwóch się do tego za­bra­ło. Czy chcesz, aby­śmy na­stęp­nym ra­zem spró­bo­wa­li wspól­nie?

Kra­ba­ta obu­dzi­ła wrza­wa wcho­dzą­cych po scho­dach mły­nar­czy­ków, któ­rzy przy­szli po­ło­żyć się spać. Czuł jesz­cze wy­raź­nie smak kieł­ba­sy na war­gach; wi­docz­nie nie spał zbyt dłu­go, choć we śnie prze­żył całe dwa dni i dwie noce.

Na dru­gi dzień rano przy­tra­fi­ło się, że był przez kil­ka chwil sam na sam z Ju­rem.

– Śni­łeś mi się – po­wie­dział do nie­go. – We śnie coś mi za­pro­po­no­wa­łeś.

– Ja? – żach­nął się Jur. – Na pew­no mu­sia­ła to być ja­kaś okrop­na bzdu­ra, Kra­ba­cie. Naj­le­piej pluń na to!

1-8_jpg
Ten z kogucim piórkiem

Młyn na Koź­lim Bro­dzie miał sie­dem mlew­ni­ków. Sze­ściu uży­wa­no sta­le, siód­me­go nig­dy – dla­te­go na­zy­wa­no go „mar­twym mlew­ni­kiem”. Znaj­do­wał się on w tyl­nej czę­ści prze­mia­łow­ni. Kra­bat z po­cząt­ku są­dził, że mu­siał tam być zła­ma­ny trzpień w zę­ba­tym kole, wał na­pę­do­wy się za­kli­no­wał albo ze­psuł się me­cha­nizm. Ale pew­ne­go ran­ka przy za­mia­ta­niu spo­strzegł, że na de­skach pod­ło­gi pod wy­lo­tem mar­twe­go mlew­ni­ka leży tro­chę mąki. Przy do­kład­niej­szym przyj­rze­niu się rów­nież w mącz­ni­cy zna­lazł śla­dy świe­żej mąki, jak gdy­by po zmie­le­niu nie dość do­kład­nie ją wy­trzą­śnię­to.

Czyż­by ze­szłej nocy mie­lo­no coś na mar­twym mlew­ni­ku? Mu­sia­ło to chy­ba dziać się po­ta­jem­nie, kie­dy cały młyn spał. Czyż­by nie wszy­scy za­pa­dli tam­tej nocy w tak głę­bo­ki i moc­ny sen jak Kra­bat?

Zwró­cił uwa­gę, że cze­lad­ni­cy zja­wi­li się dziś na śnia­da­nie z sza­ry­mi od zmę­cze­nia twa­rza­mi i pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi, a po­nie­któ­ry ziew­nął na­wet ukrad­kiem. Te­raz do­pie­ro wy­da­ło się to Kra­ba­to­wi po­dej­rza­ne.

Pe­łen cie­ka­wo­ści wszedł po drew­nia­nych szcze­blach na po­most, skąd prze­zna­czo­ne do mie­le­nia zbo­że wsy­py­wa­no ca­ły­mi wor­ka­mi w le­jo­wa­te otwo­ry, z któ­rych do­sta­je się po­tem przez wstrzą­sa­ną ryn­nę mię­dzy żar­na. Przy ta­kim wsy­py­wa­niu nie da się unik­nąć, aby tro­chę zia­ren nie spa­dło obok. Ale pod otwo­rem nie było roz­sy­pa­ne­go zbo­ża, jak Kra­bat się tego spo­dzie­wał. To, co le­ża­ło roz­rzu­co­ne na po­mo­ście i co na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło jak żwir, przy bliż­szym przyj­rze­niu oka­za­ło się zę­ba­mi i okru­cha­mi ko­ści.

Prze­ra­że­nie ogar­nę­ło chłop­ca, chciał krzy­czeć, ale z jego gar­dła nie wy­do­był się ża­den dźwięk. Na­gle uj­rzał, że stoi za nim Ton­da. Kra­bat wi­docz­nie nie usły­szał, jak przy­ja­ciel do nie­go pod­szedł. Ton­da chwy­cił chłop­ca za rękę.

– Kra­ba­cie, cze­go tu na gó­rze szu­kasz? Zejdź na dół, nim Mistrz cię przy­ła­pie, i za­po­mnij o tym, coś tu wi­dział. Sły­szysz mnie? Za­po­mnij o tym!

Na­stęp­nie Ton­da spro­wa­dził chłop­ca po szcze­blach w dół i za­le­d­wie ten po­czuł pod sto­pa­mi pod­ło­gę prze­mia­łow­ni, wszyst­ko, co tego ran­ka prze­żył, ulot­ni­ło się z jego pa­mię­ci.

W dru­giej po­ło­wie lu­te­go chwy­cił sil­ny mróz. Trze­ba było co rano od­rą­by­wać ze ślu­zy lód. W cią­gu nocy, kie­dy koło młyń­skie sta­ło nie­ru­cho­mo, woda za­ma­rza­ła w wy­żło­bie­niach czer­pa­ków, two­rząc tam gru­bą sko­ru­pę. Ją rów­nież trze­ba było roz­bi­jać przed uru­cho­mie­niem mły­na.

Naj­nie­bez­piecz­niej­szy był przy tym lód od­dol­ny, któ­ry two­rzył się w ryn­nie. Aby nie do­pu­ścić do unie­ru­cho­mie­nia młyń­skie­go koła, dwaj cze­lad­ni­cy mu­sie­li scho­dzić w dół i od­bi­jać lód ki­lo­fem – ro­bo­ta, do któ­rej nikt się spe­cjal­nie nie gar­nął. Ale Ton­da su­ro­wo pil­no­wał, żeby nikt się od niej nie uchy­lał. Kie­dy jed­nak przy­szła ko­lej na Kra­ba­ta, Ton­da sam zszedł na dół do ryn­ny, gdyż „to ro­bo­ta nie dla ta­kie­go chłop­ca – po­wie­dział – i łac­no mo­gło­by mu się coś złe­go stać”.

Po­zo­sta­li cze­lad­ni­cy nie pro­te­sto­wa­li, tyl­ko Kito py­sko­wał jak za­wsze, a Lisz­ko oświad­czył:

– Coś złe­go może się stać każ­de­mu, gdy nie uwa­ża!

Nie wia­do­mo, czy był to przy­pa­dek, czy nie, ale wła­śnie w tym mo­men­cie prze­cho­dził obok nich głu­pi Jur z ku­błem peł­nym zle­wek dla świń w każ­dym ręku; kie­dy zrów­nał się z Lisz­kiem, po­tknął się i ob­lał go ca­łe­go zlew­ka­mi. Lisz­ko za­klął, a Jur przy­się­gał, za­ła­mu­jąc ręce, że mógł­by sam so­bie dać w pysk za ten nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek.

– Po­my­śleć tyl­ko – mó­wił – jak bę­dziesz cuch­nął przez na­stęp­ne dni, a ja po­no­szę winę za to, że bę­dziesz mu­siał w ta­kim sta­nie ła­zić… Ojo­jo­joj, Lisz­ku, ojo­jo­joj! Nie gnie­waj się na mnie, prze­pra­szam cię sto­krot­nie, żal mi też tych bied­nych świ­nek!

Kra­bat jeź­dził te­raz czę­sto z Ton­dą oraz in­ny­mi chło­pa­ka­mi do lasu na ścin­kę drzew. Kie­dy sie­dział w sa­niach cie­pło opa­tu­lo­ny, z po­ran­ną ka­szą w żo­łąd­ku i fu­trza­ną cza­pą głę­bo­ko wci­śnię­tą na czo­ło, było mu mimo mro­zu tak przy­jem­nie, że stwier­dzał, iż na­wet mło­de­mu niedź­wiad­ko­wi nie może być le­piej.

Drze­wa, któ­re ści­na­li, były od razu na miej­scu ob­rą­by­wa­ne z ga­łę­zi, ko­ro­wa­ne, prze­pi­ło­wy­wa­ne na ka­wał­ki od­po­wied­niej dłu­go­ści i ukła­da­ne w luź­ne sto­sy, tak aby moż­na wsta­wić po­przecz­ki mię­dzy ko­lej­ne war­stwy, by się drew­no do­brze prze­wie­trzy­ło, za­nim zo­sta­nie zwie­zio­ne na na­stęp­ną zimę do mły­na, gdzie wy­cio­sa się z nie­go bel­ki lub po­tnie na de­ski i dyle7.

Tak mi­jał ty­dzień za ty­go­dniem, a w ży­ciu Kra­ba­ta nie­wie­le się zmie­ni­ło. Ale nie­jed­no z tego, co dzia­ło się do­oko­ła, da­wa­ło mu do my­śle­nia. Za­sta­na­wia­ją­ce mię­dzy in­ny­mi było to, że nikt nig­dy nie przy­jeż­dżał ze zbo­żem do mły­na. Czyż­by oko­licz­ni chło­pi tego mły­na uni­ka­li? Mimo to mlew­ni­ki były w ru­chu dzień w dzień, zsy­py­wa­no zbo­że na kupę, śru­to­wa­no8 jęcz­mień, owies i gry­kę.

Czyż­by mąka i śrut, któ­re w cią­gu dnia sy­pa­ły się z mlew­ni­ków do wor­ków, w nocy prze­mie­nia­ły się z po­wro­tem w zbo­że? Kra­bat uwa­żał, że było to cał­kiem moż­li­we.

W koń­cu pierw­sze­go mar­co­we­go ty­go­dnia po­go­da się od­mie­ni­ła. Po­wiał za­chod­ni wiatr i za­snuł nie­bo sza­ry­mi chmu­ra­mi.

– Spad­nie śnieg – za­mru­czał Kito. – Czu­ję to w ko­ściach. – I rze­czy­wi­ście za­czął pa­dać śnieg w du­żych mo­krych pła­tach, ale za­raz po­tem chlap­nę­ły pierw­sze kro­ple, śnieg prze­szedł w ulew­ny deszcz i roz­pa­da­ło się na do­bre.

– Wiesz co – po­wie­dział Ję­druś do Kita – po­wi­nie­neś za­fun­do­wać so­bie zie­lo­ną żab­kę do prze­po­wia­da­nia po­go­dy, bo do tych two­ich ko­ści nie moż­na już mieć za­ufa­nia.

Po­go­da zro­bi­ła się okrop­na. Ule­wy, sma­ga­ne wi­chrem, spra­wi­ły, że śnieg i lód stop­niał, a staw przy mły­nie groź­nie wez­brał. Trze­ba było mimo plu­chy wyjść na dwór, aby uszczel­nić ślu­zę i po­de­przeć ją pa­la­mi.

Czy jaz9 wy­trzy­ma na­pór wez­bra­nej wody?

„Je­śli tak da­lej pój­dzie, to nie miną i trzy dni, a wszy­scy ra­zem z mły­nem za­to­nie­my” – po­my­ślał Kra­bat.

Ale wie­czo­rem szó­ste­go dnia deszcz ustał, za­sło­na z chmur się roz­dar­ła i czar­ny, ocie­ka­ją­cy wil­go­cią las na kil­ka chwil za­pło­nął czer­wie­nią w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca.

Na­stęp­nej nocy Kra­ba­ta prze­ra­ził zły sen: w mły­nie wy­buchł po­żar. Cze­lad­ni­cy młyń­scy po­zry­wa­li się ze swo­ich sien­ni­ków i zbie­gli z gło­śnym tu­po­tem po scho­dach na dół; tyl­ko on, Kra­bat, le­żał jak kło­da na swo­jej pry­czy, nie mo­gąc ru­szyć się z miej­sca.

Już sły­chać było trzask ob­ję­tych pło­mie­niem be­lek pu­ła­pu, już pierw­sze iskry sy­pa­ły mu się na twarz – wte­dy na­gle ze­rwał się z krzy­kiem.

Prze­tarł oczy, ziew­nął i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Wów­czas za­marł rap­tem ze zdu­mie­nia, nie wie­rząc wła­snym oczom. Gdzie się po­dzia­li cze­lad­ni­cy? Sien­ni­ki pu­ste i jak się wy­da­wa­ło opusz­czo­ne w po­śpie­chu. Gwał­tow­nie od­rzu­co­ne koce i zmię­te prze­ście­ra­dła. Tu weł­nia­ny ka­ftan po­rzu­co­ny na pod­ło­dze, tam czap­ka, ów­dzie sza­lik i pa­sek – wszyst­ko wy­raź­nie wi­docz­ne w od­bla­sku mi­go­cą­ce­go czer­wo­ne­go świa­tła pa­da­ją­ce­go przez okno w szczy­to­wej ścia­nie…

Czyż­by młyn na­praw­dę się pa­lił?

Kra­bat, któ­re­mu na­gle wró­ci­ła peł­na przy­tom­ność, gwał­tow­nie otwo­rzył okno. Wy­chy­liw­szy się, spo­strzegł, że na dzie­dziń­cu przed mły­nem stoi cięż­ko na­ła­do­wa­ny wóz z roz­pię­tą na pa­łą­kach czar­ną od desz­czu budą, za­przę­żo­ny w sześć kru­czo­czar­nych ru­ma­ków. Na koź­le sie­dział ktoś z pod­nie­sio­nym koł­nie­rzem płasz­cza i ka­pe­lu­szem głę­bo­ko wci­śnię­tym na czo­ło, sam rów­nież czar­ny jak noc. Tyl­ko ko­gu­cie piór­ko na trój­gra­nia­stym ka­pe­lu­szu było ja­skra­wo­czer­wo­ne. Ni­czym pło­mień ża­rzy­ło się na wie­trze, to wy­strze­la­jąc w górę ogni­stym ję­zy­kiem, to znów opa­da­jąc, jak­by mia­ło zga­snąć. Jego od­blask wy­star­czał, aby za­lać cały dzie­dzi­niec ro­ze­dr­ga­nym świa­tłem.

Cze­lad­ni­cy uwi­ja­li się jak w ukro­pie po­mię­dzy mły­nem a wo­zem z budą, tam i z po­wro­tem, wy­ła­do­wy­wa­li wor­ki, tasz­czy­li je do prze­mia­łow­ni i po­now­nie wy­bie­ga­li na dzie­dzi­niec. Wszyst­ko to od­by­wa­ło się w głu­chej ci­szy i go­rącz­ko­wym po­śpie­chu; bez na­wo­ły­wa­nia i prze­kleństw, sły­chać było tyl­ko sa­pa­nie zzia­ja­nych cze­lad­ni­ków. Od cza­su do cza­su woź­ni­ca trza­skał z bata tuż nad ich gło­wa­mi, że aż czu­li wy­wo­ła­ny tym prąd po­wie­trza, co przy­na­gla­ło ich do zdwo­jo­nej gor­li­wo­ści. Na­wet sam Mistrz da­wał temu świa­dec­two. On, któ­ry zwy­kle nig­dy się pra­cą w mły­nie nie pa­rał i nig­dy nie stuk­nął na­wet pal­cem o pa­lec, dzi­siej­szej nocy brał w niej czyn­ny udział. Ha­ro­wał na wy­ści­gi z in­ny­mi, jak gdy­by mu za to pła­co­no.

Tyl­ko raz prze­rwał pra­cę na krót­ką chwi­lę i znikł w ciem­no­ści, ale nie żeby od­sap­nąć, jak Kra­bat przy­pusz­czał, lecz po­biegł do młyń­skie­go sta­wu i od­su­nąw­szy pod­pie­ra­ją­ce pale, otwo­rzył ślu­zę.

Woda try­snę­ła do mły­nów­ki, ru­nę­ła spie­nio­na, od­bi­ła się i, na­pie­ra­jąc wez­bra­ną falą, wla­ła się do ryn­ny. Koło młyń­skie za­czę­ło się, skrzy­piąc, ob­ra­cać; po ja­kimś cza­sie na­bra­ło roz­pę­du, a po­tem krę­ci­ło się już da­lej bez­tro­sko. Te­raz mlew­ni­ki po­win­ny były z głu­chym ło­mo­ta­niem roz­po­cząć pra­cę, ale tyl­ko je­den z nich ru­szył – i to z ja­kimś dziw­nym ha­ła­sem, któ­ry był chłop­cu do­tych­czas nie­zna­ny, wy­da­wa­ło się, że z naj­od­le­glej­sze­go kąta mły­na do­cho­dzi ja­kieś gło­śne ter­ko­ta­nie i war­kot z wtó­ru­ją­cym mu kwi­kiem, któ­ry wkrót­ce prze­szedł w prze­raź­li­wy, roz­dzie­ra­ją­cy sko­wyt.

Kra­bat przy­po­mniał so­bie mar­twy mlew­nik i po­czuł, jak ciar­ki prze­cho­dzą mu po ple­cach.

Tym­cza­sem na dole pra­ca nie usta­wa­ła. Wóz z budą zo­stał wy­ła­do­wa­ny, po czym cze­lad­ni­cy mie­li chwi­lo­wą prze­rwę, ale nie­zbyt dłu­gą, i znów ha­rów­ka za­czę­ła się na nowo, choć tym ra­zem trze­ba było wor­ki tasz­czyć z mły­na do wozu. Nie­za­leż­nie od tego, co przed­tem za­wie­ra­ły, od­no­szo­no to te­raz z po­wro­tem w sta­nie zmie­lo­nym.

Kra­bat chciał wor­ki po­li­czyć, ale zmo­rzył go sen. Przy pierw­szym pia­niu ko­gu­ta zbu­dził go tur­kot od­jeż­dża­ją­ce­go wozu. Nie­zna­ny woź­ni­ca, któ­re­go mógł jesz­cze do­kład­nie wi­dzieć, trza­ska­jąc z bata, od­jeż­dżał przez mo­kre łąki w kie­run­ku lasu, a co naj­dziw­niej­sze, cięż­ko na­ła­do­wa­ny wóz z budą nie po­zo­sta­wiał za sobą naj­mniej­sze­go śla­du na tra­wie.