swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Kusiciel

Kusiciel

Zobacz na swiatebookow.pl

24,21 zł

Autor: A.J. Gabryel

Kategoria: erotyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo FILIA

ISBN: 978-83-7988-394-3

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Nowa powieść Autora Faceta na telefon 6,5 mln czytelników odwiedziło blog Adama. Była z nim bo palił się jak światło.

Miałem w życiu wiele kobiet, zbyt wiele by je wszystkie tu wymienić. Zresztą większości z nich i tak nie pamiętam, a gdybym pamiętał to i tak nie chciałbym o nich pisać.
Teraz w moim życiu jest Ona. Powinienem żałować że ją poznałem, lecz nie żałuję. Powinienem zapomnieć, a rozpamiętuję smak jej niebezpiecznie czerwonych ust, dotyk niecierpliwych dłoni, zapach jej podniecenia i to jak trudno było mi przy niej trzymać moją zachłanność na wodzy. Powinienem zapomnieć, a jestem opętany.

Opętany pomimo tego, że obdarowywała mnie jedynie kłamstwami, że zniszczyła mój świat, że podjęła za mnie decyzję, że odebrała mi wszystko. Więcej niż wiedziałem że mam.
Kiedyś łączyło nas wiele, dzisiaj łączą nas tylko sekrety. Do teraz wiedzieliśmy o nich tylko ona i ja. Do teraz.

KusicielCover.jpg
TitlePage.jpg

 

 

 

Dla K.S.

Dzisiaj powiedziałem Ci, że skończyłem tę książkę. Kilka godzin

później umarłeś i nigdy już jej nie przeczytasz. Mimo to jest Twoja.

 

 

Kiedyś, nie tak dawno temu, myślałem, że każdy rodzaj seksu, nawet ten najgorszy, jest nadal bardzo dobry, warty zapamiętania. Byłem pewny, że nie da się zapomnieć kobiety, z którą spędziło się nagie chwile.

Ale teraz jestem w niej – dużo młodszej ode mnie, która jeszcze godzinę temu była taka nęcąca – a tym, co odczuwam najbardziej, nie jest przyjemność doznań, lecz swędzenie skóry. Ciężko mi wytrwać do końca i nie mogę się doczekać nie tego, by dojść, ale tego, by z niej wyjść, zmyć z siebie jej zapach, jej pocałunki i o niej zapomnieć.

Jest jedną z tych kobiet, które tumanią, wabią, kuszą do grzechu. Jej oczy są uczernione, usta wilgotne, piersi sterczące. Dlaczego więc na mnie nie działa? Dlaczego ma blady smak?

Nie zrozum mnie źle, nadal lubię seks, lecz ten tu i teraz jest najwyżej dostateczny. Dostateczny z minusem. Ledwie powstrzymuję się przed ziewaniem, pieprzę ją i marzę o tym, by być już u siebie. A ona znowu wzywa i Boga, i Jezusa, i wszystkich świętych, zupełnie jakby była w trakcie religijnego objawienia. Jej głos jest wysoki, piskliwy. A jeśli na moment milknie, to wówczas spazmatycznie otwiera usta.

To musi być akt – nie wierzę, że tak różnie odbieramy tę samą sytuację. Z pewnością krzyczy do wszystkich w niebiosach, bo zobaczyła to gdzieś podczas seansu kinematografii pornograficznej i myśli, że tak trzeba, że tego się od niej oczekuje.

Z minuty na minutę jej przedstawienie coraz bardziej mnie drażni, mam ochotę zatkać jej usta dłonią, czymkolwiek, byle tylko stłumić wydobywający się z nich hałas. Nagle nachodzi mnie myśl: może te wszystkie jej błagania i modlitwy mają mnie zdopingować, zmobilizować do szybszego finiszu. Może i ona miała dość już po pierwszej minucie. Zastanawiam się przez moment, czy dla mnie w ogóle istotne jest to, czy ona faktycznie odczuwa rozkosz. Głupie pytanie. Jasne, że jest ważne. Lubię, gdy kobiecie jest dobrze, to jedna z największych przyjemności, jednak jej gra zupełnie wytrąca mnie z rytmu. Staram się skupić uwagę na czymś innym niż jej zawodzenia i moje swędzenie skóry.

Jej oczy są zaciśnięte, policzki uróżowione rumieńcem, włosy skołtunione, dłonie pełne zmiętej pościeli. Jest ładna, słowiańska. Jeszcze pół godziny temu wyglądała tak niewinnie i to chyba ten jej niewinny wygląd sprawił, że chciałem jej od pierwszego wejrzenia. Pod dłońmi czuję dreszcze, które ją raz po raz przechodzą. I w końcu milknie, to chyba nadchodzący orgazm zamyka jej usta. Jednak jest jej dobrze; dziwię się, gdy uświadamiam sobie, jak bardzo zadowolony jestem z tego powodu. Nie wiedziałem, że aż tak mi na tym zależy.

Nasze ciała rytmicznie klaszczą, odbijając się od siebie. Ich aplauz jest coraz głośniejszy, coraz szybszy. Znowu zaczyna wzywać Boga; pochylam się i nie mogę się powstrzymać przed zasłonięciem dłonią jej ust. Uchyla powieki i już wiem, że pod jej spojrzeniem nie będę mógł dojść, nie ma nawet sensu próbować. Wydaję z siebie kilka dźwięków, zaczerpuję głośniej powietrza, udaję desperację w ruchach i w pchnięciach bioder. Udaję orgazm. Nie po raz pierwszy i nie ostatni.

Opadam obok niej, jej dłoń głaszcze moje plecy.

– Było mi tak dobrze – mówi nareszcie cichym głosem.

Co mam jej odpowiedzieć? Że mi również było dobrze, bo nawet kiepski seks to i tak dobry seks? Lecz seks z nią był jak zwietrzała cola, jak letnie piwo, jak roztopione lody. Że równie dużo przyjemności doznaję podczas ćwiczeń fizycznych, że ostatnich 15 minut to czas prawie zmarnowany? Że dla mnie było to tylko odbijanie się od siebie dwóch pustych ciał? Nie, jasne, że nie mogę jej tego powiedzieć.

– Mmm. – Ani kłamstwo, ani prawda, niech czyta ten dźwięk, jak chce.

– Zostaniesz dłużej? Obiecuję, że nie zmrużymy oka przez całą noc. – Zniża głos do szeptu i szept ten jest przyjemny dla ucha. Dlaczego nie mówiła nim przed pięcioma minutami? Dlaczego musiała piszczeć?

Nie odpowiadam przez moment, powstrzymuję się przed powiedzeniem jej, że ja z bólem przetrwałem nasz pierwszy raz, i że następnego raczej nigdy nie będzie, bo wiedząc, co mnie czeka, za drugim razem pewnie by mi nawet nie stanął.

– Nie, wybacz, ale muszę iść. Chciałbym zostać, jak mógłbym nie chcieć, ale nie mogę.

Wstaję i mam nadzieję, że nie zauważy, że kondom jest pusty. Zbieram ciuchy, idę do łazienki, zdejmuję gumę, wbijam nogi w nogawki spodni, zapinam rozporek i koszulę. Myję dłonie, twarz, płuczę usta, wracam do pokoju.

Jej ciało ułożone jest w przemyślanej, kusząco uwodzicielskiej pozie.

– Na pewno nie możesz zostać?

Siadam na łóżku, wolno przejeżdżam palcem po zaokrągleniu jej biodra. Udaję, że się ociągam, że opuszczenie jej mieszkania jest trudne. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego udaję, nie mam najbledszego pojęcia. Pewnie z tych samych przyczyn, z których ona kilka minut wcześniej odgrywała swoje przedstawienie.

Żegnamy się, wstaję, jestem już prawie przy drzwiach, gdy pyta:

– Z iloma kobietami byłeś? Czy w porównaniu z nimi byłam dobra?

Odwracam się, nadal siedzi w tej kuszącej pozycji. Nie znam tej kobiety, nie potrafię jej czytać, nie wiem, czy zadała pytanie, bo chce poznać prawdę, czy pragnie, bym skomplementował jej seksualne zdolności.

– Następnym razem nie krzycz tak głośno, jeszcze przez kilka dni będzie mi dzwonić w uszach. I założę się, że jutro nie będziesz mogła mówić.

Potrząsa głową w niedowierzaniu, śmieje się i jest to piękny, dźwięczny śmiech, i nagle jest po stokroć bardziej kusząca. Myśli, że żartowałem. Uśmiecham się, jeszcze trzy kroki i zamykam za sobą drzwi.

 

Zapytała, z iloma kobietami byłem. Nie wiem, ile razy zadawano mi to pytanie. Za każdym razem świadomie unikam odpowiedzi. Wstydzę się tej liczby, wiem, że jest zbyt duża. Wstydzę się prawdy, choć dokładnie sam jej nie znam. Nie wiem, z iloma kobietami byłem. Większość z nich to jednorazowe kochanki. Na samym początku starałem się zapamiętać każdą twarz, każdy detal. Zliczałem, w ilu byłem i ile razy byłem zaliczany. Nie pamiętam, kiedy doszedłem do punktu, w którym wszystkie te ciała zlały się w bezosobową masę.

W kilku z nich byłem zakochany. Kochałem kobiety, których imion już nie pamiętam, których prawdopodobnie nie poznałbym na ulicy. Sam się dziwię, że można zapomnieć twarz, którą się choć przez moment kochało.

Pośród tego anonimowego tłumu jest ona. Migocze. Lśni w nim jak błyszczące złoto. Mimo to nie lubię o niej myśleć, unikam rozpamiętywania, wspominania tego, co nie wróci – choć tak naprawdę średnio mi to wychodzi. To, co wychodzi mi znacznie lepiej, to unikanie jej samej. Moglibyśmy spotykać się często, jednak moje zabiegi sprawiają, że widzę ją tylko wtedy, gdy muszę, gdy sytuacja stawia mnie pod murem, w którym nie ma furtki.

Czasami udaje mi się zapomnieć o niej na kilka dni i zdarzają się noce, kiedy o niej nie śnię. Gdybym miał być ze sobą i z tobą szczery, to musiałbym przyznać, że nigdy się z niej nie wyleczyłem, choć niczego nie pragnąłem bardziej.

Gdy nastał początek mojego końca, gdy wszystko szlag trafił, jedyne, czego chciałem, to udać, że nigdy jej nie było.

Gdy zrozumiałem, że zapomnienie nie jest możliwe, zacząłem kłamać. Przez lata oszukiwałem siebie i innych, udawałem, że to ja zakończyłem nasz związek, że miałem dość, że przestała mnie obchodzić, że mi zobojętniała. Największe łgarstwo, jakie powiedziałem w życiu. Powtarzałem je tyle razy, że w końcu zapomniałem o prawdzie. Nie, nie zapomniałem, prawda naszego rozstania zawsze jest przy mnie, gdzieś na peryferiach świadomości, tam, gdzie są sprawy, o których nauczyłem się nigdy nie myśleć.

Większość ze wspomnień, które są we mnie, wydaje się daleka i nieistotna, ale tego, co działo się między nami, nie umiem odbierać w kategoriach czasu przeszłego. Nie wiem dlaczego, ale gdy myślę o chwilach, które spędziliśmy razem, nie potrafię myśleć o nich jako o dawno i bezpowrotnie minionych, zawsze biorę je za teraźniejszość. Dlatego gdy będę o niej mówił, to będę mówił tak, jakby wszystko działo się teraz – nie potrafię inaczej.

Podjąłem decyzję: powiem o wszystkim. Mimo obaw. Mimo strachu, który już teraz czuję. Boję się, jednak wiem, że skoro udało mi się przetrwać wszystko, co się stało w rzeczywistości – to przetrwam również, opowiadając o niej.

 

Nie znam słów, którymi mógłbym ją opisać i wiem, że każda próba będzie tylko rozmazanym szkicem. Wiem, że z góry skazany jestem na porażkę, a jednak nie mogę się powstrzymać przed mówieniem, choć nie jestem pewny, czy zdołam powiedzieć wszystko.

Obawiam się, że przez zupełną szczerość będę brzmiał fałszywie, że mi nie uwierzysz, ale w sumie nie zależy mi na tym. Chcę, żebyś zrozumiał, że będę się starał opisać nieopisywalne, wybacz zatem, jeśli mi się nie uda. Albo inaczej: wybacz z góry, bo wiem, że mi się nie uda.

Ktoś, kto jej nigdy nie spotkał, poprosił mnie kiedyś, bym opisał ją jednym słowem. Pamiętam, co odpowiedziałem wtedy i dzisiaj powiedziałbym to samo. Jest duszna. Bardzo ciężko mi się oddycha w jej towarzystwie, od samego początku.

Nie chcę mówić ogólnie, nie chcę zdradzić jej imienia – tysiące osób je noszą; nie chcę pisać, że cała była w kolorze blond, choć taka jest prawda. Miała blond włosy, rzęsy, brwi, blond skórę. Oboje znamy inne blond kobiety o jej imieniu, lecz wierz mi – żadna z nich nie jest do niej podobna, nie w moich oczach.

Mógłbym, rzecz jasna, skłamać i nakreślić obraz pełen przymiotników, byłoby to proste – kłamstwo mam we krwi, kłamiąc, potrafię być znacznie bardziej przekonujący niż wtedy, gdy mówię prawdę, praktyka uczyniła ze mnie mistrza. Puste słowa przychodzą mi łatwo, może nawet zbyt łatwo. Nigdy nie miałem kłopotu z koloryzowaniem prawdy, zwykle robię to odruchowo, bez zastanowienia, bez wyrzutów sumienia. Dziś jednak nie chcę tego robić, nawet nie wiem, dlaczego nie chcę kłamać, dlaczego nagle czuję potrzebę powiedzenia na głos tego, czego nie powiedziałem jeszcze nikomu, co ukrywałem, o czym nie chcę myśleć, a o czym myślę obsesyjnie. Kiedyś trzeba zacząć mówić prawdę i najwyraźniej właśnie przyszedł moment na powiedzenie mojej.

 

Każdy ma jakiś sekret. Mój może nie jest wielki, może nie niezwykły, ale wiem, że inni mają mroczniejsze tajemnice. Takich historii jak moja są pewnie tysiące, miliony może, a jednak mam odleżyny w miejscu, w którym leży mój sekret. To, co się stało, należy do nas obojga; o chorej intensywności moich uczuć wiem tylko ja. Ale pozwól, że zacznę od początku, inaczej się nie da. Zresztą początek jest równie ważny jak koniec.

 

Po raz pierwszy zobaczyłem ją w nocy. Wyszła z mroku i od razu wiedziałem, że spełni wszystkie moje pragnienia, również te, których jeszcze nie znam, o których jeszcze nie wiem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo mnie napiętnuje, jak paskudne odkryje we mnie lęki; lęki, których nigdy nie będę potrafił się wyzbyć.

 

Dziwię się, jak dobrze pamiętam moment, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. Minęło tyle lat, a ja nadal w najdrobniejszych detalach widzę tę chwilę. Wstydzę się i wiem, że nigdy bym jej tego nie wyznał, nawet sam przed sobą przyznaję się z niechęcią. Wstyd mi, że nie muszę wcale się wysilać, nie muszę zamykać oczu, by być znowu tam i wtedy.

 

9966.jpg

 

 

Wokół mnie chaos, setki podniesionych, splecionych ze sobą głosów, ścisk ciał. Powietrze wibruje od niskich, basowych dźwięków, raz pachnie potem, raz dymem, raz tym samym modnym, reklamowanym wszędzie zapachem.

Przychodzę tu dla sportu, czyli po to, aby znaleźć łatwą dziewczynę, dziewczynę z tak zwanych w sam raz na raz. Skanuję twarze, choć nie mają one większego znaczenia, eliminuję te zbyt pijane i te naćpane po uszy.

j wzrok wyławia ją od razu, mimo że niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ktoś ostrym obcasem wwierca mi się w stopę, czuję ból, lecz bez trudu go ignoruję. Moje zmysły skierowane są na nią. Wszystko inne to tylko owadzie brzęczenie.

Stoi może dziesięć kroków ode mnie. Zbyt ładna, zbyt krucha, zbyt blond, by nazwać ją piękną. Jej biodra kołyszą się swoim własnym rytmem, łagodnie, zupełnie jakby nie słyszała tempa muzyki. Łagodność zwykle mnie uspokaja, lecz powolny ruch jej bioder przyśpiesza mój oddech, a może nie przyśpiesza, może go odbiera.

Jej twarz jest niewinna, włosy związane różową kokardą jak u pierwszoklasistki, raz po raz jej usta wyginają się w słodkim uśmiechu, a ubrana jest jak najtańsza tirówka. Buty na wysokich zdartych obcasach, porwane kabaretki, odkrywająca zbyt wiele sukienka. Wygląda jak dziewica i dziwka zarazem. Jak obietnica ekstazy. Jak dziwka udająca dziewicę lub dziewica przebrana za dziwkę. Do dziś nie wiem, jak było naprawdę.

Spogląda w moją stronę, lecz mnie nie widzi. To dobrze, mogę się jej uważnie przyjrzeć. Zauważam tysiące detali, przelotnych gestów. I po tych gestach poznaję, jak bardzo jest niezwykła. Jednak ani wtedy nie potrafiłem, ani teraz nie potrafię nazwać tej niezwykłości; jest to coś, co należy tylko do niej, coś nieuchwytnego, niewidzialnego, mimo że rzucającego się w oczy. Nie przesadzam, nie idealizuję jej, stwierdzam fakt. Zresztą nie jest idealna, ma wiele wad. Jej oczy są nieco zbyt duże, język zbyt często cięty. Charakter momentami zbyt zawzięty, chwilami zbyt łagodny, zawsze zwodzący. A mimo to nie miała sobie równej. Nadal nie ma. Lecz tamtej nocy o tych wadach jeszcze nie wiedziałem.

Przez długie minuty stoję nieruchomo, wbity w ziemię, zatrzymany, zupełnie w nią zapatrzony i mam wrażenie, że na coś czekam. Nie wiem, jak długo nie zdawałem sobie sprawy, że to, na co czekam, już mnie dopadło.

Nie mogę powiedzieć, że serce zaczęło mi bić jak oszalałe, że zapomniałem o bożym świecie czy o wszystkim, co ważne, czy o tym, jak się nazywam. Nie mogę powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mogę tego powiedzieć, choć może to prawda.

Czuję, że grzęznę, że się topię w piachu. Wiem też, że powinienem odwrócić się i wyjść. Wiem, że taka pierwsza reakcja nie skończy się niczym dobrym, a jednak nie potrafię się do tego zmusić, bo jeszcze bardziej jestem pewien tego, że jeśli odejdę, stracę może jedyną szansę na bycie spełnionym.

Rozmawia z młodym mężczyzną, jestem prawie zazdrosny, mimo że jej nie znam, mimo że nawet się nie dotykają. Patrzę na jej twarz i nie potrafię odczytać większości emocji, które po niej przemykają. Nie wiem, co znaczą gesty dłoni, dużo mówi dłońmi, jakby w jej żyłach płynęła włoska krew. Uśmiecha się niemal bez przerwy i uśmiech ten mówi mi, że lubi tego gościa. Nie chcę, by go lubiła.

Widzę tylko jego plecy, krótko ścięte włosy, szerokie ramiona, bicepsy ostentacyjnie rozciągające rękawki koszulki. Nie lubię go od pierwszego wejrzenia.

Niechęć do niego mówi mi, że to przyciąganie, które do niej czuję, jest silniejsze od tych, których ofiarą padałem dotychczas. To, co czuję, to zwierzęcy instynkt, nagła i czysta chęć zupełnego posiadania.

– Nigdy nie widziałem, żebyś na jakąś tak patrzył. – Zaskakuje mnie znajomy głos, wbrew sobie odwracam się w jego stronę. Zwykle jestem zadowolony, gdy spotykam Jakuba, ale nie tym razem. Teraz wcale nie jestem zadowolony.

Na zadowolonego natomiast wygląda on, zadowolonego z siebie. Wygląda, jakby myślał, że przyłapał mnie na czymś wstydliwym, że poznał mój sekret.

– Nie udawaj zdziwionego.

– Jestem aż tak oczywisty?

– Ślepy by zauważył. – Teatralnie przewraca oczami, jakby chciał podkreślić bezdyskusyjność swoich słów. – Założę się, że i ona zauważyła, bo zakładam, że nie patrzysz na niego?

– Patrzę na nią, bez obaw – jego zostawię tobie, wiem, że lubisz typ osiłka.

– Uuu, widzę, że ktoś jest dziś drażliwy. – Jego łokieć szturcha mnie między żebra, a zęby szczerzą się nagle w szerokim, obłąkańczym uśmiechu. – Zazdrość mydli ci oczy, on nie jest osiłkiem, on jest atletycznie zbudowanym mężczyzną, ciało o-lim-pij-skiej klasy – „olimpijskiej” wymawia z naciskiem na każdą sylabę.

– Nie musisz reklamować mi jego ciała, to dziewczyną jestem zainteresowany.

– Nie wiesz, co tracisz, choć muszę przyznać, że jej urodę też potrafię docenić, choć wygląda tanio.

– Wygląda tanio, a twój atleta i tak na jej, a nie na twój widok się ślini.

– Wrzuć na luz, bo jak nic ją spłoszysz.

Od razu zauważam mądrość jego rady. Ma rację. Nie chcę, żeby wzięła mnie za maniaka. Jednak niepatrzenie na nią przychodzi mi z prawdziwym trudem. Wtedy jestem pewny, że dwójka za moimi plecami z rozmowy przeszła do czynów, że się dotykają, wymieniają pocałunki.

Idziemy do baru, po drodze rzucam w jej stronę szybkie spojrzenie, nadal tylko rozmawiają. Zamawiam podwójną wódkę z lodem. Wychylam i zamawiam kolejną rundę. Jakub coś mówi, coś o jakiejś wyjątkowej okazji, której przepuszczenie byłoby grzechem. Dobrze, że jest jedną z tych osób, które jak już zaczną mówić, to trudno im się zamknąć. Zdania wypadają z niego długimi seriami, jak naboje z karabinu maszynowego. Nie słucham go, lecz od czasu do czasu kiwam głową, jakbym się z nim zgadzał. Każde jego słowo przemyka obok mnie, całą uwagę skupiam na tym, by nie oderwać oczu od rozpuszczających się w szklance kostek lodu. Tracę poczucie czasu, nie wiem, ile tak stoję: dziesięć minut, godzinę czy dwie.

Wciska się między nas dziewczyna.

– Kuba, nie widziałam cię tu całe wieki. – Obdarowuje Jakuba dwoma pocałunkami, zostawiając szminkę na jego policzkach.

– Byłem pewny, że ciebie tu zobaczę.

– Jestem stworzeniem, którym kierują nawyki. Ostatnio spędzam tu więcej czasu niż w domu.

Ich rozmowa wypełnia mi uszy, jednak słowa nie obchodzą mnie nawet na tyle, by wsłuchać się w ich kontekst i znaczenie. Między jej piersiami wisi i błyszczy wielki krzyż. Ma piękny pełny biust, gdzieś w okolicach rozmiaru E, może F. Przez cienki materiał bluzki widzę wyraźnie odznaczające się sutki. Zawsze mnie dziwi moja reakcja na tę kobiecą część ciała. Widziałem wiele par piersi, widziałem ich różne rozmiary, różne odcienie, różne kształty, już dawno ich widok powinien mi się znudzić, a nie nudzi się, nadal na mnie działa i nieistotne, czy są one bujne jak u niej, czy zupełnie płaskie, to niezmiennie mają siłę odbierania mi mowy na kilka sekund.

– Ale, ale, nie bądźmy barbarzyńcami, kim jest twój przystojny kolega?

Na szczęście słyszę, że rozmowa skupia się na mojej osobie. Nagle zdaję sobie sprawę, że nadal patrzę w jej głęboki dekolt.

– Przystojny kolega? A co się stało z twoim uroczym małżonkiem? Wyczuwam kłopoty w małżeńskim raju.

Jej reakcją jest krótkie prychnięcie. Nie musiałaby niczego dodawać, niemal cała historia została opowiedziana w tym odruchu.

– „Małżeńskim raju”, nawet mnie nie rozśmieszaj. Jestem szczęśliwą rozwódką od ponad miesiąca.

– Rozumiem, że mam gratulować.

Podnoszę wzrok. Tak naprawdę chyba jest to moje pierwsze spojrzenie, które ląduje powyżej jej szyi. Wyraz jej twarzy mówi mi, że zauważyła, gdzie przez ostatnich kilka minut spoczywały moje oczy. Nie jest urażona mym przedmiotowym potraktowaniem jej ciała, wręcz przeciwnie. Jakub miał rację, jestem dzisiaj oczywisty, najwyraźniej gdzieś zawieruszyłem moją subtelność. Jest pewna siebie, może nawet zarozumiała. Lubię pewne siebie kobiety, choć te nieśmiałe i niepewne też mnie pociągają.

Jest krągła, wiele osób nazwałoby ją może puszystą, lecz porusza się z wdziękiem, który może być tylko wrodzony, ruchy czynią ją bardzo powabną. Lat ma jakieś trzydzieści. Usta pomalowane wiśniową pomadką, oczy tak mocno obrysowane czarnym cieniem, że z daleka musi wyglądać, jakby miała na sobie przeciwsłoneczne okulary lenonki. Jej tęczówki w tym czarnym makijażu wydają się bardzo, bardzo jasne. Pod nim jest ładna. Rysy ma miękkie, jednak jej wzrok jest ostry, łowczy, zupełnie jakby była drapieżnikiem, a ja ofiarą. Wzrok ten wyraża przekonanie, że dziś będzie mnie miała. I miałaby rację, gdyby nie to, że mam już na celowniku kobietę w kolorze blond.

Przeprasza mnie i wciska się między nas jeszcze głębiej, opiera o kontuar. Uśmiecha się szeroko, ma ładny uśmiech i przebity kolczykiem język. Wiem, że uśmiechnęła się, by mi go pokazać, założę się, że trenowała ten uśmiech przed lustrem niezliczoną ilość razy. I jestem pewny, że jest on niemą obietnicą oralnych przyjemności. Gdyby nie wydarzyło się ostatnie pół godziny z hakiem, zaproponowałbym jej drinka, więcej niż drinka. Milczę jednak. Jej dłoń przemyka po moim ramieniu i wiem, że docenia to, czego dotyka. Moje ciało działa na autopilocie, skóra pod jej palcami zaczyna mrowić, chce więcej. Zastanawiam się, czy ma kolczyki również w innych miejscach.

Czyta w moich myślach, wspina się na palce i dotykając ustami skóry mojego ucha, mówi:

– Sutki też mam przekłute.

Penis nieznacznie, ale jednak pęcznieje mi w spodniach. I przez moment myślę, że może lepsza wróblica w garści. Odwracam się w stronę mojej wcześniejszej fascynacji, widzę ją w prześwitach pomiędzy krzątającymi się po parkiecie ciałami i stwierdzam, że wolę gołębicę na dachu. Delikatnie, lecz stanowczo zdejmuję z siebie kobiecą dłoń. Nie wierzy w szczerość mojego gestu, przysuwa się bliżej.

– Łucja, obawiam się, że z nim nic nie wskórasz.

– Tylko mi nie mów, że źle was wyczułam. Patrząc na mowę waszych ciał, doszłam do wniosku, że nie jesteście razem.

Jakub się śmieje. Jego śmiech jest zaraźliwy.

– Nie, nie jesteśmy razem. Nigdy nie byliśmy razem i nie będziemy, znam go zbyt długo i zbyt dobrze, żeby mnie podniecał. – Wydaje się, że przerwał w połowie myśli, z jego ust nie schodzi uśmiech. Po chwili dodaje: – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale jestem prawie pewny, że gdybyś mi się zaoferował, to raczej by mi nie stanął.

– Nie wiem, czy mam brać to za komplement, czy za najgorszą obelgę, jaką usłyszałem w życiu.

Zastanawia się przez moment nad odpowiedzią, choć tak naprawdę nie zadałem mu pytania.

– Komplement, to zdecydowanie jest komplement.

– No nie wiem, chyba jednak nie, jak nic powinienem się obrazić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że twoim jedynym kryterium jest chyba to, żeby facet miał puls.

– Koneser się, kurwa, znalazł. Znamy się dziesięć lat i wiele rzeczy o tobie mogę powiedzieć, ale w życiu bym nie powiedział, że jesteś wybredny, jeśli chodzi o płeć piękną.

– Nigdy nie mówiłem, że mam wyszukany gust, a już z pewnością go nie miałem, będąc nastolatkiem. – Nie mogę się powstrzymać przed wyszczerzeniem zębów. – Zresztą, który nastolatek ze sprawnym sprzętem jest wybredny?

Niemal zapomniałem o stojącej między nami kobiecie. Nagle pstryka palcami. Wygląda na zniecierpliwioną.

– Hola, hola, panowie. – Spogląda w moją stronę. – Proszę krótko i na temat. Czy ja tu tracę czas? – Patrzy na mnie, jakby oczekiwała odzewu, nie wiem, co mam jej odpowiedzieć. Przewraca oczami. – Może muszę się jaśniej wyrazić. Seks będzie czy seksu nie będzie?

Jakub zaciska zęby w próbie powstrzymania się od ataku śmiechu. Średnio mu to wychodzi.

Nie czeka na moją odpowiedź.

– Trudno, nie będziesz ty, będzie ktoś inny.

Święta racja, zawsze przecież znajdzie się ktoś inny.

Jeszcze zadaje Jakubowi kilka pytań, lecz widzę, że większość uwagi skupia na namierzaniu potencjalnych ofiar. Muszę przyznać, że z minuty na minutę podoba mi się coraz bardziej i wiem, że seks z nią byłby co najmniej interesujący, ale nie na tyle, bym zrezygnował z potencjalnych kilku chwil w towarzystwie mojego blond zauroczenia.

Odwracam się znowu w jej stronę. Jest sama. Twarz ma nieco uniesioną, patrzy na wyginającą się w metalowej klatce parę. To pewnie złudzenie, ale mam wrażenie, że jedno ze świateł jest skierowane prosto na nią, tak że wydaje się jaśnieć na tle tłumu. Nie wiem, może wygląda tak tylko w moich oczach. Może jej skóra nie jest jaśniejsza od kości słoniowej, może ma zwyczajny odcień. Dla mnie w tej chwili wygląda jak postać świętej z obrazu. Świętej z puszką red bulla w dłoni.

Bez słowa odchodzę i idę tam, gdzie chcę być. Jestem zdenerwowany, a moje dłonie są wilgotne od potu. Mam nadzieję, że nie daję tego po sobie poznać.

Do dziś prześladuje mnie trema, która zawsze chwyta na kilka chwil przed zdarzeniem, nad którym mam mało kontroli. Pocę się i denerwuję na kilka minut przed, zupełnie jak aktor mający lada chwila wyjść na scenę, jednak gdy już jestem na scenie, gdy światła są skierowane na mnie, wtedy równowaga i opanowanie natychmiast wracają.

Z każdym moim krokiem staje się coraz ładniejsza. Dopiero teraz widzę, jak idealnie wykrojone, jak niebezpiecznie czerwone są jej usta, zupełnie jakby chwilę wcześniej popijała świeżą krew. Pamiętam, że potem ta myśl często przechodziła mi przez głowę, gdy się w te usta wpatrywałem.

Jestem pięć kroków od niej, moje stopy dotykają sceny, a spokój i opanowanie nie nadchodzą, nie czuję ich wcale. Czuję się jak wyrzucona na brzeg, trzepocząca, topiąca się w powietrzu ryba.

Odwraca się w moją stronę.

Wszystko wokół mnie zaczyna pulsować.

Wiem, że nikt nie wyłączył muzyki, wiem, że pomieszczenie nadal pełne jest podnieconych głosów, lecz nagle nic nie słyszę. Głośne dźwięki zniżają się do szmeru.

Jej twarz jest poważna. Zastanawiam się, czy jej skóra jest tak miękka, na jaką wygląda. Zastanawiam się, ile sekund zajęłoby mi zdjęcie jej sukienki, zresztą nie muszę zdejmować, materiału jest tak mało, że bez trudu wyobrażam sobie, co jest pod nim. Domyślam się barwy jej głosu, wyobrażam sobie, jakbym się czuł, mając ją pod sobą. Dziesiątki wyobrażeń i jednego jestem pewny: chcę, by każde z nich stało się najpierw rzeczywistością, a potem wspomnieniem.

Stoję tych kilka kroków od niej i czuję, jakby ciągnęła mnie w swoją stronę. Nie wiem, co zrobić z dłońmi, wkładam je w kieszenie jeansów. Zastanawiam się, co widzi, patrząc na mnie. W kącikach jej ust zaczyna się czaić uśmiech.

Nie pamiętam, żebym ruszył w jej stronę, ale nagle jestem przy niej.

– Jesteś bardzo źle wychowany. Nikt cię nie nauczył, gdy byłeś chłopcem, jak bardzo niegrzecznie jest tak nachalnie się komuś przyglądać?

Gdy słyszę jej niski, pełen melancholii głos, przechodzi mnie dreszcz. To tylko mały dreszcz, ale i tak obawiam się, że jest zauważalny. Dźwięk pierwszego słowa przeszywa mnie, coś ze mną robi, nie wiem co, wbija się we mnie jak haki, które trzymają i nie chcą wypuścić. Myślę, że to ten głos był gwoździem do mojej trumny, gdyby nie on, nie przepadłbym ani tak szybko, ani tak zupełnie.

Nikt później nie zrobił na mnie takiego pierwszego wrażenia. Nikt.

Jej słowa wywołują u mnie śmiech. Przedstawiam się z niewielkim skinieniem głowy, palcami niczym dżentelmen dotykam rąbka wyimaginowanego kapelusza. Mówię coś, wiem, że coś mówię, słyszę swój głos. Słowa opuszczają mnie z zaskakującą łatwością, zupełnie jakby nie zdawały sobie sprawy, że w środku jestem i rozgorączkowany, i zaniepokojony, i podniecony.

Wcześniej na jej intensywnie czerwonych ustach widziałem tylko obietnicę uśmiechu, teraz uśmiecha się szeroko i czuję dumę, że to ja jestem tego przyczyną.

– Znowu się na mnie patrzysz.

– Zastanawiam się, co tutaj robisz, dlaczego tu jesteś.

– Dlaczego tu jestem? Tego nie wie nikt. Gdziekolwiek bym nie była, zawsze się nad tym zastanawiam. Jeśli miałabym zgadnąć, to powiedziałabym, że jestem tutaj, bo dokądś idę. – Jej twarz jest nagle poważna, w okamgnieniu wygląda na starszą o kilkanaście lat, na zbyt dojrzałą. I wiem, że gdy będzie miała lat czterdzieści, to właśnie tak będzie wyglądać.

Rozgląda się po sali. Jej wzrok skacze z jednej osoby na kolejną. Na nikim nie zatrzymuje się na dłużej. Wygląda na nieobecną i wiem, że to, iż tu jestem, nic dla niej nie znaczy. Cisza wplata się w naszą rozmowę.

– A ty wiesz, dokąd idziesz? – pyta, nie patrząc na mnie.

– Wiem, dokąd idę dziś. Dzisiaj pójdę tam, dokąd mnie poprowadzisz. – Jestem niezadowolony z tych słów, brzmią zbyt dwuznacznie. Jest we mnie nadmiar zachłanności, nadmiar chcenia. Nie chcę, by o tym wiedziała.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

E P I L O G

Dostępne w wersji pełnej

 

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

* * *

EPILOG

Reklama

Karta redakcyjna

 

REKLAMA.jpg

 

 

 

Copyright © by A. J. Gabryel, 2014

Copyright © by Wydawnictwo Termedia, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany

w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.

Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania

za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Termedia, Poznań 2015

 

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce: WIN-Initiative/Neleman/Getty Images

 

Redakcja: Karolina Kaczmarek / Editio

Korekta: Katarzyna Pokrzywnicka / Editio

 

ISBN: 978-83-7988-394-3

 

 

logo.jpg

 

Wydawnictwo Filia

grupa Termedia sp.o.o.

ul. Kleeberga 8

61-615 Poznań

www.wydawnictwofilia.pl

 

Wszelkie pytania prosimy kierować na adres:

czytelnicy@wydawnictwofilia.pl

 

Dołącz do nas na Facebooku!

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

DARKHART

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl