swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Lśnienie księżyca

Lśnienie księżyca

Zobacz na swiatebookow.pl

23,32 zł

Autor: Edith Wharton

Kategoria: powieść obyczajowa i romans

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

ISBN: 9788377793978

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Europa, lata dwudzieste XX wieku. Głównymi bohaterami jest kochające się małżeństwo: oboje dobrze urodzeni, ale biedni. Zakochanie się przeszkodziło im w planach – Susy i Nick chcieli zdobyć majątek zawierając korzystne związki, a tu – masz ci los! – zdarzyła im się miłość. Ponieważ jednak są nowocześni i sprytni – zawarli umowę: przez rok mogą szczęśliwie żyć na koszt znajomych (wszyscy chcą pomagać nowożeńcom!), a jeśli któreś z nich będzie miało możliwość zawarcia bardziej intratnego związku, to się rozwiodą. Oczywiście życie okazuje się nie takie proste i nasi bohaterowie muszą się zmierzyć z własnymi uczuciami i tym, że to, co kiedyś wydawało im się ważne i cenne, wcale nie musi ich zaspokoić.

Karta tytułowa

Tytuł oryginału: The glimpses of the Moon

Copyright © 2017, MG
Copyright tłumaczenia © 2017, Karolina Rybicka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw

Korekta: Agnieszka Zielińska

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

ISBN 978-83-7779-398-5

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink

woblink.com

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Wzeszedł dla nich – ten miodowy miesiąc – ponad wodami jeziora słynącego jako cudowne tło dla miłosnych uniesień, więc rozpierała ich duma, że i oni wybrali sobie tę scenerię.

– Żeby zaryzykować taki eksperyment, trzeba było być albo całkowicie pozbawionym poczucia humoru, albo mieć je tak świetne jak my – stwierdziła Susy Lansing, kiedy stali oparci o nieodłączną w takich przypadkach marmurową balustradę i patrzyli, jak to opiekuńcze ciało niebieskie rozsnuwa w dole, na wodzie, magiczny dywan.

– Owszem… Nie wspominając o tym, że Strefford udostępnił nam willę – dorzucił jej małżonek, po czym uniósł wzrok, by spojrzeć przez gałęzie na długą, niską smugę bladości, która dzięki światłu księżyca przybierała kształt białej fasady domu.

– Oj, przecież mieliśmy aż pięć miejsc do wyboru. Wliczając w to mieszkanie w Chicago.

– Owszem… Aż dziw bierze. – Położył dłoń na jej dłoni, a jego dotyk pobudził w niej na nowo uczucie zadziwionej euforii, które zawsze ogarniało ją, gdy omawiali szczegóły tej przygody… Swoim zwyczajem dodała jedynie, jak zawsze żartobliwym tonem:

– A nie licząc tamtego mieszkania (w końcu nie lubię się chwalić), pomyśl tylko o pozostałych: wersalskie lokum Violet Melrose, willa twojej ciotki w Monte Carlo… No i na dodatek wrzosowisko!

Zdawała sobie sprawę, że wrzosowisko dorzuciła niepewnie, a jednocześnie z przesadnym naciskiem, jak gdyby nie chciała, by mąż posądził ją o próbę przemyślnego odwrócenia uwagi od tego szczegółu. On jednak widocznie wcale nie miał takiego zamiaru, stwierdził jedynie:

– Biedny Fred!

Susy niedbale westchnęła:

– No cóż…

Wciąż ściskał jej dłoń i przez dłuższą chwilę, kiedy nic nie mówiąc, trwali w otaczającym ich pięknie nocy, Susy zdawała sobie sprawę jedynie z ciepłych prądów przebiegających między nimi, podczas gdy światło księżyca rzucało magiczną strugę przez całą długość jeziora.

Wreszcie Nick Lansing przemówił znowu:

– W maju Wersal nie wchodzi w grę: w ciągu dwudziestu czterech godzin zostalibyśmy zdeptani przez całą naszą paryską zgraję. Monte Carlo odpadło, ponieważ właśnie tego się wszyscy po nas spodziewali. Tak więc, z całym szacunkiem, nietrudno było zdecydować się na Como.

Jego żona natychmiast przeciwstawiła się takiemu umniejszaniu jej zasług.

– Pozwól, że ci przypomnę, jak strasznie cię trzeba było przekonywać, że możemy zaryzykować kompromitację nad Como!

– Cóż, sam wolałem coś skromniejszego, przynajmniej tak myślałem, dopóki tu nie dotarliśmy. Teraz, gdy już tu jestem, mogę spokojnie stwierdzić, że o ile nie jest się całkowicie szczęśliwym, to miejsce rzeczywiście może wydawać się zupełnie groteskowe, natomiast gdy już się tu przybędzie… Wtedy, cóż… Wtedy nada się jak każde inne.

Przytaknęła mu z radosnym westchnieniem.

– I trzeba przyznać, że Streffy przepięknie tu wszystko urządził. Nawet te cygara… Jak myślisz, od kogo je dostał? – zapytała, po czym dodała w zamyśleniu: – Będzie ci ich strasznie brakować, kiedy przyjdzie nam stąd wyjechać.

– Nie rozmawiajmy dziś o wyjeździe! Przecież teraz nie podlegamy władzy czasu i przestrzeni… Powąchaj tylko! Wokół tyle bezcennych woni… Toż to warte gwinei za flakon. Co to jest? Stefanotis?

– T…tak… Chyba. Albo gardenie… O! Popatrz! Świetliki! Tam… przed taflą księżycowej poświaty, na jeziorze. Srebrne jabłka w sieci złotej… – Nachylili się oboje. Od ramion po koniuszki palców stanowili jedno ciało, a ich oczy utkwione były w kuszącym połysku fal ogromnego jeziora.

– W takiej chwili – stwierdził Lansing – zdzierżyłbym nawet śpiew słowika…

Z magnolii za nimi doszło ciche ptasie pocharkiwanie. Powyżej w laurowym gąszczu rozległa się długa, przeciągła odpowiedź.

– Na ich śpiew już trochę za późno: my dopiero zaczynamy, ale one już kończą.

Susy roześmiała się.

– Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie chwila naszego rozstania, my równie słodko się pożegnamy.

Jej mąż już miał wyjaśnić, że ptaki wcale się nie żegnają, jedynie kończą koncertowanie, by zająć się sprawami rodzinnymi. Jednak jako że ani on, ani Susy nie mieli tego w planach, zaśmiał się tylko i mocniej przytulił żonę.

Wiosenna noc ogarnęła ich swym ramieniem i złączyła w uścisku. Stopniowo zmarszczki na jeziorze wygładziły się, a powierzchnia wody stała się jedwabiście gładka. Wysoko ponad górami, na niebie utkanym niknącymi gwiazdami, księżyc ze złotego zmieniał się w biały. Po przeciwnej stronie jeziora jedno po drugim gasły światła małego miasteczka, odległy brzeg stał się dryfującą w oddali ciemnością. Lekka bryza musnęła ich twarze, niosąc ze sobą zapachy, a wraz z nią ponad wodą unosiły się co chwila kolejne wielkie, białe ćmy, przypominające dryfujące płatki magnolii. Słowiki zamilkły i nagle ciurkanie przydomowej fontanny wydało się niezwykle natarczywe.

Susy pod wpływem wizji, które ją otoczyły, odezwała się przeciągłym głosem:

– Tak sobie pomyślałam… – rzekła – że jeszcze rok powinno nam się udać.

Jej mąż nie zareagował na to zdziwieniem czy gniewem. Jego odpowiedź świadczyła nie tylko o tym, że ją zrozumiał, ale że i jego myśli cichaczem pomknęły w podobnym kierunku.

– Ale to nie licząc pereł po twojej babce? – zapytał.

– Owszem… nie licząc pereł.

Rozmyślał przez chwilę, po czym szepnął czule:

– Powiedz mi więc jak?

– Usiądźmy. Nie, nie tu… wolę na poduszkach.

Nick rozsiadł się na wiklinowej ławie, a ona usadowiła się na stercie poduch, po czym położyła głowę na kolanach męża. Gdy podniosła powieki, zobaczyła nad sobą oblane księżycowym blaskiem niebo, niczym srebro inkrustowane mocnym czarnym wzorem cedrowych gałęzi. Zewsząd emanował spokój, piękno i stabilność. Susy odczuwała własne szczęście tak intensywnie, że nieomal z ulgą przypomniała sobie niepewne podwaliny z rachunków i długów, na których wzrosła ta sielska konstrukcja.

– Ludzie z pieniędzmi na koncie nigdy nie mogą czuć się aż tak szczęśliwi – stwierdziła, pozwalając, aby blask księżyca oświetlił jej leniwie spuszczone rzęsy.

Susy Branch zawsze bała się ludzi z dużymi kwotami na koncie. Los chciał, że dla Susy Lansing też mieli stać się postrachem, i to w niebezpieczniejszy sposób. Nienawidziła ich, i to podwójnie: jako naturalnych wrogów ludzkości oraz jako tych, przed którymi zawsze trzeba było się płaszczyć. Spędziła wśród nich większą część życia – wiedziała o nich prawie wszystko i oceniała ich z wyrobioną przez dwadzieścia lat poddaństwa jasnością i pogardą. W tej jednak chwili jej nieprzychylność uśmierzał nie tylko łagodzący wpływ miłości, ale i to, że właśnie od takich ludzi udało jej się uzyskać znacznie, znacznie więcej, niż ona i Nick kiedykolwiek odważyli się zamarzyć, gdy snuli swe jakże ryzykowne plany.

– W końcu jesteśmy im to szczęście dłużni – stwierdziła.

Jej małżonek zatracił się w upojnym błogostanie chwili i nie ponowił pytania, ale ona nadal o tym rozmyślała. Rok – była pewna, że jeśli się trochę przyłoży, udałoby jej się załatwić wszystko tak, aby mogli zachować to wszystko jeszcze jeden calutki rok! „To” odnosiło się do ich małżeństwa, ich bycia razem z dala od nudziarzy i trosk. Łączyła ich przyjaźń, w której oboje już dawno rozpoznali źródło wielkiej przyjemności, a przynajmniej ona dotychczas nie domyślała się nawet, że tego typu relacja może pociągać za sobą aż tak głęboką harmonię.

Już podczas jednego z ich najwcześniejszych wspólnych spotkań – na którejś z kolacyjek uporczywie nazywanych przez Gillowów „literackimi” – gdy los zechciał, że posadzono ich obok siebie – Nick Lansing (o którym mówiło się, że „pisuje”) wydał jej się luksusem, na który Susy Branch-dziedziczka mogłaby sobie pozwolić tylko w szczytowym przejawie głupoty. Susy Branch-żebraczka uwielbiała wyobrażać sobie, jak jej wyśniony sobowtór zarządzałby wyimaginowanymi milionami – jednym z jej największych zarzutów wobec bogatych przyjaciół było to, że swoje fortuny wydawali w sposób tak pozbawiony wyobraźni.

„Wolałabym takiego męża niż jacht parowy!” – pomyślała pod koniec rozmowy z tym „pisującym” młodzieńcem. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nic, co kiedykolwiek wyszło lub wyjdzie spod jego pióra, nie będzie w stanie zapewnić jego potencjalnej małżonce niczego kosztowniejszego od drewnianej łódki (być może z parą wioseł).

„Jego małżonce!” – pomyślała. „Jeśli taka kiedykolwiek się objawi! Bo nie wydaje mi się kimś, kto ożeniłby się dla jachtu”.

Mimo burzliwej przeszłości Susy udało się zachować tyle wewnętrznej niezależności, że była w stanie wyczuć jej uśpione sygnały u innych oraz instynktownie przypisać je przedstawicielom płci przeciwnej, którzy akurat ją zainteresowali.

Żywiła swego rodzaju wrodzoną pogardę dla ludzi, którzy obnoszą się dumnie, że są w stanie zdzierżyć coś, co tak naprawdę jest dla nich jedynie lekką niedogodnością. Sama zamierzała kiedyś w końcu wyjść za mąż – ostatecznie nie da się do końca życia żerować na bogaczach. Postanowiła jednak poczekać z tym, aż uda jej się znaleźć kogoś, kto posiada jak największy majątek, a którego towarzystwo będzie przy tym choć odrobinę znośne.

Od razu zdała sobie sprawę, że Lansing jest przeciwieństwem tego ideału: biedny jak mysz kościelna, za to ze świecą by szukać lepszego kompana. Postanowiła więc widywać go tak często, na ile pozwalało jej pogmatwane i niecierpliwe życie – czyli dzięki jej przemyślnym knowaniom raczej często. Przez całą zimę spotykali się jednak tak wiele razy, że pewnego dnia pani Fredowa Gillow nagle i ostro dała Susy do zrozumienia, że „wystawia się na pośmiewisko”.

– Czyżby?… – Susy westchnęła głęboko, spoglądając swej przyjaciółce, a zarazem mecenasce, prosto w mocno umalowane oczy.

– A i owszem! – zawołała Ursula Gillow i wybuchnęła płaczem. – Zanim zaczęłaś się wtrącać, to mnie Nick tak strasznie lubił… Ja oczywiście nie zamierzam ci robić wyrzutów… Ale kiedy pomyślę…

Na to Susy nic nie odpowiedziała. Nie mogła odpowiedzieć, bowiem pogrążyła się we własnych myślach. Sukienkę, którą miała na sobie, dostała w podarku od Ursuli, i to jej samochód zawiózł je na przyjęcie, z którego właśnie wracały. Liczyła na to, że spędzi nadchodzący sierpień z Gillowami w Newport… Jedyną alternatywą było udać się do Kalifornii z Bockheimerami, którym dotychczas odmawiała nawet, gdy zapraszali ją na kolację.

– Cóż za nonsens, Ursulo! Wydaje ci się! A co do mojego wtrącania się… – Susy zawahała się, po czym dodała cicho: – Jeśli ma ci to sprawić radość, powiem mu, że nie będę go już tak często widywać… – Oddając Ursuli wdzięczny pocałunek, zniżyła się do najgłębszych nizin poddaństwa…

Susy Branch miała wręcz męski szacunek dla własnego słowa, toteż już następnego dnia przywdziała swój najbardziej twarzowy kapelusz i odwiedziła Nicka Lansinga u niego w mieszkaniu. Zamierzała dotrzymać złożonej Ursuli obietnicy, ale chciała przy tym wyglądać jak najładniej.

Wiedziała, kiedy można było zastać go w domu, jako że ostatnio ślęczał nad nużącym zleceniem dla popularnej encyklopedii (tomy od V do X) i powiedział jej, w które godziny poświęcał tej znienawidzonej robocie.

„Gdyby to przynajmniej była powieść!” – pomyślała, wspinając się na górę po jego obskurnej klatce schodowej. Zaraz jednak stwierdziła, że gdyby to była książka, którą dałaby radę przeczytać, nie wzbogaciłby się na niej tak jak na encyklopedii. Panna Branch miała wobec literatury dość wysokie oczekiwania…

Mieszkanie, do którego została przez Lansinga wprowadzona, okazało się znacznie czystsze od klatki schodowej, choć niewiele mniej obskurne. Wiedząc, że pasją gospodarza jest archeologia orientu, Susy wyobrażała sobie, że zastanie go w pustym pokoju przystrojonym jedynie samotną, nieskazitelnie kształtną chińską wazą czy też innym cennym okazem azjatyckiej ceramiki. Jednak w mieszkaniu nie było takich uszlachetniających elementów, a właściciel nawet nie próbował ukryć szczerego ubóstwa swej sypialnio-
-bawialni.

Lansing przywitał ją z niekłamaną radością, natomiast najwyraźniej zupełnie nie obchodziło go zdanie gościa o jego meblach. Zdawał się jedynie uważać, że spotkało go niebywałe szczęście, że dano mu tak niespodziewanie ją zobaczyć. Przez to tym przykrzej było Susy dopełnić złożonej Ursuli obietnicy; i tym bardziej rada była, że ma na sobie najpiękniejsze nakrycie głowy. Przez chwilę milczała, przyglądając mu się tylko spod kapelusza.

Choć darzyli się nawzajem bardzo ciepłymi uczuciami, Lansing dotychczas nie wspominał o miłości. To jednak nie mogło powstrzymać jego gościa, bo Susy nie miała w zwyczaju owijać niczego w bawełnę – o ile nie stały za tym jakieś towarzyskie czy finansowe powody. Dlatego też po chwili wyjawiła mu cel wizyty. Było jej bardzo przykro, ale przecież sytuacja wydawała się jasna. Ursula Gallow jest zazdrosna, więc muszą przestać się spotykać.

Wybuch śmiechu był dla Susy niczym balsam dla uszu – w końcu skrycie obawiała się, że oddanie Ursuli mogło być dla niego równie cenne i ważne co praca nad encyklopedią.

– To jakaś szaleńcza pomyłka! Słowo honoru! Poza wszystkim nie wierzę, żeby ona mogła akurat mnie mieć na myśli… – bronił się Nick. Susy jednak, odzyskawszy pewność, odzyskała również trzeźwość myślenia, i czym prędzej ucięła jego zapewnienia.

– Proszę mi uwierzyć, w takich chwilach Ursula mówi niezwykle jasno i wyraźnie. A pana osobiste zdanie na ten temat nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, w co ona sama wierzy.

– Bzdura! Przecież ja też muszę tu mieć coś do powiedzenia!

Susy powoli i w skupieniu rozejrzała się po pokoju. Nie było w nim nic, co by świadczyło, że mężczyzna kiedykolwiek posiadał choć pół zbędnego dolara… Ani że zwykł przyjmować jakiekolwiek podarki.

– Z mojego punktu widzenia nic a nic – odrzekła w końcu.

– Jak to? Ja jestem wolny jak ptak…

– Ale ja nie.

Zamyślił się.

– Cóż, w takim razie… Jedyne, co mnie dziwi – dodał oschle – to że akurat pani Gillow składa zażalenia.

– A nie mój narzeczony milioner? Och, nie mam żadnego narzeczonego. Pod tym względem jestem tak samo wolna jak pan.

– W takim razie czyż nie wystarczy, byśmy oboje pozostali wolni?

Susy zmarszczyła brwi. Wyglądało na to, że zadanie będzie trudniejsze, niż przewidywała.

– Powiedziałam tylko, że akurat pod tym względem jestem wolna. Nie wychodzę za mąż… Pan też, o ile mi wiadomo, się nie żeni?

– Przebóg! Oczywiście, że nie! – zawołał gorąco.

– Ale to nie zawsze oznacza wolność całkowitą…

Stał tuż nad nią. Opierał się łokciem o paskudny czarny marmurowy łuk zdobiący wygasły kominek. Kiedy podniosła oczy na Nicka, zauważyła, że jego twarz poważnieje, i zarumieniła się.

– I to właśnie przyszła mi pani zakomunikować? – zapytał.

– Och, nie rozumie mnie pan… I zupełnie nie pojmuję, dlaczego nie. Przecież już tyle czasu mamy do czynienia z tymi samymi ludźmi… – Wstała i instynktownie dotknęła jego ramienia. – Chciałabym, aby pan mi to ułatwił…

Ani się nie poruszył, ani nie dotknął jej dłoni.

– Mam pani pomóc? Pomóc pani powiedzieć, że biedna Ursula to marny pretekst, że naprawdę jest ktoś, kto z takiej czy innej przyczyny ma rzeczywiste prawo przeciwstawić się temu, byśmy się zbyt często widywali?

Susy zaśmiała się niecierpliwie.

– Przemawia pan jak bohater jakiejś powieści, i to z tych, które zwykła czytywać moja guwernantka. Po pierwsze, ja nigdy nie uznałabym takiego prawa, jak to pan ujął. Nigdy, przenigdy!

– A jakie prawo pani uznaje? – spytał, a jego oblicze zaczęło się rozjaśniać.

– Jakie? Cóż, takie, jakie zapewne pan uznaje wobec swojego wydawcy! – Słysząc to, Lansing zaśmiał się głucho. Susy ciągnęła dalej:

– Nazwijmy to prawem interesów. Ursula robi dla mnie niemało. Pół roku z niej żyję. Mam na sobie sukienkę, którą od niej dostałam. Jej auto zawiezie mnie dziś wieczór na kolację. Najbliższe lato spędzę w Newport właśnie z nią… Bo w przeciwnym razie będę musiała pojechać do Kalifornii z Bockheimerami. Tak więc: żegnam pana!

Nagle cała we łzach wymknęła się na klatkę schodową i zbiegła trzy piętra, nim zdołał ją powstrzymać – choć gdy potem o tym myślała, nie mogła sobie przypomnieć, czy nawet próbował. Pamiętała jedynie, że przez dłuższą chwilę stała w ostrym zimowym świetle na rogu Piątej Alei i – czekając, aż będzie mogła przekroczyć rwący potok aut wiozących modne damy – myślała gorzko: „A przecież mogłam obiecać Ursuli i mimo to go widywać…”.

Jednak gdy nazajutrz Lansing napisał do niej, błagając o spotkanie, Susy zareagowała przyjazną, lecz nieugiętą odmową. Wkrótce udało jej się załatwić, aby ktoś zabrał ją na dwa tygodnie na narty do Kanady, a potem na sześć tygodni na barkę na Florydę…

Wspomnienie Florydy natychmiast przywołało wizję wody lśniącej w blasku księżyca, zapachu magnolii i ciepłego powietrza. To wszystko łączyło się teraz z otaczającą ją ze wszech stron słodyczą i rzucało senne zaklęcie na jej powieki. Owszem, musieli pokonać wiele przeciwności, ale wszystko to już mieli za sobą. Teraz była tu, bezpieczna i szczęśliwa, i do tego z Nickiem. Jej głowa spoczywała na jego kolanach, a mieli przed sobą rok… Cały, calutki rok…

– I to nie licząc pereł… – szepnęła, po czym zamknęła oczy…

Okładka

Rozdział 3

Ich miesiąc nad Como dobiegał końca, zostało już tylko kilka godzin. Aż do ostatniej chwili mieli nadzieję na przedłużenie pobytu; jednak gościnny Streffy nie był w stanie udostępnić im willi na dłużej, udało mu się wynegocjować niebotyczną cenę za wynajem jej jakimś paskudnym tułającym się po świecie bogaczom, którzy mieli czelność upierać się przy ustalonym zawczasu terminie.

O wschodzie słońca Lansing zostawił śpiącą Susy i zszedł do jeziora, aby popływać w nim po raz ostatni. Gdy skierował się w stronę domu, spojrzał na rozciągający się powyżej ogród pełen kwiatów, na długi, niski budynek, ponad którym wznosił się las cyprysów, w końcu na okno sypialni, gdzie wciąż spała jego żona. Ten miesiąc był wspaniały, a ich radość równie wyjątkowa, równie niewyobrażalnie pełna, co roztaczający się przed Nickiem widok. Lansing zanurzył brodę w rozświetlonych słonecznym światłem falach i westchnął z ukontentowania…

Żal było wyjeżdżać z miejsca, w którym było im tak cudownie, jednakże czekający ich kolejny cel zapowiadał się nie mniej wspaniale. Susy była prawdziwą czarodziejką: wszystkie jej przepowiednie się spełniły. Wręcz zasypywano ich propozycjami mieszkania: zewsząd pojawiały się dobre dusze, które oferowały im wszystko, od piano nobile w Wenecji po wakacyjną chatę w górach Adirondacks. Na chwilę obecną postanowili przyjąć pierwszą propozycję. Poza wszystkim innym nie chcieli ryzykować wydatku w postaci podróży przez Atlantyk; tak więc teraz kierowali się do palazzo Nelsonów Vanderlynów na Giudecce. Ustalili, że ze względów finansowych najrozsądniej będzie spędzić najbliższą zimę w Nowym Jorku. To pozwoli im pozostać na widoku, a niewykluczone, że zaowocuje kolejnymi zaproszeniami. Susy miała nawet na oku pewne wygodne mieszkanko należące do dość często wyjeżdżającej kuzynki, którą (przy odrobinie taktu i po złożeniu obietnicy, że nie przemęczą kucharki) na pewno uda się skłonić do złożenia im propozycji zaopiekowania się lokum. Chwilowo jednak konieczność takiego planowania majaczyła wciąż daleko na horyzoncie, a tym, co Lansingowi najlepiej udało się wypracować przez dwadzieścia osiem lat żywota, była zdolność do całkowitego i beztroskiego życia chwilą…

Ostatnio być może częściej niż zazwyczaj próbował spoglądać w przyszłość, głównie ze względu na Susy. Kiedy się pobierali, zamierzał i do siebie, i do niej stosować swe zwykłe filozoficzne podejście, zdawał sobie też sprawę, że miałaby mu za złe, gdyby wiedziała, że ich partnerski układ jest dla niego źródłem pewnego niepokoju. Jednak odkąd byli razem, żona odsłoniła przed nim pewne elementy swej przeszłości, które wzbudziły w nim zażartą chęć chronienia i zabezpieczenia jej przyszłości. Nie mógł znieść myśli, że przez konieczność zawierania kompromisów, na które oboje byli skazani, tak wspaniała i dzielna istota mogłaby podupaść na duchu i stracić blask. Dopóki to dotyczyło tylko jego samego, Lansing zupełnie się tym nie przejmował, ułożył sobie prowizoryczne zasady postępowania, krótki zestaw przyzwoleń i zakazów, który niezmiernie ułatwiał mu funkcjonowanie. Istniały rzeczy, na które gotów był się zgodzić, aby osiągnąć konkretne i niedostępne bez tych wyrzeczeń cele, oraz zasady, których nie złamałby za żadne skarby. Teraz jednak zauważył, że w przypadku kobiet sprawa zapewne wygląda trochę inaczej. Po pierwsze pokusy mogą być silniejsze, a ich koszt odpowiednio wyższy. Do tego granica pomiędzy tym, na co można się zgodzić, a na co nie, jest znacznie lżej zarysowana i bardziej zmienna. Susy została rzucona na pastwę świata w wieku lat siedemnastu, a jedyną osobą, która mogła dawać jej jakiekolwiek moralne wskazówki, był jej ojciec, nędzny utracjusz. Choć na każdym kroku los kusił ją, by przekroczyć tę mało widoczną granicę przyzwoitości, udało jej się dotychczas tego nie zrobić – głównie dlatego, że żywiła wrodzoną pogardę dla większości pokus popychających ludzi do popełniania głupstw. „Że też posypał się dla takiego blichtru!” – tak oschle podsumowała przedwczesne zejście swego rodziciela. Co prawda już z góry zaakceptowała konieczność poddania się w imię jakichś korzyści, zawzięcie rozróżniała jednak, dla których celów to się opłacało, a dla których nie.

Lansing z początku uważał to podejście za urocze – teraz jednak zaczęło ono wywoływać u niego niejasny niepokój. Na razie solidny pancerz skrupulatności zdołał ją ochronić od napotkanych dotychczas niebezpieczeństw, jednak co się stanie, jeśli inne, subtelniejsze zagrożenia natrafią na pęknięcie? Czy w jej delikatnych przekonaniach można znaleźć odpowiednik jego własnych zasad? Czy jej umiłowanie tego, co najlepsze, najpiękniejsze i najbardziej wyjątkowe, zawiedzie ją kiedyś na manowce? A co się stanie, jeśli żona napotka coś, co nie będzie „blichtrem” – czy aby wtedy zawaha się, zanim się dla tego „posypie”?

Postanowił dotrzymać umowy, że żadne z nich nie stanie drugiemu na drodze do wykorzystania napotkanej „okazji”. Jednak co, jeśli ona takową napotka, a on jej nie zaaprobuje? Z całego serca pragnął dla żony tego, co najlepsze, jednak w ciągu wspólnego miesiąca – niepostrzeżenie i niemądrze – jego pojęcie na temat tego, co „najlepsze”, uległo zmianie.

Leniwie zmierzał ku brzegowi. Było jednak tak wspaniale, że kilka jardów od pomostu chwycił się linki cumowniczej łódki Streffy’ego i unosił się na wodzie, z głową zaprzątniętą myślami… Straszna szkoda, że muszą już jechać, zapewne to ten żal skłonił go do tego bezsensownego szukania dziury w całym. Przecież w Wenecji też będzie przepysznie… Choć nigdzie równie słodko co tu. A do tego mieli przed sobą cały rok… choć z tego roku miesiąc już minął.

Niechętnie dopłynął do brzegu, wszedł do domu i otworzył okno utrzymanego w chłodnych barwach salonu. Wokół widać już było oznaki zbliżającego się wyjazdu. W korytarzu stały kufry, na schodach leżały rakiety tenisowe. Na werandzie kucharka Giulietta próbowała obiema rękami dopiąć wciąż odmawiającą posłuszeństwa torbę. Wszystko to dało mu chłodne poczucie odrealnienia, jak gdyby miniony miesiąc był jedynie oglądanym w teatrze przedstawieniem, a teraz scenografię ściągano i odwożono za kulisy, by po chwili wnieść inne dekoracje – do sztuki, w której ani jemu, ani Susy nie dane już było odgrywać żadnej roli.

Kiedy ubrany i głodny zszedł na taras, gdzie czekała go już kawa, odzyskał swoje zwykłe, przyjemne poczucie bezpieczeństwa. Siedziała tam i Susy, rześka i radosna, z różą przypiętą do piersi i promieniami słońca we włosach. Była pogrążona w lekturze przewodnika kolejowego Bradshawa, ale zamachała do niego czule zza śniadania. W końcu podniosła wzrok i rzekła:

– Załatwiłam! Tak… Myślę, że może nam się udać.

– Co może nam się udać?

– Zdążyć na pociąg w Mediolanie. Jeśli punkt dziesiąta wsiądziemy do auta.

Zdziwił się.

– Auta? Jakiego auta?

– Auta tych nowych gości… Lokatorów Streffy’ego. Nie powiedział mi, jak się nazywają, a szofer twierdzi, że nie potrafi wymówić ich nazwiska. On natomiast nazywa się Ottaviano, zaprzyjaźniliśmy się. Przyjechał w nocy. Powiedział, że jego państwo dotrą tu dopiero pod wieczór. Strasznie się ucieszył, że będzie mógł nas zawieźć do Mediolanu.

– Na miłość boską! – zawołał Lansing, gdy żona przestała mówić.

Ona, śmiejąc się, wstała od stołu.

– Wiem, że to wyścig z czasem, ale jeśli popędzisz teraz i dopakujesz swój kuferek, to musi się udać.

– Dobrze, ale zrozum… Ile to nas będzie kosztować?

Susy radośnie uniosła powieki.

– Na pewno znacznie mniej niż bilety kolejowe. W Mediolanie mieszka ukochana Ottaviano, a biedaczyna nie widział jej aż pół roku. Kiedy mi to powiedział, od razu domyśliłam się, że i tak by się tam wybierał.

To bardzo sprytne z jej strony. Zaśmiał się. Ale dlaczego za każdym razem, gdy widział dowody, że jego żonie zawsze „uda się wszystko załatwić”, ogarniało go poczucie lęku?

„Cóż – pomyślał – ona ma rację: kierowca i tak by pojechał do Mediolanu”.

Na górze, w drodze do garderoby, zastał Susy w chmurze eleganckich fatałaszków, które właśnie zręcznie i stanowczo dopychała do kuferka. Nigdy jeszcze nie widział kogoś, kto potrafiłby się równie przemyślnie spakować. Udawało jej się zmusić oporne przedmioty do zmieszczenia się w kufrze zupełnie tak, jak potrafiła pomieścić liczne sprzeczności we własnym życiu.

Często powtarzała:

– Kiedy już stanę się bogata, najbardziej będzie mnie denerwowało, gdy jakaś głupia służąca będzie próbowała mnie spakować.

Kiedy koło niej przechodził, żona spojrzała na niego przez ramię. Jej twarz była aż różowa z wysiłku. Z otchłani wydobyła pudełko cygar.

– Kochanie, weź, proszę, kilka do kieszeni na napiwek dla Ottaviano.

Lansing osłupiał.

– Co ty, na miłość boską, wyprawiasz z cygarami Streffy’ego?

– Pakuję je, naturalnie… Chyba nie sądzisz, że chciałby je zostawić dla tych obcych? – Popatrzyła na niego z niekłamanym zdziwieniem.

– Nie wiem, jaki on miał zamiar… Ale one nie są nasze…

Żona dalej wpatrywała się w niego ze zdziwieniem.

– Nie rozumiem, dlaczego traktujesz to wszystko tak śmiertelnie poważnie. Przecież te cygara raczej nie należą do Streffy’ego… Z pewnością wycyganił je od jakiegoś podejrzanego koleżki. A przecież z pewnością nie chce, aby dostały się w cudze ręce.

– Nonsens! Jeśli nie są Streffy’ego, to tym bardziej nie są moje. Proszę, kochanie, oddaj mi je.

– Jak chcesz. Choć według mnie to zmarnowanie dobrych cygar… Możesz mieć pewność, że ci nowi też ich nie dostaną… Na pewno zatroszczy się o to szanowny pan ogrodnik na spółkę z kochasiem Giulietty!

Lansing odwrócił od niej wzrok i przeniósł go na fale koronek i muślinów, spośród których Susy wyłaniała się niczym nereida.

– Ile pudełek zostało?

– Tylko cztery.

– Wypakuj je, proszę.

Zanim się ruszyła, nastąpiła długa, pełna napięcia chwila, podczas której Lansing zaczął zdawać sobie sprawę, że ten gniew jest nieproporcjonalny do całego problemu. To jednak tylko rozgniewało go jeszcze bardziej.

Podała mu pudełko.

– Pozostałe są na dole, w twoim bagażu. Już wszystko zamknięte i pozwiązywane.

– A więc daj klucz.

– A nie możemy ich odesłać już z Wenecji? Ten zamek jest taki okropny: będziesz się z nim szamotał z pół godziny…

– Daj klucz, proszę.

Poddała się.

Zszedł na dół i – jak przewidziała Susy – walczył z zamkiem dokładnie pół godziny. Przyglądała się temu zadziwiona Giulietta oraz złośliwie szczerzący się szofer, który raz po raz stawał na progu i uprzejmie przypominał, ile zajmuje podróż do Mediolanu. Wreszcie klucz udało się przekręcić i Lansing – spocony i z połamanymi paznokciami – wyciągnął cygara i pokuśtykał z nimi do opustoszałego salonu. Ogromne bukiety złocistych róż, które dzień wcześniej nazbierał z Susy, zrzucały już swe płatki na marmurową posadzkę, pomiędzy oknami stały alabastrowe tazze z wodą, po której pływały blade kamelie, a bryza znad jeziora przywiodła ku niemu zniewalające zapachy z ogrodu. Jak nigdy, niewielka rezydencja Streffy’ego przypominała gniazdko rozkoszy. Lansing odłożył pudełka z cygarami na kominek i pobiegł na górę, aby zabrać swoje pozostałe drobiazgi. Kiedy znów zszedł, zastał żonę siedzącą z dumnym spojrzeniem zdobywcy w pożyczonym rydwanie. Bagaże zostały już przemyślnie pochowane, a Giulietta i ogrodnik całowali jej dłonie i żegnali się wśród szlochów.

„Ciekawe, co im dała” – pomyślał. Wskoczył do samochodu na miejsce koło niej i ruszyli przez pełny słowików gaj w stronę bramy.

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Lansing wyrzucił do jeziora końcówkę drogiego cygara Strefforda i nachylił się nad żoną. Biedna dziecina! Zasnęła… Odchylił się i raz jeszcze zerknął na zalane srebrną poświatą niebo. Jakie to dziwne – jak niewysłowienie dziwaczne! Pomyśleć, że ten blask pochodzi od ich miodowego miesiąca! A przecież gdyby rok wcześniej ktoś wywróżył mu, że zaryzykuje taki wybryk, sam prosiłby, by przy pojawieniu się pierwszych objawów zamknąć go u czubków…

Wciąż nie miał najmniejszych wątpliwości, że ich obecna przygoda jest istnym szaleństwem. Susy mogła mu oczywiście dwadzieścia razy dziennie przypominać, że im się udało – a więc na cóż mogły się zdać dalsze obawy? Jednak mimo dalekowzroczności i sprytu żony, mimo obecnego szczęścia zdawał sobie sprawę, że w przyszłości czekają ich chwile, w których trzeźwe myślenie na nic się nie zda. Siedząc teraz w letnim blasku księżyca, z głową Susy na kolanach, próbował podsumować zwycięskie kroki, które zaprowadziły ich na taras Streffy’ego z cudownym widokiem na jezioro.

U Lansinga wszystko bez wątpienia zaczęło się od tego, że skończywszy Harvard, powziął gorące postanowienie, aby niczego nie przegapić. W zasięgu ręki miał wiecznie zielone Drzewo Życia, spod korzeni którego wypływały Cztery Rzeki, a on po każdej chciał płynąć swym małym skiffem. Na dwóch nie udało mu się dopłynąć zbyt daleko, żeglując po trzeciej prawie utknął w błocie, czwarta natomiast zawiodła go do samego centrum wspaniałości. Ta czwarta rzeka była potokiem jego bujnej wyobraźni, niewyczerpanym strumieniem zainteresowania każdą formą piękna, osobliwości czy głupoty. W tym nurcie, usadowiony w swej statecznej, choć ubogiej łupince uprawianego rzemiosła, swej nieistotności i niezależności, przeżył najznakomitsze wyprawy… I kiedy Susy Branch – z którą zadawał się przez cały nowojorski sezon, jako że była najładniejszą i najdowcipniejszą dziewczyną w polu widzenia – zaskoczyła go tym, że łączyła w sobie sprzeczne poglądy: nowoczesny oportunizm i staroświecką uczciwość, Nick poczuł nieodpartą chęć wyruszenia w kolejny rejs w nieznane…

Właśnie w świetle tej przygody postanowił po jej krótkiej wizycie dotrzymać obietnicy i zrezygnować z prób doprowadzenia do kolejnego spotkania. Bezpośredniość dziewczyny niekoniecznie pchnęła go do naśladowania tej postawy, rozumiał jednak położenie Susy – i jej współczuł. Doskonale zdawał sobie sprawę, że popularność tych, co nie mają grosza przy duszy, jest niesamowicie krucha, i rozumiał, jak bardzo dziewczyna w położeniu Susy uzależniona jest od cudzych humorów i zachcianek. Łączyło ich to, że aby spełnić swe pragnienia, oboje często musieli znosić przykrości. Jednak dotrzymanie słowa okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Susy Branch stała się jego cudownym nałogiem, fascynującym wyjątkiem, jako że inne stałe elementy jego życia okazały się niezmiernie nudne. Jej brak nagle uświadomił mu, że i jego własne środki się kurczyły. Większość tego, co kiedyś sprawiało mu przyjemność, teraz bawiło go coraz mniej. To, co kiedyś uważał za wspaniałe i interesujące, teraz wydało mu się równie powszednie i pospolite jak jakieś wiejskie przedstawienie. To natomiast, co nie straciło dla niego uroku – dalekie podróże, podziwianie dzieł sztuki, poznawanie nowych miejsc i dziwacznych kręgów – stawało się coraz mniej osiągalne. Lansing nigdy nie dysponował dużymi pieniędzmi, a i tak większą część szczątkowych funduszów wydał w pierwszych latach młodości. Najlepsze, co go mogło czekać w wieku średnim, to kiepsko płatne pisanie na zamówienie, uśmierzane krótkimi i oszczędnymi wakacjami. Wiedział, że jest ponadprzeciętnie inteligentny, ale równocześnie zdawał sobie sprawę, że jego talenty wcale nie należą do gwarantujących intratny zarobek. Wydany po znajomości cienki tomik sonetów sprzedał się jedynie w siedemdziesięciu egzemplarzach, a choć wokół jego eseju pod tytułem Wpływy chińskie w sztuce greckiej zrobiło się trochę szumu, zaowocowało to jedynie kontrowersyjną korespondencją oraz kilkoma zaproszeniami na kolację i nie przyniosło żadnych materialnych korzyści. Krótko mówiąc: nic nie wróżyło, by kiedykolwiek mógł mieć nadzieję na jakiekolwiek solidne zarobki. Ta wizja pełnej ograniczeń przyszłości sprawiła, że tym bardziej cenił swą przyjaźń z Susy Branch. Tak jak wszyscy – choć nie tak powierzchownie jak pozostali – czerpał przyjemność z patrzenia na nią i słuchania jej; ponadto wyczuwał jednak pomiędzy nimi coś w rodzaju wolnomularskiej więzi wynikającej ze wspólnego, wyjątkowo tolerancyjnego, a zarazem ironicznego podejścia do życia. Oboje we wczesnej młodości poznali się na świecie, w którym przyszło im się obracać, wiedzieli, ile był dla nich wart i dlaczego. Ta wspólnota poglądów i celów ostatecznie scementowała ich zażyłość. A teraz przez jakąś zazdrosną zachciankę niezaspokojonej idiotki – co do której, jak każdy młody mężczyzna mający zwyczaj odpłacać za kilka smacznych posiłków dobrymi manierami, Nick nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia – miał stracić jedyną prawdziwą, pełną przyjaźń, jakiej dane mu było doświadczyć…

Jego myśli nie zatrzymały się na tym wspomnieniu. Przypomniał sobie tę długą, żmudną nowojorską wiosnę po rozstaniu z Susy, to męczące dopracowywanie ostatnich artykułów, te poniżające poszukiwania najtańszych i możliwie najmniej nudnych wakacji. W końcu pomyślał, jakim niebywałym szczęściem okazała się podjęta niechętnie i na ostatnią chwilę decyzja, aby tamtą niedzielę spędzić z nieszczęsnymi Natami Fulmerami w dziczy New Hampshire. Bowiem tam zastał Susy – czyli ostatnią osobę, którą spodziewał się zastać w gronie znajomych Fulmerów!

Dziewczyna zachowała się bardzo grzecznie – i on potrafił ładnie się znaleźć – lecz nie ulegało wątpliwości, że to niespodziewane spotkanie sprawiło obojgu zdecydowanie zbyt dużo radości. Do tego jakże dziwnie było przebywać z nią w domu Fulmerów, z dala od wielkich luksusów, do których oboje przywykli, w zatłoczonej chatynce, gdzie na werandzie gospodarz urządził sobie pracownię, a gospodyni ćwiczyła grę na skrzypcach w jadalni, gdzie ich pięcioro wszechobecnych dzieci właziło w każdy kąt, krzyczało, trąbiło i wrzucało kijanki do dzbanków z wodą, gdzie obiad był zawsze spóźniony o dwie godziny, a w dodatku niesmaczny, bo włoski kucharz pozował akurat Fulmerowi.

W pierwszej chwili Lansing stwierdził, że spotkanie Susy w takich okolicznościach będzie najlepszym lekarstwem na żal z powodu decyzji o rozstaniu. Przypadek Fulmerów był doskonałą nauczką, idealnym przykładem tego, co się dzieje z ludźmi, którzy potracili dla siebie głowy i zmysły. Biedny Nat, którego obrazów nikt nie kupował, strasznie zdziadział, a Grace – zaledwie dwudziestodziewięcioletnia! – mogła już jedynie budzić westchnienia współczucia i wspomnienia, że przecież kiedyś była taka śliczna.

Jednak pech chciał, że teraz Nat jak nigdy dotąd był duszą towarzystwa, a Grace jak nigdy dotąd była beztroska i żyła muzyką. Na domiar złego, mimo tego harmidru i chaosu, złego jedzenia i szaleńczych niewygód w ich towarzystwie i Nick, i Susy bawili się stokroć lepiej niż na tych wszystkich eleganckich, dopiętych na ostatni guzik przyjęciach, podczas których tak często ziewali.

Prawie z ulgą przyjął to, że już drugiego popołudnia panna Branch zaciągnęła go do wąskiej sieni i szepnęła:

– Naprawdę nie mogę już dłużej zdzierżyć tego połączenia skrzypiec Grace z klaksonikiem Nata juniora… Ucieknijmy stąd, nim ten duet się skończy!

– Ciekawe, jak oni to wszystko znoszą? – zapytał nieczule, gdy szli ścieżką wśród drzew za domem.

– Może przydałoby się spróbować odkryć ten sekret – stwierdziła z zadziornym uśmiechem.

On jednak postanowił być nieugięcie sceptyczny.

– Och, daję im jeszcze rok, góra dwa… Więcej nie wytrzymają! Jego obrazów przecież nikt nigdy nie kupi, nawet nie posyła ich na wystawy.

– Może i racja… A ona nigdy nie znajdzie czasu, żeby mieć jakikolwiek pożytek ze swoich uzdolnień muzycznych.

Dotarli do skupiska sosen wysoko ponad skalną półką, na której stał dom. Wokół roztaczał się dziki krajobraz wypełniony nieskończoną liczbą identycznych zalesionych wzgórz.

– Pomyśleć, że oni muszą tu mieszkać cały rok! – jęknął Lansing.

– Prawda? Ale nie zapominajmy, że alternatywą jest tułanie się po świecie z okropnymi ludźmi!

– O, tak. Ja na przykład byłem w Indiach z Mortimerem Hicksem i jego rodziną. Ale to była jedyna okazja, więc, do diabła, co innego mogłem zrobić?

– Chciałabym wiedzieć! – westchnęła, pomyślawszy o Bockheimerach. Nick zwrócił się do niej pytająco.

– Co takiego?

– Chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. Co można zrobić, kiedy zna się obie strony medalu… Gdy zna się wszystkie strony tego problemu.

Usiedli pod sosnami na skale z widokiem, Lansing widział jednak tylko ruch jej brązowych rzęs ocieniających policzki.

– Być może więc Nat i Grace mogli mimo wszystko znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji?

– Jak mogę to stwierdzić, skoro mówiłam, że widzę wszystkie strony… Ja oczywiście – dodała pospiesznie – nie wytrzymałabym w takich warunkach nawet tygodnia. Ale to wspaniałe, że im to wcale nie przeszkadza.

– Nie ulega wątpliwości, że Nat nigdy wcześniej tak nie błyszczał. A ona jeszcze lepiej się trzyma – stwierdził. – Cóż, z pewnością to po części nasza zasługa.

– Owszem… Chyba że to oni mają na nas dobry wpływ. Ciekawe, co okaże się prawdą!

Nick przypomniał sobie, że siedzieli wówczas przez dłuższy czas bez słowa, a ciszę przerwał dopiero jego chłopięcy wybuch przeciwko tyranii panującego porządku, zakończony gorącym pytaniem, czy skoro ani ona, ani on nie są w stanie tego ładu zmienić, i oboje zdają sobie sprawę, jak się rzeczy mają, głupstwem byłoby nie skorzystać z możliwości osiągnięcia szczęścia jedyną dostępną im metodą. Nie pamiętał, czy Susy udzieliła na to jakiejś jednoznacznej odpowiedzi, pamiętał natomiast, że po milczeniu, które potem zapanowało, zwieńczonym nagle pocałunkiem, usłyszał, że dziewczyna szepce pod nosem:

– Cóż, nie wiem, czy ktoś kiedyś próbował zrobić coś takiego, ale właściwie moglibyśmy…

Wtedy też wyłożyła mu plan eksperymentu, którym od tej chwili się zajmowali.

Zaczęła od oświadczenia, że sama nigdy nie przystanie na życie w tak skrytym szczęściu, i podała powody z typową dla siebie jasnością rozumowania. Po pierwsze, zamierzała kiedyś wyjść za mąż – a gdy tak się stanie, chciała, aby był to, jak ujęła, uczciwy interes. Po drugie: jeśli chodzi o miłość, to nigdy nie odda się nikomu, na kim by jej nie zależało, a jeśli miała ją już ta radość spotkać, nie pozwoli, aby konieczność kłamania, knucia i ukrywania przyćmiła jej przyjemność.

– Za dużo już takich rzeczy widziałam. Połowa moich koleżanek mających kochanków ma ich właśnie dla samej przyjemności ukrywania się i kłamania. Za to druga połowa jest przez to nieszczęśliwa. Ja w takiej sytuacji na pewno byłabym nieszczęśliwa.

I teraz wyjawiła mu sedno swego planu. Dlaczegóż nie mieliby się pobrać? Wtedy, choć na krótko, należeliby do siebie otwarcie i uczciwie; a obiecaliby sobie, że jeśli któreś z nich będzie miało okazję związać się z lepszą partią, to zostanie natychmiast przez drugie zwolnione. Prawo obowiązujące w ich kraju ułatwiało takie konszachty, a i społeczeństwo zaczęło przyjmować je równie pobłażliwie co legislatura. Mówiąc o tym, Susy coraz bardziej przekonywała się do swego pomysłu; na poczekaniu wprowadzała doń coraz to nowe ulepszenia i dostrzegała kolejne możliwości.

– Uważam, że w pewnym stopniu będziemy dla siebie pomocą, a nie przeszkodą – tłumaczyła z zapałem. – Oboje dobrze wiemy, jak działa ten światek, a to, co umknie jednemu, zapewne drugie zauważy. Mam na myśli przeróżne okazje. A do tego pomyśl, jaką sensację wywoła nasze małżeństwo! Nie owijajmy w bawełnę: oboje cieszymy się wyjątkowym powodzeniem. A dla urządzających przyjęcie nie ma nic lepszego niż obecność pary, której żadna połowa nie jest nijaka! Tak, naprawdę uważam, że we dwoje będziemy popularni w dwójnasób. Przynajmniej – dorzuciła zalotnie – o ile pozostaje nam jeszcze coś do dopracowania. Jak sądzisz? Wiem, że powodzenie kawalerów nie jest tak kruche i ulotne jak dziewcząt, ale jeśli o mnie chodzi, jestem pewna, że jako mężatka będę miała znacznie większe szanse.

Susy spojrzała na chwilę w głąb znajdującej się pod nimi długiej doliny, po czym dodała ciszej:

– I chciałabym chociażby na chwilkę poczuć, że mam coś, co jest tak całkiem, zupełnie moje; coś, czego nikt mi nie pożyczył jak sukienkę czy auto, czy płaszcz do opery.

Z początku ten pomysł wydał się Lansingowi równie szalony co czarujący; prawdę mówiąc, całkowicie go przeraził. Jednak argumenty Susy były niepodważalne, a jej pomysłowość niewyczerpana.

Spytała, czy sam nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał.

Nie.

Cóż, ale ona owszem i czy mógłby jej nie przerywać? Po pierwsze, mogliby liczyć na prezenty ślubne.

Czy ma na myśli klejnoty, samochód, srebrną zastawę?

Ależ skąd! Doprawdy – chyba rzeczywiście nigdy się nad tym nie zastawiał. Czeki, najdroższy! Dostaną tylko czeki – już ona to załatwi! Z jej strony może liczyć na jakieś pięćdziesiąt czeków, a może i jemu udałoby się trochę zebrać. W każdym razie już to wystarczyłoby im na bieżące wydatki, bo przecież mieliby gdzie mieszkać, a w dodatku na pewno będzie w czym wybierać, o to się mogła założyć. Wszyscy zawsze z taką radością użyczają domu nowożeńcom! Można ich tam odwiedzać, czuć się tak radośnie i romantycznie. Wystarczyło tylko po kolei przyjmować wszystkie propozycje: mogliby zamiast miesiąca mieć cały miodowy rok! Czego się boi? Przecież chyba będą razem na tyle szczęśliwi, by chcieć to podtrzymać! Warto zaryzykować. Na początek zaręczyć się i zobaczyć, co będzie dalej. A nawet jeśli się myli, jeśli plan spali na panewce, to przecież tak miło będzie pomarzyć – choćby przez miesiąc czy dwa wyobrażać sobie, że mogą być szczęśliwi!

– Sama często wyobrażałam sobie szczęście – zakończyła. – Ale móc wyobrażać sobie, że mogłabym być szczęśliwa z tobą… To byłoby coś innego, coś niezwykle wspaniałego…

I tak się wszystko zaczęło – to właśnie doprowadziło ich do tego bajecznego snu nad jeziorem Como. Ziściły się wszystkie jej fantastyczne, nieprawdopodobne przewidywania. Były co prawda elementy tej układanki, które Lansing nie do końca rozumiał, pewne układy i knowania, o które warto byłoby dopytać; stwierdził jednak leniwie, że kiedyś, później, poprosi żonę o wyjaśnienie. Na razie wszystko to było warte dawnych wyrzeczeń, warte każdej przyszłej kary – wystarczy, że teraz mógł delektować się tu ciszą i słodyczą, z jej śpiącą główką spoczywającą na jego kolanach, owitą jego radością, podczas gdy cały ucichły świat tkwił w księżycowym blasku.

Nachylił się i pocałował żonę.

– Obudź się – szepnął. – Pora spać!

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej