swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
POŻAR KRWI

POŻAR KRWI

Zobacz na swiatebookow.pl

26,01 zł

Autor: Maya Banks

Kategoria: erotyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros

ISBN: 978-83-7985-176-8

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


POTRAFISZ WYOBRAZIĆ SOBIE TAKĄ ROZKOSZ?

DO UTRATY ZMYSŁÓW, DO UTRATY TCHU, BEZ HAMULCÓW.

WEJDŹ DO GRY – OTWÓRZ SIĘ NA NAJBARDZIEJ SZALONE FANTAZJE…

Władza i uległość. On ma to pierwsze, ona musi zgodzić się na to drugie. On ustala zasady, według których ona ma być jego najcenniejszą zabawką, cieszącą zmysły błyskotką. Tym razem nie zamierza dzielić się nią z nikim innym. Będzie należała tylko do niego.

To nie pierwszy mężczyzna, któremu ulega. Będzie za to pierwszym, którego opanuje do szaleństwa i który zrobi dla niej wszystko.

Uległość daje władzę

Trylogia erotyczna Bez tchu powstała na fali popularności powieść E L James Pięćdziesiąt twarzy Greya. Gabe, Jace i Ash to młodzi biznesmeni, jedni z najbardziej wpływowych ludzi w kraju. Zawsze dostają wszystko, czego chcą, bez względu na cenę, szczególnie w łóżku. Bez najmniejszych skrupułów realizują swoje najskrytsze fantazje seksualne.

O książce

POTRAFISZ WYOBRAZIĆ SOBIE TAKĄ ROZKOSZ?
DO UTRATY ZMYSŁÓW, DO UTRATY TCHU, BEZ HAMULCÓW.
WEJDŹ DO GRY – OTWÓRZ SIĘ NA NAJBARDZIEJ SZALONE FANTAZJE…

Władza i uległość. On ma to pierwsze, ona musi zgodzić się na to drugie. On ustala zasady, według których ona ma być jego najcenniejszą zabawką, cieszącą zmysły błyskotką. Tym razem nie zamierza dzielić się nią z nikim innym. Będzie należała tylko do niego. To nie pierwszy mężczyzna, któremu ulega. Będzie za to pierwszym, którego opanuje do szaleństwa i który zrobi dla niej wszystko. Uległość daje władzę.

Gabe, Jace i Ash to młodzi biznesmeni, jedni z najbardziej wpływowych ludzi w kraju. Zawsze dostają wszystko, czego chcą, bez względu na cenę, szczególnie w łóżku. Bez najmniejszych skrupułów realizują swoje najskrytsze fantazje seksualne.

MAYA BANKS

Amerykańska pisarka, autorka popularnych powieści z gatunku romansu współczesnego, romansu historycznego oraz erotyki. Na fali sukcesów trylogii Pięćdziesiąt twarzy Greya napisała trzy tomy bestsellerowego cyklu Bez tchuSzaleństwo zmysłów, Gorączkę ciałaPożar krwi. Banks mieszka w stanie Texas z mężem i trójką dzieci.

www.mayabanks.com

Trylogia BEZ TCHU Mai Banks

SZALEŃSTWO ZMYSŁÓW
GORĄCZKA CIAŁA
POŻAR KRWI

Tytuł oryginału:
BURN

Copyright © Maya Banks 2013
All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2015

Redakcja: Julita Wroniak

Ilustracja na okładce: Slavko Sereda/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-176-8

Wydawca
WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.
Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa
www.wydawnictwoalbatros.com
face2.tif

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Dla mojej „rodziny”.
Nie tej, z którą łączą mnie więzy krwi,
ale jednak rodziny

Rozdział 1

Ash McIntyre stał na betonowym chodniku w Bryant Parku, z rękami w kieszeniach spodni, i oddychał wiosennym powietrzem. Chłodny wiatr niósł ze sobą ostatnie wspomnienie zimy, która powoli, choć nieubłaganie, ustępowała miejsca nadchodzącej wiośnie. Ludzie siedzieli na ławkach i krzesłach, okupowali niewielkie stoliki, popijali kawę, pracowali na laptopach albo słuchali muzyki z iPodów.

Był wyjątkowo piękny dzień; Ash McIntyre rzadko sobie pozwalał na przechadzki albo czerpanie przyjemności z przebywania w parku, zwłaszcza w godzinach pracy. Wtedy siedział zamknięty w swoim biurze, rozmawiał przez telefon, pisał e-maile, albo planował podróże. Nie był typem człowieka, który, urzeczony widokiem róż, zatrzymuje się, by je powąchać. Tego dnia był jednak wyjątkowo niespokojny i podejrzliwy, miał mętlik w głowie i znalazł się tu, choć wcale tego nie planował.

Jego wspólnika Gabe’a całkowicie pochłaniały przygotowania do zbliżającego się wielkimi krokami ślubu z Mią; chciał osobiście dopilnować, by był to dzień, o jakim marzy każda panna młoda. A Jace? Drugi przyjaciel i wspólnik Asha był w bardzo stałym związku ze swoją narzeczoną, Bethany. Jednym słowem dwaj przyjaciele Asha byli bardzo zajęci.

Kiedy nie pracowali, spędzali czas ze swoimi kobietami, a to oznaczało, że widywał się z nimi wyłącznie w biurze i przy nielicznych okazjach, gdy wychodzili gdzieś po pracy. Wciąż byli sobie bliscy; Gabe i Jace zapewniali go, że to się nie zmieni i Ash już na zawsze pozostanie częścią ich życia. Tyle że wszystko wyglądało już inaczej. I choć obecny stan rzeczy służył jego przyjaciołom, Ash nadal nie pogodził się z faktem, jak bardzo ich życie zmieniło się w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy.

Dziwne, bo to przecież nie w jego życiu nastąpiły istotne zmiany. Nie chodziło o to, że nie cieszył się szczęściem przyjaciół. Skoro oni byli szczęśliwi, on również czuł się szczęśliwy. Jednak po raz pierwszy, odkąd się znali, miał wrażenie, że przygląda się wszystkiemu oczami obserwatora.

Gabe i Jace przekonywali go, że wcale tak nie jest. Byli jego rodziną, bliższą niż ta prawdziwa — banda popaprańców, których unikał na wszelkie możliwe sposoby. Gabe, Mia, Jace i Bethany, a przede wszystkim Gabe i Jace, zgodnie zaprzeczali, jakoby Ash został wykluczony z ich grona. Byli jego braćmi w każdym tego słowa znaczeniu. Łączyło ich coś więcej niż więzy krwi: bezwarunkowa przyjaźń. Coś jednak się zmieniło. I w pewnym sensie został wykluczony. Z pozoru wszystko wyglądało tak samo, a jednak było inaczej niż zwykle.

Od lat ich motto brzmiało: graj ostro i ciesz się wolnością. Bycie w związku zmienia człowieka. Zmienia jego priorytety. Ash to rozumiał. Myślałby gorzej o swoich przyjaciołach, gdyby nie fakt, że to kobiety stały się dla nich priorytetem. Jednak w tej sytuacji Ash miał wrażenie, że został odsunięty na bok. Czuł się jak piąte koło u wozu. I wcale nie było mu z tym dobrze.

Było mu o tyle ciężko, że do czasu pojawienia się Bethany on i Jace dzielili się większością swoich kobiet. Najczęściej pieprzyli te same kobiety. I choć mogło wydawać się dziwne, że nie wiedział, jak funkcjonować poza trójkątem, tak właśnie było.

Niespokojny i poirytowany, szukał czegoś, choć nie miał pojęcia czego. Nie chodziło o to, że chciał tego, co mieli Gabe i Jace… A może chciał, ale bał się do tego przyznać? Wiedział tylko, że nie jest sobą, i to mu się nie podobało.

Był skoncentrowany. Miał władzę oraz pieniądze, by realizować swoje marzenia. Kobiety z chęcią dawały Ashowi wszystko, czego tylko sobie zażyczył. Tylko po co to wszystko, skoro sam nie wiedział, czego pragnie i potrzebuje?

Rozejrzał się po parku, przyglądając się matkom i nianiom pchającym przed sobą wózki. Wyobraził sobie siebie w takiej sytuacji i wzdrygnął się z obrzydzeniem. Miał trzydzieści osiem lat, prawie trzydzieści dziewięć. W tym wieku większość mężczyzn ustatkowuje się i zakłada rodziny. Ash jednak, podobnie jak jego wspólnicy, spędził większość dorosłego życia, harując jak wół na obecny sukces firmy. Dokonał tego bez finansowego wsparcia ze strony rodziny, bez ich koneksji i innej pomocy.

Może dlatego tak bardzo go nienawidzili — bo zagrał im na nosie. Z ich punktu widzenia największym grzechem Asha było to, że sukces zawdzięczał wyłącznie sobie. Miał więcej pieniędzy i władzy niż ten starzec, jego dziadek. A skoro już o tym mowa, to co innego robiła reszta jego rodziny poza tym, że korzystała ze szczodrości seniora rodu? Dziadek sprzedał świetnie prosperującą firmę, gdy Ash był chłopcem. Nikt z jego rodziny nie przepracował w swoim życiu ani jednego dnia.

Pokręcił głową. Cholerne pijawki. Nie potrzebował ich. Nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Teraz, kiedy się dorobił, nie zamierzał wpuszczać ich z powrotem do swojego życia, by zgarniali owoce jego pracy.

Odwrócił się, gotów wrócić do biura, gdzie czekało go całe mnóstwo roboty, niemającej nic wspólnego ze staniem w przeklętym parku i rozmyślaniem nad własnym życiem, jak ktoś, kto potrzebuje pomocy psychologa. Musiał wziąć się w garść i skupić na jedynej rzeczy, która nie uległa zmianie. Na interesach. W HCM Global Resorts trwały prace nad rozmaitymi projektami. Sprawa paryskiego hotelu została już prawie załatwiona; na miejsce inwestorów, którzy się wycofali, znaleziono nowych. Wszystko szło jak należy i Ash wiedział, że nie wolno mu spieprzyć tego na finiszu, zwłaszcza teraz, gdy Gabe i Jace nie pojawiali się w firmie tak często jak kiedyś. On jeden nie był zaabsorbowany własnym życiem prywatnym, tak więc musiał podwoić wysiłki. Wziąć sprawy w swoje ręce, tak by przyjaciele mogli się cieszyć swoim życiem.

W drodze powrotnej zauważył młodą kobietę siedzącą samotnie przy jednym ze stolików, nieopodal ulicy. Zatrzymał się i jej przyjrzał. Długim, jasnym włosom, zza których widać było oszałamiająco piękną twarz i niezwykłe oczy, nawet z tej odległości przykuwające jego uwagę.

Jej długa wymyślna spódnica, łopocząc na wietrze, odsłaniała nogę. Nosiła ozdabiane cekinami japonki, paznokcie u stóp miała pomalowane jaskraworóżowym lakierem, a gdy poruszyła stopą, dostrzegł błysk pierścionka na palcu. Promienie słońca odbite od okalającej kostkę srebrnej bransoletki podkreślały smukłą nogę.

Dziewczyna szkicowała coś zapamiętale, marszcząc czoło. Z leżącej obok niej wypchanej torby wystawały zwinięte w rulon kartony.

Jednak tym, co zwróciło jego szczególną uwagę, była obroża, którą nosiła na szyi — ciasna, niemal wrzynająca się w delikatne zagłębienie na szyi dziewczyny. Ale do niej nie pasowała — od razu to zauważył. Nie oddawała jej charakteru.

Wyglądała jarmarcznie. Brylantowa błyskotka, z całą pewnością droga i raczej na pewno prawdziwa, ale niepasująca do całej reszty. Za bardzo rzucała się w oczy. Mimo to go zaintrygowała. Zaczynał się zastanawiać, czy to rzeczywiście coś w rodzaju obroży, czy przypadkowo wybrane świecidełko. Jeśli faktycznie była to obroża, mężczyzna, który ją kupił, miał wyjątkowo kiepski gust. Nie znał swojej kobiety albo go nie obchodziło, czy ten rodzaj ozdoby do niej pasuje.

Skoro Ash potrzebował zaledwie chwili, by to zauważyć, jak to możliwe, że człowiek, który sypiał z tą dziewczyną, nie zwrócił na to uwagi? Może błyskotka symbolizowała dominację, co — zdaniem Asha — było przejawem arogancji i głupoty. Obroża powinna wyrażać troskę mężczyzny o uległą mu kobietę, świadczyć o tym, jak bardzo jest mu bliska, jednak przede wszystkim powinna do niej pasować.

Ash snuł domysły. A może to był zwyczajny naszyjnik i kobieta sama go wybrała. Dla niego jednak ta na pozór tylko błyskotka była czymś więcej niż zwykłym dodatkiem.

Nie wiedział, jak długo przyglądał się dziewczynie, ale najwyraźniej wyczuła na sobie jego spojrzenie, bo podniosła wzrok, a na jej twarzy odmalowało się przerażenie. Chwilę później zamknęła szkicownik i w pośpiechu zaczęła pakować go do torby. Poderwała się z ławki i nie przestając grzebać w przepastnej torbie, szykowała się do odejścia.

Zaintrygowany Ash ruszył w jej stronę. Adrenalina sprawiła, że krew szybciej krążyła mu w żyłach. Był myśliwym. Odkrywcą. Podjął wyzwanie i zżerała go ciekawość. Chciał wiedzieć, kim jest ta kobieta i co oznacza ozdoba na jej szyi.

Podchodząc do niej, wiedział, że jeśli ma rację i obroża rzeczywiście oznacza to, co mu się wydaje, to on zapuszcza się na terytorium innego mężczyzny; jednak już po kilku sekundach nie miało to dla niego znaczenia.

Wchodzenie w paradę innemu facetowi i tropienie uległej mu kobiety jest niedopuszczalne, jednak Ash nie dbał o reguły. Przynajmniej nie o te, których sam nie ustanowił. A ta kobieta była piękna. Intrygująca. Może tego właśnie było mu trzeba. Nie dowie się, jeśli z nią nie porozmawia.

Był o krok od niej, gdy się odwróciła i omal na niego nie wpadła. Wiedział, że narusza jej przestrzeń osobistą, i miał szczęście, że nie zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Wyglądał przecież jak szykujący się do ataku prześladowca.

Cofnęła się i wstrzymała oddech. Pękata torba przechyliła się i wypadła jej z ręki, a na ziemię wysypały się ołówki, pędzle i papiery.

— Cholera! — mruknęła. Schyliła się, żeby pozbierać kartki, podczas gdy Ash podbiegł do tej, którą podmuch wiatru zwiał kilka metrów dalej. — Dam radę! — zawołała. — Proszę nie robić sobie kłopotu.

Ash dogonił kartkę, podniósł i odwrócił się twarzą do dziewczyny.

— Żaden kłopot. Przepraszam, że panią wystraszyłem.

Roześmiała się niepewnie i wyciągnęła rękę po rysunek.

— To akurat się panu udało.

Spojrzał na rysunek, który trzymał w dłoni, i zamrugał zaskoczony, widząc na papierze swoją twarz.

— Co…? — bąknął, gdy spróbowała wyrwać mu kartkę.

— Proszę, niech go pan odda — poprosiła łagodnym głosem, w którym pobrzmiewało zniecierpliwienie.

Wydawała się przestraszona, jakby się bała, że Ash wpadnie w złość, ale jego bardziej interesował skrawek ciała, który dostrzegł pod luźną koszulką, kiedy sięgnęła po swoją własność.

Na prawym boku miała tatuaż, równie kolorowy i intrygujący jak ona. Kwiecisty motyw przypominał winorośl, która pięła się w górę — lub w dół — po jej ciele. A może w obie strony. Żałował, że nie zobaczył więcej, jednak w tej samej chwili dziewczyna opuściła rękę, a miękki materiał przesłonił mu widok.

— Dlaczego mnie rysowałaś? — spytał zaciekawiony.

Policzki dziewczyny oblały się delikatnym rumieńcem. Miała jasną cerę, delikatnie muśniętą słońcem. Włosy i cudowne niebieskawozielone oczy sprawiały, że wyglądała pięknie. Była piękna. I najwyraźniej niezwykle utalentowana.

Rysunek był idealny. Ash od razu rozpoznał na nim siebie. Zamyślonego, patrzącego w dół nieobecnym wzrokiem. Narysowała go, kiedy stał w parku, z rękami w kieszeniach. Zdołała uchwycić tę przelotną chwilę zadumy. Poczuł się dziwnie bezbronny ze świadomością, że ktoś zupełnie obcy utrwalił na papierze jego nastrój. Czuł się niezręcznie, wiedząc, że przyłapała go w chwili słabości i dostrzegła to, co chciał ukryć przed całym światem.

— To był impuls — odparła. — Często rysuję ludzi. Różne rzeczy. Cokolwiek, co zwróci moją uwagę.

Uśmiechnął się, ani na chwilę nie odrywając od niej wzroku. Jej oczy były pełne ekspresji, gotowe pochłonąć wszystko, na czym spoczęły. I jeszcze ta przeklęta obroża, która nie dawała mu spokoju, szydziła z niego i sprawiała, że różne rzeczy przychodziły mu do głowy.

— Czyli zwróciłem na siebie twoją uwagę?

Znów się zaczerwieniła. Rumieniec na jej policzkach zdradzał, że czuje się winna, i był bardzo wymowny. Sprawdzała go, tak jak on sprawdzał ją. Może robiła to bardziej subtelnie, ale subtelność nigdy nie należała do jego mocnych stron.

— Miałam wrażenie, że nie pasujesz do tego miejsca — wypaliła. — Masz bardzo wyraźne rysy twarzy. Aż mnie korciło, żeby uchwycić je na papierze. Masz też interesującą twarz… Widać było, że coś zaprząta twoje myśli. Uważam, że ludzie są dużo bardziej otwarci, kiedy wydaje im się, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Gdybyś pozował, powstałby zupełnie inny rysunek.

— Jest świetny — przyznał, po raz kolejny spoglądając na kartkę. — Masz talent.

— Mogę go odzyskać? — spytała. — Jestem spóźniona.

Spojrzał na nią i uniósł pytająco brew.

— Zanim mnie zobaczyłaś, nie sprawiałaś wrażenia, jakby ci się spieszyło.

— To było kilka minut temu, wtedy nie byłam jeszcze spóźniona. Teraz jestem.

— Gdzie się tak spieszysz?

Zmarszczyła czoło i rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

— To raczej nie twoja sprawa…

— Ash — rzucił pospiesznie, gdy zawiesiła głos. — Mam na imię Ash.

Pokiwała głową, ale się nie odezwała. W tym momencie oddałby wszystko, żeby usłyszeć, jak wypowiada jego imię.

Wyciągnął rękę i musnął palcami obrożę.

— Czy twoje spóźnienie ma coś wspólnego z tym?

Cofnęła się o krok i znów zmarszczyła czoło.

— Twój pan czeka na ciebie? — zapytał.

Zdumiona otworzyła oczy i instynktownie dotknęła obroży.

— Jak masz na imię? — nie dawał za wygraną. — Zdradziłem ci swoje. Wypadałoby więc zrobić to samo.

— Josie — odparła niemal szeptem. — Josie Carlysle.

— Do kogo należysz, Josie?

Zmrużyła oczy i wrzuciła do torby ostatnie ołówki.

— Nie jestem niczyją własnością.

— To znaczy, że pomyliłem się co do znaczenia tej obroży?

Gdy po raz kolejny dotknęła ozdoby, przeszedł go dreszcz. Chciał ją zdjąć. Nie pasowała do niej. Obroża dla zdominowanej kobiety powinna być starannie dobrana, tak by odzwierciedlać jej osobowość. Powinna być czymś wyjątkowym, stworzonym dla niej i tylko dla niej.

— Nie, nie pomyliłeś się — odparła schrypniętym głosem, od którego ciarki przeszły mu po plecach. Jej głos wystarczył, by w ciągu kilku sekund uwieść mężczyznę. — Ale nie jestem niczyją własnością, Ash.

I oto usłyszał, jak wypowiada jego imię. Uderzyło go to i napełniło niezrozumiałą satysfakcją. Chciał, by zrobiła to jeszcze raz. Kiedy będzie ją pieścił. Gdy jego usta i dłonie będą błądziły po jej ciele, dobywając z niego jęki rozkoszy.

Uniósł brew.

— Może więc ty nie rozumiesz znaczenia obroży?

Roześmiała się.

— Rozumiem. Ale nie jestem jego własnością. Nie jestem niczyją własnością. To prezent, który postanowiłam włożyć. Nic więcej.

Nachylił się, jednak tym razem się nie odsunęła. Patrzyła na niego zaciekawionym, pełnym wyczekiwania wzrokiem. Ona również to czuła — magnetyzm, który przyciągał ich do siebie. Musiałaby być ślepa i głupia, by tego nie zauważyć.

— Gdybyś nosiła moją obrożę, wiedziałabyś, że należysz do mnie — powiedział. — Co więcej, nawet przez chwilę nie żałowałabyś, że w pełni mi się oddałaś. Będąc pod moją opieką, byłabyś tylko moja. Nie miałabyś wyjścia. A na pytanie, kto jest twoim panem, odpowiadałabyś bez wahania. Nie mówiłabyś o obroży jak o byle błyskotce, wybranej przypadkowo pod wpływem impulsu. Gdybyś była moja, ta obroża wiele by znaczyła. Byłaby dla ciebie wszystkim, i dobrze byś o tym wiedziała.

Spojrzała na niego, roześmiała się, a jej oczy błysnęły figlarnie.

— W takim razie szkoda, że nie należę do ciebie. — Odwróciła się, zarzuciła torbę na ramię i odeszła szybkim krokiem, zostawiając go osłupiałego, z rysunkiem w dłoni.

Ash patrzył za nią, podziwiając długie, targane wiatrem włosy; widział błysk japonek i zapiętej wokół kostki bransoletki. Chwilę później spojrzał na rysunek.

— Rzeczywiście szkoda — mruknął.