swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Praca na całe życie

Praca na całe życie

Zobacz na swiatebookow.pl

25,95 zł

Autor: Rachel Cusk

Kategoria: hobby

Wydawnictwo: Czarne

ISBN: 9788375368048

Format: MOBI,EPUB

Tagi:


Książka Rachel Cusk natychmiast po publikacji podzieliła krytyków i czytelników, a jeden z czołowych amerykańskich publicystów postulował odebranie autorce dzieci. Cusk udowadnia jednak, że nie trzeba być wyrodną matką, żeby zaprotestować przeciwko lukrowanemu wizerunkowi macierzyństwa. Ta szczera, niemal bezlitosna książka odkrywa psychiczne rany świeżo upieczonej matki i rzuca wyzwanie milcząco przyjmowanym schematom. To niezwykła sonda zapuszczona w świat kobiety, kontrowersyjna w bezpośredniości i nowatorska w bezbrzeżnej uczciwości względem macierzyńskich odczuć.

"Człowiek nie wie, jak się zachować, kiedy ktoś opowiada mu siebie. W przypadku „Pracy na całe życie” dodatkowy rumieniec wstydu wywołuje sam temat. Macierzyństwo. Mityczny instynkt, niemal religia. Pisać o nim można tylko w jeden sposób: na klęczkach. Ale Rachel Cusk proponuje nam historię odbrązowioną, szczerą do bólu każdego nerwu. Przy tym wzruszającą i oddającą kobietom ich podmiotowość. Nareszcie."

Sylwia Chutnik

"Treścią tej „ponurej”, „przygnębiającej”, „skandalicznie niewdzięcznej”, bardzo dobrze napisanej i znakomicie przez Agnieszkę Pokojską przetłumaczonej książki są przygody dorosłej kobiety, która za wszelką cenę próbuje uciec przed w sumie oczywistym faktem, że własnej tożsamości nie da się zdefiniować w całkowitym oderwaniu od innych ludzi. Czy jej się to udaje, czy wcale nie, sprawdźcie sami. Warto."

Justyna Bargielska

"Jest szczera, ale niebanalna. Przenikliwa – ale i bezbronna wobec własnej przenikliwości. Bezwzględna w nazywaniu tego, co ją dotyka – ale i pełna czułej wyrozumiałości. Wobec siebie, własnej córki, innych matek. Rachel Cusk nie zatrzymuje się na opisie doświadczenia macierzyństwa. Prowadzi głębiej, pokazuje niejednoznaczności, odczytuje na nowo dobrze znane teksty. Pyta o tożsamość kobiety, gdy urodzi jej się dziecko, i pokazuje straty, które rodzicielstwo rekompensuje szczodrze, ale w zupełnie innej walucie. No i kto inny potrafiłby opisać poród w taki sposób, że czytając, śmiejesz się w głos, a jednocześnie ciarki przechodzą ci po plecach?"

Joanna Woźniczko-Czeczott

Rachel Cusk - Praca na całe życie

Seria BEZ FIKCJI O…

Już w księgarniach:
Joanna Woźniczko-Czeczott Macierzyństwo non-fiction.
Relacja z przewrotu domowego

Rachel Cusk Po. O małżeństwie i rozstaniu
Sylwia Szwed Mundra

Następna książka w serii:
Joanna Jagiełło Hotel dla twoich rzeczy

Rachel Cusk

Praca na całe życie

O początkach macierzyństwa

Przełożyła Agnieszka Pokojska

czarne2014

Adrianowi

Jako że dziecko jest równoznaczne z wyobraźnią, język matki staje się pozbawiony polotu, pełen nakazów, abstrakcyjny. Jako że dziecko to rozwój, ona staje się statyczna i pusta, niezdolna do spontanicznych reakcji. Jako że dziecko istnieje poza czasem, wiecznie, ona zostaje zakładnikiem czasu, niewolnicą grafiku, żyjącą w ciągłym pośpiechu. Jej moralność staje się jedno­stronnie odpowiedzialna i dyscyplinująca. Swoje poczucie przyszłości i nadziei matka przenosi na dziec­ko – dlatego depresja poporodowa może stać się trwałym elementem stosunku do niego. Ponieważ dziecku przypisuje własne poczucie bezradności, może być wobec niego nadopiekuńcza, kosztem własnych potrzeb, co budzi w niej urazę. Jej procesy myślowe ograniczają się do dorosłych form rozumowania, tak że głosy i twarze duchów, zwierzęta i twory wyobraźni ejdetycznej stają się obce i są traktowane jak patologiczne urojenia i halucynacje. Jej język traci emocjonalność i siłę zaklinania; taka matka tylko wyjaśnia i narzeka.

James Hillman, The Bad Mother

Wstęp do nowego wydania

Wartości literatury i wartości życia są dla pisarza tym, czym dla rzeźbiarza dłuto i kamienny blok. Celem tego pierwszego jest narzucenie formy drugiemu. Prawda, sprawiedliwość, piękno: oto cechy, do których każde dzieło fikcji literackiej aspiruje i które musi sfabrykować z ludzkiego doświadczenia. Nie chcę powiedzieć, że ludzie nie aspirują do tych samych ideałów – owszem, aspirują. Im bardziej ktoś przypomina nieobrobiony blok kamienia, tym większe budzi w nas politowanie. Zmaganie z życiem nie różni się zbytnio od zmagań z pisaniem. Poza tym jako istoty żywe także zmyślamy: w snach, kłamstwach i interpretacjach, w niecałkowitej wierności temu, co rzeczywiste. Różnica między literaturą i życiem – a taka różnica bez wątpienia istnieje – tkwi w jakości zmyślenia.

Z punktu widzenia pisarza związek literatury i życia w gruncie rzeczy nie zmienia się w zależności od tego, czy chodzi o literaturę piękną, czy o literaturę faktu. Nazwa nie ma szczególnego wpływu na dłuto i kamień ani na dążenie do prawdy i piękna, ani nawet na zadanie zmyślania. Dwaj naoczni świadkowie zdarzenia mogą zdać z niego bardzo różne relacje: to, co jeden oddaje jako mało wyraziste i nudne, w opowieści drugiego śmieszy i przykuwa uwagę. Praca pisarza jest więc w obu przypadkach taka sama i takie same są jego ambicje: z dostępnych materiałów stworzyć coś oryginalnego i intrygującego. Rozróżnienie na fikcję i fakt bardziej zajmuje czytelnika. To zdarzenie, o którym mówią świadkowie – zdarzyło się naprawdę czy nie? Czy po prostu je zmyślili? Czy to ważne? Oczywiście, że tak. W życiu to zupełnie dwie różne rzeczy – autentyczne zdarzenie dotyczące ludzi z krwi i kości a historyjka wymyślona dla zabawy czy nauki. Zmyślonej historii słucha się biernie, refleksyjnie, uchem skłonnym do interpretacji. Z kolei sprawo­zdanie ze zdarzeń, które rzeczywiście miały miejsce, pobudza na poziomie fizycznym: aktywnie angażuje lęki słuchacza, jego zdolność do odczuwania odwagi czy przerażenia, jego oburzenie, zazdrość, współczucie. Te dwa rodzaje opowieści można wprawdzie odbierać w sposób równie silny (niektórych ludzi pociąga tylko fakt, w innych gorętsze uczucia niż życie wzbudza sztuka), lecz diametralnie różny.

Chcę spróbować tę różnicę wyjaśnić – w równej mierze dla siebie, co dla czytelników Pracy na całe życie. Kiedy w 2001 roku ta opowieść o moim doświadczeniu początków macierzyństwa ukazała się drukiem, wiele osób uznało ją za obraźliwą. Przeczytałam w życiu setki książek, które wyprowadziły mnie z równowagi albo zszokowały, książek dziwacznych i przygnębiających, książek, które mnie znudziły lub rozbawiły czy z których dowiedziałam się tysięcy rzeczy, o jakich nie miałam pojęcia, i bez ich pomocy raczej bym tej wiedzy nie zdobyła – ale nie zdarzyło mi się przeczytać książki, która by mnie obraziła. Obrazą jest zła sztuka, a ja nigdy nie czułam potrzeby, żeby złą sztukę brać do siebie. Mam nadzieję – a może śmielej, wręcz żywię przekonanie – że moja książka nie jest przykładem złej sztuki, złego pisarstwa. Zresztą tak się składa, że mimo jadu, jaki na nią wylewano, odkąd się ukazała, takiego zarzutu dotychczas nie wysunięto. Padła ofiarą krytyki brutalnej i nieuprzejmej, ale nie zabójczej. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, co właściwie wywołało obrazę i czy jest to coś, czego powinnam żałować, czy też przeciwnie – z czego powinnam być dumna.

Kiedy pisałam tę książkę, nieraz przechodziło mi przez myśl, że temat (nie myślę o macierzyństwie, tylko o autobiografii w ogóle) jest nieciekawy. Zastanawiałam się także nad tym, czy nieuniknione manieryzmy językowe – jakich jest w niej pełno ze względu na to, że autorką jest przedstawicielka angielskiej klasy średniej – nie odstręczą tych czytelników i czytelniczek, którzy najbardziej mogliby się utożsamić z moją szczerością i odnieść z niej korzyść. Na to, żeby się przejmować pierwszą wątpliwością, jest już teraz za późno, ale druga nadal mnie dręczy. Spośród wielu reakcji, zarówno publicznych, jak i prywatnych, z jakimi spotkałam się ze strony czytelników, najbardziej cenię te, które świadczą o tym, że Pracy na całe życie udaje się oddziaływać pomimo barier w postaci płci, wieku czy klasy społecznej. Czytelnik, który w doświadczeniu rodzicielstwa rozpoznaje doświadczenie pewnego fundamentalnego rozłączenia – mimo całego dobrodziejstwa tragedii, komedii i miłości – między sobą a innymi ludźmi; który poza tym umie odbierać książki jako swego rodzaju echo, pociechę, zwierciadło; który przedkłada prywatne odkrycia nad instytucjonalne przedstawienia, zmienność tego, co osobiste, nad nieszczerą fasadę wspólnotowości – dla takiego właśnie czytelnika, kimkolwiek jest i gdziekolwiek mieszka, napisałam tę książkę.

A jeśli chodzi o innych – dziennikarzy oskarżających mnie o to, że nie nadaję się na matkę i nie kocham swoich dzieci, krytyków wciąż posługujących się moim nazwiskiem jako synonimem nienawiści do dzieci, czytelników, którzy uważają, że gdy religią jest macierzyństwo, to szczerość właściwie ociera się o bluźnierstwo – mogę tylko zasugerować, by to, co napisałam, traktowali nieco mniej poważnie. W końcu podmiotem książki jest „ja”, nie „wy”. Krytyczne wypowiedzi kierowały do mnie w większości kobiety, korzystam zatem z okazji, by wystosować ostrzeżenie do swojej płci. Uwaga: to nie jest poradnik opieki nad małym dziec­kiem, drogie panie. Tutaj od czytelniczek wymaga się samo­dzielnego myślenia. Nie mówię wam, jak macie żyć, nie mam też obowiązku podzielać waszego poglądu na świat. Możecie mieć dziesięcioro dzieci albo nie mieć żadnego; kochać swoje latorośle do szaleństwa albo zamknąć je na kłódkę w piwnicy; poświęcić im życie albo porzucić dla o połowę młodszego od siebie kochanka – mnie to nie obchodzi. Nie napisałam Pracy na całe życie po to, żeby zys­kać waszą aprobatę. Ani dlatego że jestem próżna, leniwa, pyszna czy zła. Ani dlatego że nienawidziłam być matką, nienawidziłam swojego dziecka czy dzieci w ogóle. Napisałam tę książkę, ponieważ jestem pisarką, a doświadczenie ambiwalencji charakteryzujące wczesny etap rodzicielstwa wydało mi się pokrewne typowej dla pisarzy głębokiej ambiwalencji w stosunku do życia; ambiwalencji, którą maskują wymyślone przez ludzi zorganizowane systemy społeczne, a którą pisarze (czy artyści w ogóle) stale usiłują wyciągnąć na jaw i znaleźć dla niej rozwiązanie. W przypadku większości ludzi to pragnienie podsycają wspomnienia z dzieciństwa – stanu, którego artyści bodaj nigdy do końca nie opuszczają. Stając się matką, przez krótki czas byłam jedno­cześnie dzieckiem i rodzicem, zarazem sobą i Innym, i właśnie ten rzadki, ulotny stan psyche starałam się oddać w Pracy na całe życie.

Wrócę do kwestii faktu i fikcji: pisząc o macierzyństwie, nieuchronnie przyciągnęłam tak zróżnicowane grono odbiorców, że naturalnie wszystkich moja książka nie mogła zadowolić. Liczba matek na świecie jest znacznie większa niż liczba czytelników, którą na ogół może pochwalić się pisarz. Jako autorka powieści nigdy wcześniej nie zetknęłam się z tym problemem, czego może żałuję. Niektórzy czytelnicy sięgali po Pracę na całe życie nie dlatego, że interesują się książkami, tylko dlatego, że interesują się tematyką macierzyństwa – jakkolwiek moim zdaniem w decyzji o zakupie poradnika z zakresu opieki nad dzieckiem, choćby najbardziej praktycznego, zawsze kryje się jakaś doza tej ambiwalencji, o której piszę, a zatem także powodowane nią dążenie do prawdy. Pragnienie, żeby zobaczyć u kogoś innego tę miłość, przerażenie i poczucie obcości, żeby znaleźć dla tych uczuć jakieś wyjaśnienie, nawet jeżeli zaraz zagłuszy je znacznie silniejsze pragnienie autorytetu i jednomyślności, odzyskania „normalności”: poradnik opieki nad dzieckiem to w moim odczuciu symbol psychicznej samotności współczesnych matek. Część czytelniczek poradników nie zrozumiała mojej książki, nie podobała im się. Nie wątpię, że wiele innych uzna ją za „ponurą” czy „przygnębiającą”, a jej autorkę za „skandalicznie niewdzięczną”. Ja sama, kiedy przeczytałam tekst ponownie na potrzeby nowego wydania, byłam zaskoczona przede wszystkim tym, ile jest w nim fizyczności. Teraz, kiedy moje dzieci podrosły i własne ciało znów należy tylko do mnie, odrosły liście prywatności i poczucia wstydu. Kiedyś uznałabym, że to nie do pomyślenia, by w książce mojego autorstwa jednymi z głównych bohaterów były moje piersi: mam przed sobą dowód, czarno na białym, że wbrew rachubom do tego doszło, teraz jednak wydaje mi się to równie nieprawdopodobne, jak wydawało się przed napisaniem tej książki.

Przy ponownej lekturze z przyjemnością odkryłam też, że wszystkie zarzuty o nienawiść do dzieci są nieuzasadnione. Często wysuwane w recenzjach oskarżenie o to, że nie kocham swoich dzieci, przez długi czas dotykało mnie do żywego, aż autentycznie żałowałam napisania tej książki; nie dlatego, żebym bała się dnia, w którym moje córki ją przeczytają – po prostu głęboko smuciła mnie myśl o tym, że kiedyś natkną się na ten zarzut. Ale żałować, że powołało się coś do istnienia, to najgorsza z możliwych forma opuszczenia. Praca na całe życie wydała mi się właśnie opuszczona, kiedy po latach wzięłam ją do ręki, zakurzoną i długo niestrojoną, jak stare skrzypce leżące w zapomnieniu na dnie szafy. Co to więc była za radość, kiedy przeciągnęłam smyczkiem po strunach i okazało się, że nuty wciąż brzmią czysto, muzyka płynie z serca, ogrom miłości nie poniósł najmniejszego uszczerbku. Nie oczekuję już, że moja muzyka przemówi do każdego, nadal mam jednak nadzieję, że ci, którzy zechcą jej posłuchać, uznają przynajmniej, że jest lepsza od ciszy.

Brighton, 2007 r.

Wstęp

Gdybym w którymkolwiek momencie życia mogła się dowiedzieć, co przyniesie przyszłość, chciałabym zapytać o to, czy będę miała dzieci. Zawsze ciekawiło mnie to bardziej niż wszystko inne – niż miłość, praca, to, jaka przypadnie mi długość życia czy doza szczęścia. Tamto jakoś umiałam sobie wyobrazić, a urodzenia dziecka nie. Chciałam wiedzieć, czy doświadczenie macierzyństwa będzie moim udziałem, nie dlatego że ta wiedza umożliwiłaby mi wyobrażanie sobie siebie w roli matki, tylko dlatego że wydawało mi się, iż ta kwestia będzie mnie dręczyć, jeżeli pozostanie owiana tajemnicą. A w równej mierze co nad samym faktem macierzyństwa chciałam mieć kontrolę nad wolnością od udręki. Niepewność uważałam za zagrożenie, swego rodzaju niepełnosprawność, która naznaczała mnie piętnem gorszości. Ale kobiety przecież muszą żyć – i żyją – z perspektywą wydania na świat dzieci: niektóre ta perspektywa przeraża, inne marzą, by jak najprędzej się ziściła, jeszcze inne radzą sobie z nią tak dobrze, że wszyscy wokół odnoszą wrażenie, że wcale ich to nie zaprząta. Moja strategia polegała na kompletnym wyparciu, dlatego fakt macierzyństwa przeżyłam jako szok: byłam na nie niegotowa, nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji dotarcia do tego punktu, poza tym miałam niczym nieuzasadnione, ale wyraźne wrażenie, że ciąża, poród i początki życia z dzieckiem były jednocześnie dziełem przypadku i zrządzeniem sił znacznie potężniejszych ode mnie, że właściwie nie miałam w tej kwestii nic do powiedzenia.

Ta książka stanowi próbę częściowego opisania macierzyństwa – oraz dramatu, w którym urodzenie dziecka to tylko pierwsza scena. Co nieuniknione, jest to bardzo osobisty zapis pewnego okresu przejściowego. Od początku tkwiło we mnie silne pragnienie wypowiedzenia się w kwestii macierzyństwa, ale kryło się w głębi, pod powierzchnią mojego życia, na której wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Kilka miesięcy po urodzeniu Albertine to pragnienie całkowicie zanikło. Umyślnie zapomniałam o wszystkim, co jeszcze niedawno odczuwałam tak mocno: właściwie nie mogłam znieść tego, że to czuję. Mój głód świata był nienasycony, zachłanny, wyrażał tęsknotę za jakimś utraconym, przedmacierzyńskim „ja” i za wolnością, z której owo „ja” może umiało korzystać, a którą może roztrwoniło. Macierzyństwo postrzegałam jako osadzenie na swego rodzaju terenie zamkniętym, odgrodzonym od reszty świata. Stale łamałam sobie głowę, jak wydostać się na wolność, a kiedy odkryłam, gdy Albertine miała pół roku, że jestem w drugiej ciąży, popatrzyłam na znajomą celę z posępną akceptacją skazańca pojmanego podczas próby ucieczki. To, co pomału, ostrożnie zaczynałam uważać za wolność, okazało się zaledwie hamakiem rozwieszonym między pniami dwóch ciąż: tkwiłam w potrzasku i znów czekało mnie spotkanie z dziwną, obcą rzeczywistością macierzyństwa. Tę książkę napisałam podczas drugiej ciąży i pierwszych miesięcy życia mojej drugiej córki Jessye – żeby pragnienie dania wyrazu tym doświadczeniom nie zdążyło znów mi umknąć.

Wyjaśniam to wszystko, pesymistycznie podejrzewam jednak, że książka o macierzyństwie tak naprawdę nie zainteresuje nikogo poza innymi matkami; na dodatek tylko takimi matkami, dla których, tak jak dla mnie, macierzyństwo jest czymś tak wielkiej wagi, że czytanie o nim działa dziwnie narkotyzująco. „Inne matki” i „tylko takie matki” – mówię, jakbym za coś przepraszała: doświadczenia macierzyństwa prawie wcale nie udaje się przełożyć na język potrzeb świata zewnętrznego. Gdy kobieta zostaje matką, zamienia swoją osobowość publiczną na cały szereg prywatnych znaczeń, których inni ludzie mogą nie rozpoznawać, podobnie jak człowiek nie słyszy dźwięków o częstotliwości poza pewnym określonym zakresem. Być może dałoby się je usłyszeć, gdyby słuchało się inną częścią siebie. „Na naszej planecie to kobiety dają początek każdemu istnieniu ludzkiemu – napisała amerykańska poetka i feministka Adrienne Rich. – Ten kilkumiesięczny okres, który spędzamy, rozwijając się wewnątrz kobiecego ciała, stanowi jedyne niekwestionowane doświadczenie podzielane przez kobiety i mężczyzn. […] większość z nas poznaje po raz pierwszy uczucia miłości i rozczarowania, władzy i czułości w osobie kobiety. Niesiemy ślad tego doświadczenia przez całe życie aż do śmierci”.

Oczywiście istnieje wiele ważkich analiz macierzyństwa, jego ujęć historycznych i socjologicznych. Macierzyństwo było przedmiotem poważnych badań, w których rozważano je w kategoriach klasy społecznej i szerokości geograficznej, jako zjawisko polityczne, rasowe i psychologiczne. W 1976 roku Adrienne Rich wydała klasyczną dziś książkę Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja – i moja opowieść jest inspirowana właśnie jej przykładem. Kiedy jednak zostałam matką, towarzyszyło mi wrażenie, że na temat macierzyństwa nie napisano zupełnie niczego – co może świadczyć tylko o prawdziwości tezy o „drewnianym uchu”, selektywnej głuchocie, o której wspomniałam, dopadającej nierodziców wtedy, gdy o swoim życiu mówi rodzic; o chorobie, której nabawiamy się już w dzieciństwie i z powodu której jako dorośli nie możemy się nadziwić, dlaczego nikt nam nie powiedział, jak to jest mieć dzieci – ani koleżanki, ani przyjaciółki, ani nawet własna matka! Jestem pewna, że książkę, którą właśnie napisałam, jeszcze trzy lata temu odebrałabym ze zdziwieniem, dlaczego autorka w ogóle zdecydowała się na dziecko, skoro uważa to za coś tak strasznego.

To nie jest historia macierzyństwa ani jego studium. Nie jest to też – wyjaśniam na wypadek, gdyby ktoś doczytał aż do tego miejsca i jeszcze żywił taką nadzieję – poradnik, jak być matką. Opisałam po prostu, co myślę o doświadczeniu macierzyństwa, wybierając taki sposób, w którym, mam nadzieję, czytelnicy odnajdą własne odczucia. Jako powieściopisarka przyznam, że pisanie tak szczere i otwarte wydaje mi się dość niepokojące. Pomijam fakt, że wiąże się z odsłanianiem siebie – wymaga od autora naruszania prywatności osób z jego najbliższego otoczenia. W przypadku tej książki dokonało się ono przez zaniechanie. Niewiele mówię tu o ludziach, z którymi dzielę życie, czy o innych relacjach istniejących oczywiście wokół opisywanej relacji z dzieckiem. Poszczególne aspekty własnego życia traktuję jak płótno, na którym najwygodniej jest mi zilustrować interesujący mnie temat, czyli macierzyństwo.

Ponieważ kwestia posiadania dzieci i sprawowania opieki nad nimi nabrała, moim zdaniem, znaczenia politycznego, nie byłabym jednak w zgodzie ani z samą sobą, ani z rzeczywistością, gdybym napisała książkę o macierzyństwie i nie wytłumaczyła chociaż częściowo, jak znalazłam czas na jej napisanie. Przez pierwsze sześć miesięcy życia Albertine opiekowałam się nią w domu, a mój partner pracował w takim samym wymiarze godzin, jak przed przyjściem córki na świat. Zmusiło mnie to do zastanowienia się nad czymś, czemu nigdy nie poświęcałam głębszego namysłu: nad tym mianowicie, że po urodzeniu dziecka życie matki i życie ojca się rozchodzą – o ile wcześniej żyli w stanie jakiej takiej równości, to po pojawieniu się dziec­ka ich wzajemne stosunki stają się w pewnym sensie feudalne. Dzień spędzony w domu na opiece nad dzieckiem różni się diametralnie od dnia spędzonego w pracy, w biurze. Każdy z nich ma swoje zalety, lecz są to dni spędzone na przeciwstawnych biegunach świata. Kiedy to odkryłam, wydawało mi się, że nieuniknione jest osunięcie się w jeszcze głębszy patriarchat: że ojcowski dzień z czasem uzbroi się w atrybuty zewnętrznego świata, świata pieniędzy, władzy i autorytetu, natomiast cała sfera domowa znajdzie się w gestii matki. Doskonale wiadomo, że w przypadku par, w których oboje młodzi rodzice pracują w pełnym wymiarze godzin, to na matkę zwykle przypada więcej niż połowa prac domowych oraz obowiązków związanych z opieką nad dziećmi, i to ona musi skrócić dzień pracy, żeby sprostać wymaganiom rodzicielstwa. Jest to polityczna kwestia równości płci; ale nawet w najbardziej sprawiedliwie pod tym względem urządzonych domach, do jakich zalicza się mój, rodzica pracującego od rodzica opiekującego się dzieckiem dzieli głęboka przepaść. Niezmiernie trudno jest przerzucić nad nią most. Możliwe jest na przykład takie rozwiązanie, że ojciec niemowlęcia zostaje w domu, matka zaś wraca do pracy: w naszej kulturze role męskie i kobiece są tak rozdzielne, tak głęboko zakorzenione w konserwatywnej tradycji, że mężczyzna może nawet mógłby zajmować się dziećmi bez poczucia, iż jest służącym swojej partnerki. Niewielu mężczyzn zgodziłoby się jednak ponieść szkody, jakie tego rodzaju wybór wyrządziłby ich karierze, a ci nieliczni, którzy się na to godzą, świadczą tym samym o ponadprzeciętnym zaangażowaniu w realną równość płci i ryzykują tę samą utratę poczucia własnej wartości, przez którą kobietom tak trudno jest podjąć decyzję o tym, żeby zostać pełnoetatową matką. Można również urządzić to tak, że oboje rodzice pracują i opłacają nianię czy opiekunkę do dziecka. Niekiedy oboje mogą skrócić sobie tydzień pracy, dzięki czemu kilka dni spędzają w biurze, a kilka w domu. Ten wariant jest trudniejszy do wprowadzenia w życie, jeżeli jedno z rodziców pracuje w domu, mimo powszechnie panującego przekonania, że na przykład taka praca jak moja jest „wręcz idealna” dla kogoś, kto ma dzieci. W takiej sytuacji nie da się uniknąć obarczenia tego z partnerów, który pracuje w domu, nieproporcjonalnie dużą odpowiedzialnością za obowiązki domowe. A wtedy zaczyna on funkcjonować jak kontroler lotów.

Za rozwiązanie problemu „macierzyństwo czy praca” uważałam kiedyś, z typowym dla osoby bezdzietnej brakiem sentymentów, płatną opiekę w pełnym wymiarze czasowym. Kiedyś nic nie wydawało mi się tak ważne, jak sprawiedliwy podział ról. Nie miałam pojęcia o tym, jak doświadczenie ciąży i urodzenie dziecka wpływają na rozumienie kwestii równości płci. Urodzenie dziecka nie tylko oddziela kobietę od mężczyzny – oddziela ją także od własnego „ja”, głęboko zmieniając jej pojęcie o tym, co to znaczy żyć. W jej ciele żył przez pewien czas inny człowiek, a po wyjściu na świat żyje w jurysdykcji jej świadomości. Przebywając z nim, kobieta nie jest sobą; oddzielona od niego, także nie jest sobą – dlatego równie trudno jest dzieci zostawiać, jak z nimi przebywać. Temu odkryciu matki towarzyszy wniosek, że jej własne życie bezpowrotnie ugrzęzło w konflikcie, wpadło w jakiś mityczny potrzask, w którym już zawsze będzie się szamotać, zawsze na próżno.

W naszym domu zapadła decyzja o całkowitym zburzeniu tradycyjnej kultury rodziny. Inni ludzie reagowali na nią zdumieniem, aprobatą lub zgrozą. Wydaje się, że nawet najbardziej niesprawdzająca się w praktyce tradycyjna wersja życia rodzinnego wywołuje mniej komentarzy i budzi mniejszą troskę niż zwykła niekonwencjonalność. Mój partner zrezygnował z pracy i wyprowadziliśmy się z Londynu. Ludzie zaczęli o niego pytać tak, jakby był poważnie chory albo wręcz już nie żył. Ale co on tam będzie robił? – pytali mnie, żądni odpowiedzi, a kiedy jej ode mnie nie uzyskiwali, zwracali się z tym pytaniem do niego. Będę opiekował się dziećmi, kiedy Rachel będzie pisała książkę o opiekowaniu się dziećmi – brzmiała jego odpowiedź. Poza nami dwojgiem nikt nie widział w tym nic szczególnie zabawnego.

Opieka nad dziećmi to zajęcie mało wdzięczne. Towarzyszy mu uczucie izolacji, często bywa nudne, jest za to niezmiennie wymagające i wyczerpujące. Mocno pod­kopuje poczucie własnej wartości i osłabia poczucie przynależności do świata dorosłych. Im bardziej jest oddzielone od reszty życia, tym jest trudniejsze, ale wciągnięcie dzieci w swoje życie, jako alternatywa dla przeniesienia się do ich życia, też jest trudne. A nawet kiedy ustali się taką wersję życia, która odpowiada wszystkim, niektóre pragnienia pozostają niezaspokojone. Uważam, że w odnajdowaniu się w tej sytuacji jeszcze ważniejsza od równości jest dobroć, choćby dlatego że demonologia rodzicielstwa jest z natury bardzo katolic­ka i przyciąga takie epitety jak „dobry” i „zły”, przeważnie nieobecne w codziennym życiu. Jako matka kobieta uczy się, co to znaczy być jednocześnie męczennicą i diablicą. Doświadczenie macierzyństwa ukazało mi, że jestem zarazem bardziej cnotliwa i bardziej potworna, a także silniej uwikłana w cnotę i potworność otaczającego mnie świata, niż uważałam to za możliwe z anonimowej pozycji kobiety bezdzietnej.

Starałam się wnikać w tej książce w niektóre z tych kwestii, chcąc odpowiedzieć na pytanie znacznie ogólniejsze: czym jest przemiana z kobiety w matkę. Nie wypracowałam sobie dotychczas jasnych definicji kobiety i matki, lecz sam proces przemiany z jednej w drugą wciąż niezmiernie mnie fascynuje. Nie wątpię, że jest on w dużej mierze taki sam jak zawsze, ale moim zdaniem nasza droga od jednego wcielenia do drugiego jest dłuższa, niż była w przypadku naszych matek. Rodzenie i wychowywanie dzieci to kowadło, na którym została wykuta nierówność płci – i w naszym społeczeństwie kobiety, zajmujące podobną pozycję co mężczyźni, mające podobny zakres odpowiedzialności, porównywalne oczekiwania i doświadczenie, słusznie podchodzą do tych ról z obawą. Kobiety się zmieniły, ale kobieca biologia pozostaje niezmieniona. Dlatego macierzyństwo umożliwia wyjątkowy wgląd w historię naszej płci – wymaga to jednak wielkiej delikatności. Nie mogę się nadziwić temu, że każdy, dosłownie każdy przedstawiciel naszego gatunku urodził się i został doprowadzony do niezależnego istnienia w tak żmudny sposób. Właśnie tę pracę, której wykonania wymaga się od kobiety, chciałam opisać.

Ta książka, pisana na gorąco, próbuje się zmierzyć z tematyką macierzyństwa mimo skromnego instrumentarium. W tamtym okresie mojego życia wydawało mi się, że czas biegnie koliście i że nic, co się dzieje, nie dzieje się zgodnie z chronologią, dlatego starałam się uchwycić ten czas w porządku tematycznym, a nie za pomocą zapomnianej precyzji kolejnych dni. Z upływem lat na pewno nasuną mi się nieujęte tutaj spostrzeżenia i będę żałowała, że nie zaczekałam z publikacją. Zamiast czekać, pożyczyłam sobie spostrzeżenia innych, włączając do książki refleksje zarówno nad lekturami, które odkrywałam podczas pisania, jak i nad tymi, do których wracałam, a które, jak sądziłam, łączą się z moim tematem. Jest to wybór cząstkowy i bardzo indywidualny – literatura już dawno odkryła i opisała to miejsce, które, jak mi się wydawało, zamieszkuję jako pierwsza, a zamiast wybranych przeze mnie fragmentów wierszy i powieści mogłyby tu się znaleźć setki innych. Wplatam cytaty z książek raczej po to, żeby zilustrować tę szczególną przemianę wrażliwości, jaką powoduje macierzyństwo, a nie po to, żeby przedstawić najpełniejszy obraz macierzyństwa za pomocą cudzych słów: moje doświadczenie czytania, a także uczestnictwa w kulturze w ogóle, bardzo się zmieniło, odkąd urodziłam dziecko – w tym sensie, że dziś sztuka i ekspresja wydają mi się znacznie bardziej konieczne i żywe niż wcześniej, a w swoim dążeniu do tworzenia znacznie bardziej ludzkie.

Ta książka to list adresowany do kobiet, które będą miały ochotę go przeczytać – z nadzieją, że w moich doświadczeniach odnajdą coś, dzięki czemu poczują, że nie są same.

Czterdzieści tygodni

W przebieralniach na basenie widuje się nagie kobiece ciała. Jest w nich pewna narracja, jak w malowidłach naskalnych; ubrania i kontekst spotkań zagłuszają zwykle tę cechę, dostrzegalną tylko tutaj, w tym przesyconym wilgocią budynku miejskim, gdzie jesteśmy skoszarowane anonimowo, według kryterium płci. Mimo że sama mam ciało kobiety, jego widok wciąż budzi we mnie na chwilę dziecięcy lęk, połączenie obrzydzenia i podziwu dla piersi, brzuchów i bioder, dla tego niewyidealizowanego, pierwotnego ciała, które, niepomne swojej zdolności do kuszenia, wydaje się stworzone jedynie do celów reprodukcji. Słychać wysoki śpiew suszarek do włosów, trzaskanie otwieranych i zamykanych drzwi szafek. Wyłożona płytkami podłoga pod prysznicami spływa mydlinami i pianą. Stąpają po niej poznaczone żyłami umięśnione nogi, nagie ręce rozczesują splątane włosy i energicznie wycierają ręcznikiem skórę, która od tego aż się trzęsie. Piersi, brzuchy i biodra, spersonalizowane za pomocą znamion i blizn, przywiędłe lub jędrne, poznaczone głębokimi bruzdami niczym runami lub gładkie jak świeżo ukończona rzeźba z marmuru – deklaratywne i konkretne, istnieją na takiej samej zasadzie jak przedmioty i wiele wyrażają poprzez samą formę. Czasami w przebieralni są też dzieci i widzę wtedy, jak wpatrują się otwarcie w kobiece ciała, tak jak ja kiedyś, i jak właściwie chciałabym też dzisiaj: w niedozwolonym zdziwieniu i przerażeniu sugestywnością sylwetek doros­łych, ich nieskrywanymi wypukłościami, owłosieniem i patyną wieku lub doświadczenia, świadczącą o tajemnicach przyjemności i bólu, kopulacji, ciąży i porodu. Niczym zwiastun filmu grozy ciało dorosłej osoby wyraźnie wskazuje na to, co trzeba trzymać w ryzach wyobraźni, dopóki nie osiągnie się wieku pozwalającego na dostęp do wersji pełnometrażowej.

Kwestia urodzenia dziecka zaprzątała mnie już w dzieciństwie, odkąd tylko dowiedziałam się mniej więcej, na czym to polega. Moja wiedza pozbawiona była przypisów, klauzul głoszących, że wcale nie trzeba mieć dzieci albo – co w ogóle było nie do pomyślenia – że może się to okazać niemożliwe: tak jak cała moja wiedza o życiu, przybrała kształt niepodlegający dyskusji. Patrząc na swoje szczupłe, pozbawione zakamarków ciało, wiedziałam tylko, że pewnego dnia wyjdzie z niego inne ciało, chociaż nie rozumiałam dokładnie ani jak, ani którędy. Tłumaczyłam sobie, że pewnie później otrzymam coś, co umożliwi dokonanie ekstrakcji. Moje ciało kryło w sobie zapowiedź przyszłego bólu niczym napełniona słodyczami meksykańska lalka piñata. Niektórzy moi znajomi zatrzymywali sobie te lalki, niezdolni do urządzenia tragedii, która była ich przeznaczeniem, nawet pod wpływem największej, nieprzepartej ochoty na słodkości. Większość jednak postępowała inaczej. Na przyjęciach dla dzieci w Kalifornii, gdzie się wychowałam, tłukło się takie lalki kijem, dopóki nie pękły i nie oddały cudownej zawartości. Nie trzeba było jakiegoś specjalnego daru rozumienia, aby się domyślić, że poród będzie niezmiernie bolesny. Szybko skojarzyłam z nim swoje dziecięce doświadczenia bólu. Wydawało mi się, że umiejętność znoszenia go stanowi nieodzowny dodatek do mojej płci, i za każdym razem, kiedy się kaleczyłam czy nabijałam sobie siniaka, przewracałam się czy siedziałam na fotelu u dentysty, odczuwałam nie tylko ból, ale i przerażenie tym, że go odczuwam, że moja świadomość zarejestrowała już tak drobny uraz, a przecież w przyszłości nieruchomo czeka na mnie straszliwa, tajemnicza męka.

W szkole pokazano nam kiedyś film o rodzącej kobiecie. Była naga, miała długie zmierzwione włosy i szczupłe, silne ręce. Spod ogromnego, nieszczęsnego garbu brzucha wystawały nogi. Nie leżała na wznak w świeżo posłanym łóżku, otoczona jasną aureolą lekarzy i pielęgniarek w białych fartuchach. Wszystko wskazywało na to, że nie znajdowała się w szpitalu. Stała samotnie w małym pomieszczeniu, pustym, jeśli nie liczyć postawionego na środku niskiego stołka. Widok tego stołka wzbudził we mnie niepokój. Wydał mi się nader niewystarczającą obroną przeciwko szturmowi, który miał zaraz nastąpić. Kamera pokazywała mocno przyciemniony, nocny obraz, tak że widz odnosił wrażenie, że przez szparę w ścianie podgląda coś strasznego i sekretnego, coś, co przekroczy jego możliwości rozumienia i sprawi, że już nie będzie chciał patrzeć. Kobieta chodziła niespokojnie po pomieszczeniu, wydając z siebie jęki i porykując jak wariatka albo zwierzę zamknięte w klatce. Co jakiś czas na dłuższą chwilę opierała się o ścianę, kryła twarz w dłoniach, po czym z krzykiem rzucała się na ścianę naprzeciwko. Wyglądało to tak, jakby walczyła z jakimś niewidzialnym przeciwnikiem: w kontekście wydawanych przez nią odgłosów i impulsywności reakcji jej samotność wyglądała dziwacznie. Dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że jednak nie była sama – w kącie cicho siedziała druga kobieta, z kolei kompletnie ubrana. Niekiedy mruczała coś pod nosem, coś ledwo słyszalnego, ale niewątpliwie dodającego animuszu. Jej obecność nadawała całej procedurze powagi, ale to, że nie pomagała rodzącej czy przynajmniej jej nie współczuła, wydawało się niewytłumaczalnie okrutne. Naga kobieta szarpała się za zmierzwione włosy i głośno ryczała. Nagle chwiejnym krokiem podeszła do środka pomieszczenia i usiadła na stołku, jedną nogę uginając w kolanie, a drugą wyrzucając w bok, i przycisnęła złożone ręce do piersi, jakby miała zacząć śpiewać. Jej towarzyszka podeszła i uklękła przed nią. Ponieważ kamera była ustawiona na statywie, nie zaoferowała zbliżenia. Przeciwnie, wydawało się, że obraz staje się ostrzegawczo coraz ciemniejszy i mniej wyraźny. Obie kobiety zastygły na chwilę w półcieniu w swoich pozach – po czym nagle ta ubrana pochyliła się i wyciągnęła ręce przed siebie, i wpadło w nie małe, wymachujące kończynami ciałko dziecka. Ostatni krzyk bólu nagiej kobiety wzniósł się na skali, zmieniając się w triumfalny tryl radości.

Pod koniec Wojny i pokoju Tołstoj pisze o swojej młodej bohaterce:

Natasza wyszła za mąż wczesną wiosną 1813 roku i już w roku 1820 miała trzy córki i syna, którego pragnęła, a teraz sama go karmiła. Zaokrągliła się i nabrała tuszy, tak iż trudno było poznać w tej silnej matce dawną szczupłą, ruchliwą Nataszę. Ustaliły się jej rysy i nabrały wyrazu spokojnej łagodności i pogody. W twarzy jej nie było, jak dawniej, tego nieustannie płonącego ognia ożywienia, stanowiącego jej urok. Teraz często widoczne były tylko twarz i ciało, a duszy nie można się było dopatrzyć. Widać było tylko silną, piękną i płodną samicę”.

Podczas ciąży życie ciała i życie umysłu zarzucają starania o zachowanie odrębności i stają się jednym, nieodwracalnie. Macierzyństwo, ciąg dalszy młodości, urody i nie­zależności, od pierwszej strony zapowiada, że będzie tomem grubszym i trudniejszym od poprzedniego: będzie historią o tym, jak Tołstojowska Natasza zmieniła się z rozświergotanej, przyozdobionej wstążkami łamaczki męskich serc w nieprzeniknioną matronę, o tym, jak córki zostają matkami, a bohaterki romantyczne – nieprzejednanymi przeciwniczkami wątków romansowych. Tołstoj nie napisał tego dalszego ciągu. Napisał za to Annę Kareninę, wydobywając z matki tkwiącą w niej jeszcze kobietę i dowodząc jej mocy niszczenia, gdyż macierzyństwo to kariera w zakresie konformizmu, z którego nie może wyzwolić duszy sam opór, niepołączony z gwałtowną siłą; a przygotowującym do tej kariery obozem treningowym jest ciąża.

Zanim przybyłam na ten obóz, miałam o nim niejakie pojęcie, ale nie wymierną wiedzę. Wiedziałam o ciąży zaledwie tyle, co wszyscy, czyli to, jak wygląda z zewnątrz. Wielokrotnie przechodziłam koło wysokich murów tego obozu. Zastanawiałam się, co się za nimi dzieje. Wiedząc, że każdy osadzony musi znieść spory ból, jeśli chce wyjść na wolność, wyobrażałam sobie, że dokonują się tam tajemne i wyspecjalizowane przygotowania, że otrzymuje się zaklejoną kopertę, a w niej tajne instrukcje, które ten ból objaśniają i sprawiają, że staje się bezbolesny. Kiedy mówię swojemu lekarzowi, że jestem w ciąży, zaczyna obliczać coś na kartce papieru, wypisywać daty. Teraz mamy lipiec. Lekarz podaje datę w marcu przyszłego roku. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to dzień, w którym, według jego przewidywań, urodzi się moje dziecko. Każe mi umówić się na wizytę u położnej. I wychodząc, zamknąć za sobą drzwi.

Położna udziela mi informacji, ale bardzo szczególnego rodzaju: wszystkie dotyczą tego, czego mogę się spodziewać i co może się ze mną dziać, ale już nie tego, co ona czy inni ludzie zamierzają zrobić w tej kwestii. Zaprasza mnie na kolejną wizytę za kilka miesięcy. Spodziewałam się, że z ciążą wiąże się przynajmniej jakiś „aspekt zajęciowy”, którego celem jest złagodzenie strachu. Co mam robić przez cały ten czas? Widząc moją struchlałą minę, położna poleca mi lekturę dwóch czy trzech książek. Zakupuję je w drodze powrotnej do domu. Ciąża trwa dwieście sześćdziesiąt sześć dni, czterdzieści tygodni, dziewięć miesięcy lub trzy trymestry – zależy od tego, kto liczy. Przedstawiciele zawodów medycznych posługują się tygodniami. Społeczeństwo, dla którego ciąże poszczególnych jego członków mijają w takim samym tempie jak życie w ogóle – miesiącami. Nie wiem, kto posługuje się trymestrami: może nauczyciele albo kobiety, które mają rodzić po raz piąty. Tylko ci, którzy cierpią, ci, którzy zostali niesłusznie skazani na więzienie, ci, których serca krwawią, odliczają czas w dniach. Przymierzam się raz do jednej metody, raz do drugiej, ale historia ciąży najlepiej brzmi, kiedy opowiada się ją w trymestrach. Pierwszy trymestr charakteryzuje się nudnościami i zmęczeniem. Drugi – dużym brzuchem i dobrym samopoczuciem. W trzecim trymestrze mogą pojawić się obrzęki nadgarstków i stóp, żylaki, hemoroidy, opuchlizna twarzy, chroniczna zgaga, zaparcia, niezdarność, skłonność do zapominania, zmęczenie, lęk przed porodem oraz pragnienie, żeby ciąża się wreszcie skończyła.

W żadnej z książek, jak zauważam, nie wspomina się o tym, by jedną z cech ciąży miało być doznanie olśnienia w kwestii sposobu wyjścia dziecka na świat. Materiał ilustracyjny dotyczący tego wydarzenia jest bogaty: rysunki przybierają zwykle postać przekrojów poprzecznych, z których pierwszy pokazuje dziecko w brzuchu matki, a ostatni dziecko, które wyszło z brzucha matki. Zaczynam podejrzewać, że w takim razie będzie to takie doświadczenie, jakby wylosowano mnie spośród pasażerów jumbo jeta i kazano pilotować maszynę, a potem jeszcze samodzielnie wylądować. Czasami trafiają się fotografie kobiet, o twarzach porażonych niczym w chwili śmierci: wykrzywionych w grymasie, spoconych, z wyrazem błagania, o zaciśniętych z całej siły powiekach albo oczach wywróconych w górę, o ciałach tonących w plątaninie prześcieradeł i szpitalnych rurek i kabli albo uniesionych bólem do takiej pozycji, jak na krzyżu. Odczytuję to tak, jakby na tych fotografiach odkrywała się przede mną jakaś nieznana historia kobiety, opowieść o cierpieniu utrzymywanym w najściślejszym sekrecie. Ale nawet szczerość tych obrazów nie wyjaśnia tajemnicy wychodzenia dziecka na świat. Wielu kobietom rodzi się łatwiej, gdy przyjmują pozycję pionową – głosi jeden z podpisów. A inny: Pojawieniu się dziecka na świecie towarzyszy atmosfera bezczasowości i cudownego spokoju.

Moja matka zawsze dość bezpośrednio opowiadała o swoich doświadczeniach porodu. Kiedy przyjdzie pora, mówiła, bierz bez wahania każdy lek, jaki ci zaproponują. Odbierałam też niepokojące sygnały od innych kobiet, które chrapliwym śmiechem kwitowały padające w rozmowie słowo „ból” albo rzucały tajemniczo: Potem już nigdy nie będziesz taka sama. Tego rodzaju aluzje nigdy nie są wyjaśniane; przeciwnie, kobiety natychmiast cichną, jakby niechcący złamały przysięgę milczenia. Postanawiam sobie, że kiedy zdobędę już to doświadczenie, to będę o nim mówiła przy każdej możliwej okazji; chociaż fakt, że nie spotkałam nigdy podobnej apostołki prawdy, że przez całe życie ani nie słyszałam, ani nie czytałam rzeczowej relacji ze zdarzenia, które jest tak powszechne, każe mi podejrzewać, że tajemnicy towarzyszy dodatkowa groza: że podczas tych godzin męki w jakiś sposób usuwa się kobiecie pewien fundamentalny składnik jej „ja”, tak że po porodzie, choć wygląda i zachowuje się mniej więcej tak samo jak przedtem, jest zaledwie własną podobizną, istotą, która przeszła pranie mózgu, żeby nie dawać świadectwa prawdzie. Przypomina mi się, że w filmie Inwazja porywaczy ciał pokazana jest chwila podobnego zrozumienia, gdy jeden z bohaterów, dwojga ostatnich ludzi, nad którymi kosmici nie przejęli władzy, wyznaje, że w istocie sprawują nad nim kontrolę. Film kończy się zbliżeniem przerażonej twarzy jego dziewczyny, która zdaje sobie sprawę, że została teraz zupełnie sama w świecie robotów.

Kobieta współczesna, żyjąca w krajach uprzemysłowionych jest istotą, dla której fakt płci może pozostać – nawet na zawsze, jeżeli będzie sobie tego życzyła – wyłącznie cechą powierzchowności. Co rozumiem pod pojęciem „kobieta”? Coś nieprawdziwego, osobę zamieszkującą świat kosmetyków, wymuskanych butików i elegancko pakowanych zakupów, sztucznych rzęs, francuskich perfum, pudru i różu – świat, w którym takie słowa jak „cierpienie”, „samokontrola” i „wytrzymałość” występują, owszem, ale zwykle w odniesieniu do odchudzania; świat uciemiężony, lecz łagodnie i dobrowolnie, świat, na którego obrzeżach zdarzają się niekiedy punkty przecięcia z rzeczywistością: pewne rodzaje nieszczęścia, dyskryminacji czy strachu, czy całe obszary życia, i przeszłego, i teraźniejszego, które stają się powoli coraz bardziej zindywidualizowane, nieokreślone i niewysłowione. To, co bycie kobietą znaczyło kiedyś – jeżeli takie znaczenie w ogóle można ustalić – dziś już jest nieaktualne, ale w jednym, ogromnie ważnym sensie, sensie prokreacyjnym, jest aktualne tak samo jak zawsze. Biologiczne przeznaczenie kobiety trzyma się mocno wśród ruin nierówności płci, a zbliżając się do niego, mam poczucie, że schodzę z właściwej drogi mojego życia, że wprawdzie idę naprzód, ale drogą, którą od mojej dzieli dystans nie do pokonania – tak jakbym wsiadła do pociągu i widziała przez okno ścieżkę, którą zawsze chodziłam i do której mój pociąg jechał równolegle, dopóki nabierał prędkości, po czym zaczął się od niej coraz bardziej oddalać, na wschód czy na zachód, ku nieznajomym wzgórzom na horyzoncie, pozostawiając wszystko w tyle, aż zmalało i znikło.

Wybieram się na pieszą wędrówkę w Pireneje. Jedynym dowodem mojego odmiennego stanu jest jak na razie to, że przez cały tydzień lata za mną chmara małych owadów, nie odstępuje mnie, niczym grono fanów czy zastęp ochroniarzy. Pod koniec tygodnia schodzę ze szlaku, żeby zobaczyć położone na dużej wysokości zamarznięte jezioro. Gdybym chciała wrócić na szlak, musiałabym pokonać z powrotem całą drogę z góry, postanawiam więc iść na skróty przez śnieg we właściwym kierunku, licząc na to, że trafię na szlak po drugiej stronie przełęczy. Jezioro tworzy niesamowity arktyczny lej, wokół którego ziemia wznosi się stromo niczym brzegi misy. Te boki, pokryte śniegiem i lodem, są niezwykle śliskie. Po tym, jak przepełzam powoli kawałek drogi, z pełną jasnością uświadamiam sobie, że grozi mi ześliźnięcie się do wody, pod lód, i utonięcie pod obciążeniem własnego plecaka. Cofam się zatem bardzo powoli i próbuję obejść jezioro z drugiej strony, gdzie ledwo widoczny szlak wije się, rwąc się co jakiś czas, prawie pionowo w stronę przełęczy. Na przełęczy, w maleńkiej przerwie między szczytami, znajduję kapliczkę, a w niej figurkę Matki Boskiej. Zabobonnie zanoszę do niej modlitwę. Przede mną, wiele mil w dole, rozpościera się coś, co wygląda jak cała Francja, od granicy do granicy. Tuż przy moich stopach góra opada stromo w dół wąskim zaśnieżonym żlebem, którym zapewne będę musiała zejść. Śnieg wygląda na puszysty i głęboki jak chmura, a dno żlebu na równie niedosiężne jak ziemia widziana z nieba. Ogarnia mnie pewnego rodzaju szaleństwo. Niczym dziecko, które wierzy, że potrafi latać, zatracam poczucie realności swojego ciała i jego ograniczeń. Piękny i budzący trwogę widok staje się nagle miniaturowy i czarodziejski, jak ze świata lalek, w którym mogę, tak mi się wydaje, stawiać kroki olbrzymki. Przez tyle dni chodziłam po tych górach ostrożnie, noga za nogą, asekurując się rękami, a teraz, z zachwytem, jakbym dotarła do nieba, z okrzykiem beztroskiej radości skaczę prosto w śnieg. Ale to oczywiście nie jest śnieg, tylko lód. Dociera do mnie, co zrobiłam, dopiero kiedy jest już za późno, kiedy niebo i góra zamazują mi się w oczach od prędkości i wiatru. Zbocze jest bardzo strome i szybko zjeżdżam na plecach w dół, usiłując wczepić się stopami i łokciami w chropowatą, twardą jak szkło powierzchnię, ale plecak działa na zasadzie sań, zwiększając tempo zjazdu. Przede mną, niczym na skoczni narciarskiej, góra nagle staje się niemal pionowa, po czym niżej rozciąga się płasko aż do skalnej ściany. Skóra piecze od tarcia o lód. Na wybojach podskakuję jak kamień; czasami wyrzuca mnie całkiem wysoko w górę. Zdaję sobie sprawę, że jestem całkowicie nieprzygotowana na zetknięcie z bólem, choć wiem, że lada moment prawdopodobnie skręcę kark. O ile widzę, nie ma na mojej drodze niczego, co mogłoby zahamować to spadanie coraz niżej, i choć usiłuję wykrzesać coś ze swojego wnętrza, jakieś zrozumienie, jakąś zdolność do przygotowania się na to, co mnie czeka, jakąś wrodzoną wiedzę ciała o tym, że zmierza ku końcowi, jestem taka sama jak zawsze – pogrążona w stuporze przerażenia i niedowierzania, oczywiście, ale mimo to taka sama. Właśnie ten nieoczekiwany fakt budzi we mnie największy strach. Uderzam o wielki głaz i kiedy moje ciało przelatuje nad nim, z całej siły wczepiam się w niego paznokciami. Paznokcie rwą się jak papier, ale udaje mi się przytrzymać głazu, objąć go w spazmatycznym przedśmiertnym uścisku. Nagle czuję, że już nie lecę w dół. Głaz otaczają drobne kamienie, na które ostrożnie się zsuwam. Ręce mam zdrętwiałe i zakrwawione. Skalista wysepka, na której cudem się zatrzymałam, znajduje się mniej więcej w połowie wysokości zbocza. Wieczór zaczyna barwić olbrzymią, błyszczącą jak emalia górę, a ja siadam na głazie i płaczę. Wygląda na to, że roztrwoniłam wszelkie prawo, jakie mogłam sobie kiedyś rościć do odwagi, zdrowego rozsądku czy dojrzałego człowieczeństwa. Odrzuciłam ułudę osobowości, jej oszukańcze zapewnienia ochrony, nieistniejące zabezpieczenia. Nie umiem nikomu pomóc, nie umiem nikogo chronić, mogę tylko siedzieć i płakać nad żałosnym faktem, jakim jestem – faktem, który jakby dotarł do mnie dopiero w obliczu jego unicestwienia.

Kwestia, jak pokonać resztę drogi w dół, nim zapadnie noc, pozostaje nierozwiązana. Po jakimś czasie coś zaczyna się do mnie zbliżać, najpierw małe niby mrówka, potem pomału coraz większe. To mężczyzna z czekanem pnie się żlebem do góry, wspomagając się linami i rakami. Nie zjawia się, jak matka, żeby wziąć mnie na ręce i zanieść do domu. Niczym matka innego pokroju zamierza mnie tylko poinstruować, jak mam sama prawidłowo zejść po oblodzonym zboczu. Zawsze twarzą do skały, mówi. Trzeba przygotowywać sobie otwory na stopy i dłonie. Pełna żalu nad sobą, złoszczę się, że mężczyzna nie zamierza mnie sprowadzić na dół. Już wyobrażałam sobie nosze, może nawet helikopter. Jestem pokaleczona, boję się tego zbocza i co gorsza, nie wiem, czy zdobędę się na to, żeby w ogóle się ruszyć. Mam nadzieję, że mężczyzna to zauważy, ale nie łączy nas żadna emocjonalna więź. Emocjonalna jestem tylko ja. Objaśniwszy mi dokładnie, co mam robić, mężczyzna odwraca się ode mnie i podejmuje wspinaczkę. Zdejmuję plecak i zrzucam go w dół, żeby ułatwić sobie zadanie. Podskakując, sfruwa prędko i znika jak mały kamyk. Wiem, że nie mam wyboru i muszę wrócić na lód, więc wracam i schodzę powoli, ze stałą świadomością realności upadku, z jego wspomnieniem jak oddechem na karku. Okazuje się, że to, co czuję, nie stanowi żadnej przeszkody dla tego, co potrafię zrobić. Ponieważ całe życie spędziłam w świecie uczuć, nigdy wcześniej nie przeżyłam tak bezpośredniej konfrontacji między czuciem a działaniem. Gdy schodzę, co jakiś czas wraca do mnie myśl, że właściwie wolałabym być taka jak teraz, praktyczna i dzielna. Ale w nocy, kiedy leżę już w namiocie, dręczy mnie strach związany z tym, co się stało. Zastanawiam się, czy zdarzy się coś, co będzie na to reakcją. Zastanawiam się, czy to, że przeżyłam, jest ważniejsze od tego, że byłam przerażona, czy nie. Dotychczas nie poświęcałam macierzyństwu zbyt wiele namysłu, ale podejrzewam, że łączy ono fakt i czucie w dokładnie taki niepokojący sposób.

Po powrocie do domu kładę się do łóżka i nie wstaję z niego przez dwa tygodnie. Czuję się tak, jakbym odchorowywała lęk wysokości. Siła ciążenia, powodujące zawroty głowy obroty Ziemi wokół własnej osi, mój lęk przed stromiznami nie pozwalają mi wstać. W środku wszystko przewraca mi się ostrzegawczo w falach nudności. Ciało staje się w pościeli ciepłe i miękkie: zrogowaciałe stopy, mięśnie wzmocnione przebywaniem na słońcu i wysiłkiem wspinaczki z każdym dniem miękną, rozpuszczają się i rozpływają. Kiedy wreszcie wstaję z łóżka, jestem jak kokon.

Proszę poruszać biodrami, nakazuje techniczka USG, zobaczymy, czy uda się skłonić dziecko do ruchu. Na monitorze przy leżance widzę małego, monochromatycznego skorupiaka w burzy śnieżnej. Posłusznie, niechętnie ruszam biodrami. No już, zachęca stworzenie techniczka, pokaż nam, jak się ruszasz! Mocniej przyciska mi do brzucha głowicę aparatu. Stworzenie macha rękami, jakby się zdenerwowało. Czuję, że powinnam je chronić przed tego rodzaju torturami, lecz się nie odzywam. Dostaję nakaz poruszania biodrami przez jeszcze kilka minut. Zastanawiam się, czy jest to pełnoprawna procedura medyczna, ale wszystko wskazuje na to, że widok stworzenia w ruchu nie ma służyć niczemu poza moją rozrywką. Przypomina mi się western, w którym kowboj zmusza Indianina do tańca, strzelając mu w stopy. Zapytana, czy chcę dostać wydruk, mówię tak i otrzymuję kawałek śliskiego papieru, na którym widnieje śnieżny obraz z monitora.

Oglądam go w drodze do domu. Stworzenie widać niewyraźnie, z boku, jakby skrywało się w cieniu. Jego głowa to wypełniony mózgiem bąbelek przyczepiony do bladej klawiatury kręgosłupa. W szpitalu wręczono mi także wachlarz ulotek dotyczących diety, akupunktury, jogi, szkoły rodzenia, zajęć rodzicielstwa, hipnozy i porodu w wodzie; w żadnej z nich nie znajduję nowych dla siebie informacji, gdyż współcześnie ciążą rządzi reżim, którego propaganda, symbole i język odznaczają się niesłychaną wprost homogenicznością. Nawet koreańskie drużyny cheerleaderek nie są prowadzone tak żelazną ręką jak ciężarne kobiety w krajach anglojęzycznych. Tęsknie wypatruję jakiegoś sygnału protestu, jakiejś zaszyfrowanej aluzji do oporu. Moja płeć okazała się dawno zastawioną i wygodnie urządzoną pułapką, w którą niechcący dałam się schwytać i z której nie ma ucieczki. Ciąża działa jak elektroniczny lokalizator. Wszystkie moje ruchy podlegają stałej, czujnej kontroli.

Zasady obowiązujące w ciąży wyłożone są pomysłowo w publikacji zatytułowanej Dziennik Emmy. Ma pani Emmę? – pyta mnie ktoś w szpitalu, i zdecydowanie nie jest to pytanie o powieść Jane Austen. Niech sobie pani weźmie jeszcze jeden egzemplarz, tak na wszelki wypadek. Emma, jak się okazuje, to stworzona przez National Health Service fikcyjna postać, która prowadzi dziennik i dokumentuje swoją ciążę tydzień po tygodniu. Ma męża o imieniu Peter i słabość do wykrzykników. Ma gładko uczesane długie brązowe włosy i niebieskie oczy, nosi starannie wyprasowane ubrania w pastelowych kolorach. Jej dwie przyjaciółki również są w ciąży. Pierwsza to niezamężna imprezowa dziewczyna, niemogąca za bardzo polegać na swoim chłopaku. Druga to starsza od nich obu czarna kobieta, której mąż nie poczuwa się do roli ojca, więc ona musi sama zajmować się dwiema córkami. Przyjaźń z tymi paniami, którą Peter szarmancko pozwala żonie kultywować, przejawia się w tym, że Emma zapisuje w dzienniku trudności, z jakimi się borykają, o wiele większe, co czytelnik natychmiast zauważa, niż jej własne. Odnotowuje, że jej niezamężna przyjaciółka często kłóci się z chłopakiem. Tak się cieszę, że Peter i ja się nie kłócimy! Mąż drugiej z kolei miga się od opieki nad dziećmi. Tak bardzo się cieszę, mówi Emma, że Peter i ja postanowiliśmy dzielić się obowiązkami po równo! Emma powiadamia nas, że obcięła swoje lśniące włosy na krótko, „żeby było praktyczniej”. Na jednej z ilustracji Peter, ubrany w obcisłe spodnie z zaszewkami, odkurza dywan koło sofy, na której leży Emma i przegląda kolorowe pismo. Zawsze w sobotę rano odkurza, żeby ją odciążyć. Wspólnie urządzają pokoik dla dziecka i kupują dla niego ubranka. Rodzice Emmy przyjeżdżają w weekendy i pomagają przy drobnych pracach domowych. Ojciec mówi Emmie, że wygląda „kwitnąco”. Emma rygorystycznie przestrzega zasad dbania o zdrowie i bezpieczeństwo. Nie tyka niepasteryzowanych serów i alkoholu. Nawet jeden papieros dziennie zaszkodziłby dziecku, myśli, a my nie posiadamy się ze zdumienia, że taka myśl w ogóle przyszła jej do głowy. Emma wspiera i promuje wykorzystujące pracę dzieci międzynarodowe korporacje oraz ich nieprzyjazne środowisku produkty, których pakiet każda ciężarna ma otrzymać po porodzie, niby od Emmy właśnie. Nie do końca konsekwentnie bohaterka jest również żarliwą wyznawczynią karmienia piersią. Ma nadzieję, że wytrzyma poród bez znieczulenia, i liczy na to, że dziecko będzie chłopcem. Natychmiast zaglądam na koniec książki. Rodzi się dziewczynka. Dostaje na imię Jane. Podczas porodu Emma rzeczywiście dała sobie radę bez znieczulenia. Było ciężko, pisze, ale nie aż tak ciężko, jak sobie wyobrażała. To, że sobie coś takiego wyobrażała, było w dzienniku bardzo skutecznie ukryte. Ciekawa jestem, jaką te jej wyobrażenia przybierały postać. Ja mam wobec porodu oczekiwania równie radosne i racjonalne, jakie budziłaby we mnie perspektywa bycia ofiarą morderstwa. Ale z wypowiedzi Emmy wyciągam wniosek, że poród nie jest wcale taki straszny, ponieważ trudno mi uwierzyć, że Emma może się pochwalić bujną wyobraźnią. Przypominam sobie rozmowy ze znajomymi, które rodziły dzieci – żadna z nich nie stwierdziła, że poród nie był taki ciężki, jak się spodziewała. Większość sprawiała wrażenie, że w ogóle nie może o tym mówić. A jedna z koleżanek powiedziała mi, że w pewnym momencie błagała położną, żeby ją zastrzeliła.

Przygotowanie, jak głosi większość ulotek, to najlepsza ochrona ciężarnej przed bólem. Największy ból odczuwają osoby napięte i pozbawione kontaktu z własnym ciałem, osoby stawiające opór podczas porodu, a przede wszystkim te, które boją się bólu. Jeżeli takie zdanie ma działać jak ostrzeżenie, jego celem jest chyba promocja dziwnej wspólnotowości. Zapisywanie się do rozmaitych grup, chodzenie na kursy i zajęcia, zaangażowanie do pomocy w przygotowaniach partnera lub przyjaciółki – wszystko to są zalecane sposoby na wykorzenienie przed porodem wad, jakimi są pycha i niezależność myślenia. Literatura przedmiotu taktownie tonuje odniesienia do charakteru, samotnego przecież z natury, procesu wydawania dziecka na świat, nie wspomina też o tym, że uczęszczanie na przygotowujące do tego zajęcia przypomina uczęszczanie na zajęcia przygotowujące na śmierć – przeciwnie, podejmowane są daleko idące starania, żeby odrzeć poród z wszelkiego osobistego znaczenia, tak że po przeczytaniu iluś tam ulotek już nie wiem, czy to ja będę rodzić, czy kobieta w pomarańczowym dresie, która przeprowadza demonstrację na przykładzie grejpfruta. Takie stwierdzenie wprawdzie jednoznacznie nie pada, ale rozumiem, że zmieniając się w inną osobę – taką, która głęboko oddycha, wykonuje odpowiednie ćwiczenia, którą partner gotów jest masować olejkiem o każdej porze dnia i nocy – daje się sobie szansę jeśli nie na zmniejszenie trudów ciąży i bólu rodzenia, to choćby na przekonanie, że to wszystko przydarza się komuś innemu.

W książkach dotyczących ciąży temat tego procesu przemiany – czy właściwie sublimacji – poddawany jest analizie ze złowrogą szczegółowością. Czytelniczka poznaje listy produktów, które wolno spożywać, przepisy na to, jak je ze sobą łączyć, a niekiedy także zdjęcia gotowego rezultatu, opatrzone takimi podpisami jak „Sałatka” czy „Miseczka muesli”. Otrzymuje ilustrowane instrukcje, jak kłaść się do łóżka, jak leżeć w łóżku i jak z niego wstawać. I porady, również ilustrowane, jak się kochać. Szczegółowo opisywane są potencjalne rozmowy z partnerem o zbliżającym się przyjściu dziecka na świat i wyzwaniach rodzicielstwa. Jeśli chcesz, możesz przeprowadzać takie rozmowy przy drinku – dla ciebie bezalkoholowym, oczywiście! Przepisy na drinki bezalkoholowe znajdziesz na stronie 73. W części poświęconej wizytom kontrolnym u lekarza zawarte są rady, żeby wziąć ze sobą książkę lub czasopismo, albo może robótkę ręczną, na wypadek gdyby trzeba było czekać na swoją kolej. Wybierając się na USG, zostaw sobie odpowiednio duży zapas czasu na znalezienie właściwego oddziału szpitala. Kiedy znajdziesz oddział i zostanie wywołane twoje nazwisko, wejdź do sali, w której przeprowadzane są badania USG. Rozbierz się i połóż na leżance na czas przeprowadzania badania. Na zakup ubranek dla dziecka wybierz się, zanim będziesz miała bardzo duży brzuch. Pokoik dziecięcy pomaluj, najlepiej w barwach podstawowych, farbą bezołowiową. W nocy, jeżeli nie możesz spać i masz gonitwę myśli, zduś rebelię własnej tożsamości i wykorzystaj ten czas na nawiązanie kontaktu z dzieckiem. Udręczona bezsennością, stosuję się do tej ostatniej rady, ale moje próby porozumienia się z dzieckiem zawsze przybierają w końcu formę błagania, żeby nie sprawiło mi bólu. W miarę jak rośnie mi brzuch, zdaję sobie sprawę z tego, że nawiązywanie kontaktu ze znajdującym się w nim dzieckiem ma mniej więcej taki sam sens, jak nawiązywanie przez pole kontaktu z budowaną w poprzek niego autostradą.

Niczym zły rodzic, literatura na temat ciąży ciska groźbami odwetu oraz upiornymi aluzjami do konsekwencji nieprzemyślanych zachowań. Jeśli zjesz pasztet, dziecku grozi uraz wątroby. Jeśli zjesz ser pleśniowy, twoje dziec­ko zapadnie na listeriozę, chorobę podstępną i bezobjawową, która spowoduje u niego odrażające deformacje. Pogłaszczesz kota, a twoje dziecko zapadnie na toksoplazmozę, chorobę podstępną i bezobjawową, która spowoduje u niego odrażające deformacje. Utrzymująca się przez kilka dni temperatura ciała wyższa niż trzydzieści osiem stopni może uszkodzić płód podczas pierwszych siedmiu tygodni życia, zatem nie korzystaj z sauny, wystrzegaj się gorących kąpieli, a także w żadnym momencie ciąży nie noś swetra, chyba że chcesz, aby twoje dziecko urodziło się odrażająco zdeformowane. Nie pij i nie pal, przeklęta dzieciobójczyni. Nie zażywaj aspiryny. Podczas jazdy samo­chodem zapinaj pas bezpieczeństwa; możesz poluzować dolną część, jeżeli masz kłopot z naciągnięciem pasa na brzuch. Każda kobieta, której się wydaje, że ciąża to jedyny okres w życiu, kiedy będzie mogła sobie pozwolić na to, żeby być gruba, niech się czym prędzej pożegna z tą myślą. Nie jedz ciast, ciastek, rafinowanej, białej mąki, czekolady, słodyczy i chipsów, unikaj napojów gazowanych. Za każdym razem, kiedy podnosisz widelec do ust – poucza jedna z książek – popatrz na niego i zadaj sobie pytanie: czy jest to najlepszy kęs, jaki mogę ­dać swojemu dziecku? Jeżeli odpowiedź brzmi nie, odłóż widelec.

Dziecko odgrywa w kulturze ciąży dziwną rolę. Jest jedno­cześnie ofiarą i autokratą. Istotą, której przeznaczeniem jest żyć jedynie w tej chwili doskonałości, jaką stanowią narodziny, po czym popada w stan zwyrodnienia i zepsucia, staje się grzesznym człowiekiem, zanosi się płaczem, wraca do dziedziny rzeczywistości. Podczas ciąży zaś dziecko jest cudem, ekspiacją. Literatura przedmiotu rozwodzi się nad jego rozwojem tydzień po tygodniu, kształtowaniem się maleńkich paluszków, miniaturowych paznokietków, dużych, bezpowiekich, niewinnych oczu. Powinno się aktywnie dążyć do kontaktu z tą istotą. Jej ruchy, jak twierdzi większość książek, można wyczuć już w czternastym tygodniu ciąży – delikatne trzepotanie, jak ruch skrzydeł motyla. (Według publikacji znacznie mniej egzaltowanej, a zatem nieaktual­nej, to po prostu wiatry – właściwe ruchy płodu można wyczuć dopiero miesiąc później. Nic się nie martw, jeśli się przewrócisz, dodaje ta sama księga wesoło, nie przejmuj się też wypadkami samochodowymi czy tym, że spadniesz ze schodów. Dziecku może zaszkodzić jedynie naprawdę silne uderzenie czymś ciężkim bezpośrednio w brzuch). W siedemnastym tygodniu wykształca się słuch. Dziecko słyszy twój głos, głos swojej mamy! Myślę sobie, że będzie miało później mnóstwo czasu, żeby się tym osiągnięciem nacieszyć, a nawet nim znudzić. Kiedy dziecko się rusza, matce poleca się gładzić brzuch i mówić do niego albo śpiewać. Dziecko się uspokoi. Gratulacje, właśnie uspokoiłaś swoje dziecko.

Takiego macierzyństwa „na niby”, samotnego, idealnego i dziwacznego, nie zaleca się, jak zauważam, kobietom, które już mają co najmniej jedno dziecko, i to nie tylko dlatego, że są mniej naiwne. W jednej z książek trafiam na rozdział poświęcony tym właśnie nieszczęśnicom, zatytułowany: „W kolejnej ciąży”. Jest bardzo krótki. Wylicza reakcje, jakich można się spodziewać, kiedy mówi się ludziom o swojej drugiej lub kolejnej ciąży. Jak to, znowu? – mogą zapytać niektórzy, albo: Co ty, nie masz jeszcze dosyć? Będziesz się czuła, jak czytam w dalszej części rozdziału, wycieńczona fizycznie i psychicznie. Twoje ciało, nadwyrężone poprzednią ciążą, będzie się z łatwością rozdymać i obwisać. Zważywszy na ciągłe sprzątanie, mycie i gotowanie, powodowane przez dzieci, które zrzucają na podłogę starannie przygotowane posiłki i opróżniają pudła z zabawkami szybciej, niż potrafisz je napełniać, a poza tym co noc po kilka razy budzą się i wrzeszczą, zapewne nie będziesz miała ani chwili dla siebie, żeby pomyśleć o tej ciąży. Możesz mieć poczucie, że nie uda ci się wykrzesać miłości do kolejnego dziecka. Może ciągniesz jedynie na burgerach i frytkach. Może przeżywasz trudności w relacji z partnerem, martwisz się o pieniądze, zastanawiasz się, czy będziecie musieli się przeprowadzić do większego mieszkania. Ale przynajmniej tym razem poród nie będzie taki straszny, bo wszystkie mięśnie już masz dokumentnie odkształcone po poprzednim.

Dzwonię do szpitala, żeby się zapisać do szkoły rodzenia. Już nie ma miejsc, słyszę. Powinna była pani zgłosić się wcześniej. Wcześniej nie byłam w ciąży, wyjaśniam. Widzę, że wkroczyłam do świata obsesyjnego przewidywania, w którym kobiety w podobnie zaawansowanej ciąży co ja zapisują nienarodzone jeszcze dzieci do starannie wybranych szkół. Ogarnia mnie panika, czuję, że nie nadążam, że jestem nieprzygotowana, co naraża mnie na ból, niczym człowieka, którego zostawiłoby się samego, bezbronnego w dżungli pełnej dzikich zwierząt. Wykonuję jeszcze kilka telefonów i wreszcie w świetlicy w jednej z podmiejskich dzielnic znajduję miejsce na zajęciach z jogi dla kobiet w ciąży. Pojawiam się o wyznaczonej porze i siadam wraz z sześcioma czy siedmioma innymi ciężarnymi w kręgu na podłodze. Instruktorka siedzi po turecku w środku kręgu. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takiego spędu osobników swojego gatunku. Wyglądamy jak uwięzione za tymi brzuchami, niczym więźniowie za kratami, niczym ludzie potrzebujący pomocy. To, że wszystkie znajdujemy się w takiej samej sytuacji, przynosi mi pewną ulgę, daje poczucie ukojenia. Zastanawiam się, czemu dotychczas wyśmiewałam tego rodzaju spotkania i wzbraniałam się przed nimi. Instruktorka opowiada nam o własnym doświadczeniu porodu. Było jogiczne i pozytywne. Wspomina chwilę, w której doznała olśnienia: zrozumiała, że ciężarne kobiety potrzebują tego, aby inni byli dla nich mili, a wobec małej podaży ludzi miłych w społeczeństwie samo narzuciło się rozwiązanie, żeby ciężarne były miłe dla siebie nawzajem. Zebrałyśmy się więc po to, mówi dalej, żeby być dla siebie miłe! Instruktorka wyrzuca ramiona w górę i śmieje się perliście. Każe nam głęboko oddychać. Przyjmować rozmaite pozycje. Kilka razy pada słowo „poród”, ale temat nie jest rozwijany. Stajemy przy ścianie i wykonujemy ćwiczenia na nogi. Jedna z nas potrafi zrobić szpagat. Potem pada polecenie, żeby dobrać się w pary. Mocno studzi to mój entuzjazm. Ja nie chcę nikogo do pary. Tak naprawdę chcę jak najszybciej wrócić do domu. Ale w milczeniu wybieram, czy też zostaję wybrana. Jak się okazuje, mamy się teraz nawzajem masować. Na tym polega bycie miłą. Każda para ma się podzielić na masażystkę i tę, która będzie masowana. Ja mam być masowana. Moja partnerka, dziewczyna o kędzierzawych blond włosach, mocno opalona i z kolczykiem w nosie, której imienia nie pamiętam, zabiera się do pracy. Zamykam oczy. Jestem sztywna jak stal. Instruktorka wydaje polecenia szeptem, jakby w pomieszczeniu obok ktoś spał. Wychodzę z ciała i umyślnie odpływam daleko, a jednocześnie napięcie wzbiera we mnie jak przypływ. Mija dużo czasu, zanim masaż dobiega końca. Z zakłopotaniem patrzę swojej partnerce w oczy i silę się na śmiech. Kiedy zamieniamy się rolami, rzucam się do masowania z profesjonalnym zapałem. Nikt mi nie będzie mógł zarzucić, że się nie staram. Skóra dziewczyny jest obca w dotyku i prywatna. Mimo że nakazuję sobie delikatność, moje ruchy są nadmiernie energiczne z powodu świadomości naruszania granicy osobistego kontaktu. Po masażu przychodzi pora na herbatę i ciastka czekoladowe. Wymawiam się czymś i wychodzę. Kiedy w progu oglądam się za siebie, widzę, jak kobiety siedzą w kręgu, trzymając kubki w dłoniach, a ich sylwetki emanują płodnością i bezbronnością. Prawie się nie odzywają. Czuję się jak mężczyzna przyłapany na wstydliwym akcie porzucania.

Zbliża się zima. Moje położenie budzi we mnie ­niemal stałe uczucie rozpaczy. Rano, kiedy się budzę, widzę wypiętrzającą się górę własnego brzucha i muszę walczyć z przypływem silnej klaustrofobii. Przede mną jeszcze wiele tygodni ciąży, a ja znalazłam się tak daleko od samej siebie jak nigdy wcześniej i nigdy potem. Dają mi się we znaki nie tylko abstynencja, odarcie z możliwości ulegnięcia pokusie czy nawet skrajne zmiany w wyglądzie i towarzyszący im dziwny ból, surrealistycznie poruszająca się w spowolnionym tempie istota, która trzepocze się w moim brzuchu jak ryba, czy poczucie bezsilności, wystawienie na spojrzenia i komentarze innych ludzi. (Niech się pani nie martwi, mówi gorzko bezręki młody mężczyzna, mijając mnie na przystanku, nie będzie takie jak ja. Mam ochotę pobiec za nim i odebrać jako swoją własność spojrzenie, którym w jego mniemaniu go obdarzyłam. Nieważne, czy będzie takie jak pan, chciałabym mu powiedzieć, w ogóle o tym nie myślę, chciałabym tylko, żeby było już po wszystkim). Najgorzej znoszę nagłe zaludnienie mojej sfery prywatnej, tak jakby ktoś otworzył na oścież drzwi do mojego pokoju i wpuścił tam obcych ludzi, by buszowali do woli po szafach i szufladach. Czuję się, jakbym została aresztowana albo wezwana do urzędu skarbowego w celu złożenia wyjaśnień, odizolowana i przeszukana. Moje życie nie jest wolne, stanowi jakąś dziwaczną dziesięcinę. Wyrzekłam się samotności i na te dziewięć miesięcy stałam się mostem, ogniwem, środkiem transportu. Czytam w gazetach doniesienia o wyrokach wydawanych w Ameryce na kobiety za uszkadzanie płodów i zastanawiam się, jak mogło dojść do czegoś takiego; jak ciało może stać się przestrzenią publiczną, niczym budka telefoniczna, która sama na sobie dokonuje karalnego aktu wandalizmu. Tego rodzaju historie ożywiają mój lęk przed władzą, przed podporządkowaniem się powszechnie przestrzeganym regułom. Zawsze bałam się tego, że ktoś odkryje i roztrąbi moje niedociągnięcia. A teraz jest tak, jakbym we własnym wnętrzu miała implantowanego szpiega, pod którego czujnym okiem czuję się winna i zawstydzona. Jestem jednak pewna, że to nie dziecko wywiera na mnie taką presję, tylko znaczenie, jakie nadają mu inni ludzie, zgłaszane przez świat roszczenie, że moje dziecko stanowi jego własność.

Ale nie jestem jedynie kierowcą przewożącym ten cenny ładunek, jestem również jego opakowaniem, skrzynią, kontenerem; zabezpieczenia są regulowane i nadzorowane, lecz sposób, w jaki zostanę otwarta, kiedy dotrzemy do celu, pozostaje tajemnicą. Niektóre kobiety odczuwają poród jako najintensywniejsze i najprzyjemniejsze doznanie w życiu – czytam. Te zdumiewające słowa głoszą wyznawczynie porodu naturalnego, czyli „aktywnego”. Jest to atrakcyjna propozycja – tym bardziej że współczesna medycyna może zaoferować co najwyżej, że ból będzie do zniesienia, jeżeli rodząca zgodzi się na podanie jej zastrzyku silnych leków. Jako osobie dorastającej w przeświadczeniu, że to nadzwyczajne, iż po stuleciach wyczerpujących bólów porodowych i śmierci w połogu kobietom wreszcie zaproponowano środki znieczulające, przekonanie się do porodu naturalnego zabrało mi trochę czasu. Jego idea opiera się w dużej mierze na porodowych doświadczeniach kobiet ze społeczności prymitywnych. Kim były te kobiety i gdzie żyły – tego się nie dowiadujemy; istotne jest, że gdy zbliża się rozwiązanie, nie wybierają numeru 999 i nie wystawiają pośladka na ukłucie igły ze strzykawką. Rodzą naturalnie, ponieważ tak to się u nich od zawsze odbywało, ponieważ współczesna medycyna nie zaburzyła ich instynktu, ponieważ tradycje związane z porodem są niezmienne od lat – i, co najważniejsze, rodzenie nie boli. Ból, innymi słowy, jest spowodowany tym, że się go oczekuje, a także faktem, że mężczyźni każą kobietom kłaść się na plecach i leżeć podczas porodu, podczas gdy każda prymitywna kobieta wie, że należy się wtedy otoczyć kobietami, w żadnym razie nie wolno się kłaść ani siadać, a mężczyzn najlepiej trzymać od tego wszystkiego z daleka. Na poparcie słuszności metody podane są ilustracje, te same, które obrazują wyjście dziecka z brzucha matki, tyle że odwrócone o dziewięćdziesiąt stopni, żeby podkreś­lić siłę ciążenia. Zastanawiam się, czy można się nie kłaść podczas porodu w szpitalu. Możesz się położyć lub nie, jak wolisz, brzmi zawarta w ulotkach odpowiedź, tylko pamiętaj, że w szpitalu są mężczyźni, zatem z chwilą, gdy przestąpisz jego progi, znacznie zwiększa się prawdopodobieństwo sztucznego przebicia błon płodowych, wywołania porodu za pomocą środków chemicznych, elektronicznego monitorowania funkcji życiowych płodu, porodu powstrzymywanego, znieczulenia zewnątrzoponowego, paraliżu, porodu kleszczowego, cesarskiego cięcia i następującej po nim konieczności sztucznego oddychania u dziecka. Czy nie lepiej więc rodzić w domu, wśród przyjaciół, w miłym, znajomym otoczeniu? A może w ciepłym basenie? Opisowi tej procedury towarzyszą zdjęcia. Głęboki, okrągły nadmuchiwany basen, otoczony roślinami doniczkowymi, wygląda na strasznie zatłoczony. Siedzą w nim nagie kobiety o włosach splecionych w długie warkocze, mężczyzna o bujnej brodzie w bardzo skąpych kąpielówkach i kilkoro dzieci.

Niestety, polityczne oburzenie na patriarchalną medykalizację porodu nie stanowi wystarczającej kwalifikacji do rodzenia bez pomocy szpitala. Jogiczne przygotowanie jest tu ważniejsze niż w jakiejkolwiek innej ­dziedzinie życia. Poród naturalny polega na tym, żeby rodząca robiła to, co podpowiada jej instynkt. Ja z całą pewnością taki instynkt utraciłam, jeżeli w ogóle go kiedyś miałam. Bardzo silny jest we mnie za to instynkt unikania szpitala. Jako dziecko przebyłam długą chorobę, więc wiem, że szpital to miejsce żelazne, gdzie wydarzają się najróżniejsze rzeczy, a zdarzenia są czymś nieuniknionym. W skrytości wyobrażam sobie, że jeśli nie pójdę do szpitala, to nie będę musiała urodzić dziecka. Czytam kolejne książki o porodzie naturalnym. Wszelka perswazja, żeby nawiązać bliższy kontakt ze swoim stanem fizycznym, powoduje u mnie jeszcze większe wycofanie w karmiącą się złudzeniami samotność. Jestem zachwycona swoją wolą i zdolnością wytrzymywania bólu, ale nie w tym sensie, jaki propaguje literatura przedmiotu – oto bowiem znalazłam nareszcie opowieść o porodzie, która jest równie nierealna co moja wizja porodu. W miarę jak zbliża się termin, inne kobiety zaczynają rzucać coraz wyraźniejsze aluzje. Słyszę więc o nacinaniu krocza, o cesarkach, podczas których znieczulenie nie do końca zadziałało, o źle założonych szwach, o bolesnych badaniach wewnętrznych, o porodzie trwającym pięćdziesiąt cztery godziny. Padają przy tym takie słowa jak „okaleczenie” czy „rozerwanie”. Sama już nie wiem, czy bardziej boję się bólu porodu, czy interwencji, jakie mogą zajść w jego trakcie. Informuję szpital, że postanowiłam urodzić w domu. Położna przychodzi do mnie ze złowieszczo wyglądającą skrzynką narzędzi i mało brakuje, a bym ją fizycznie zaatakowała. Dostrzegam, że w skrzynce są skalpele, nożyce, igły. Po co nam to wszystko? – pytam, dość histerycznie. Położna obstaje przy tym, że skrzynka ma stać w mojej sypialni, aby była pod ręką, gdybym zaczęła rodzić przed terminem. Czuję, że zbliża się moment, którego od zawsze się bałam: nie porodu, ani nawet nie bólu, tylko rozpoznania, przybycia jakiejś strasznej zjawy, której cień, jak mi się zdawało, widziałam już tyle razy w życiu. W nocy otwieram oczy i patrzę na skrzynkę. W gęstej, skondensowanej czerni przedmiotu, kojarzącej mi się z bombą, widzę długą chwilę zapowiadanego przerażenia, niedowierzania, tamowanej, lecz napierającej, coraz bliższej rzeczywistości.

Aż tu nagle zachodzi zmiana. Jest luty, dni są krótkie i blade, a noce ciemne i głębokie jak jeziora. Skrzypią zawiasy: niedługo rok otworzy się szerzej i wpuści światło wiosny. Czekam na to światło jak na sygnał swojej gotowości, ale się nie doczekuję. Przede mną jeszcze miesiąc ciąży, a ja zaczynam krwawić. Zgłaszam to położnej, a ona mimo moich protestów zabiera mnie do szpitala. Tam zostaję natychmiast skierowana na USG. Wokół mojego leżącego na wznak ciała gromadzi się tłum. Na monitorze znów pojawia się śnieżący obraz. Techniczka nachyla się ku niemu, stuka w klawiaturę, powiększa, wpatruje się wnikliwie. To niewiarygodne, oznajmia obcesowo. Lekarz też nachyla się ku monitorowi. Oboje szturchają ekran niedowierzającymi palcami. Wszystko jest nie tak, jak trzeba, mówi techniczka. Łożysko całkowicie blokuje szyjkę. Dziecko nie da rady wyjść. Widzi pani? – to pytanie do mnie. Patrzę posłusznie, uważnie i widzę coś czarnego i pulsującego, co kojarzy mi się z kosmosem. Podnosi się szmer oburzenia. Powinno to zostać wykryte wcześniej. To przecież stan zagrażający życiu. Zostaję poinformowana, że gdybym zrealizowała plan rodzenia w domu, to i córka, i ja zmarłybyśmy przy porodzie. Kiedy oni prowadzą tę dyskusję, ja patrzę na monitor. Głowica przesuwa się lekko w ręku techniczki i nagle z ciemności wynurza się śpiąca twarz mojej córki. Zapełnia cały ekran, blada i spokojna jak księżyc, eteryczna jak duch. Jest to twarz osoby, nie domniemanej, lecz rzeczywistej, która stoi u wejścia, czeka na to, żeby zacząć istnieć. Nikt poza mną tego nie zauważył. Gestykulując, techniczka odrywa głowicę od mojego brzucha i twarz na monitorze znika.

Wszyscy są zgodni co do tego, że muszę zostać w szpitalu. A ja się buntuję, wypisuję się na własne życzenie i jadę do domu. Nazajutrz wracam, poddaję się. Jest niedzielny wieczór. Szpital jest pogrążony w ciemnościach i opustoszały, tak jakby jego klientów obowiązywały godziny urzędowania. Jak wygłodzona rzuca się na mnie bojowa młoda lekarka, która ma ochotę poćwiczyć wbijanie różnych przedmiotów w żyły. Mówi, że trzeba zrobić badanie krwi i ­założyć wenflon. Odmawiam. Opanowując wściekłość, lekarka znika, po czym wraca z asystą. Kilka osób tłumaczy mi, że muszę się poddać tym procedurom. Nie zgadzam się, ale ostatecznie przystaję na badanie krwi. Młoda lekarka wbija mi igłę w rękę takim ruchem, jakby startowała w mistrzostwach w rzutki. Chwilę później wkłuwa się w drugą rękę. Krew wylewa mi się pod skórą i na obu ramionach pojawiają się duże czerwone plamy. Utemperowana, trafiam na salę, w której spędzam następne trzy dni. Odwiedzają mnie stada młodych lekarzy, którzy słyszeli o incydencie z wenflonem i chcą się odegrać. Odpieram ich ataki. Aż któregoś późnego wieczoru zjawia się wysoka, miła dziewczyna. Założymy go wreszcie, zgoda? – mówi. Wysuwam rękę, a ona wkłuwa mi wenflon w wierzch dłoni i wychodzi. Odwiedza mnie lekarz. W jego wyglądzie jest coś jowialnego, tyrolskiego. Gdyby urodziła się pani sto pięćdziesiąt lat temu, mówi, już by pani nie żyła. Odpowiadam, że to samo można by powiedzieć o większości ludzi, a on śmieje się, choć nie rozumie. Mam mieć cesarskie cięcie. Który dzień by pani najbardziej odpowiadał? – pyta lekarz z uśmiechem. Wybieram środę. Pytam, czy dziecko jest gotowe na to, żeby wyjąć je ze mnie, i otrzymuję zapewnienie, że tak. Ten lekarz sprowadzał już na świat dzieci małe jak kocięta, jak piórka, jak myśl – dzieci, które prawie jeszcze nie istniały. Czuję, że najchętniej w ogóle nie widziałby ich w brzuchu matki, tylko hodował samodzielnie w paletce na nasiona. Moje dziecko spędziło w brzuchu osiem miesięcy – według kryteriów obowiązujących w tym szpitalu najwyraźniej dekadencko długi czas.

Pozostałe kobiety leżące na sali też mają mieć cesarki. Żadna nie ryczy ani nie rwie włosów z głowy. Co rano jedna czy dwie wychodzą z sali na własnych nogach, a mniej więcej godzinę później, już z dzieckiem na rękach, wjeżdżają do jakiejś innej sali. Teraz, kiedy mam wyznaczony konkretny dzień i godzinę i zakreśloną sferę lęku, milcząco, bezwładnie akceptuję to, co ma nadejść. W tym klinicznym świecie, którym rządzi grafik, rozpoznaję przeznaczone mi miejsce. Niedawny flirt z planem porodu naturalnego śmieszy mnie teraz niczym dziwny sen lub przywidzenie. Przychodzi do mnie anestezjolog. Ogólne czy miejscowe? Ogólne, odpowiadam natychmiast. On radzi podwójne miejscowe. Na sali operacyjnej wszyscy stroją sobie niewybredne żarty, jeżeli pacjentka jest uśpiona, przekonuje. Będzie pani zadowolona, zobaczy pani, mówi na odchodnym. Przez trzy dni niczego nie jem, niczego nie czytam, o niczym nie myślę. Niebo za oknem jest krystalicznie czyste, piękne. Świat zewnętrzny sprawia wrażenie tak spokojnego, jakby się zatrzymał. Ja czuję się tak, jakbym dobiegała końca życia, dryfowała w przyciszonym, przestronnym stanie zawieszenia. Gdy nadchodzi środa, od świtu wydzwaniam w panice, w paroksyzmach przerażenia. Kiedy wracam do łóżka, przychodzi pielęgniarka. Nie w ramach obchodu: przychodzi po mnie. Wykonuje przy mnie takie zabiegi, jakby przygotowywała moje ciało do pochówku. Jak się pani czuje? – pyta podczas jednej z czynności. Wreszcie zostawia mnie samą. Niedługo zjawia się położna. Już na panią czekają, mówi. Wsiadamy do windy i zjeżdżamy dwa piętra w dół. Idziemy korytarzami, skręcamy raz w lewo, raz w prawo. W końcu pchamy podwójne drzwi i znajdujemy się na sali operacyjnej, w pomieszczeniu przedziwnie kojarzącym mi się z ilustracjami cel, w których dokonuje się egzekucji. Na środku, niczym ołtarz, stoi stół operacyjny. Sala jest pełna ludzi w maskach. Kiedy wchodzę, rzucają się na mnie, chwytają pod ręce, popychają mnie, kładąc dłonie na plecach, i niczym silny prąd niosą ku stołowi. Sadzają mnie na nim i natychmiast zostaję otoczona. Ktoś wstrzykuje mi coś w rękę. Grupka stojąca za mną wstrzykuje mi coś w plecy. Kiedy patrzę na swoją dłoń, widzę, jak w żyłę wbijany jest krwawo kranik trójdzielny. Nie wiem, przed czym mam się najpierw bronić, na czym skupić siłę wytrzymałości, więc poddaję się i zwieszam głowę. Po chwili zdaję sobie sprawę, że już leżę na stole. Moje ciało zostaje uniesione to z jednej, to z drugiej strony. Ktoś rozstawia mi nad klatką piersiową parawan. Ktoś rozpryskuje coś zimnego na mojej skórze. Czuje to pani? – pyta głośno. Tak! – odkrzykuję. A to? Też! Ta metoda wydaje mi się deprymująco prymitywna. Mam nadzieję, że mnie dosłyszał. Jakaś kobieta przytrzymuje mi głowę, dłońmi zakrywa uszy. Odrywa jedną dłoń i mówi, że zrobili już nacięcie. Przez grubą warstwę środka znieczulającego czuję ciągnięcie, naciskanie i lekkie poruszanie na boki. Wszyscy rozmawiają. Gra radio i jeden z mężczyzn śpiewa do wtóru muzyki. Kobieta odchodzi. W dużej lampie widzę odbicie swojej twarzy. Patrzę na zegar i widzę, że od mojego wyjścia z sali minęło dopiero dziesięć minut. Co się dzieje? – pytam. Głos dobywający się z mojego martwego ciała brzmi jak z zaświatów. Nagle ogarnia mnie strach, że o mnie zapomniano, że zostanę taka rozczłonkowana, już zawsze będę leżącą na stole gadającą głową. Boję się, że wypuszczono moją duszę z klatki i pozwolono jej ulecieć. Nikt nie odpowiada na moje pytania. Doszło do pewnego przesunięcia w hierarchii ważności: czuję to, czuję, jak inaczej układa się powietrze, czuję, jak czas zaczyna płynąć w nowym dopływie. Świat dopasowuje się do nowego porządku. Lekarze pokazują mi nad parawanem moją córkę. Jest sina, a jej twarz to jeden grymas szoku i strachu. Natychmiast rozpoznaję twarz z monitora. Tylko ja znałam sekret jej spokoju, płynną rzeczywistość jej świata płodowego. Zostaje zaniesiona na drugi koniec sali i – jakby była światłem – im bardziej się oddala, tym większy zasnuwa mnie cień. Gromadzą się przy niej położne. Tracę ją z oczu, ale jak komunikaty docierają do mnie dźwięki jej płaczu. Wreszcie pokazuje się znów, ubrana i zawinięta w kocyk. Bierze ją na ręce jej ojciec. Jego propozycja przyjaźni musi jej wystarczyć, zrekompensować brak właściwego przyjścia na świat, ponieważ zegar doświadczenia już zaczął tykać, nie oglądając się na mnie. Jej życie się zaczęło.

Dziecko Lily Bart

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Kolka i inne historie

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Kochać, odchodzić

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Matkodziecko

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Extra fox

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Kuchnia z piekła rodem

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Pomoc

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Piszcz!

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Pożegnanie snu

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Oddychaj

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Kłucie w sercu

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Podziękowania

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.