swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć

Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć

Zobacz na swiatebookow.pl

19,17 zł

Autor: Tomasz Kowalski

Kategoria: powieść obyczajowa i romans

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

ISBN: 978-83-7779-400-5

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Czy można w sposób zabawny mówić o śmierci, religii, sztuce i patriotyzmie? A o samobójstwie, alkoholizmie, literaturze i wampiryzmie? Otóż można. Wystarczy zajrzeć do trzech grabarzy z cmentarza w Ponurej. Tam przy papierosie i wódce Tomasz, Rysiek i Młody bez litości karcą świat pozorów, tandetnego blichtru, ludzkiej głupoty i hipokryzji. Świat, który niczym hordy dzikich barbarzyńców odzianych w szare garnitury próbuje wedrzeć się na teren cmentarza – tego ostatniego bastionu wolnej myśli, niczym nieskrępowanej refleksji, zapominanego już prawa do nieprzejmowania się prędkością, z jaką kręci się nasza zadyszana Ziemia. Surrealistyczny klimat powieści tworzą nieziemscy goście naszych grabarzy, jak na przykład wampir alkoholik Wincenty Murnałowski czy tytułowa Śmierć. Kpina i ironia z naszych narodowych wad i zwykłej ludzkiej małości wypełniają rozmowy grabarzy niczym trumna mogiłę. Tomasz Kowalski, autor Mędrca kaźni, kolejny raz podejmuje temat śmierci. Tym razem jednak zamierza nas rozbawić, może odrobinę postraszyć i sprawić, by po lekturze Rozmów na trzech grabarzy i jedną śmierć kolejne odwiedziny na cmentarzu wywołały na naszych twarzach choćby przelotny, ale jednak uśmiech.

Karta tytułowa

XXII

Spotkanie przy śmietniku, czyli
jak Tomasz z Jezusem fajkę
wypalił

Dostępne w wersji pełnej

Okładka

Copyright © 2017, Tomasz Kowalski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządze niach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystą pieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-400-5

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Redakcja: Jolanta Stal

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink

woblink.com

Zapraszam Państwa do wędrówki po meandrach życia i śmierci za sprawą pewnych wydarzeń, które miały miejsce na cmentarzu w miejscowości o wdzięcznej nazwie Ponura. Niczym ciasto lukrem, historia ta okraszona jest rozmowami prowadzonymi przez trzech grabarzy: Tomasza, Ryśka i Młodego. Inteligentny Czytelnik, który weźmie w swe ręce Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć celem ich lektury, szybko zauważy, że bohaterowie opowieści, którzy powinni być z natury swej i przyjętej społecznej roli durni jak but, wcale tacy nie są. Mądrością swą łamią konwencję i burzą porządek, plując w twarz stereotypom. I słusznie. Taka jest bowiem rola sztuki. Pełno tu symboli, odniesień i nikomu niepotrzebnej paplaniny. Fikcja miesza się z rzeczywistością, której znajdziemy tu jednak jak na lekarstwo. I bardzo dobrze, bo rzeczywistość dziś nie w modzie.

Jaka jest moja rola w tej historii? Bardzo ważna. Sprowadzam zagubionego Czytelnika w konkretne miejsca i roztaczam przed nim obrazy, których jego umęczona wyobraźnia wykreować nie potrafi. I chociaż najczęściej mnie nie widać, nie mam też imienia ani nazwiska, posady i służbowego samochodu, to jednak istnieję. Rozsiewam wokół zapachy perfum, kawy, przepełnionego tramwaju, drzewa sandałowego, opiekanych śledzi w zalewie octowej, jak również domowej toalety.

Czytajcie więc, co jest tu napisane. I nawet jeśli opowieść ta wyda wam się banalna i nudna, bluźniercza, bez gustu i dobrego smaku, będziecie mogli śmiało zaliczyć się do grona obywateli, którzy przeczytali w tym roku przynajmniej jedną książkę. A to już jest jakaś pociecha i wartość sama w sobie.

Z poważaniem

Narrator

I.

Cmentarz Tomasza i historia
dziada, co nie chciał umrzeć

Cmentarna kaplica zbudowana była w stylu neogotyckim. Czerwona cegła układana naprzemiennie zręcznymi dłońmi lokalnych murarzy starała się w sposób mniej lub bardziej udolny naśladować dokonania średniowiecznych mistrzów. Czy była przez to podobna do katedry w Kolonii lub w Moguncji? No, nie była. Ale nie o to chodzi w przypadku cmentarnych kaplic.

Do środka każdej kaplicy można się dostać na dwa sposoby. Albo na własnych nogach, wycierając nos ze wzruszenia i szczerej rozpaczy lub skubiąc z nudów liście asparagusa zdobiącego trzymane w rękach kwiecie, albo w trumnie. Każdy z tych sposobów był lub stanie się naszym doświadczeniem – czy nam się to podoba, czy nie. Czyni to kaplicę obiektem ważnym i trudnym do przecenienia.

Sam cmentarz podzielony był na dwie części: starą, datowaną na lata siedemdziesiąte XVIII wieku, oraz nową, na której proceder związany z układaniem do snu wiecznego w oczekiwaniu na sąd ostateczny uprawiano jeszcze nader często. I nic w tym dziwnego. O ile sam cmentarz był miejscem dość niezwykłym, to miasteczko, a głównie jego mieszkańcy podlegali tym samym prawom natury, co reszta cywilizowanego świata. Skoro się już urodziłeś, to nie po to, żeby żyć w nieskończoność. Rodząc się, podpisujemy na siebie wyrok śmierci. Chociaż i to nie do końca jest prawdą, o czym będzie jeszcze mowa później.

Wnętrze kaplicy otulone było mrokiem, wypełnione chłodem i zapachem kadzidła, spełniając tym samym przypisane takim miejscom standardy. Dziesięć rzędów drewnianych ławek oraz katafalk, czyli miejsce dla biernego uczestnika każdej przyzwoitej imprezy pogrzebowej. Wejście główne, zakończone łukiem z zielonej cegły i zamykane ogromnymi (oczywiście w kategoriach cmentarnej kaplicy) drzwiami, okutymi zdobnym żelastwem, dziełem kowala artysty. Lekko z boku, nienachalnie, otwierały się inne, małe, drewniane drzwi. Drzwiczki w zasadzie. Ukryte sprytnie za wnęką uniemożliwiały uczestnikom pogrzebu zarejestrowanie chwili przybycia mistrzów ceremonii, władców ciemności, ponurych przewodników po świcie umarłych, sług Charona skąpanych w morzu alkoholu i taniego tytoniu – czyli…? Grabarzy z cmentarza w parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Ponurej.

Szefem tego zgranego zespołu był Tomasz. Kopidolskie doświadczenie niczym nie ustępowało jego mądrości i zamiłowaniu do poszukiwania odpowiedzi na dręczące go jak łupież fryzjera pytania. Zaraz po ukończeniu technikum kolejowego wybrał się na studia. W 1968 roku obronił tytuł magistra na Wydziale Filozoficzno-Historycznym. Kompletnie nie mając pomysłu na siebie i swoje młode życie, zatrudnił się po studiach w miejskiej bibliotece, z której wylano go po ośmiu miesiącach pracy niby za burdel w fiszkach katalogu bibliotecznego, choć tak naprawdę w wyniku konfliktu z panią kierownik. Prawda, choć nie prozaiczna, była jednak taka, że kierowniczka miejskiej biblioteki, pani Alina, starsza od swojego nowego pracownika o dwadzieścia osiem lat, ubzdurała sobie małżeństwo z Tomaszem. Rzecz jasna on sam też nie był bez winy, dał bowiem kilka razy upust swej młodej chuci – tuż po zamknięciu biblioteki Alina w miłosnej ekstazie i z podkasaną spódnicą krzyczała w objęciach kochanka, recytowała Świteziankę i wyrywała szufladki z regału, rozsypując wokoło cholerne biblioteczne karty. Po odejściu z biblioteki Tomasz przewinął się jeszcze przez Miejski Dom Kultury w Ponurej, z którego to wyprowadziła go Milicja Obywatelska, po tym jak w trakcie przedstawienia dla dzieci kompletnie pijany próbował zamieszkać w starym fortepianie marki J. Becker. Do dziś pozostały mu blizny na dłoniach od ran, jakich doznał, rozcinając sobie skórę o wysokotonowe struny. Na komisariacie tłumaczył się tym, że jego zachowanie było performance’em dokonanym w akcie protestu. Nie mógł jednak za diabła przypomnieć sobie przeciwko czemu. Zresztą to właśnie alkohol, niczym profesjonalny doradca personalny, pokierował ostatecznie jego karierą zawodową. Kiedyś, pijąc alpagę w miejskim parku, znalazł ciało czternastolatki, która utopiła się w parkowym stawie (jak się potem okazało, było to samobójstwo z powodu nieodwzajemnionej miłości do Marka Grechuty). Niebożątko leżało w wodzie pełnej lilii wodnych i butelek po piwie. Trochę z przejęcia, trochę z nudów, jak tylko milicja i lekarze stwierdzili na miejscu tak zwany brak udziału osób trzecich w zajściu, Tomasz pomógł kolesiom z zakładu pogrzebowego załadować zwłoki dziecka do samochodu. Od nich dowiedział się o chorobie grabarza Jakubka z cmentarza w parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Ponurej. Stary Jakubek schodził z tego świata z pomarszczoną wątrobą i kataraktą na oczach, ale ponoć dumny i szczęśliwy. Niedoszły filozof Tomasz uznał propozycję tymczasowego pomachania łopatą za dobrą nauczkę, mającą wzbudzić w nim potrzebę ogarnięcia się i poszukania pracy zgodnej z wykształceniem. Cóż, los i prowizoryczne podejście do życia zatrzymały go na cmentarzu na najbliższych czterdzieści lat.

Cmentarz stał się jego życiem i sensem. Wiedział o nim wszystko. Znał każdego ze swoich podopiecznych, których osobiście układał w wykopanych przez siebie mogiłach przez czterdzieści lat wytężonej pracy. Mędrzec i filozof – tak postrzegają go mieszkańcy Ponurej. Mistrz i przewodnik – tak widzą go jego dwaj współpracownicy.

Ano właśnie… Rysiek. Drugi po szefie. Chociaż na pierwszy rzut oka mógłby wydawać się jego przeciwieństwem, w rzeczywistości jest ważnym łącznikiem pomiędzy odrealnionym światem Tomasza a prozą życia dojrzałego mężczyzny. Absolwent liceum sztuk plastycznych, które ukończył w 1977 roku, bez wyróżnienia. Mając w sobie więcej z rzemieślnika niż artysty, zatrudnił się w Urzędzie Miasta w Ponurej, w Wydziale Promocji. Zajmował się głównie pracą nadwornego plastyka przy organizacji imprez folklorystycznych i świąt państwowych. Wieszał plakaty, malował wielkogabarytowe makiety ludowych wycinanek i pierwszomajowych haseł. W dni powszednie, których z roku na rok było coraz więcej w kalendarzu wydarzeń w Ponurej, siedział w oparach dymu w ciasnej kanciapie pełnej słoików z rozpuszczalnikami, puszek z farbami, ścinków materiału, wyleniałych pędzli i szklanek z parzoną kawą. Klubowa atmosfera zaczęła uwierać Ryśka na tyle, że z zadowoleniem przyjął propozycję Tomasza i zatrudnił się na cmentarzu w roli kopidoła.

I wreszcie – Młody, uczeń. Pełen zapału do pracy, co skrzętnie i nie bez wyrachowania wykorzystywali zarówno Tomasz, jak i Rysiek. Chłonny wiedzy, jaką przekazywali mu starsi koledzy, pytający swego mistrza nie tylko o arkana grabarskiego fachu, ale o wszystko, co Tomasz mógł i chciał mu przekazać.

***

Robiło się coraz ciemniej. Mrok nad cmentarzem nie zwiastuje niczego dobrego. Nie zwiastuje też niczego złego, ponieważ rolą mroku nie jest zwiastowanie, będące raczej domeną aniołów, lecz sygnalizowanie nadchodzącej nocy. Wiadomo to zresztą nie od dzisiaj. Gdzieniegdzie na grobach tliły się kolorowe znicze – lampki, które niczym latarnie morskie pozwalały odnaleźć się zbłąkanym duszom w tym morzu granitu i taniego lastriko. Dziś znicze, no cóż, już nie są takie jak kiedyś. Te dawne płonęły żywym, gorącym ogniem, roztaczając w dzień Wszystkich Świętych wielką, jasną łunę nad każdym cmentarzem niczym piec wielkiej huty. Szkło pękało, wydając charakterystyczny dźwięk i zalewając woskiem wypolerowane uprzednio nagrobki. Dziatwa, znudzona rodzinnymi dysputami na temat powszechnie znanej dobroci zmarłych przodków, mogła bez przeszkód maczać palce w rozgrzanej parafinie, dając tym samym dowody swej odwagi i powód do utyskiwań futrzanych matek. Teraz to już zwykły erzac z wymiennymi wkładami. Wie o tym doskonale miejscowy biznesmen, wytwórca zniczy, pan Ćwięczek.

Ogromne, pozbawione liści drzewa potęgowały uczucie przemijania. Zgiełk samochodów, w których wracali do swoich domów ich właściciele, przywracał poczucie właściwego czasu – dwudziestowieczną rzeczywistość. Za wysokim cmentarnym murem, oplecionym dzikim bluszczem, roztaczało się królestwo żywych – Ponura. Miasteczko, jakich w południowej Polsce wiele. Położone oczywiście u podnóża czegoś tam, z wielkim krzyżem, świadectwem niedawnej pielgrzymki papieża, na dawnym szlaku wiodącym gdzieś tam. Teraz to miejsce typowo turystyczne, szczycące się niegdyś dużym Zakładem Wyrobów z Drutu oraz cynkownią. Aktualnie borykające się ze swoją małomiasteczkowością jak z czyrakiem na dupie.

Ten cmentarz nie był jedynym w Ponurej. Były też inne, jak chociażby cmentarz komunalny przy ulicy Kurzeja. Ale cóż znaczą inne miejsca, kiedy jest tylko jedno tak wyjątkowe.

***

Drzwi do kaplicy były uchylone. W środku na katafalku spoczywała trumna. Pojutrze kolejny pogrzeb. Przy obecnej temperaturze nie było sensu trzymać nieboszczyka w szpitalnej lodówce, szczególnie że to drogo wychodziło, a każdy grosz się liczył. Pomimo późnej pory w nowej części cmentarza odbywał się jeszcze skromny pogrzeb nieszczęśnika, który w przypływie solidnej dawki goryczy i rozczarowania światem powiesił się na terenie rumowisk starej cynkowni. Innymi słowy – życie toczyło się ustalonym torem. Zaczęło padać.

Lekko przygarbiona, w czarnej, postrzępionej pelerynie i z kapturem na głowie do kaplicy wtarabaniła się Ona. Nie przyniosła jej jakaś tajemnicza, morowa mgła, ale po prostu sama wlazła. I to wlazła jak do siebie. Nie rozglądała się, bo i nie było na co patrzeć. Oparła o ścianę kosę, która po chwili zsunęła się i z hukiem wylądowała na posadzce. Chciała ją nawet podnieść, ale powstrzymały ją wrodzony tumiwisizm i nonszalancja. Machnęła tylko kościstą ręką, złorzecząc coś pod nosem. Tak jest. Była to Śmierć. Wizualnie klasyczna. Jak z obrazu Grottgera. Posępna jak trzeba, przy odpowiednim oświetleniu może nawet przerażająca, tylko że w całej jej postaci nie było za grosz dostojeństwa. Wyglądała raczej jak typowy przedstawiciel klasy pracującej, mający wszystkiego serdecznie dosyć. Wolnym krokiem podeszła do trumny i ostrożnie podniosła wieko, z zaciekawieniem zaglądając do środka.

– Kogo tu mają? – zapytała sama siebie. – O, to z tobą tak się naużerałam, dziadu jeden!

Trzasnęła wiekiem nie bez irytacji. W tej samej chwili przez boczne drzwi kaplicy wszedł, jak zwykle zamyślony, Tomasz.

– Matko i córko! – wrzasnął. – To ty? Nigdy się nie przyzwyczaję, jak mi Bóg miły, nigdy! Dawno cię tu u nas nie było.

– Też witam cię równie serdecznie – warknęła.

– Bez urazy – odrzekł Tomasz i uśmiechnął się pojednawczo.

Śmierć przysiadła bokiem na ławie i przyglądając się swoim zmęczonym nogom, ciągnęła dalej:

– A, byłam tu, na Łukasińskiego, pod szesnastką, u takiej starowinki ze spasioną sarenką, to pomyślałam, że wpadnę przy okazji. Prywatnie, bez obawy.

Tomasz nie czuł żadnych obaw. Znali się nie od dzisiaj. Rzecz jasna, doskonale wiedział, że kiedyś spotkają się już tak bardziej służbowo. Na razie jednak czuł się dobrze i nie wybierał na tamten świat.

– A, to wiem nawet, u której. Ona taka bidulinka, sama była jak palec, bez rodziny. Tylko z tym psem. Zawał? – zainteresował się.

– Jaki tam zawał – zaskrzeczała. – Firany wieszała. Wiesz, te stare mieszkania takie wysokie.

– Ktoś już wie?

– Nie sądzę – odrzekła. – Pies będzie ujadał, to się za parę dni sąsiedzi upomną.

– O, to raczej śmierdząca sprawa, tak sobie myślę – powiedział Tomasz i zrobił minę, jakby właśnie otwarł puszkę z zepsutym paprykarzem.

– Śmierdząca, nieśmierdząca, to się dopiero okaże. Zresztą nie mój cyrk, nie moje małpy. Ja swoje zrobiłam. Dziś zlecenie, dziś robota, nie tak jak z tamtym – powiedziała oficjalnym tonem, kiwając głową w stronę trumny.

– To też twój, za przeproszeniem, klient? – zapytał z uśmiechem.

Śmierć aż poderwała się z oburzenia, a jej postawa jednoznacznie wskazywała na zbliżającą się niechybnie opowieść o śmierci człowieka leżącego w trumnie.

– A żeby posrało taką robotę! – wygarnęła.

– No wiesz! – przerwał jej Tomasz. – Jak cię tak czasami słucham, to mi się ta cała twoja przedwieczna posągowość wali. Mroczny kosiarz. Koń by się uśmiał – dodał grabarz i zachichotał.

– Daj spokój, nie do mnie taka mowa. Za stara na to jestem – zauważyła słusznie. – Uważaj. Chłop dostał zawału, na przystanku przy Kruczej, no wiesz. Ludzie jak to ludzie: „Pijany, pijany!”. Faktycznie, morda w kałuży, bańki puszcza, myślą, że jeszcze śpiewa. No to ja się biorę za kosę. Nawet szczególnie się nie zapieram, a tu nagle podjeżdża, rozumiesz, pogotowie.

– Karetka, znaczy – poprawił ją Tomasz.

– Skąd? Jakim cudem? Nie wiadomo – ciągnęła dalej.

– Widać ktoś jednak zadzwonił. Pewnie miał darmowe minuty do wykorzystania – stwierdził ze spokojem Tomasz.

– Widać tak. Nawet już wiem kto – powiedziała z wielce wkurzoną miną, która zresztą wychodziła jej najlepiej, biorąc pod uwagę brak mięśni i skóry na twarzy i całej reszcie „ciała”.

– To se jednym słowem nagrabił – uśmiechnął się grabarz.

– Posłuchaj dalej – powiedziała Śmierć, zamierzając najwyraźniej doprowadzić opowieść do końca. – Przyjechali. Wtarabanili go do karetki. Ja za nimi. Zjawiliśmy się na ostrym dyżurze na tej, no… Ostrobramskiej.

– Ostrogórskiej – skorygował Tomasz.

– Ostrogórskiej, w rzeczy samej. Tam go, rozumiesz, podłączyli do prądu. Raz, drugi, zaskoczył. Jest tętno. I żebyś widział, jak się zaczęli cieszyć.

– U nas, żywych, to norma, wyobraź sobie – skwitował grabarz.

– Po dwóch godzinach kryzys. Zastrzyki, kroplówka i jazda na OIOM. Zaczęło się. Podłączyli go do sprzętu na podtrzymanie. No bo ja mam oczywiście czas! Ja to sobie mogę czekać w nieskończoność! – Śmierć wymachiwała rękami, żaląc się na nadgorliwość lekarzy.

– I co, czekałaś? – zapytał.

– Czekałam, a jakże. Pochodziłam sobie przy okazji po salach. Sprawdziłam, czy aby coś, za przeproszeniem, ponadnormatywnego się nie znajdzie. Już, wyobraź sobie, traciłam nadzieję, kiedy chłop zaczął dogorywać. Znowu podjęto reanimację. Mówię ci, filmowo: „Siostro, to, siostro, tamto, a respirator, a adrenalina!”. Jakby im zależało. A ja z boczku, rozumiesz, i czekam. Pełny spokój. W końcu widzę, że już koniec. Za kosę! – powiedziała i przerwała nagle. – Reszta jest milczeniem. Ale co się naszarpałam!

Tomasz ze zrozumieniem pokiwał głową, ale zaraz dodał:

– Czasem bardziej od twojej fizjonomii przeraża mnie twoje wyrachowanie. Przecież ty od początku wiedziałaś, że on i tak musi tego dnia umrzeć.

– Oczywiście, że wiedziałam – odpowiedziała z dumą. – Ale z drugiej strony muszę przyznać, że wasze postępy w szeroko pojętej nauce, a szczególnie w medycynie, dają mi się czasami we znaki.

– No przecież nie możesz mieć pretensji o to, że bronimy się przed tobą rękami i nogami – Tomasz reprezentował, jak na razie, rację żyjących. – W końcu tylko ty ze znanych mi aktualnie istot wiesz, co jest po drugiej stronie.

Śmierć doskonale rozumiała, do czego Tomasz zmierza. Nie raz próbował naciągnąć ją na ujawnienie wielkiej tajemnicy życia po śmierci. Była jednak czujna. Lubiła z nim pogadać, ale pamiętała, że Tomasz ponad wszystko kocha wiedzieć.

– I bardzo dobrze! – podniosła głos. – Jeszcze by tego brakowało! A jeśli znowu będziesz próbował coś ode mnie wyciągnąć, to ostrzegam! – dodała i pogroziła mu kościstym paluchem. – Nie wykorzystuj naszej znajomości!

Tomasz, wyraźnie rozbawiony, podszedł do głównych drzwi kaplicy i zasunął solidną zasuwę, a następnie założył wielką kłódkę. Potem przeciągnął się, jakby dopiero co wstał, i ziewając, wymamrotał:

– Chodź do nas, posiedzimy sobie.

– W ogóle cię nie rozumiem. Nie ziewaj, jak do mnie mówisz, ja cię proszę – wycedziła Śmierć.

– Mówię: chodź do nas. Zaraz przyjdą chłopaki – powiedział Tomasz i zapraszającym gestem dał znak do wyjścia.

Śmierć z wolna podeszła do leżącej na ziemi kosy. Gdy się schyliła, w kaplicy rozległ się nieprzyjemny trzask, spotęgowany echem pustego pomieszczenia.

– O ty! W życiu! – jęknęła Śmierć i złapała się znacząco za plecy.

***

Do siedziby grabarzy wiodła szeroka, asfaltowa aleja, która z czasem, pnąc się zakosami w górę, stawała się coraz węższa i węższa, a w końcu przechodziła w niewielką ścieżkę, ukrytą pomiędzy grobami. Grabarskie centrum dowodzenia, na które składały się dwa murowane baraki, mieściło się tuż przy bocznej bramie cmentarza od ulicy Księdza Wylęgałki. Przyklejone do muru, z małym, ogrodzonym placem, na którym leżały atrybuty grabarskiej roboty, robiło wrażenie. Choć tak po prawdzie nie robiło wrażenia. Ot, płyty nagrobkowe, na których kamieniarze misternie grawerowali dane personalne, daty przyjścia na świat i z niego zejścia. Łopaty, kilofy, taczka, no i ławka. Na niej to zasiadał Tomasz. Zapalał wtedy papierosa i spoglądał na swój cmentarz okiem dobrego gospodarza. Wpatrywał się w roztaczające się przed nim morze grobów niczym pasterz w swoją nieruchomą trzódkę. Generalnie rzecz biorąc, miejsce to odbiegało wyglądem, a nade wszystko poziomem sterylności, od takiej na przykład prywatnej kliniki chirurgii plastycznej, chociaż i tu, i tam dbano o wygląd ciał po przejściach. Do licznych pokoi, dokładnie trzech, wiódł wąski, ciemny korytarz. Gdzieś w okolicy jednej trzeciej jego długości do podłogi przytwierdzona była solidna, drewniana listwa, ukrywająca łączenie dwóch kawałków linoleum. Każdy interesant mający niecny zamiar zakłócenia miru domowego grabarzy potykał się z mniejszym lub większym wdziękiem o drewnianą przeszkodę, by następnie z rumorem i wypiekami na twarzy wpadać na łeb, na szyję do środka, informując tym samym o swoim przybyciu. To urządzenie idealnie sprawdzało się na przykład w sytuacjach przeglądania świerszczyków czy wznoszenia toastów.

Pierwsze, zaraz po lewej stronie, mieściło się biuro Tomasza, w którym przyjmowano zlecenia, liczono kasę, wystawiano rachunki – słowem – prowadzono całą cmentarną buchalterię. Dalej znajdowała się szatnia z metalowymi szafkami, na drzwiczkach których powinny widnieć plakaty rozebranych panienek. Tych jednak tam nie było. Jak już mówiłem, cmentarz był dziwny pod wieloma względami. W trzecim pomieszczeniu toczyło się całe grabarskie życie – krótko mówiąc, był to kopidolski salon. Stół, kilka krzeseł, żeliwna koza i książki. Mnóstwo książek. Były po prostu wszędzie. Na regałach, na ziemi, pod stołem, latem również na kozie. Tomasz przynosił je zewsząd. Głównie z zaprzyjaźnionego składu makulatury, a czasem po prostu ze śmietników. Następujące po sobie pokolenia właścicieli mieszkań i domów rozpoczynały zazwyczaj budowanie nowej cywilizacji od burzenia starej i pozbywania się tych, nagromadzonych przez lata, wspomnień, które nie przedstawiały dla młodych znaczącej wartości materialnej.

W czasie kiedy Tomasz razem ze Śmiercią pogrążeni byli w dyskusji na temat ostatnich doniesień o napiętej sytuacji na granicy pakistańsko-indyjskiej, do pokoju weszli zmoczeni deszczem Rysiek i Młody. Ubrani w gustowne, czarne garnitury, czarne krawaty typu „śledź”, w białych rękawiczkach na dłoniach, uśmiechnęli się promiennie na widok gościa.

– Cześć, Kostucha, kopę lat! Co też cię sprowadza w nasze skromne progi? – wyrwał się nieco bezceremonialne Rysiek.

– Skromne to może być wesele córki ciecia z prosektorium, a nie ten wasz syf, szanowni panowie kopidoły.

– O, właśnie! „Szanowni”. To dobre, bardzo. „Szanowni”. To znaczy ważni albo mądrzy. Albo jedno i drugie – stwierdził nad wyraz rozumnie Młody. Chłopak pielęgnował w sobie to przedziwne uczucie, które sukcesywnie wygasa w każdym z nas po latach życiowych doświadczeń – uczucie tlącej się nadziei na niezwykłe, a przynajmniej niepospolite życie.

– Widzisz go, jakie panisko! – obruszył się nieszczerze Tomasz. – Ledwo to to skończyło terminować, a już wymaga od wszystkich szacunku.

– Szacunku, szefie, zawsze trzeba wymagać, bo inaczej ludzie cię nie będą szanować, tak se myślę.

– Jakaś logika w tym nawet jest – skomentowała Śmierć, wyciągając jednocześnie paczkę papierosów. – No, ale dobra nasza. To co, panowie szanowni, zapalimy?

– Dzięki, ale ja nie palę – żachnął się Młody.

– O, jaki asekurant. I tak cię dopadnę, jak przyjdzie na ciebie czas! Nie bój nic – powiedziała Śmierć, wyszczerzając swoje żółte od papierosów zęby.

Młody szybko splunął na podłogę.

– Ty to zawsze jak coś powiesz…! Żeby cię! Tobie to na pewno nie zaszkodzi.

– Nie denerwuj się, Młody – uspokajał go Rysiek. – Ona tak zawsze, nie bierze życia zbyt serio. He, he.

– Szczególnie czyjegoś – dodał Tomasz.

Wszyscy prócz Młodego głęboko, z rozkoszą i zadumą zaciągnęli się gęstym dymkiem z papierosa. Na zewnątrz, poza barakiem, panował dyktat niepalenia. Jak twierdził Tomasz – świat oszalał. Odwrócił się plecami do tego, co przyjemne, magiczne i jednocześnie zgubne. I po co? Dla złudnej wiary w szczęście i sukces, mające mieć swoje źródło w nienaturalnie białych zębach? Świat oszalał.

– Ha! – zaczął Rysiek. – Właśnie chowaliśmy jakiegoś artystę. Malarza czy poetę. Podobno coś nawet wydał.

– Jak wydał, to znaczy, że poeta – stwierdziła Śmierć, wbijając wzrok w dym unoszący się przed jej czaszką.

– No. Nikogo nie było, głupio jakoś. Podobno powiesił się w starej cynkowni – powiedział Młody z ewidentnie wyczuwalną troską w głosie. Śmierć oparła się o stojący za nią stół.

– A, to już inna sprawa. Ja swoich kości nie przyłożyłam.

– Śmierć to śmierć – odrzekł Rysiek.

– Nie tak do końca. Widzisz, jeśli ktoś odbiera sobie życie, robi to bez mojego udziału. Pełna improwizacja, impuls taki.

– Pewno są potem jakieś konsekwencje? No wiesz, Bóg dał, Bóg wziął, i tak dalej. – Tomasz podjął kolejną próbę wyjaśnienia niewiadomej. Nurtowało go, co czeka po tej drugiej stronie i czy w ogóle jest jakaś druga strona. Był nawet trochę zły, że mając tak niepowtarzalną okazję zasięgnięcia informacji niejako u źródła, musiał opierać się na nieweryfikowalnych prawdach objawionych wszelakich religii. Śmierć natomiast, pomimo nieco rozluźnionej atmosfery, nie dała się wyprowadzić w pole i po raz kolejny wyczuła niecne intencje Tomasza. Spojrzała na niego z politowaniem.

– Ty nie bądź taki mądry. Nic ci nie powiem. W każdym razie – wróciła do tematu – z artystami to tak często jest, naprawdę. Całe ich życie to improwizacja, więc i śmierć także – kontynuowała jak gdyby nigdy nic.

– Ciekawe, co to był za artysta. Może znany jakiś, sławny – rozmarzył się Młody, który z powodu wieku łaknął kontaktu z wielkim światem, bez względu na to, jak ta wielkość się objawiała i jakich rozmiarów była w rzeczywistości.

– E, sławny być nie mógł – machnął ręką Rysiek. – Jakby był, to wiesz, co by się tu u nas działo? Setki przyjaciół, kolegów-twórców i tych, no, literatów. Telewizja, rozumiesz. Na naszym cmentarzu raczej się nie zdarzy – posmutniał. – Bez specjalnej alei to nawet nie uchodzi.

Bo i prawda. Cmentarz w Ponurej to nie były Powązki.

II.

Miernota uświadomiona
i nieuświadomiona oraz
zbawienny wpływ samobójstwa
na sztukę

– To był pewnie artysta niespełniony – powiedziała Śmierć z przekonaniem krytyka i znawcy środowisk twórczych.

– Na pewno. Typowy – dodał równie przekonany Rysiek.

– Ja to też bym chciał być takim niespełnionym artystą. No wiecie… – Młody podparł brodę rękami, oddając się bez reszty jakiejś pretensjonalnej wizualizacji.

– Wiemy, wiemy, i to doskonale – zawtórował mu z przekąsem Rysiek.

– Ty, Młody, nie żartuj sobie, bo to straszna tragedia jest – odrzekł Tomasz, równocześnie poprawiając sobie spodnie.

– Zgadza się. A poza tym im dłużej taki potępieniec żyje, tym staje się bardziej żałosny – potwierdził Rysiek.

– A co wy możecie o tym wiedzieć?! – wrzasnął z oburzeniem Młody.

– A możemy. No właśnie, że możemy. Artysta niespełniony, synku – Śmierć włączyła się do dyskusji – czyli miernota nieuświadomiona, to instytucja społeczna, lokalna, że tak powiem – mówiła i była przy tym bardzo przekonująca. Niczym socjolog z telewizji.

– Pewnie – dodał Rysiek. – Każde miasto czy miasteczko posiada od jednego do kilkunastu artystów niespełnionych. To taka miejska wersja wiejskiego głupka. O!

– To niby po czym można go poznać, co? – zapytał Młody.

Rysiek wstał z krzesła. Zdjął krawat, rozpiął koszulę, ukazując zebranym sporej wielkości klatkę piersiową i jeszcze większy brzuch. Wszyscy wyglądali na lekko zaskoczonych, chociaż byli pewni, że cała ta maskarada nie jest przypadkowa i ma czemuś służyć. Rysiek tym częściowym negliżem w miejscu bądź co bądź publicznym zawarł swoje wyobrażenie stylu życia artysty. Ot i cała tajemnica.

– Widzisz, bo to jest tak – zaczął. – Artysta niespełniony wychodzi wieczorem na ulicę, zazwyczaj brukowaną, i zaczyna nowy dzień.

– Wieczorem? – zdziwił się Młody, który dzień zaczynał normalnie o ٥:45.

– Słuchaj, nie dyskutuj! – pouczył go Rysiek. Następnie otworzył nieistniejące drzwi i witając się z wyimaginowanymi postaciami, opowiadał dalej: – Wpada do knajpki, oczywiście zaprzyjaźnionej, i tam spotyka sobie podobnych artystów, młodzież gimnazjalną, która przez parę najbliższych lat stanowić będzie podstawę miejscowego nihilizmu…

– Zanim staną się lekarzami, prawnikami i kupcami – stwierdził z żalem Tomasz.

– Spotka też paru zapijaczonych meneli, którzy, dla odmiany, niczego od życia nie oczekują. Nasz artysta, będący skrzyżowaniem gimnazjalisty i menela, jest rzecz jasna odpowiednio ubrany. Strój artysty – tu poklepał się po gołym brzuchu – musi wskazywać na wykonywaną profesję, stan majątkowy i wstręt do ubrań, które powszechnie wskazują właśnie na wykonywaną profesję i stan majątkowy.

Młody zaczynał się w tym wszystkim gubić:

– Nic z tego nie rozumiem – jęknął. Tomasz poczuł się więc w obowiązku wytłumaczenia młodszemu koledze zawiłości symboliki ubioru w życiu społeczeństwa. Odsunął na chwilę Ryśka, sam stając w centralnym punkcie pokoju.

– Uważaj – zaczął. – Otóż nie jest prawdą, jakoby tylko wojsko wyróżniało się odpowiednim mundurem, dzięki któremu wiemy, skąd dany żołnierz jest i dokąd zmierza. Ludzie, chłopcze, są zwierzętami stadnymi i manifestują swoją przynależność do stada, jak tylko mogą. Nawet pustelnik, który z założenia żyje sam, wygląda tak, by każdy wiedział, że to pustelnik. Zobacz. Młodzież obnosząca się swoją krytyką konsumpcyjnego stylu życia, wykrzykująca na ulicach hasła typu: „Nie damy się wbić w żaden mundurek!”, ubiera się identycznie jak współbracia w walce o swoją niezależność. Takie przykłady można mnożyć, poczynając od kierowców TIR-ów, a na księgowych kończąc (Tomasz, na ten przykład, w młodości był hipisem).

– Wracając do naszego niespełnionego – Śmierć najwyraźniej postanowiła zakończyć wykład, a przynajmniej się wtrącić – artysta taki przede wszystkim ciągle poszukuje, jednocześnie wietrząc spisek artystów spełnionych. Ewentualnie obwinia społeczeństwo. Albo robi jedno i drugie. Załóżmy, że artysta jest malarzem.

– Co tam! – przerwał jej gwałtownie Rysiek, który wczuł się w rolę. – Zaryzykujmy nawet Akademię Sztuk Pięknych. A co! Dyplom daje w końcu podstawy do przyjęcia tak zwanej postawy roszczeniowej. Artysta maluje – kontynuował z pasją – a jakże! Zdecydowanie realizując nieugięte reguły popytu na malarstwo wyraźne, odzwierciedlające rzeczywistość.

– Chociaż proporcje u koni i jeleni czasami są nieświadomie zachwiane – zaśmiał się Tomasz, naśladując rękami widok nieproporcjonalnie krótkich odnóży spartaczonego daniela.

– Nie rozumiem – powiedział Młody.

– Z czegoś trzeba żyć! – krzyknął Rysiek, stukając się znacząco dłonią w czoło. – Młody! Ty się skup, na rany Boga! To trudny temat jest.

Chłopak, nie pojmując nagłego wybuchu agresji ze strony starszego kolegi, postanowił wcisnąć się mocniej w fotel, okazując tym samym uległość wobec wkurwionego samca alfa.

– Natomiast nocą – tu Śmierć ruszyła się z miejsca, by do końca zdjąć z Ryśka koszulę i cisnąć ją na ziemię – artysta zrzuca kajdany akademizmu, zapala świece, rozbiera się do naga – wskazała na Ryśka, wzbudzając tym gestem ogólne rozbawienie – i popijając napój owocowo-korzenny zawierający wino…

– Znaczy mózgojeba – dopowiedział Młody.

Śmierć tymczasem kontynuowała opowieść, udając malarza przy pracy:

– Zaczyna plamić płótno. Jest w euforii. Układ plam nie przypomina mu niczego, co do tej pory widział, a przecież bywał tu i tam. Wniosek dla naszego artysty jest oczywisty i nieznoszący sprzeciwu. To nowy kierunek w malarstwie!

– Niestety – ciągnął dalej Rysiek, wkładając z powrotem koszulę. – Nie jest to nawet połowa sukcesu. Teraz należy uzasadnić, i to mądrze, tytuł dzieła. Tytuł, którego rzecz jasna nie ma. Następnie jeszcze mądrzej zdefiniować kierunek i na koniec jakoś go ochrzcić, ten kierunek znaczy. Potem już tylko nawiązać kontakty, przygotować wystawę, wygłosić jakiś wykład… i sprzedawać. I tu, rozumiesz, bracie, pojawia się kolejne „niestety”. Artysta malarz rano nie pamięta, co robił w nocy. Stwierdza, że leży nago, co może wskazywać na wiele zdarzeń, niemających ze sobą nic wspólnego.

Rysiek usiadł zrezygnowany w fotelu, jakby cała ta historyjka była jego osobistym, tragicznym doświadczeniem.

– Nagle – mówił dalej – oczom artysty ukazuje się obraz. Dzieło w tonacji mrocznej. Przedstawiające emocje.

Wszyscy jak jeden mąż wpatrywali się w niewidzialny obraz z taką siłą i przekonaniem, że jeszcze chwila, a ten by się zmaterializował.

– Jest tak nieokreślone i przy okazji paskudne, że nie nadaje się nawet do powieszenia w poczekalni jakiegoś banku.

– Faktycznie. Banki są dzisiaj chyba największą galerią świata, pełne wszelkiego rodzaju abstrakcji – zauważył celnie Tomasz.

– Artysta – Rysiek kontynuował – z trudem dźwigając się z posadzki, bierze płótno i… zanosi je w tak zwany kąt. Czyli tam, gdzie niczym odpad niekontrolowanej nadprodukcji dzieł będzie odtąd spoczywało w kurzu i zapomnieniu. Tomasz i Śmierć spoglądali na zrezygnowanego Ryśka z nieukrywanym podziwem i szczerym współczuciem. Ile w tej historii jest prawdy? Prawdy o życiu absolwenta liceum sztuk plastycznych…

– Przecież to nie zawsze musi wyglądać w ten sposób! – Młody ocknął się, nie kryjąc rozczarowania. – Czasami ktoś się może na takich obrazach poznać. Na przykład przy remoncie mieszkania.

– No pewnie. Zakładając, że remont przeprowadzać będzie ekipa składająca się z nawiedzonego krytyka sztuki i pozbawionego zdrowego rozsądku marszanda – podsumował jak zwykle złośliwie Tomasz.

Młody, wyraźnie zawiedziony i rozczarowany losem niekomercyjnego artysty, wziął się za rozpakowywanie kanapek, przygotowanych przez mamę z pietyzmem i miłością. Trzech kanapek. Jednej z żółtym serem, jednej z metką i jednej z kiełbasą kminkową. Młody układał je w odpowiedniej kolejności, w zależności od tego, który z tych trzech niezwykłych smaków pragnął zachować na później.

– Nie tak do końca! – Śmierć wyskoczyła z myślowego letargu. – Jest pewien sposób na tę kulturalną znieczulicę. No właśnie! Samobójstwo! – oświadczyła uroczystym tonem.

– Czy ty zawsze wszystko musisz sprowadzać do jednego? – wybełkotał Młody, którego usta wypełnione były chlebem i żółtym serem.

– Poczekaj! – Śmierć wstała z krzesła. – Według ciebie to drastyczne? Może i tak, ale często bardzo skuteczne. Po pierwsze, krytyka staje się wtedy mniej upierdliwa.

– To prawda. W końcu o zmarłych nie mówi się źle – dodał Rysiek.

– Jasne, chyba że denat jest tak ciężki, że ci trumna zjeżdża z pleców – zażartował Tomasz, wywołując ogólne rozbawienie. Tylko Młody się nie śmiał. Możliwe, że nie załapał dowcipu albo czekał na ciąg dalszy wywodu o artystach samobójcach.

– Przede wszystkim jednak – Śmierć mówiła dalej – najważniejsze są pobudki, dla których artysta, na ten przykład, się truje. Najczęściej jest to szeroko pojęty konflikt z otaczającym go światem. W związku z tym nasz artysta i jego twórczość znajdują ogromne zrozumienie u wszystkich tych, którzy również mają żal do życia.

– Na przykład o to, że nie można wyjechać ze swoją dziewczyną na wakacje pod namiot, bo rodzice się na to nie zgadzają – zegzemplifikował zgrabnie Rysiek, i to w oparciu o własne rodzicielskie doświadczenie i nabytą w związku z tym niechęć do grupy The Doors.

– Na przykład – potwierdziła Śmierć. – Nić porozumienia z nieboszczykiem zawiązana, a każdy centymetr twórczości artysty denata aż kipi buntem. Sukces murowany.

Młody zakończył posiłek na jednej kanapce. Apetyt wyraźnie go opuścił. Nie tak sobie wyobrażał życie niespełnionego artysty.

– Wiecie co? Jesteście koszmarni – zakomunikował kolegom.

– Wiemy, taki zawód – wyjaśnił nieco żartobliwie Tomasz.

– Nie o to chodzi – oburzył się chłopak. – Przecież każdy z nas może stać się takim artystą, co go nikt nie ceni, i przyjdzie mu tylko się utopić albo co gorszego. Nie widzicie tego?

– Rzecz w tym – odrzekła Śmierć – aby uświadomić sobie, że jest się miernotą. Żyje się wtedy łatwiej, a i lżej oddycha. Podobno. Ja nie oddycham, ale gdybym oddychała, to byłoby mi lżej.

Wszyscy obecni w pomieszczeniu żyjący skinieniem głowy potwierdzili znajomej, że lżej się wtedy oddycha.

– Co wy? Po co komu miernoty? – nie wytrzymał Młody.

– A widzisz. I tu się zdziwisz – Tomasz sięgnął po kolejnego papierosa. – To, że jest się na przykład geniuszem, wynika z oceny dokonywanej właśnie przez miernoty, i to przeważnie po naszej śmierci. Nie da się być mądrym bez wszechogarniającej głupoty. Powszechność będzie zawsze punktem odniesienia wybitności.

– Dlatego tak bardzo kulturze potrzebni są idioci, ignoranci, chamy, nuworysze i parlamentarzyści – wyjaśnił Rysiek.

Nastała cisza. Taka cisza, którą często nazywamy wymowną. Cisza, która całym swoim jestestwem wymaga od obecnych ogłoszenia czegoś ważnego. Tomasz wpatrywał się przez okno baraku w samo sedno swojej mądrości, a może i tragicznych doświadczeń, po czym rzekł:

– Najbardziej niebezpieczna jest chęć bycia znanym i podziwianym.

Zabrzmiało to smutno i melancholijnie. Zawsze w takim wypadku odnosimy wrażenie, że ten, kto to powiedział, wie, co mówi, że ma rację, i że dalsze drążenie tematu jest zbędne i nie na miejscu. Dlaczego? Ponieważ wszystko już zostało wyjaśnione tym jednym, przemądrym stwierdzeniem. Młody jednak należał do zupełnie innego gatunku słuchaczy.

– Co w tym złego? To chyba normalne, że człowiek chce być i popularny, i w ogóle – zapowietrzył się.

Tomasz spojrzał na niego jak wróżbita w szklaną kulę. Nie, żeby specjalnie upatrywał w Młodym sposobu na antycypowanie przyszłości. Co to, to nie. Po prostu wlepił weń wzrok tak, żeby Młody nie mógł przed nim uciec. Żeby musiał pojąć to, co zaraz usłyszy, i to od kogoś przerastającego go wiedzą i życiowym doświadczeniem.

– Coś takiego… – Tomasz zaczął powoli. – Coś takiego może wydarzyć się wszędzie. Na przykład podczas czytania książki wybitnego autora, i to nawet w ubikacji.

Tu Tomasz pochwycił pierwszą lepszą książkę leżącą na parapecie i wymachując nią przed nosem Młodego, kontynuował:

– Miernota bierze do ręki książkę wybitnego autora i zaczyna przewracać stronę po stronie. – Tomasz, śliniąc palec, teatralnie przewracał kartki. – Czyta, czyta, czyta, czyta. I co wtedy może sobie uświadomić?

Młody na gwałt szukał odpowiedzi, o czym świadczyć mogło nerwowe rozedrganie gałek ocznych wędrujących po brudnych ścianach baraku.

– Że nie umie czytać? – rzucił pośpiesznie.

– No idiota, idiota, idiota! – Śmierć zakryła twarz w geście załamania, niczym klasowy prymus przyglądający się katastrofie swojego niedouczonego kolegi stojącego właśnie przy tablicy.

– Nie o to chodzi! – Tomasz wypuścił powietrze i po raz kolejny podjął się cierpliwie dalszych wyjaśnień. – Otóż miernota posiadająca już, tak obcą tobie, umiejętność składania liter z jednoczesnym rozumieniem przekazywanej w ten sposób treści zaczyna uświadamiać sobie, iż… – tu zawiesił głos na małą chwilkę – iż dobrze by było zostać artystą! Najlepiej pisarzem, by wydać książkę, taką jak ta, którą właśnie trzymam w dłoniach. I tu najczęściej rodzi się dramat. Byt miernoty zostaje nieodwracalnie skażony. A czym? Potrzebą – odpowiedział sam sobie.

Młody nie reagował. Był jak zahipnotyzowany. A może po prostu się bał.

– Czasami jednak jest to niezależne od człowieka. – Śmierć, przyjmując pozę Stańczyka, ze spokojem podała swój przykład. – Niestety. Sam Bóg, lub jak kto woli: Natura (niepotrzebne skreślić), obdarza na przykład niczego niepodejrzewającego urzędnika państwowego wrażliwością godną Goethego, połączoną co gorsza z ogromną potrzebą podzielenia się tym wszystkim z całym światem. Jednocześnie, z sobie tylko znanych powodów, pozbawia urzędniczą miernotę choćby krztyny talentu. I tak, bez możliwości stworzenia czegoś na kształt warsztatu twórczego, miernocie pozostaje jedynie błąkać się po świecie z całym nagromadzonym w głowie bagażem przemyśleń i wizji, by na koniec eksplodować z powodu rezygnacji, apatii i alkoholizmu.

Słowo „alkoholizm” wymusiło na uczestnikach dyskusji chwilową zadumę, a także przełknięcie śliny.

– A to wszystko dlatego, że ktoś zapomniał o tym, że jest miernotą – podsumował ze smutkiem i zaskakująco mądrze Młody, czym szczerze ucieszył szerokie grono cmentarnych nauczycieli życia. Rysiek, wstając z miejsca, poklepał Młodego po plecach.

– Brawo, Młody. Pojąłeś. Na szczęście. Twoje szczęście, rzecz jasna.

– Dlatego, jeśli nie zamierzasz zostać geniuszem, to lepiej kop z radością i oddaniem te nasze doły. – Tomasz machnął przy tym dłonią i sięgnął po kolejnego papierosa. Stuknął fachowo końcówką o paczkę. Z drugiej strony poślinił. Zwinny ruch i zapałka zabłysła w jego dłoniach, ułożonych w praktyczny koszyczek chroniący ogień przed wiatrem. W baraku nie miało to specjalnego znaczenia, ale, jak wiadomo, przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Paląc, wpatrywał się w skupieniu w wiszący przed nim kalendarz, na którym widniało zdjęcie reklamowe wózków widłowych znanej krajowej firmy. Patrzył tak przez chwilę, mając nadzieję na znalezienie nowego tematu wieczornej dyskusji.

– Czegoś jednak dalej nie rozumiem, wybaczcie. – Młody szybko i bezlitośnie zabił wszelką nadzieję.

– Wybaczamy – odpowiedział za wszystkich Rysiek z lekką rezygnacją w głosie.

– Przecież, jeżeli jest tak, jak mówicie, że artysta niespełniony to instytucja, ta… no…

– Społeczna – pomógł mu Tomasz.

– No właśnie…

– I lokalna – dopowiedziała na wszelki wypadek Śmierć.

– Lokalna. Czyli ktoś taki jest jednak potrzebny, prawda?

Młody niezmordowanie szukał uzasadnienia dla istnienia niespełnionego artysty, jakby czuł, że ta swoista rola może przypaść w udziale i jemu. Śmierć, otrzepując pelerynę z pyłu, kurzu i Bóg wie jeszcze czego, wymamrotała:

– Jest, jak najbardziej. On się składa na tak zwany folklor.

– A, to trochę tak jak ty. Jakby na to nie patrzeć – dodał złośliwie Rysiek, szczerząc zęby do Śmierci, której ta uwaga najwyraźniej nie pasowała.

– O! I to jest właśnie natura ludzka. Trochę się spoufalisz, papierosa wypalisz, a już ci wejdą na głowę. Odrobinę szacunku, śmiertelniku! – próbowała być przez moment straszna, nie robiąc jednak, niestety, na nikim wrażenia.

– Ale jeśli jest tak, jak mówicie, to czemu go tak potępiacie?

– Kogo? – zniecierpliwił się Ryszard.

– No, artystę niespełnionego!

– Nie potępiamy – wyjęczał w kaszlu Tomasz. – Młody, co ty? Kurwa mać! My staraliśmy się tylko uświadomić ci, z umiarkowanym jak widać sukcesem, że życie takiej istoty w rzeczywistości jest cholernie prozaiczne i nie ma nic wspólnego z twoim romantycznym wyobrażeniem.

– Niestety w pewnym momencie życie i tak cię dopadnie gdzieś, w jakimś ciemnym zaułku. Powie ci, co o tobie myśli, zabierze twoją czarną pelerynę, zrzuci kapelusz, połamie pióro, a na koniec da ci bezceremonialnie w ryj – dodał Ryszard, który w takich momentach nie unikał dosadnych porównań.

– Uhm, cóż za pyszna metafora – zakpiła Śmierć.

III.

Nuworysze i ich zbawienny
wpływ na rozwój cywilizacji

Dostępne w wersji pełnej

IV.

Po co komu oblivokry, czyli
miejta się na baczności

Dostępne w wersji pełnej

V.

Postrzeganie rzeczy przy okazji
gry w szachy, czyli dykteryjka

Dostępne w wersji pełnej

VI.

Nieco przydługa historia
o trzech starych oblivokrach:
Maurycym, Henryku i Lucjanie

Dostępne w wersji pełnej

VII

Gadający beret Walazkowej,
czyli co z tym Bogiem?

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Medycyna naturalna a śmierć
wuja Stacha

Dostępne w wersji pełnej

IX

Wincenty Murnałowski, czyli
„wy nie wiecie, jak to jest być
wampirem”

Dostępne w wersji pełnej

X

Jak to się diabła pod sutanną
trzyma, czyli wikary Chrystian

Dostępne w wersji pełnej

XI

Spoczywaj w pokoju, panie
Murnałowski, czyli co wampir
wyzionął

Dostępne w wersji pełnej

XII

Niewolnicza mentalność jako recepta
na udane małżeństwo

Dostępne w wersji pełnej

XIII

Ćwięczek – wytwórca zniczy
i kupiec, co to wie, jak pieniądze
nosić

Dostępne w wersji pełnej

XIV

O książek czytaniu i litości wobec
bliźnich jako formie autoterapii

Dostępne w wersji pełnej

XV

Profesor Hieronim Baltazar
Staroświecki, czyli dole
arystokracji i niedole
pospólstwa

Dostępne w wersji pełnej

XVI

Widzenie Ćwięczka

Dostępne w wersji pełnej

XVII

Rewolucja klasowa, czyli jak
z pana zrodził się cham

Dostępne w wersji pełnej

XVIII

Powrót Młodego, czyli o tym,
jak rzeczywistość wtargnęła na
cmentarz Tomasza

Dostępne w wersji pełnej

XIX

Madame Helikopter i scyzoryk
profesora

Dostępne w wersji pełnej

XX

Jak to Ćwięczek pogodził się
z literaturą za sprawą
buddyjskich kołowrotków

Dostępne w wersji pełnej

XXI

Umarł Wincenty,
narodził się Gustaw

Dostępne w wersji pełnej