swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Stoicyzm uliczny

Stoicyzm uliczny

Zobacz na swiatebookow.pl

27,81 zł

Autor: Marcin Fabjański

Kategoria: nauki humanistyczne

Wydawnictwo: Czarna Owca

ISBN: 9788375545869

Format: MOBI,EPUB

Tagi:


To książka dla tych, którzy myślą, że medytacja polega na siedzeniu bez ruchu, a moralność nie istnieje bez religii. Dowiedzą się, jak bardzo się mylą. Czy filozofia Marka Aureliusza lub Seneki może uspokoić skołatane w korku ulicznym nerwy, przynieść ukojenie u dentysty albo pomóc zachować równowagę podczas sprzeczki z ukochanym? Oczywiście! Właśnie o tym jest ta książka. Marcin Fabjański pokazuje, jak na co dzień stosować stoickie techniki mentalne. Starannie dobrane cytaty stoików, kontemplacje i eksperymenty myślowe dają wgląd w naturę rzeczywistości, który wyniesie nasz umysł ponad neurozę codziennego życia.

Chwała i wdzięczność Autorowi za trud włożony w wydobycie mądrości, odwagi i poczucia humoru stoików z gąszczu stereotypów i fałszywych przeświadczeń, w który zostali uplątani przez nasze post-antyczne filozofowanie, religijność i mentalność. Dzięki temu mądremu i pogodnemu wykładowi możemy dowiedzieć się, w jaki sposób posługiwać się rozumem, aby zamiast być źródłem naszych nerwic, lęków, paranoi i agresji, stawał się narzędziem wyzwolenia. Świetna, uzdrawiająca lektura dla wszystkich poszukujących prawdy i wolności. Wojciech Eichelberger

Nie liczcie na objawienia w tej książce. Autor jest bowiem człowiekiem uczciwym i skromnym. On chce Wam tylko opowiedzieć, jak być bogatszym bez pieniędzy. Jak na ulicy posiąść wartość, która zwykle rodzi się sama w chłodzie i ciszy klasztoru. Ile warta jest chwila świadomego zatrzymania się w codziennym biegu. Po co? Po nic? Tę książkę niekoniecznie czyta się jednym tchem. Ale ta książka da Ci oddech. Mariusz Walter

cover

19131.png

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2013

Re­dak­cja

Gra­ży­na Ma­sta­lerz

Ko­rek­ta

Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik

Ilu­stra­cje

Me­rvil Ca­stri­cum

Pro­jekt okład­ki

Igor Mor­ski

Zdję­cie na okład­ce

Ka­ro­li­na Si­kor­ska

Skład, ła­ma­nie

Mar­cin La­bus

Co­py­ri­ght © Mar­cin Fa­bjań­ski, 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2010

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku.

Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji

w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

ISBN 978-83-7554-586-9

Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl
Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:
www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.

WPROWADZENIE

My­śle­nie może za­bić. Przy­kład? W roku 1995 Bry­tyj­czyk Ti­mo­thy O’Brien po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, bo do­wie­dział się, że wy­grał w Lot­to, a po­tem oka­za­ło się, że jego wy­ku­pio­ny na pięć ty­go­dni ku­pon stra­cił waż­ność tuż przed lo­so­wa­niem. Strze­lił so­bie w gło­wę, gdyż ucie­kły mu sprzed nosa dwa mi­lio­ny dwie­ście ty­się­cy fun­tów. Tak my­ślał. Po jego śmier­ci stwier­dzo­no jed­nak, że nie­do­kład­nie spraw­dził nu­me­ry. Na­wet gdy­by jego ku­pon był waż­ny, wy­grał­by tyl­ko trzy­dzie­ści sie­dem fun­tów – tra­fił czwór­kę, nie szóst­kę. Gdy­by nie­szczę­śnik nie po­my­ślał, iż wy­grał ma­ją­tek, a po­tem, że go stra­cił, pew­nie żył­by spo­koj­nie do dziś.

O’Brien nie był wy­jąt­kiem na ska­lę świa­to­wą. My­śle­nie ma moc za­bi­ja­nia lu­dzi ży­ją­cych we wszyst­kich spo­łe­czeń­stwach, kul­tu­rach i kli­ma­tach (nie tyko w an­giel­skim). W 2008 roku sa­mo­bój­stwo po­peł­ni­ła Chay­ya – szes­na­sto­let­nia dziew­czy­na z New Del­hi, któ­re rzad­ko na­wie­dza­ją mgła i deszcz. Bała się, że uru­cha­mia­ny wte­dy przez na­ukow­ców w Szwaj­ca­rii ak­ce­le­ra­tor czą­stek spo­wo­du­je za­pad­nię­cie się wszech­świa­ta. Strach przed śmier­cią był dla niej gor­szy niż sama śmierć.

Śmierć na sku­tek my­śle­nia to wca­le nie współ­cze­sne sza­leń­stwo. Z tego po­wo­du przy­go­dę z tym świa­tem koń­czy­li na wła­sne ży­cze­nie lu­dzie ży­ją­cy w wie­lu od­le­głych epo­kach. Fran­cu­ski fi­lo­zof Mi­chel de Mon­ta­igne, któ­re­mu bli­ski był sto­icyzm, opi­sał cie­ka­wy przy­pa­dek ze sta­ro­żyt­no­ści. Dio­dor Dia­lek­tyk zmarł na miej­scu, bo w   s w o j e j  wła­snej szko­le, w obec­no­ści s w o i c h wła­snych uczniów nie mógł so­bie po­ra­dzić z za­gad­nie­niem, któ­re mu przed­sta­wio­no.

Owa oko­licz­ność (po­dob­nie jak przy­kład Bry­tyj­czy­ka) świad­czy o tym, że szcze­gól­nie za­bój­cze są my­śli, w któ­rych czę­sto po­wta­rza­ją się sło­wa „ja” i „moje”. Są lu­dzie, któ­rzy wolą umrzeć, niż na­ra­zić swo­je ego na nie­bez­pie­czeń­stwo, choć­by tak nie­win­ne jak chwi­la bel­fer­skie­go wsty­du. Wię­cej o roli ego w nie­szczę­ściach, ja­kie go­tu­je­my so­bie my­śle­niem, po­wiem po­tem. Te­raz za­trzy­maj­my się na stwier­dze­niu, że było coś na rze­czy w sło­wach Mon­ta­igne’a. Pi­sał tak: „Wszel­kie mnie­ma­nie dość ma siły, aby się mo­gło czło­wie­ko­wi stać droż­sze niż ży­cie”1.

Sko­ro my­śle­nie może za­bić, o ileż ła­twiej może uniesz­czę­śli­wić. My­śląc – a nie my­śleć, osob­ni­ki Homo sa­piens nie po­tra­fią – bez prze­rwy igra­my z ogniem. I nic so­bie z tego nie ro­bi­my. Może je­ste­śmy zbyt za­ję­ci? Za­ra­bia­niem pie­nię­dzy, sur­fo­wa­niem po in­ter­ne­cie, wy­ra­bia­niem mię­śni w fit­ness clu­bie. Pa­no­wa­nia nad my­śle­niem nie ćwi­czy­my – bom­bie ze­ga­ro­wej go­to­wej eks­plo­do­wać w na­szej gło­wie po­zwa­la­my spo­koj­nie ty­kać.

Od tego, jak my­śli­my, I OD NI­CZE­GO WIĘ­CEJ, za­le­ży na­sze szczę­ście lub jego brak, mó­wią sto­icy. Od my­śle­nia, nie od pie­nię­dzy, sła­wy czy wła­dzy. Na­ucz się wła­ści­wie my­śleć, a już za­wsze bę­dziesz szczę­śli­wy. Pa­nuj nad swo­im we­wnętrz­nym dys­kur­sem – na­tło­kiem my­śli, prze­ko­nań, zbi­tek za­mro­żo­nych frag­men­tów prze­szło­ści, uro­jeń, wzor­ców za­cho­wań i za­ło­żeń, któ­re jak każ­dy czło­wiek za­sy­sasz ze świa­ta wła­ści­wie bez­kry­tycz­nie (chy­ba że je­steś fi­lo­zo­fem). Bo in­a­czej ten cały ba­ła­gan za­pa­nu­je nad tobą. I bę­dzie cię nisz­czył. Jak nisz­czy pra­wie wszyst­kich.

„Wie­le osób żyje, no­sząc we wła­snej gło­wie drę­czy­cie­la, któ­ry nie­ustan­nie je ata­ku­je, pod­da­je roz­ma­itym ka­rom i wy­sy­sa ener­gię ży­cio­wą” – pi­sze współ­cze­sny na­uczy­ciel du­cho­wy Ec­khart Tol­le2.

Mi­le­nia przed nim sto­icy spró­bo­wa­li tego drę­czy­cie­la oswo­ić i za­przę­gnąć do wła­snych za­dań. Oswa­ja­li go wszy­scy sto­icy – od Ze­no­na z Ki­tion (twór­ca szko­ły, żył w czwar­tym wie­ku p.n.e.) po­przez Se­ne­kę, Epik­te­ta, Mar­ka Au­re­liu­sza po współ­cze­snych te­ra­peu­tów ko­gni­tyw­nych. Sto­ic­ką myśl wi­dać w pi­smach śre­dnio­wiecz­nych oj­ców Ko­ścio­ła, fi­lo­zo­fów no­wo­żyt­nych i au­to­rów współ­cze­snych. Sto­icyzm w roz­ma­itych po­sta­ciach był mo­ty­wem prze­wod­nim fi­lo­zo­fii an­tycz­nej, choć nam się ona ko­ja­rzy głów­nie z Pla­to­nem i Ary­sto­te­le­sem. Z cza­sem jed­nak stra­cił kul­tu­ro­twór­cze zna­cze­nie, ustę­pu­jąc chrze­ści­jań­stwu.

Sto­icy nie byli ludź­mi, któ­rym wszyst­ko jed­no, jak moż­na by wnio­sko­wać z po­tocz­ne­go ro­zu­mie­nia sło­wa „sto­icyzm”. Nie byli obo­jęt­ni na bieg zda­rzeń, prze­ciw­nie – cią­gle wcho­dzi­li z nimi w ak­tyw­ny men­tal­ny dia­log. Zda­rze­nia były dla Epik­te­ta jak licz­ba oczek wy­rzu­co­na w grze w ko­ści, nie­za­leż­ne od pra­gnień, nie­kon­tro­lo­wa­ne. Ani do­bre, ani złe. Na­sze po­dej­ście do nich – prze­ciw­nie: mia­ło za­le­żeć tyl­ko od nas.

Sto­icy nie zaj­mo­wa­li się spe­ku­lo­wa­niem na wy­ima­gi­no­wa­ne te­ma­ty, o co czę­sto oskar­ża się bu­ja­ją­cych rze­ko­mo w ob­ło­kach fi­lo­zo­fów, choć mie­li swo­je wi­zje wszech­świa­ta. Wo­le­li uczyć się, jak wy­da­wać sądy o do­świad­cze­niu, tak by to do­świad­cze­nie oce­nić, od­wo­łu­jąc się do rze­czy­wi­sto­ści i nie dzia­łać pod wpły­wem na­tło­ku uro­jeń w umy­śle. Za­le­ca­li, by­śmy ba­da­li, czy to, co nas spo­ty­ka, jest do­bre, czy złe, bo od­ru­cho­wej re­ak­cji umy­słu i cia­ła nie za­wsze mo­że­my ufać. Po­tem po­win­ni­śmy usta­lić, czy w ogó­le na­le­ży za­re­ago­wać, a je­śli tak, to w jaki spo­sób.

Sto­icy sto­so­wa­li prze­róż­ne tech­ni­ki, ćwi­cze­nia wy­obraź­ni: eks­pe­ry­men­ty my­ślo­we, pod­sy­ca­nie we­wnętrz­nych ob­ra­zów, po­wta­rza­nie w my­ślach sto­ic­kich for­muł3. Pro­wa­dzi­li dzien­ni­ki z oso­bi­sty­mi no­tat­ka­mi, któ­re dzia­ła­ły na nich te­ra­peu­tycz­nie – w ten spo­sób po­wsta­ły Roz­my­śla­nia Mar­ka Au­re­liu­sza, jed­no z naj­bar­dziej po­ry­wa­ją­cych dzieł fi­lo­zo­fii an­tycz­nej. Ob­ser­wo­wa­li przy­ro­dę z cie­ka­wo­ścią współ­cze­sne­go na­ukow­ca, ale bez ty­po­we­go dla nie­go sta­wia­nia sie­bie poza na­tu­rą. Stwo­rzy­li cały ar­se­nał po­tęż­nych na­rzę­dzi men­tal­nych, któ­re od­ko­pu­ją na­sze we­wnętrz­ne źró­dło szczę­ścia, przy­sy­pa­ne śmie­ciem na­wy­ków kul­tu­ro­wych, ta­kich jak bez­myśl­ne szu­ka­nie speł­nie­nia wy­łącz­nie w świe­cie do­znań zmy­sło­wych.

Sto­icyzm da­wał i daje wol­ność. Prak­ty­ki fi­lo­zo­ficz­ne stwo­rzo­ne przez nie­wol­ni­ka Epik­te­ta w pierw­szym wie­ku n.e. mają moc ła­ma­nia kaj­dan, któ­ry­mi sku­ci są współ­cze­śni nie­wol­ni­cy kon­sump­cji, kor­po­ra­cji i prze­róż­nych kon­wen­cji. Ale nie tyl­ko. Sto­icyzm jest pod­ręcz­nym ar­se­na­łem tech­nik me­dy­ta­cyj­nych i kon­tem­pla­cyj­nych, któ­re dają nam wgląd w świat na­sze­go wnę­trza i świat w ogó­le, zmie­nia­ją na­szą per­cep­cję rze­czy­wi­sto­ści, uwal­nia­ją nas od uro­jeń. Uod­par­nia­ją na cier­pie­nie, wzma­ga­ją kre­atyw­ność, unie­za­leż­nia­ją od in­nych. Praw­do­po­dob­nie – po­dob­nie jak me­dy­ta­cja bud­dyj­ska – uak­tyw­nia­ją uśpio­ne lub rzad­ko uży­wa­ne ob­sza­ry mó­zgu, bo prze­cież ćwi­czą zdol­ność my­śle­nia w po­przek wy­dep­ta­nych ście­żek.

Sto­icyzm ulicz­ny jest le­d­wie wpro­wa­dze­niem do świa­ta fa­scy­nu­ją­cych moż­li­wo­ści fi­lo­zo­fii sto­ic­kiej. Liź­nię­ciem prak­tycz­nej mą­dro­ści an­tycz­nych fi­lo­zo­fów, na ja­kie może so­bie po­zwo­lić au­tor. Nie jest pró­bą opi­su ani in­ter­pre­ta­cji tra­dy­cji fi­lo­zo­ficz­nej zwa­nej sto­icy­zmem, więc je­śli przy­pad­kiem je­steś stu­den­tem fi­lo­zo­fii, nie ucz się z tej książ­ki do eg­za­mi­nu. Spró­bo­wa­łem je­dy­nie po­ka­zać, jak prak­tycz­nie ko­rzy­stać z fi­lo­zo­fii sto­ic­kiej w dzi­siej­szych cza­sach. W ostat­nim roz­dzia­le wy­mie­niam ob­sza­ry dal­szej moż­li­wej eks­plo­ra­cji tej fi­lo­zo­fii. Je­śli ta książ­ka za­chę­ci ko­goś do czy­ta­nia dzieł sto­ików – speł­ni swo­je za­da­nie. Bo samo ich czy­ta­nie po­ma­ga żyć.

Nie obie­cu­ję, jak nie­któ­rzy au­to­rzy po­rad­ni­ków, że dzię­ki tej książ­ce za­ro­bisz mi­lion do­la­rów lub osią­gniesz tak zwa­ny „suk­ces”. Prze­ciw­nie, za­ra­bia­nie pie­nię­dzy może ci zbrzyd­nąć, je­śli nie bę­dzie się łą­czyć z urze­czy­wist­nia­niem pa­sji. Tak samo jest z re­ali­za­cją oczy­wi­stych w na­szej kul­tu­rze ce­lów, ta­kich jak ka­rie­ra. Je­śli nie je­steś go­tów, odłóż tę książ­kę na pół­kę, z któ­rej ją nie­opatrz­nie wzią­łeś i wyjdź z księ­gar­ni, tak jak do niej wsze­dłeś – w słod­kich opa­rach złu­dzeń. Sto­icyzm ulicz­ny jest lek­tu­rą dla od­waż­nych.

Dro­ga sto­ika jest wy­bo­ista i nie­bez­piecz­na. Choć więk­szość tech­nik opi­sa­nych w tej książ­ce dzia­ła na­tych­miast, sto­ic­kiej po­sta­wy nie da się zbu­do­wać z dnia na dzień. Sta­ro­żyt­ni na­uczy­cie­le nig­dy tego mnie obie­cy­wa­li. Nie ma­mi­li też swo­ich uczniów per­spek­ty­wą do­tar­cia do świa­ta ide­al­ne­go na wzór gło­si­cie­li uto­pii spo­łecz­nych i re­li­gii. Za­sta­na­wia­li się na­wet, czy mę­drzec sto­ic­ki w ogó­le w przy­ro­dzie ist­nie­je, czy jest tyl­ko nie­osią­gal­ną „ideą”? A jed­nak uzna­wa­li po­sta­wę sto­ic­ką za tę, któ­ra naj­bar­dziej czło­wie­ko­wi przy­stoi.

Sto­icy­zmie ulicz­nym opi­sa­łem czter­dzie­ści je­den ty­po­wych sy­tu­acji ży­cio­wych, w któ­rych czę­sto cier­pi­my bar­dziej niż trze­ba, bo pod­da­je­my się ty­ra­nii nie­zdro­wych my­śli. Każ­dą z nich opa­trzy­łem sto­ic­ką re­cep­tą. Oczy­wi­ście nie wy­czer­pa­łem wszyst­kich moż­li­wo­ści – ani sy­tu­acji, ani środ­ków. Ale więk­szość sto­ic­kich za­le­ceń po­ma­ga w roz­ma­itych oko­licz­no­ściach lub ra­czej w róż­nych ty­pach oko­licz­no­ści. Tech­ni­ka, któ­ra się przy­da, gdy „na za­wsze” utkwisz w kor­ku ulicz­nym, pew­nie nie za­wie­dzie w ko­lej­ce na po­czcie czy do od­pra­wy na lot­ni­sku.

Sto­ic­kie me­to­dy wy­cią­gną cię z pie­kła wie­lu fru­stru­ją­cych sy­tu­acji. Mają taką moc. Je­śli bę­dziesz je sto­so­wał czę­sto, być może tra­fisz do sto­ic­kie­go nie­ba, któ­re jest ni­czym in­nym jak sta­nem umy­słu. Lub ra­czej se­rią sta­nów umy­słu, ogól­nym na­sta­wie­niem do ży­cia. Sta­ro­żyt­ni na­zy­wa­li go apa­the­ią i wbrew temu, co mo­żesz so­bie po­my­śleć, nie cho­dzi­ło im o apa­tię. Są­dzę, że mie­li na my­śli ra­czej eks­cy­tu­ją­cy stan za­chły­śnię­cia wol­no­ścią, stan, w któ­rym umysł prze­sta­je być nie­wol­ni­kiem pra­gnień. Ty też mo­żesz go osią­gnąć.

STOICYZM SYTUACYJNY

SYTUACJA 1
BŁYSKAWICA

Bu­rza stu­le­cia! Zno­wu. Jak zwy­kle za­sta­je mnie w sa­mo­cho­dzie. Oczy­wi­ście na au­to­stra­dzie, gdzie nie mogę się za­trzy­mać. Do naj­bliż­sze­go par­kin­gu trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów – w tych wa­run­kach to wiecz­ność. Pio­ru­ny walą tak bli­sko, że aż brzę­czą szy­by w moim au­cie. Co się sta­nie, je­śli bły­ska­wi­ca ude­rzy w sa­mo­chód? Za­wsze, kie­dy bu­rza zła­pie mnie pod­czas jaz­dy, obie­cu­ję so­bie, że spraw­dzę to w in­ter­ne­cie. Po­tem o tym za­po­mi­nam, a po­tem bu­rza ła­pie mnie zno­wu – jak zwy­kle na au­to­stra­dzie. Zgi­nę od razu, czy do­pie­ro kie­dy nie­przy­tom­ny pusz­czę kie­row­ni­cę, a auto ude­rzy w ba­rier­kę?

Ale huk­nę­ło! Jak bli­sko! Czy ta na­wał­ni­ca nie może się tro­chę prze­su­nąć? Jak­by su­nę­ła za mną po au­to­stra­dzie ni­czym my­śli­wy za ofia­rą. Czy to w ogó­le nor­mal­ne, żeby ta­kie zja­wi­ska wy­stę­po­wa­ły w kli­ma­cie umiar­ko­wa­nym? Świat zmie­rza do tra­gicz­ne­go koń­ca. Ale ja do­trę tam szyb­ciej niż resz­ta świa­ta.

Nie do­ja­dę do par­kin­gu, nie ma na to żad­nych szans. Zgi­nę tu­taj, na bez­piecz­nej au­to­stra­dzie, za któ­rą na do­da­tek za­pła­ci­łem. Po­li­cja we­zwie moją żonę, żeby zi­den­ty­fi­ko­wa­ła zwło­ki. Tyl­ko czy roz­po­zna coś ze mnie w zwę­glo­nej bry­le o wy­pa­lo­nych oczo­do­łach, pa­ru­ją­cej czasz­ce i czar­nych jak smo­ła pa­znok­ciach?

SEN­TEN­CJA

Lecz kto się lęka pio­ru­nów, trzę­sie­nia i roz­zie­wu zie­mi, ten się wy­so­ko sza­cu­je – cze­muż nie uprzy­tom­ni so­bie wła­snej sła­bo­ści i nie za­cznie bać się ka­ta­ru? Tak wi­docz­nie je­ste­śmy stwo­rze­ni, los dał nam ta­kie sil­ne cia­ło, otrzy­ma­li­śmy taki wy­so­ki wzrost. I dla­te­go nie mo­że­my zgi­nąć in­a­czej jak tyl­ko od trzę­sie­nia ca­łych czę­ści świa­ta, jak tyl­ko od pio­ru­nów, jak tyl­ko od za­pa­da­nia się zie­mi? A tym­cza­sem nie tyl­ko cho­ro­ba ca­łe­go pa­znok­cia może nas za­bić, lecz na­wet po­bocz­na ja­kaś jego za­dra!

Se­ne­ka

ZNA­CZE­NIE

Uświa­da­mia­jąc so­bie, że umrzeć mo­że­my w każ­dej chwi­li, od byle dro­bia­zgu, po­głę­bia­my strach. Tak mo­gło­by się wy­da­wać, ale tak nie jest. W isto­cie strach oswa­ja­my. Świa­do­mość, że śmier­tel­nym za­gro­że­niem jest byle za­dra, po­ka­zu­je, jak bez­sen­sow­ne są na­sze lęki przed zja­wi­ska­mi, któ­re wy­da­ją się znacz­nie groź­niej­sze, ta­ki­mi choć­by jak bu­rza. Je­ste­śmy śmier­tel­ni, ła­two­za­bi­jal­ni, więc nie przej­muj­my się. Bo in­a­czej mu­sie­li­by­śmy drżeć o ży­cie od chwi­li, kie­dy rano bu­dzi­my się ze snu, kie­dy sta­wia­my pierw­szy krok, upi­ja­my łyk kawy, czu­je­my po­wiew wia­tru we wło­sach, aż do za­mknię­cia po­wiek. Sny też pew­nie mie­li­by­śmy nie naj­słod­sze.

Po roz­wa­że­niu spra­wy – jak na fi­lo­zo­fów przy­sta­ło – mamy taki oto lo­gicz­ny wy­bór: nie bać się ni­cze­go lub bać się wszyst­kie­go, na­wet naj­mniej­sze­go pył­ku uno­szą­ce­go się w po­wie­trzu. To dru­gie, nie dość że głu­pie, jest tak­że nie­moż­li­we. Nie ist­nie­je jed­nost­ka cho­ro­bo­wa o na­zwie „fo­bia przed wszyst­kim”.

Je­ste­śmy isto­ta­mi śmier­tel­ny­mi. Gdy­by mia­ło być in­a­czej – by­ło­by in­a­czej. Bun­to­wa­nie się prze­ciw­ko ludz­kiej śmier­tel­no­ści jest dla sto­ików czy­stą głu­po­tą, bo bun­tu­jąc się prze­ciw­ko niej, sta­je­my my­ślą w po­przek praw Wszech­na­tu­ry. A to koń­czy się za­wsze jed­nym – nie­po­trzeb­nym cier­pie­niem. Świa­do­mość by­cia śmier­tel­nym jest krze­pią­ca.

OSWA­JA­NIE SY­TU­ACJI

Nie walcz z nur­tem ży­cia, płyń z nim. Bły­ska­wi­ce są zja­wi­ska­mi at­mos­fe­rycz­ny­mi, a te – po­dob­nie jak ty – czę­ścią na­tu­ral­ne­go śro­do­wi­ska. Zda­rza się, że ude­rza­ją bli­sko cie­bie – bo tak ume­blo­wa­ny jest twój dom, na­sza pla­ne­ta. Pły­nąć z nur­tem ży­cia, to ak­cep­to­wać wszel­kie jego prze­ja­wy – tak­że bły­ski na nie­bie.

STO­SUJ TAK­ŻE

za­wsze gdy są­dzisz, że gro­zi ci śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo:

• na za­tło­czo­nej dro­dze bie­gną­cej przez most o ża­ło­śnie ni­skich ba­rier­kach • gdy czu­jesz, że za­raz po­wa­li cię strasz­li­wa cho­ro­ba • u den­ty­sty (sy­tu­acja 3) • gdy sa­mo­lo­tem, któ­rym le­cisz, wstrzą­sa­ją nie­spo­ty­ka­nie sil­ne tur­bu­len­cje (sy­tu­acja 34) • w ze­psu­tej win­dzie szy­ku­ją­cej się do ru­nię­cia w dół (sy­tu­acja 40).

 

SYTUACJA 2
CHAMSKA ESKPEDIENTKA

– Pan się prze­su­nie, blo­ku­je pan ko­lej­kę – eks­pe­dient­ka w spo­żyw­cza­ku nie ma zro­zu­mie­nia dla mo­ich prób roz­kle­je­nia fo­lio­wej to­reb­ki. Otwie­ra­nie ta­kich to­re­bek to dla mnie kosz­mar, od lat.

– Nie każ­dy ma ta­kie dłu­gie pa­znok­cie, pa­nien­ko. Ma­lo­wa­ne na czer­wo­no w cza­sie pra­cy – w ostat­niej chwi­li gry­zę się w ję­zyk, by tego nie po­wie­dzieć.

Ale wszyst­ko i tak idzie jak zwy­kle – źle. Sło­wa eks­pe­dient­ki na­tych­miast pod­chwy­tu­ją lu­dzie sto­ją­cy za mną w ko­lej­ce. Sły­szę za ple­ca­mi kil­ka zna­czą­cych chrząk­nięć i, a jak­że, oskar­ża­ją­ce, afek­to­wa­ne stwier­dze­nie ja­kiejś ko­bie­ty: – Temu panu się nie spie­szy.

Nie wpły­nie to do­brze na pręd­kość, z jaką pa­ku­ję za­ku­py. Będę roz­sz­cze­piał to­reb­kę wol­no i nie­sku­tecz­nie. Osten­ta­cyj­nie wol­no. Po­sto­icie tu so­bie wszy­scy dłu­żej! Niech to bę­dzie na­ucz­ka dla wszyst­kich tych, któ­rzy zno­wu nie sko­rzy­sta­li z szan­sy, żeby mil­czeć.

SEN­TEN­CJA

Gdy­by tak ktoś twe cia­ło od­dał pod wła­dzę pierw­sze­go lep­sze­go na­po­tka­ne­go czło­wie­ka, jak­że bar­dzo byś wrzał ze wście­kło­ści! No ale kie­dy ty sam wła­sną swą du­szę od­da­jesz pod wła­dzę pierw­sze­go lep­sze­go, tak iż du­sza ta wpa­da w nie­po­kój i za­męt, kie­dy on z cie­bie szy­dzi, to czyż nie po­wi­nie­neś się wsty­dzić z tego po­wo­du?

Epik­tet

ZNA­CZE­NIE

Jak byś się czuł, gdy­byś był nie­wol­ni­kiem każ­de­go czło­wie­ka, któ­re­go spo­ty­kasz na uli­cy? Gdy­by każ­dy bez­kar­nie mógł cię kop­nąć, na­pluć ci w twarz albo – gdy­by miał na to ocho­tę – ob­ma­cać? Fa­tal­nie?

A czy nie fa­tal­ne jest to, że każ­dy może zro­bić co chce z two­im są­dem, a w efek­cie z two­imi emo­cja­mi? Kie­row­ca, któ­ry za­trą­bi, skin, któ­ry rzu­ci ci po­gar­dli­we spoj­rze­nie, eks­pe­dient­ka, któ­ra nie za­uwa­ży­ła, że cza­sy re­al­ne­go so­cja­li­zmu skoń­czy­ły się ja­kiś czas temu.

Czy nie je­steś nie­wol­ni­kiem tych lu­dzi? I czy nie po­czuł­byś się wol­nym czło­wie­kiem, gdy­byś po­zwo­lił so­bie nie re­ago­wać na to, co ro­bią?

Jest taka wschod­nia opo­wieść o nie­przy­go­to­wa­nym na to, co nie­sie los czło­wie­ku, któ­ry w ob­cym mie­ście wy­brał się na ry­nek. Nie­zna­ny mu męż­czy­zna ob­rzu­cił go ste­kiem naj­cięż­szych wy­zwisk, z ka­te­go­rii tych, któ­re są śmier­tel­ną ob­ra­zą dla ma­tek. Nasz bo­ha­ter bar­dzo się zde­ner­wo­wał. Już miał się rzu­cić na nie­zna­jo­me­go z pię­ścia­mi, gdy kup­cy wy­ja­śni­li mu, że to wa­riat, że osza­lał po tym, jak utra­cił ro­dzi­nę. Krzy­czy tak na każ­de­go prze­chod­nia. Nikt nie zwra­ca na nie­go uwa­gi. W jed­nej se­kun­dzie złość na­sze­go bo­ha­te­ra wy­pa­ro­wa­ła.

Cham­stwo jest ro­dza­jem sza­leń­stwa, cza­so­we­go. A sza­leń­stwo to prze­cież cho­ro­ba – tyle że du­szy, nie cia­ła. Czy po­win­ni­śmy się zło­ścić na cho­rych?

OSWA­JA­NIE SY­TU­ACJI

Za­daj so­bie py­ta­nie: czy wście­kał­byś się na cho­re­go czło­wie­ka za to, że w two­jej obec­no­ści kasz­le? Nie, bo co on wi­nien, że zła­pa­ło go prze­zię­bie­nie. Dla­cze­go więc de­ner­wu­je cię cham­ski eks­pe­dient, któ­ry kasz­le opry­skli­wo­ścia­mi? On też cier­pi, i to na cho­ro­bę dużo po­waż­niej­szą niż prze­zię­bie­nie. Cham­stwo jest do­le­gli­wo­ścią du­szy, a wy­wo­łu­je ją wi­rus głu­po­ty.

STO­SUJ TAK­ŻE

za­wsze gdy masz po­czu­cie, że za­ata­ko­wa­no cię słow­nie:

• gdy się z kimś po­kłó­cisz (sy­tu­acja 11) • gdy cię ktoś ob­ra­zi (sy­tu­acja 21) • gdy szef ob­je­dzie cię bez li­to­ści (sy­tu­acja 30).

SYTUACJA 3
DENTYSTA

Są tacy, któ­rzy twier­dzą, że lu­bią cho­dzić do den­ty­sty, ale oni po­win­ni się le­czyć, i to wca­le nie z próch­ni­cy, ale z tego cze­goś, czym zaj­mu­je się psy­chia­tria. A ja? Ja mam swo­je po­wo­dy, żeby się bać. Czyż me­dy­ka­men­ty den­ty­stycz­ne nie pach­ną tru­pio? Czym jest wwier­ca­nie się w zęby, je­śli nie tor­tu­rą? Wi­bra­cje prze­no­szą się do mó­zgu, wier­tło krę­cą­ce się Bóg wie ile ty­się­cy razy na se­kun­dę za­wsze może się ze­śli­zgnąć i za­mie­nić dzią­sło w krwa­wą mia­zgę. A na­wet je­śli tak się nie sta­nie, to prę­dzej czy póź­niej do­trze do ner­wu. Znie­czu­le­nie miej­sco­we? Sztucz­ka mar­ke­tin­go­wa. Ner­wów nie da się do koń­ca znie­czu­lić byle za­strzy­kiem. Czar­na ot­chłań roz­dzie­ra­ją­ce­go bólu szcze­rzy do mnie upior­ną gębę.

To nie mo­gło być złu­dze­nie – w oczach czło­wie­ka z wier­tłem do­strze­głem sa­dyzm. A na lu­dziach znam się prze­cież jak nikt. Nie, nie dam mu sa­tys­fak­cji. Nie bę­dzie się na mnie wy­ży­wać. W koń­cu ze­psu­ty ząb to nic ta­kie­go. Naj­le­piej pój­dę do szpi­ta­la i przej­dę przez ten kosz­mar w peł­nym znie­czu­le­niu. Tak, to je­dy­ne wyj­ście. Nie mam tu na co cze­kać. Wy­star­czy wstać, po­dejść do drzwi i na­ci­snąć klam­kę…

SEN­TEN­CJA

Z rze­czy, któ­rych się lę­ka­my, nic nie jest tak pew­ne, by jesz­cze pew­niej­sze nie było, że roz­wie­ją się na­sze trwo­gi, a ocze­ki­wa­nia za­wio­dą.

Se­ne­ka

ZNA­CZE­NIE

Za­nim usią­dziesz na fo­te­lu u den­ty­sty, przy­po­mnij so­bie, jak było ostat­nim ra­zem. Na­praw­dę aż tak okrop­nie? A może wca­le nie? Co było gor­sze: za­bieg czy drę­czą­cy cię go­dzi­na­mi, a może i dnia­mi strach przed nim? Se­ne­ka pi­sze, że lu­dzie wy­my­śla­ją swo­je lęki, a po­tem pod­sy­ca­ją je nie­zdro­wy­mi my­śla­mi. I cier­pią, zma­ga­jąc się z fik­cją. Nie jest to praw­da obca lu­dom Wscho­du, o czym świad­czy bud­dyj­ska le­gen­da o sa­mot­nym ar­ty­ście me­dy­tu­ją­cym w daw­nych cza­sach w ja­ski­ni. Cią­gnę­ło go do pędz­la, więc na­ma­lo­wał na ścia­nie ty­gry­sa. Praw­do­po­dob­nie od­krył hi­per­re­alizm, bo – jak gło­si opo­wieść – okrut­nie wy­stra­szył się swo­je­go ma­lun­ku.

Nasz strach przed den­ty­stą jest ma­lo­wa­nym ty­gry­sem.

Se­ne­ka tak roz­wi­ja swo­ją myśl: „Usta­wicz­nie miej na uwa­dze, że więk­szość lu­dzi ule­ga wzbu­rze­niu i wpa­da w po­płoch, cho­ciaż obec­nie nie spo­ty­ka ich żad­ne nie­szczę­ście ani nie ma pew­no­ści, że do­tknie ich ono w przy­szło­ści”4.

Nie je­steś wy­jąt­kiem – wie­lu lu­dzi boi się sto­ma­to­lo­ga. Ale też wie­lu prze­sta­je się bać po se­rii bez­bo­le­snych lub pra­wie bez­bo­le­snych se­sji na fo­te­lu. Uświa­da­mia­ją so­bie, że cier­pie­nie, ja­kie­go do­świad­cza­ją, w 90 pro­cen­tach mie­ści się w ich gło­wie. Nie bez po­wo­du Mon­ta­igne pi­sał, że naj­bar­dziej lęka się lęku. A Ste­phen King, czło­wiek, któ­ry wie o stra­chu wszyst­ko, na­zwał tę emo­cję za­śle­pie­niem, któ­re ob­ra­ca w proch my­śle­nie.

Se­ne­ka tak koń­czy ustęp o trwo­dze: „Nikt bo­wiem, kie­dy za­czął ule­gać pa­ni­ce, nie opie­ra się so­bie, ani nie kon­fron­tu­je swe­go lęku z rze­czy­wi­sto­ścią”5.

Zrób to, cze­go nie robi nikt. Oprzyj się so­bie, prze­stań fol­go­wać pa­ni­ce. Jak? Od­po­wiedź znaj­dziesz na na­stęp­nej stro­nie.

OSWA­JA­NIE SY­TU­ACJI

Skon­fron­tuj swój lęk z rze­czy­wi­sto­ścią. Za­baw się w na­ukow­ca i roz­waż obiek­tyw­nie, co wła­ści­wie się dzie­je. Oto obiekt mo­ich ba­dań – ja. Sie­dzi w po­cze­kal­ni na wy­god­nym fo­te­lu. Może prze­glą­dać cza­so­pi­sma, zre­lak­so­wać się, od­po­cząć. Na­resz­cie ma czas dla sie­bie. Co w tym strasz­ne­go?

Albo: sie­dzi w wy­god­nym fo­te­lu den­ty­stycz­nym, z dala od pro­ble­mów, po­le­ceń sze­fa, wred­nych ko­le­gów. Je­śli ko­muś tu może być źle, to nie jemu, tyl­ko den­ty­ście – bie­dak jest prze­cież w pra­cy.

Ogra­nicz ob­ser­wa­cję do chwi­li obec­nej. Nie wy­bie­gaj my­ślą da­lej, nie myśl o tym, co ma się zda­rzyć. Spójrz z per­spek­ty­wy zre­lak­so­wa­ne­go na­ukow­ca: jak den­ty­sta wwier­ca się w ząb? Jak dłu­go to trwa? Kil­ka­na­ście se­kund? Kil­ka­dzie­siąt?

Ob­ser­wuj swo­je emo­cje, za­miast im ule­gać. Na pa­ni­kę od­po­wiedz uważ­no­ścią. Uczyń pa­ni­kę obiek­tem swo­jej me­dy­ta­cji – nie po to, by ją zmie­nić, ale po to, by do­strzec w niej jak naj­wię­cej. Jak ro­dzi się pa­ni­ka? Jak się na­krę­ca? Ja­kie zmia­ny wy­wo­łu­je w cie­le i w spo­so­bie my­śle­nia? Sta­ra praw­da, któ­rą sto­icy dzie­lą z bud­dy­sta­mi, brzmi: ob­ser­wu­jąc zja­wi­sko men­tal­ne, nie na­krę­ca­my go, tyl­ko po­zwa­la­my mu mi­nąć, co na­stą­pi, gdy prze­sta­ją dzia­łać czyn­ni­ki, któ­re je wy­wo­ła­ły.

STO­SUJ TAK­ŻE

tam, gdzie do­pa­da cię nie­uza­sad­nio­ny strach:

• we wszel­kich ga­bi­ne­tach za­bie­go­wych • przed eg­za­mi­na­mi i roz­mo­wa­mi kwa­li­fi­ka­cyj­ny­mi • przed wy­stą­pie­nia­mi pu­blicz­ny­mi, gdy na sali sie­dzi tłum zło­śli­wych cy­ni­ków • gdy bu­rza przy­skrzy­ni cię na au­to­stra­dzie (sy­tu­acja 1) • gdy te­le­fon mil­czy (sy­tu­acja 17) • na po­grze­bach (sy­tu­acja 23) • gdy sa­mo­lot wpad­nie w tur­bu­len­cje (sy­tu­acja 34).

SYTUACJA 4
DESZCZ

Z ka­ta­lo­gu biu­ra po­dró­ży wy­ni­ka, że tu, do­kąd przy­je­cha­łem, słoń­ce świe­ci przez 345 dni w roku. Po­licz­my: deszcz po­wi­nien pa­dać 20 dni. Tyl­ko dla­cze­go aku­rat 14 z tych 20 dni przy­pa­dło na mój dwu­ty­go­dnio­wy urlop? Prze­cież tu nie ma nic oprócz pla­ży, a jaki po­ży­tek z pla­ży, gdy z nie­ba leje się woda i za­mie­nia pia­sek w ba­gno, ubra­nia w szma­ty do zmy­wa­nia ga­rów, a do­mek kem­pin­go­wy w bu­twie­ją­cy ba­rak, ra­zem z któ­rym bu­twie­je moja ra­dość ży­cia?

To moje je­dy­ne dwa ty­go­dnie wol­ne­go w tym roku. Na do­da­tek tyle pie­nię­dzy za te wcza­sy za­pła­ci­łem. Mia­ło być in­a­czej. Dla­cze­go zno­wu ja?

To pew­ne – tu­taj nie wy­pocz­nę. Wró­cę do pra­cy prze­mę­czo­ny. Nie na­bio­rę ener­gii. Nie skoń­czę pro­jek­tu, bo jak? Szef wy­rzu­ci mnie na zbi­ty pysk, już te­raz krzy­wo na mnie pa­trzy. Kto utrzy­ma ro­dzi­nę? Wy­lą­du­ję na uli­cy tuż po tym, jak wyj­dzie na nią moja żona, a dzie­ci skoń­czą w sie­ro­ciń­cu, na chu­dych zup­kach i ła­sce wy­cho­waw­ców pe­do­fi­lów…

SEN­TEN­CJA

„O, ja nie­szczę­śli­wy, że mię to spo­tka­ło”. – Ależ nie tak! Lecz: „O, ja szczę­śli­wy, że cho­ciaż mię to spo­tka­ło, żyję bez smut­ku, nie gnę­bi mnie te­raź­niej­szość ani nie boję się przy­szło­ści”. To bo­wiem każ­de­mu przy­da­rzyć się mo­gło, a nie każ­dy po­tra­fił­by żyć z tym bez smut­ku.

Ma­rek Au­re­liusz

ZNA­CZE­NIE

Ta sen­ten­cja to sól fi­lo­zo­fii sto­ic­kiej. Czy­ni pod­sta­wo­we roz­róż­nie­nie: na to, na co mamy wpływ i na to, co od nas nie za­le­ży. Do pierw­szej ka­te­go­rii na­le­ży oce­na sy­tu­acji. Do dru­giej? W tym wy­pad­ku deszcz.

Spójrz­my na ukry­te za­ło­że­nia czło­wie­ka, któ­ry zło­ści się na deszcz:

– na­le­ży mi się tyle samo, a może i wię­cej (słoń­ca) niż in­nym,

– świat (kli­mat) robi mi na złość, – przy­szłość szy­ku­je dla mnie ka­ta­stro­fę (nie wy­pocz­nę, wy­le­cę z pra­cy, tra­fię na uli­cę), i nie ma w tym mo­jej winy (wi­nien jest deszcz), – je­stem na­zna­czo­nym fa­tum bo­ha­te­rem grec­kiej tra­ge­dii, – zo­sta­łem oszu­ka­ny (za­pła­ci­łem za wcza­sy, a kli­mat ma to gdzieś).

Czyż to nie za­baw­ne?

Od­rzuć­my te za­ło­że­nia, a do­bry na­strój wró­ci. Je­śli przyj­mie­my ze spo­ko­jem to, że pada, otrzy­ma­my do­dat­ko­wą pre­mię w po­sta­ci fi­lo­zo­ficz­ne­go cu­kier­ka – ra­do­ści i sa­tys­fak­cji, że nie wzru­sza nas zja­wi­sko at­mos­fe­rycz­ne. Inni pew­nie by się wście­kli lub wpa­dli w przy­gnę­bie­nie – my nie. Mon­ta­igne pi­sze o zwy­cza­ju Tra­ków, „któ­rzy, kie­dy grzmi i ły­ska się, za­czy­na­ją szyć ku nie­bu z łu­ków w ja­ko­wejś niby ty­ta­nicz­nej ze­mście, aby Boga strza­ła­mi przy­wieść do upa­mię­ta­nia”6. Czyż Tra­ko­wie nie byli za­baw­ni?

Nie zmar­nuj­my jed­nak od­kry­cia, że re­agu­je­my mą­drzej niż prze­cięt­ny czło­wiek na bu­do­wa­nie ego, bo w przy­szło­ści ob­ró­ci się to prze­ciw­ko nam – im więk­sze ego, tym więk­szy ból. Zły wnio­sek: je­stem mą­drzej­szy niż inni. Do­bry wnio­sek: pod­bi­jam ko­lej­ne re­jo­ny we­wnętrz­nej wol­no­ści. I dzię­ku­ję kli­ma­to­wi za ma­te­riał do ćwi­czeń.

À pro­pos urlo­pu: nie ocze­kuj, że wy­je­dziesz i wszyst­kie pro­ble­my zo­sta­wisz w domu. To nie­re­ali­stycz­ne i nie­god­ne fi­lo­zo­fa. So­kra­tes tak oto od­po­wie­dział bie­da­ko­wi, któ­ry na dar­mo prze­mie­rzył świat w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia: „Cze­mu się dzi­wisz, że po­dróż po świe­cie ci nie po­ma­ga, sko­ro za­wsze za­bie­rasz ze sobą sa­me­go sie­bie?”7.