swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Tako rzecze Zaratustra: Książka dla wszystkich i dla nikogo. Also sprach Zarathustra: Ein Buch für Alle und Keinen. Thus Spoke Zarathustra: A Book for All and None

Tako rzecze Zaratustra: Książka dla wszystkich i dla nikogo. Also sprach Zarathustra: Ein Buch für Alle und Keinen. Thus Spoke Zarathustra: A Book for All and None

Zobacz na swiatebookow.pl

16,20 zł

Autor: Friedrich Nietzsche

Kategoria: filozofia

Wydawnictwo: Armoryka

ISBN: 978-83-7950-188-5

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Friedrich Nietzsche:Tako rzecze Zaratustra: Książka dla wszystkich i dla nikogo. Also sprach Zarathustra: Ein Buch für Alle und Keinen. Thus Spoke Zarathustra: A Book for All and None. Książka w trzech wersjach językowych: polskiej, niemieckiej i angielskiej.

Postać Zaratustry pojawia się u Nietzschego już w 1881 pod koniec książki "Wiedza radosna". W tym samym roku Nietzsche rozpoczął prace nad nieukończoną nigdy książką "Próżnowanie Zaratustry". W niej po raz pierwszy pojawia się zdanie "Tako rzecze Zaratustra".Tako rzecze Zaratustra, chociaż nie prezentuje żadnych nowych idei, jest kompilacją całej filozofii Nietzschego. Ustami Zaratustry Nietzsche głosi śmierć Boga, wolę mocy, nadczłowieka i wieczny powrót.(http://pl.wikipedia.org/wiki/Tako_rzecze_Zaratustra)

Das Buch besteht aus vier Teilen. Der erste Teil erschien 1883, der zweite und dritte 1884, der vierte 1885 als Privatdruck. 1886 veröffentlichte Nietzsche die drei ersten Teile als „Also sprach Zarathustra. Ein Buch für Alle und Keinen. In drei Teilen.“ Im Gegensatz zu den frühen Werken Nietzsches handelt es sich beim Zarathustra nicht um ein Sachbuch. In hymnischer Prosa berichtet ein personaler Erzähler vom Wirken eines fiktiven Denkers, der den Namen des persischen Religionsstifters Zarathustra trägt. Nietzsche selbst nennt den Stil, in dem Also sprach Zarathustra geschrieben ist, halkyonisch und wünscht sich Leser, die eines „gleichen Pathos fähig und würdig sind“: „Man muss vor Allem den Ton, der aus diesem Munde kommt, diesen halkyonischen Ton richtig hören, um dem Sinn seiner Weisheit nicht erbarmungswürdig Unrecht zu tun“. Dass Nietzsche diese Leserschaft in seiner Gegenwart nicht gesehen hat, legt der Untertitel des Werkes nahe: „Ein Buch für Alle und Keinen“. (http://de.wikipedia.org/wiki/Also_sprach_Zarathustra)

Thus Spoke Zarathustra: A Book for All and None (German: Also sprach Zarathustra: Ein Buch für Alle und Keinen, also translated as Thus Spake Zarathustra) is a philosophical novel by German philosopher Friedrich Nietzsche, composed in four parts between 1883 and 1885. Much of the work deals with ideas such as the "eternal recurrence of the same", the parable on the "death of God", and the "prophecy" of the Übermensch, which were first introduced in The Gay Science. (http://en.wikipedia.org/wiki/Thus_Spoke_Zarathustra)

Fryderyk Nietzsche

Tako rzecze Zaratustra
Książka dla wszystkich i dla nikogo

przełożył Wacław Berent

Część pierwsza. Dyskursy Zaratustry.

 

 

Przedmowa Zaratustry.

 

O nadczłowieku i ostatnim człowieku

 

1.

 

Gdy Zaratustra trzydziestu lat dożył, opuścił kraj swój i jezioro ojczyste i poszedł w góry. Tu radował się duchowi swemu i samotności swej, a dziesięć lat tak żyjąc, nie umęczył się nimi. Wreszcie przemieniło się serce jego, – i pewnego zaranku wstawszy wraz z jutrznią, wystąpił przed słońce i tak rzekł do niego:

– Światłości ty olbrzymia! czymże byłoby twe szczęście, gdybyś nie miała tych, komu jaśniejesz?

Dziesięć lat wchodziłaś tu do mej jaskini; znużyłabyś się i jaśnieniem twym, i drogą twą beze mnie, bez mego orła i bez węża mego.

Lecz my oto oczekiwaliśmy ciebie każdego zaranku i, biorąc nadmiar światła twego, błogosławiliśmy cię za to.

Spojrzyj! Jam jest umęczony mą mądrością jako pszczoła, co za wiele miodu zebrała; pożądam rąk, które by się po nią wyciągnęły.

Pragnąłbym rozdarowywać i obdzielać, aż póki mądrych pośród ludzi nie uraduje ponownie własne szaleństwo, a ubogich własne bogactwo.

Lecz na to w głębię znijść muszę, jako ty co wieczór to czynisz, gdy poza morze wstępujesz, aby i podziemnym światom swej udzielić jasności, – światło ty przehojne!

Oto muszę, jako ty, ˝zajść˝, wedle ludzkiego nazwania, znijść ku tym, których wola ma pożąda.

Pobłogosławże ty mnie, wejrzenie spokojne, co nawet na nadmiar szczęścia bez zawiści patrzeć możesz!

Błogosław kielich przepełniony, aby złotymi rozpłynął się strugi i twej świetności odblask wszędzie poroznosił.

Spojrzyj! kielich ten chce znowu być opróżnion i Zaratustra chce znów być człowiekiem.

– Tako się poczęło znijście Zaratustry.

 

2.

 

Zaratustra zstępował samotny z gór, nie spotykając po drodze nikogo. Gdy jednak w las się zanurzył, stanął nagle przed nim starzec, co opuścił chatę swą świętą, aby korzonków szukać po lesie. I rzekł starzec do Zaratustry tymi słowy:

– Nie jest mi obcy ten wędrowiec; przed laty przechodził on tędy. Zaratustra zwie się; jednakże przeobraził się on.

Wonczas niosłeś swój popiół w góry; chceszże dzisiaj swój ogień nieść w doliny? Nie obawiasz się kary podpalacza?

O tak, poznaję Zaratustrę! Czyste jest jego oko, a wokół ust jego nie czai się wstręt. Czyż nie stąpa on jako tancerz?

Przeobrażony jest Zaratustra, dziecięciem stał się Zaratustra, ocknięty jest Zaratustra. I czegóż ty chcesz pośród śpiących?

Żyłeś w samotności jako w morzu i morze niosło ciebie. Biada, chcesz teraz na ląd stąpić. Biada, chceszże znowu o własnych siłach wlec twe ciało?

Zaratustra odparł:

– Kocham ludzi.

– Czemuż – odparł starzec – usunąłem się i ja niegdyś w lasy i w głusz samotną? Czyż nie dlatego, żem ludzi nazbyt ukochał?

Teraz miłuję Boga, nie kocham ludzi. Człowiek jest rzeczą zbyt niedoskonałą. Miłość ku ludziom zabiłaby mnie.

Zaratustra odparł:

– Cóżem ja o miłości mówił! Niosę ludziom dar.

– Nie dawaj im nic – rzekł święty. – Raczej ujmij im nieco i dźwigaj z nimi społem. Tym najbardziej im wygodzisz: obyś sobie jeno tym dogodził!

A jeśli chcesz ich koniecznie obdarzać, nie dawaj więcej nad jałmużnę i każ im jeszcze żebrać o nią!

– Nie – odparł Zaratustra – nie dawam jałmużny. Nie jestem na to dosyć ubogi.

Święty zaśmiał się z Zaratustry i rzekł w te słowa:

– Bacz, aby przyjęto twe skarby. Nieufni są oni względem samotników i nie wierzą, abyśmy przychodzili, by obdarzać.

Kroki nasze dźwięczą im zbyt samotnie po pustych ulicach. A gdy po nocy w swoich łożach, na długo przed wschodem słońca czyjeś kroki zasłyszą, pytają wówczas: dokąd zmierza ten złodziej? Nie chodź do ludzi, pozostań w lesie! Udaj się raczej do zwierząt! Czemu nie chcesz być jako ja, – niedźwiedziem pośród niedźwiedzi, ptakiem pośród ptaków?

– I cóż robi święty w lesie? – zapytał Zaratustra.

Święty odparł:

– Pieśni składam i śpiewam je, a gdy pieśni składam śmieję się i płaczę, i pomrukuję z cicha: tako Boga chwalę.

Śpiewem, płaczem, śmiechem i pomrukiem chwalę Boga, który jest moim Bogiem. Lecz cóż to niesiesz ty nam w darze?

Gdy Zaratustra te słowa usłyszał, pokłonił się świętemu i rzekł:

– Czymże was mógłbym ja obdarzyć? Pozwólcie mi jednak odejść czym prędzej, abym wam czego nie odebrał.

I tako rozstali się ze sobą starzec i mąż, śmiejąc się jako dwa żaki.

Gdy Zaratustra sam pozostał, rzekł do swego serca: „Czyżby to było możliwe! Wszak ten święty starzec nic jeszcze w swym lesie nie słyszał o tym, że ˝Bóg już umarł˝!”

 

3.

 

Gdy Zaratustra zaszedł do najbliższego miasta, co u skraju lasów leżało, znalazł tam wiele ludu zgromadzonego na rynku, gdyż było obwieszczone, iż linoskok da widowisko. I Zaratustra tako rzekł do ludu:

– ˝Ja was uczę nadczłowieka˝. Człowiek jest czymś, co pokonanym być powinno. Cóżeście uczynili, aby jego pokonać?

Wszystkie istoty stworzyły coś ponad siebie; chcecież być odpływem tej wielkiej fali i raczej do zwierzęcia powrócić, niźli człowieka pokonać?

Czymże jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i sromem bolesnym. I tymże powinien być człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem i wstydem bolesnym.

Przebyliście drogę od robaka do człowieka i wiele jest w was jeszcze z robaka. Byliście niegdyś małpami i dziś jest jeszcze człowiek bardziej małpą, niźli jakakolwiek małpa.

Kto zaś jest pośród was najmędrszym, ten jest dwurodkiem i mieszańcem rośliny i upiora. Mówięż ja wam, byście się upiorami lub roślinami stali?

Patrzcie, ja wam wskazuję nadczłowieka.

Nadczłowiek jest treścią ziemi. Wasza wola niech rzeknie: bodajby się nadczłowiek treścią ziemi stał.

Zaklinam was bracia ˝pozostańcie wierni ziemi˝ i nie wierzcie tym, co wam o nadziemskich mówią nadziejach! Truciciele to są, wiedni czy nieświadomi!

Wzgardziciele to ciała, wymierający i sami zatruci, którymi ziemia się umęczyła; obyż się prędzej precz wynieśli!

Niegdyś było bluźnierstwo wobec Boga największym zuchwalstwem, lecz Bóg umarł, a z nim zmarli i ci bluźniercy. Ziemi bluźnić jest rzeczą najstraszniejszą, jako też cenić bardziej wnętrzności niezbadanego, niźli treść tej ziemi.

Niegdyś spoglądała dusza wzgardliwie na ciało; naonczas była ta wzgarda czymś najwyższym; chciała mieć dusza ciało chudym, wstrętnym, zagłodzonym. Tako myślała, iż się ciału i ziemi umknie.

O, ta dusza była sama jeszcze chuda, wstrętna i zagłodzona i okrucieństwo było rozkoszą tej duszy.

Lecz wy nawet jeszcze, bracia moi, powiedzcież wy mi: co wam ciało wasze o duszy waszej zwiastuje? Nie jestże wasza dusza ubóstwem i brudem, i żałosną błogością?

Zaprawdę, brudnym stworzeniem jest człowiek. Trzeba być morzem, aby brudne strumienie w siebie przyjmować i samemu się nie zakalać.

Patrzcie, ja was uczę nadczłowieka: ten jest morzem, w nim wasza wielka wzgarda zatonąć zdoła.

Co jest największym z ducha, czego wy doświadczyć możecie? Jest to godzina ˝wielkiej wzgardy˝.

Godzina, w której wasze szczęście wstrętem was przejmie, zarówno jak rozum wasz oraz cnota wasza. Godzina, kiedy powiecie: „I cóż z mego szczęścia! Jest ono ubóstwem i brudem i żałosną błogością. Lecz me szczęście powinno samo istnienie usprawiedliwiać!”

Godzina, kiedy powiecie: „I cóż z mego rozumu! Pożądaż on wiedzy, jako lew karmu. Ubóstwem jest on i brudem, i żałosną błogością.

Godzina, kiedy powiecie: „I cóż z mej cnoty! Jeszcze mnie ona o szaleństwo nie przyprawiła. Jakżem umęczony mym złem i dobrem! Wszystko to – ubóstwo i brud, i błogość żałosna!

Godzina, kiedy powiecie: „I cóż z mej sprawiedliwości! Nie baczę, abym się żarem i węglem stał. Lecz sprawiedliwy jest żarem i węglem!

Godzina, kiedy powiecie: „I cóż z mego współczucia! Nie jestże współczucie krzyżem, do którego przygwożdżony zostaje ten, co ludzi ukochał. Lecz me współczucie nie jest ukrzyżowaniem”.

Mówiliście już tak? Krzyczeliście już tak? Och, gdybym ja od was już takie zasłyszał wołania!

Nie grzechy wasze – wasze przystawanie na małym woła do nieba, wasze skąpstwo nawet i w grzechu, oto co woła do nieba!

Gdzież jest ten piorun, który by was liznął swym językiem? Gdzież jest ten obłęd, który by wam zaszczepić należało?

Patrzcie, ja was uczę nadczłowieka. On jest tym piorunem, on jest tym obłędem!

Gdy Zaratustra tako zakończył, krzyknął jeden z ludu:

– Słyszeliśmy już dosyć o linoskoku, pokażcież nam go wreszcie!

I lud cały śmiał się z Zaratustry. Jakoż linoskok, sądząc, że na niego przyszła kolej, imał się swego dzieła.

 

4.

 

Zaratustra jednak spoglądał na lud i dziwił się. Po czym rzekł tymi słowy:

– Człowiek jest liną rozpiętą między zwierzęciem i nadczłowiekiem, – liną ponad przepaścią.

Niebezpieczne to przejście, niebezpieczne podroże, niebezpieczne wstecz poglądanie, niebezpieczne trwożne zachwianie i zatrzymywanie się.

Oto co wielkim jest w człowieku, iż jest on mostem, a nie celem; oto co w człowieku jest umiłowania godnym, że jest on ˝przejściem i zanikiem˝.

Kocham tych, którzy żyć nie umieją inaczej niż w zaniku, albowiem oni są tymi, którzy przechodzą.

Kocham wielkich wzgardzicieli, gdyż to są wielcy wielbiciele i strzały tęsknoty na brzeg przeciwny.

Kocham tych, którzy nie szukają aż poza gwiazdami powodów, aby zaniknąć i ofiarą się stać, lecz ziemi się ofiarują, aby ziemia własnością nadczłowieka kiedyś się stała.

Kocham tego, który żyje, aby poznawał, i który poznawać chce, aby kiedyś nadczłowiek żył. Tako pragnie on swego zaniku.

Kocham tego, który pracuje i odkrycia czyni, aby nadczłowiekowi dom wystawił oraz mierzwę, zwierzę i roślinę jemu zgotował: gdyż tako chce on swego zaniku.

Kocham tego, który cnotę swą kocha, gdyż cnota jest wolą zaniku i strzałą tęsknoty.

Kocham tego, który ani kropli ducha sobie nie pozostawia, lecz chce być całkowicie duchem swej cnoty: tako przekracza on most jako duch.

Kocham tego, co ze swej cnoty czyni skłonność ducha i przeznaczenie własne: i tako k'woli swej cnoty chce żyć jeszcze i przestać już żyć.

Kocham tego, co nie chce zbyt wiele cnót posiadać. Jedna cnota jest większą cnotą niźli dwie, ponieważ bardziej staje się onym węzłem, na którym zawiesza się przeznaczenie.

Kocham tego, czyja dusza udziela się rozrzutnie, który podzięki nie chce i nie zwraca: gdyż on obdarza ustawicznie, a siebie zachować nie pragnie.

Kocham tego, który wstydzi się, gdy kości jemu na szczęście padną i pyta: – zalim jest fałszywym graczem? – gdyż on zaginąć chce. Kocham tego, który złotymi słowy swe czyny uprzedza i zawsze więcej dotrzymuje, niźli był obiecał: gdyż on swego zaniku pragnie.

Kocham tego, co przyszłych usprawiedliwia i przeszłych wyzwala: gdyż on chce od współczesnych zaginąć.

Kocham tego, co Boga swego gromi, ponieważ Boga swego kocha: gdyż on od gniewu swego Boga zaginąć musi.

Kocham tego, czyja dusza jest głęboką, nawet poranioną będąc, i którego drobne nawet przejście zgubić może: tako chętnie przez most on przechodzi.

Kocham tego, czyja dusza jest przepełna, aże samego siebie człowiek zapomina; tylko rzeczy wszystkie życie w nim mają: tak oto rzeczy wszystkie zanikiem jego będą.

Kocham tego, co wolnego jest ducha i wolnego serca; głowa takiego jest tylko trzewiem serca, serce wszakże prze go ku zagładzie.

Kocham tych wszystkich, co są jako ciężkie krople, spadające pojedynczo z ciemnej chmury zawisłej nad człowiekiem: zwiastują one błyskawicę i jako zwiastuny giną.

Patrzcie, jam jest zwiastunem błyskawicy, jam jest ciężką kroplą z chmury: ta błyskawica zwie się ˝nadczłowiekiem˝.

 

5.

 

Gdy Zaratustra wyrzekł te słowa, spojrzał na lud wokół i zamilkł. „Oto stoją głusi, – rzekł do swego serca, – i oto śmieją się: nie rozumieją mnie. Jam nie jest językiem dla tych uszu.

Czyżby należało wprzódy uszy im poniszczyć, aby się nauczyli słuchać oczyma? Czyżby oczekiwali, bym brutalne łoskoty czynił jako odpustowe kotły lub kaznodzieje pokutni? Lub może ufają tylko jąkałom?

Wszakże mają coś, z czego się pysznią? Jakże zwie się to, co ich tak dumnymi czyni? Wykształceniem zwą ten skarb duszy swojej; toć ono wyróżnia ich od pasterzy kóz?

A więc dlatego tak niechętnie słuchają słowa »wzgarda«. Niechajże i tak będzie: – przemówię i ja do ich dumy!

Będę im mówił o czymś najgodniejszym pogardy, będę im mówił o ˝ostatnim człowieku˝”.

I Zaratustra w te słowa zwrócił się do ludu:

– Czas, by człowiek cel sobie wytknął; czas, by zasiał ziarno swej najwyższej nadziei.

Jeszcze ziemia dość bogata, lecz przyjdzie czas, gdy się stanie tak biedna, tak oswojona i łagodnie jałowa, że z tego ziarna nadziei żadne już wyższe drzewo nie wyrośnie.

Biada! Zbliża się czas, gdy człowiek niezdolny będzie wyrzucić strzały tęsknoty ponad człowieka, gdy zwiotczeje cięciwa łuku jego.

Powiadam wam, trzeba mieć chaos w sobie, by porodzić tańczącą gwiazdę. Powiadam wam, wiele chaosu jest jeszcze w was.

Biada! Zbliża się czas, gdy człowiek żadnej gwiazdy porodzić nie będzie zdolen. Biada! Zbliża się czas po tysiąckroć wzgardy godnego człowieka, – człowieka, co nawet samym sobą już gardzić nie zdoła.

Patrzcie! wskazuję wam ˝ostatniego człowieka˝.

„Czym jest miłość? Czym jest twórczość? Czym jest tęsknota? Czym jest gwiazda?” – tak pyta ostatni człowiek i mruży wzgardliwie oczy.

Ziemia się skurczyła, a po niej skacze ostatni człowiek, który wszystko zdrabnia. Rodzaj jego jest nie do wytępienia, jako pchła ziemna; ostatni człowiek żyje najdłużej.

„Myśmy szczęście wynaleźli”, – mówią ostatni ludzie i mrużą niedbale oczy.

Opuszczają okolice, gdzie życie twarde było: gdyż ciepła potrzeba. Kocha się jeszcze sąsiada i trze się o niego; – gdyż ciepła potrzeba!

Cierpienie i nieufność uchodzą za rzeczy grzeszne: ostatni człowiek baczy troskliwie na siebie. Głupiec chyba tylko potyka się jeszcze o kamienie i o ludzi!

Nieco trucizny kiedy niekiedy – to darzy słodkimi snami. A w końcu – dużo trucizny, aby mile zemrzeć.

Pracuje się jeszcze, gdyż praca jest rozrywką. Dba się jednak o to, by ta rozrywka nie stała się zbyt uciążliwa.

Nikt już nie jest bogatym ani biednym: jedno i drugie jest zbyt uciążliwe. Któż by jeszcze chciał panować? Któż by jeszcze chciał podlegać? To zbyt uciążliwe.

Żadnego pasterza, sama trzoda! Każdy jest równy, każdy chce działu równego. Kto inaczej czuje, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych.

„Dawniej cały świat był szalony”, – mówią najsubtelniejsi i mrużą mądrze oczy.

Jest się mądrym i wie się wszystko, co się zdarzyło, więc w wydrwiwaniu wszystkiego nie zna się miary. Sprzeczają się jeszcze, lecz godzą się niebawem, gdyż niezgoda psuje żołądek.

Ma się swą przyjemnostkę na dzień i swą przyjemnostkę na czas nocy; lecz zdrowie ceni się nade wszystko.

„Myśmy szczęście wynaleźli”, – mówią ostatni ludzie i mrużą oczy. –

Tu zakończył Zaratustra swą pierwszą mowę (zwą ją również i „przedmową”), gdyż w tym miejscu przerwał mu krzyk i radość tłumu: „Daj nam, Zaratustro, ostatniego człowieka, – wołali społem, – uczyń z nas ostatnich ludzi, a darujemy ci twego nadczłowieka”. Lud cały radował się i mlaskał językiem. Zaratustrę wszakże smutek ogarnął; rzekł do serca swego:

„Nie rozumieją mnie: nie jestem językiem dla tych uszu.

Za długo w istocie żyłem w górach, zanadto wsłuchiwałem się w szelesty drzew i w poszumy strumieni: I oto mowa ma jest dla nich mową pasterzy kóz.

Dusza ma nieporuszona jest i jasna jako wzgórza o poranku. Oni jednak sądzą, żem jest zimny i żem szyderca w żartach okrutnych.

I teraz oto spozierają wciąż na mnie i śmieją się. A śmiejąc się, nienawidzą mnie jeszcze. Lód jest w ich śmiechu”.

 

6.

 

Lecz oto wydarzyło się coś, wobec czego wszystkie usta niemiały i wszystkie oczy słupem stawały. Linoskok rozpoczął właśnie swe dzieło; wyszedł on spoza małych drzwiczek i posuwał się po linie, rozciągniętej między dwiema wieżami, i tak oto zawisał ponad rynkiem i ludem. Kiedy się w połowie drogi znajdował, roztworzyły się nagle małe drzwi i jakieś pstre pacholę, niby śmieszek jarmarczny, wyskoczyło na linę i szybkimi kroki zbliżało się do poprzednika. – „Naprzód, włóczynogo, – wołał straszny jego głos, – naprzód, ciemięgo, czołgaczu, tchórzu! Abym cię piętą nie połechtał! Cóż ty tu marudzisz pomiędzy wieżami! Do wieży by cię zamknąć należało, lepszemu od siebie drogę tylko zawalasz!” – I z każdym słowem posuwał się bliżej, coraz to bliżej; a gdy już tylko krok jeden oddzielał obu, wówczas stała się rzecz potworna, wobec której wszystkie usta oniemiały i wszystkie oczy słupem stanęły; błazen wydał wrzask szatański i przeskoczył przez tego, co mu stał na drodze. Ów zaś, widząc zwycięstwo zapaśnika, stracił głowę, a zarazem i linę pod sobą; odrzucił drąg, który trzymał w rękach, a sam, w spadku jeszcze prędszy od niego, runął w głębię jako kłębowy wir ramion i nóg. Rynek i lud stał się jako morze, gdy weń nawałnica uderzy; rozpierzchły się tłumy i zafalowały w burzliwym ścisku, najbardziej zaś wokół tego miejsca, gdzie ciało prysło o ziemię.

Zaratustra wszakże stał na miejscu i tuż koło niego spadło ciało, okaleczone śmiertelnie, połamane, ale jeszcze nie martwe. Po jakimś czasie powrócił zdruzgotany do przytomności i ujrzał klęczącego nad sobą Zaratustrę.

– Czegóż ty tu chcesz? – rzekł wreszcie, – wiedziałem ja dawno, że mi diabeł nogę kiedyś podstawi. Teraz oto zawlecze mnie do piekła, chceszże mu wzbraniać?

– Na mą cześć, przyjacielu, nie masz tego wszystkiego, o czym mówisz: nie ma diabła, nie ma piekła. Dusza twa umrze prędzej jeszcze, niźli twe ciało: zbądź więc lęku.

Człowiek spoglądał nieufnie. – Jeśli prawdę mówisz, – rzekł w końcu, – w takim razie nie tracę nic, tracąc życie. Jestem nieomal jako zwierzę, które nauczono tańczyć kijem i skąpym kęsem. –

– Zaniechaj tych myśli, – odparł Zaratustra, tyś z niebezpieczeństwa uczynił powołanie, tym się nie gardzi. I oto przez twe powołanie giniesz; za to własnymi pochowam cię rękoma.

Gdy Zaratustra te słowa wyrzekł, konający już nie odpowiadał; lecz poruszała się jeszcze ręka jego i, jakby dziękując, szukała dłoni Zaratustry.

 

7.

 

Tymczasem wieczór nadszedł i ciemność zaległa rynek; wonczas rozbiegł się lud, gdyż nawet i ciekawość wraz z przerażeniem nużą się wreszcie. Zaratustra jednak, zatopiony w myślach, siedział przy trupie na ziemi; zapomniał o czasie. Wreszcie nastała noc i mroźny wiatr owiał samotnika. Wówczas podjął się Zaratustra z ziemi i rzekł do swego serca:

,,Zaprawdę, piękny połów miał dziś Zaratustra. Człowieka nie złowił ani jednego, natomiast trupa złapał.

Ponure jest istnienie ludzkie i wciąż jeszcze bez ducha: śmieszek jarmarczny stać się dlań może przeznaczeniem. Chcę ludzi nauczyć duchowej treści ich istnienia, którą jest nadczłowiek, błyskawica z ciemnej chmury: człowiek.

Lecz jeszczem ja od nich daleki i mój duch do ich ducha nie przemawia. Dla ludzi jestem jeszcze czymś pośrednim między błaznem i trupem.

Ciemna jest ta noc, ciemnymi drogi chadza Zaratustra. Chodźże, ty mój zimny i sztywny towarzyszu! Zawiodę cię tam, gdzie cię własnymi rękoma pochowam”.

Friedrich Nietzsche

Also sprach Zarathustra
Ein Buch für Alle und Keinen

Erster Theil.

Zarathustra's Vorrede.

 

1.

 

Als Zarathustra dreissig Jahr alt war, verliess er seine Heimat und den See seiner Heimat und ging in das Gebirge. Hier genoss er seines Geistes und seiner Einsamkeit und wurde dessen zehn Jahr nicht müde. Endlich aber verwandelte sich sein Herz, – und eines Morgens stand er mit der Morgenröthe auf, trat vor die Sonne hin und sprach zu ihr also:

˝Du grosses Gestirn! Was wäre dein Glück, wenn du nicht Die hättest, welchen du leuchtest!

Zehn Jahre kamst du hier herauf zu meiner Höhle: du würdest deines Lichtes und dieses Weges satt geworden sein, ohne mich, meinen Adler und meine Schlange.

Aber wir warteten deiner an jedem Morgen, nahmen dir deinen Überfluss ab und segneten dich dafür.

Siehe! Ich bin meiner Weisheit überdrüssig, wie die Biene, die des Honigs zu viel gesammelt hat, ich bedarf der Hände, die sich ausstrecken.

Ich möchte verschenken und austheilen, bis die Weisen unter den

Menschen wieder einmal ihrer Thorheit und die Armen einmal ihres

Reichthums froh geworden sind.

Dazu muss ich in die Tiefe steigen: wie du des Abends thust, wenn du hinter das Meer gehst und noch der Unterwelt Licht bringst, du überreiches Gestirn!

Ich muss, gleich dir, untergehen, wie die Menschen es nennen, zu denen ich hinab will.

So segne mich denn, du ruhiges Auge, das ohne Neid auch ein allzugrosses Glück sehen kann!

Segne den Becher, welche überfliessen will, dass das Wasser golden aus ihm fliesse und überallhin den Abglanz deiner Wonne trage!

Siehe! Dieser Becher will wieder leer werden, und Zarathustra will wieder Mensch werden.˝

– Also begann Zarathustra's Untergang.

 

2.

 

Zarathustra stieg allein das Gebirge abwärts und Niemand begegnete ihm. Als er aber in die Wälder kam, stand auf einmal ein Greis vor ihm, der seine heilige Hütte verlassen hatte, um Wurzeln im Walde zu suchen. Und also sprach der Greis zu Zarathustra:

Nicht fremd ist mir dieser Wanderer: vor manchen Jahre gieng er her vorbei. Zarathustra hiess er; aber er hat sich verwandelt. Damals trugst du deine Asche zu Berge: willst du heute dein Feuer in die Thäler tragen? Fürchtest du nicht des Brandstifters Strafen?

Ja, ich erkenne Zarathustra. Rein ist sein Auge, und an seinem Munde birgt sich kein Ekel. Geht er nicht daher wie ein Tänzer?

Verwandelt ist Zarathustra, zum Kind ward Zarathustra, ein Erwachter ist Zarathustra: was willst du nun bei den Schlafenden?

Wie im Meere lebtest du in der Einsamkeit, und das Meer trug dich. Wehe, du willst an's Land steigen? Wehe, du willst deinen Leib wieder selber schleppen?

Zarathustra antwortete: ˝Ich liebe die Menschen.˝

Warum, sagte der Heilige, gieng ich doch in den Wald und die Einöde?

War es nicht, weil ich die Menschen allzu sehr liebte?

Jetzt liebe ich Gott: die Menschen liebe ich nicht. Der Mensch ist mir eine zu unvollkommene Sache. Liebe zum Menschen würde mich umbringen.

Zarathustra antwortete: ˝Was sprach ich von Liebe! Ich bringe den

Menschen ein Geschenk.˝

Gieb ihnen Nichts, sagte der Heilige. Nimm ihnen lieber Etwas ab und trage es mit ihnen – das wird ihnen am wohlsten thun: wenn er dir nur wohlthut!

Und willst du ihnen geben, so gieb nicht mehr, als ein Almosen, und lass sie noch darum betteln!

˝Nein, antwortete Zarathustra, ich gebe kein Almosen. Dazu bin ich nicht arm genug.˝

Der Heilige lachte über Zarathustra und sprach also: So sieh zu, dass sie deine Schätze annehmen! Sie sind misstrauisch gegen die Einsiedler und glauben nicht, dass wir kommen, um zu schenken.

Unse Schritte klingen ihnen zu einsam durch die Gassen. Und wie wenn sie Nachts in ihren Betten einen Mann gehen hören, lange bevor die Sonne aufsteht, so fragen sie sich wohl: wohin will der Dieb?

Gehe nicht zu den Menschen und bleibe im Walde! Gehe lieber noch zu den Thieren! Warum willst du nicht sein, wie ich, – ein Bär unter Bären, ein Vogel unter Vögeln?

˝Und was macht der Heilige im Walde?˝ fragte Zarathustra.

Der Heilige antwortete: Ich mache Lieder und singe sie, und wenn ich

Lieder mache, lache, weine und brumme ich: also lobe ich Gott.

Mit Singen, Weinen, Lachen und Brummen lobe ich den Gott, der mein

Gott ist. Doch was bringst du uns zum Geschenke?

Als Zarathustra diese Worte gehört hatte, grüsste er den Heiligen und sprach: ˝Was hätte ich euch zu geben! Aber lasst mich schnell davon, dass ich euch Nichts nehme!˝ – Und so trennten sie sich von einander, der Greis und der Mann, lachend, gleichwie zwei Knaben lachen.

Als Zarathustra aber allein war, sprach er also zu seinem Herzen: ˝Sollte es denn möglich sein! Dieser alte Heilige hat in seinem Walde noch Nichts davon gehört, dass _Gott_todt_ ist!˝ –

 

3.

 

Als Zarathustra in die Nächste Stadt kam, die an den Wäldern liegt, fand er daselbst viel Volk versammelt auf dem Markte: denn es war verheissen worden, das man einen Seiltänzer sehen solle. Und Zarathustra sprach also zum Volke:

Ich lehre euch den Übermenschen. Der Mensch ist Etwas, das überwunden werden soll. Was habt ihr gethan, ihn zu überwinden?

˝Alle Wesen bisher schufen etwas über sich hinaus: und ihr wollt die Ebbe dieser großen Flut sein und lieber noch zum Tiere zurückgehen, als den Menschen zu überwinden?˝

Was ist der Affe für den Menschen? Ein Gelächter oder eine schmerzliche Scham. Und ebendas soll der Mensch für den Übermenschen sein: ein Gelächter oder eine schmerzliche Scham.

Ihr habt den Weg vom Wurme zum Menschen gemacht, und Vieles ist in euch noch Wurm. Einst wart ihr Affen, und auch jetzt ist der Mensch mehr Affe, als irgend ein Affe.

Wer aber der Weiseste von euch ist, der ist auch nur ein Zwiespalt und Zwitter von Pflanze und von Gespenst. Aber heisse ich euch zu Gespenstern oder Pflanzen werden?

Seht, ich lehre euch den Übermenschen!

Der Übermensch ist der Sinn der Erde. Euer Wille sage: der Übermensch sei der Sinn der Erde!

Ich beschwöre euch, meine Brüder, _bleibt_der_Erde_treu_ und glaubt

Denen nicht, welche euch von überirdischen Hoffnungen reden!

Giftmischer sind es, ob sie es wissen oder nicht.

Verächter des Lebens sind es, Absterbende und selber Vergiftete, deren die Erde müde ist: so mögen sie dahinfahren!

Einst war der Frevel an Gott der grösste Frevel, aber Gott starb, und damit auch diese Frevelhaften. An der Erde zu freveln ist jetzt das Furchtbarste und die Eingeweide des Unerforschlichen höher zu achten, als der Sinn der Erde!

Einst blickte die Seele verächtlich auf den Leib: und damals war diese

Verachtung das Höchste: – sie wollte ihn mager, grässlich, verhungert.

So dachte sie ihm und der Erde zu entschlüpfen.

Oh diese Seele war selbst noch mager, grässlich und verhungert: und

Grausamkeit war die Wollust dieser Seele!

Aber auch ihr noch, meine Brüder, sprecht mir: was kündet euer Leib von eurer Seele? Ist eure Seele nicht Armuth und Schmutz und ein erbärmliches Behagen?

Wahrlich, ein schmutziger Strom ist der Mensch. Man muss schon ein Meer sein, um einen schmutzigen Strom aufnehmen zu können, ohne unrein zu werden.

Seht, ich lehre euch den Übermenschen: der ist diess Meer, in ihm kann eure grosse Verachtung untergehn.

Was ist das Grösste, das ihr erleben könnt? Das ist die Stunde der grossen Verachtung. Die Stunde, in der euch auch euer Glück zum Ekel wird und ebenso eure Vernunft und eure Tugend.

Die Stunde, wo ihr sagt: ˝Was liegt an meinem Glücke! Es ist Armuth und Schmutz, und ein erbärmliches Behagen. Aber mein Glück sollte das Dasein selber rechtfertigen!˝

Die Stunde, wo ihr sagt: ˝Was liegt an meiner Vernunft! Begehrt sie nach Wissen wie der Löwe nach seiner Nahrung? Sie ist Armuth und Schmutz und ein erbärmliches Behagen!˝

Die Stunde, wo ihr sagt: ˝Was liegt an meiner Tugend! Noch hat sie mich nicht rasen gemacht. Wie müde bin ich meines Guten und meines Bösen! Alles das ist Armuth und Schmutz und ein erbärmliches Behagen!˝

Die Stunde, wo ihr sagt: ˝Was liegt an meiner Gerechtigkeit! Ich sehe nicht, dass ich Gluth und Kohle wäre. Aber der Gerechte ist Gluth und Kohle!˝

Die Stunde, wo ihr sagt: ˝Was liegt an meinem Mitleiden! Ist nicht

Mitleid das Kreuz, an das Der genagelt wird, der die Menschen liebt?

Aber mein Mitleiden ist keine Kreuzigung.˝

Spracht ihr schon so? Schriet ihr schon so? Ach, dass ich euch schon so schreien gehört hatte!

Nicht eure Sünde – eure Genügsamkeit schreit gen Himmel, euer Geiz selbst in eurer Sünde schreit gen Himmel!

Wo ist doch der Blitz, der euch mit seiner Zunge lecke? Wo ist der

Wahnsinn, mit dem ihr geimpft werden müsstet?

Seht, ich lehre euch den Übermenschen: der ist dieser Blitz, der ist dieser Wahnsinn! –

Als Zarathustra so gesprochen hatte, schrie Einer aus dem Volke: ˝Wir hörten nun genug von dem Seiltänzer; nun lasst uns ihn auch sehen!˝ Und alles Volk lachte über Zarathustra. Der Seiltänzer aber, welcher glaubte, dass das Wort ihm gälte, machte sich an sein Werk.

 

4.

 

Zarathustra aber sahe das Volk an und wunderte sich. Dann sprach er also:

Der Mensch ist ein Seil, geknüpft zwischen Thier und Übermensch, – ein

Seil über einem Abgrunde.

Ein gefährliches Hinüber, ein gefährliches Auf–dem–Wege, ein gefährliches Zurückblicken, ein gefährliches Schaudern und Stehenbleiben.

Was gross ist am Menschen, das ist, dass er eine Brücke und kein Zweck ist: was geliebt werden kann am Menschen, das ist, dass er ein Übergang und ein Untergang ist.

Ich liebe Die, welche nicht zu leben wissen, es sei denn als

Untergehende, denn es sind die Hinübergehenden.

Ich liebe die grossen Verachtenden, weil sie die grossen Verehrenden sind und Pfeile der Sehnsucht nach dem andern Ufer.

Ich liebe Die, welche nicht erst hinter den Sternen einen Grund suchen, unterzugehen und Opfer zu sein: sondern die sich der Erde opfern, dass die Erde einst der Übermenschen werde.

Ich liebe Den, welcher lebt, damit er erkenne, und welcher erkennen will, damit einst der Übermensch lebe. Und so will er seinen Untergang.

Ich liebe Den, welcher arbeitet und erfindet, dass er dem Übermenschen das Haus baue und zu ihm Erde, Thier und Pflanze vorbereite: denn so will er seinen Untergang.

Ich liebe Den, welcher seine Tugend liebt: denn Tugend ist Wille zum

Untergang und ein Pfeil der Sehnsucht.

Ich liebe Den, welcher nicht einen Tropfen Geist für sich zurückbehält, sondern ganz der Geist seiner Tugend sein will: so schreitet er als Geist über die Brücke.

Ich liebe Den, welcher aus seiner Tugend seinen Hang und sein Verhängniss macht: so will er um seiner Tugend willen noch leben und nicht mehr leben.

Ich liebe Den, welcher nicht zu viele Tugenden haben will. Eine Tugend ist mehr Tugend, als zwei, weil sie mehr Knoten ist, an den sich das Verhängniss hängt.

Ich liebe Den, dessen Seele sich verschwendet, der nicht Dank haben will und nicht zurückgiebt: denn er schenkt immer und will sich nicht bewahren.

Ich liebe Den, welcher sich schämt, wenn der Würfel zu seinem Glücke fällt und der dann fragt: bin ich denn ein falscher Spieler? – denn er will zu Grunde gehen.

Ich liebe Den, welcher goldne Worte seinen Thaten voraus wirft und immer noch mehr hält, als er verspricht: denn er will seinen Untergang.

Ich liebe Den, welcher die Zukünftigen rechtfertigt und die

Vergangenen erlöst: denn er will an den Gegenwärtigen zu Grunde gehen.

Ich liebe Den, welcher seinen Gott züchtigt, weil er seinen Gott liebt: denn er muss am Zorne seines Gottes zu Grunde gehen.

Ich liebe Den, dessen Seele tief ist auch in der Verwundung, und der an einem kleinen Erlebnisse zu Grunde gehen kann: so geht er gerne über die Brücke.

Ich liebe Den, dessen Seele übervoll ist, so dass er sich selber vergisst, und alle Dinge in ihm sind: so werden alle Dinge sein Untergang.

Ich liebe Den, der freien Geistes und freien Herzes ist: so ist sein

Kopf nur das Eingeweide seines Herzens, sein Herz aber treibt ihn zum

Untergang.

Ich liebe alle Die, welche schwere Tropfen sind, einzeln fallend aus der dunklen Wolke, die über den Menschen hängt: sie verkündigen, dass der Blitz kommt, und gehn als Verkündiger zu Grunde.

Seht, ich bin ein Verkündiger des Blitzes und ein schwerer Tropfen aus der Wolke: dieser Blitz aber heisst Übermensch. –

 

5.

 

Als Zarathustra diese Worte gesprochen hatte, sahe er wieder das Volk an und schwieg. ˝Da stehen sie˝, sprach er zu seinem Herzen, ˝da lachen sie: sie verstehen mich nicht, ich bin nicht der Mund für diese Ohren.

Muss man ihnen erst die Ohren zerschlagen, dass sie lernen, mit den Augen hören. Muss man rasseln gleich Pauken und Busspredigern? Oder glauben sie nur dem Stammelnden?

Sie haben etwas, worauf sie stolz sind. Wie nennen sie es doch, was sie stolz macht? Bildung nennen sie's, es zeichnet sie aus vor den Ziegenhirten.

Drum hören sie ungern von sich das Wort `Verachtung`. So will ich denn zu ihrem Stolze reden.

So will ich ihnen vom Verächtlichsten sprechen: das aber ist _der_letzte_Mensch_.˝

Und also sprach Zarathustra zum Volke:

Es ist an der Zeit, dass der Mensch sich sein Ziel stecke. Es ist an der Zeit, dass der Mensch den Keim seiner höchsten Hoffnung pflanze.

Noch ist sein Boden dazu reich genug. Aber dieser Boden wird einst arm und zahm sein, und kein hoher Baum wird mehr aus ihm wachsen können.

Wehe! Es kommt die Zeit, wo der Mensch nicht mehr den Pfeil seiner Sehnsucht über den Menschen hinaus wirft, und die Sehne seines Bogens verlernt hat, zu schwirren!

Ich sage euch: man muss noch Chaos in sich haben, um einen tanzenden

Stern gebären zu können. Ich sage euch: ihr habt noch Chaos in euch.

Wehe! Es kommt die Zeit, wo der Mensch keinen Stern mehr gebären wird. Wehe! Es kommt die Weit des verächtlichsten Menschen, der sich selber nicht mehr verachten kann.

Seht! Ich zeige euch _den_letzten_Menschen_.

˝Was ist Liebe? Was ist Schöpfung? Was ist Sehnsucht? Was ist Stern˝ – so fragt der letzte Mensch und blinzelt.

Die Erde ist dann klein geworden, und auf ihr hüpft der letzte Mensch, der Alles klein macht. Sein Geschlecht ist unaustilgbar, wie der Erdfloh; der letzte Mensch lebt am längsten.

˝Wir haben das Glück erfunden˝ – sagen die letzten Menschen und blinzeln.

Sie haben den Gegenden verlassen, wo es hart war zu leben: denn man braucht Wärme. Man liebt noch den Nachbar und reibt sich an ihm: denn man braucht Wärme.

Krankwerden und Misstrauen–haben gilt ihnen sündhaft: man geht achtsam einher. Ein Thor, der noch über Steine oder Menschen stolpert!

Ein wenig Gift ab und zu: das macht angenehme Träume. Und viel Gift zuletzt, zu einem angenehmen Sterben.

Man arbeitet noch, denn Arbeit ist eine Unterhaltung. Aber man sorgt dass die Unterhaltung nicht angreife.

Man wird nicht mehr arm und reich: Beides ist zu beschwerlich. Wer will noch regieren? Wer noch gehorchen? Beides ist zu beschwerlich.

Kein Hirt und Eine Heerde! Jeder will das Gleiche, Jeder ist gleich: wer anders fühlt, geht freiwillig in's Irrenhaus.

˝Ehemals war alle Welt irre˝ – sagen die Feinsten und blinzeln.

Man ist klug und weiss Alles, was geschehn ist: so hat man kein Ende zu spotten. Man zankt sich noch, aber man versöhnt sich bald – sonst verdirbt es den Magen.

Man hat sein Lüstchen für den Tag und sein Lüstchen für die Nacht: aber man ehrt die Gesundheit.

˝Wir haben das Glück erfunden˝ – sagen die letzten Menschen und blinzeln –

Und hier endete die erste Rede Zarathustra's, welche man auch ˝die Vorrede˝ heisst: denn an dieser Stelle unterbrach ihn das Geschrei und die Lust der Menge. ˝Gieb uns diesen letzten Menschen, oh Zarathustra, – so riefen sie – mache uns zu diesen letzten Menschen! So schenken wir dir den Übermenschen!˝ Und alles Volk jubelte und schnalzte mit der Zunge. Zarathustra aber wurde traurig und sagte zu seinem Herzen:

Sie verstehen mich nicht: ich bin nicht den Mund für diese Ohren.

Zu lange wohl lebte ich im Gebirge, zu viel horchte ich auf Bäche und

Bäume: nun rede ich ihnen gleich den Ziegenhirten.

Unbewegt ist meine Seele und hell wie das Gebirge am Vormittag. Aber sie meinen, ich sei kalt und ein Spötter in furchtbaren Spässen.

Und nun blicken sie mich an und lachen: und indem sie lachen, hassen sie mich noch. Es ist Eis in ihrem Lachen.

 

6.

 

Da aber geschah Etwas, das jeden Mund stumm und jedes Auge starr machte. Inzwischen nämlich hatte der Seiltänzer sein Werk begonnen: er war aus einer kleiner Thür hinausgetreten und gieng über das Seil, welches zwischen zwei Thürmen gespannt war, also, dass es über dem Markte und dem Volke hieng. Als er eben in der Mitte seines Weges war, öffnete sich die kleine Thür noch einmal, und ein bunter Gesell, einem Possenreisser gleich, sprang heraus und gieng mit schnellen Schritten dem Ersten nach. ˝Vorwärts, Lahmfuss, rief seine fürchterliche Stimme, vorwärts Faulthier, Schleichhändler, Bleichgesicht! Dass ich dich nicht mit meiner Ferse kitzle! Was treibst du hier zwischen Thürmen? In den Thurm gehörst du, einsperren sollte man dich, einem Bessern, als du bist, sperrst du die freie Bahn!˝ – Und mit jedem Worte kam er ihm näher und näher: als er aber nur noch einen Schritt hinter ihm war, da geschah das Erschreckliche, das jeden Mund stumm und jedes Auge starr machte: – er stiess ein Geschrei aus wie ein Teufel und sprang über Den hinweg, der ihm im Wege war. Dieser aber, als er so seinen Nebenbuhler siegen sah, verlor dabei den Kopf und das Seil; er warf seine Stange weg und schoss schneller als diese, wie ein Wirbel von Armen und Beinen, in die Tiefe. Der Markt und das Volk glich dem Meere, wenn der Sturm hineinfährt: Alles floh aus einander und übereinander, und am meisten dort, wo der Körper niederschlagen musste.

Zarathustra aber blieb stehen, und gerade neben ihn fiel der Körper hin, übel zugerichtet und zerbrochen, aber noch nicht todt. Nach einer Weile kam dem Zerschmetterten das Bewusstsein zurück, und er sah Zarathustra neben sich knieen. ˝Was machst du da? sagte er endlich, ich wusste es lange, dass mir der Teufel ein Bein stellen werde. Nun schleppt er mich zur Hölle: willst du's ihm wehren?˝

˝Bei meiner Ehre, Freund, antwortete Zarathustra, das giebt es Alles

nicht, wovon du sprichst: es giebt keinen Teufel und keine Hölle.

Deine Seele wird noch schneller todt sein als dein Leib: fürchte nun

Nichts mehr!˝

Der Mann blickte misstrauisch auf. ˝Wenn du die Wahrheit sprichst, sagte er dann, so verliere ich Nichts, wenn ich das Leben verliere. Ich bin nicht viel mehr als ein Thier, das man tanzen gelehrt hat, durch Schläge und schmale Bissen.˝

˝Nicht doch, sprach Zarathustra; du hast aus der Gefahr deinen Beruf gemacht, daran ist Nichts zu verachten. Nun gehst du an deinem Beruf zu Grunde: dafür will ich dich mit meinen Händen begraben.˝

Als Zarathustra diess gesagt hatte, antwortete der Sterbende nicht mehr; aber er bewegte die Hand, wie als ob er die Hand Zarathustra's zum Danke suche. –

 

7.

 

Inzwischen kam der Abend, und der Markt barg sich in Dunkelheit: da verlief sich das Volk, denn selbst Neugierde und Schrekken werde müde. Zarathustra aber sass neben dem Todten auf der Erde und war in Gedanken versunken: so vergass er die Zeit. Endlich aber wurde es Nacht, und ein kalter Wind blies über den Einsamen. Da erhob sich Zarathustra und sagte zu seinem Herzen:

Wahrlich, einen schönen Fischfang that heute Zarathustra! Keinen

Menschen fieng er, wohl aber einen Leichnam.

Unheimlich ist das menschliche Dasein und immer noch ohne Sinn: ein

Possenreisser kann ihm zum Verhängniss werden.

Ich will die Menschen den Sinn ihres Seins lehren: welcher ist der Übermensch, der Blitz aus der dunklen Wolke Mensch.

Aber noch bin ich ihnen ferne, und mein Sinn redet nicht zu ihren Sinnen. Eine Mitte bin ich noch den Menschen zwischen einem Narren und einem Leichnam.

Dunkel ist die Nacht, dunkel sind die Wege Zarathustra's. Komm, du kalter und steifer Gefährte! Ich trage dich dorthin, wo ich dich mit meinen Händen begrabe.

Thus Spoke Zarathustra:
A Book for All and None

by Friedrich Nietzsche

translated by Thomas Common

FIRST PART. ZARATHUSTRA'S DISCOURSES.


ZARATHUSTRA'S PROLOGUE.


1.


When Zarathustra was thirty years old, he left his home and the lake of his home, and went into the mountains. There he enjoyed his spirit and solitude, and for ten years did not weary of it. But at last his heart changed,—and rising one morning with the rosy dawn, he went before the sun, and spake thus unto it: 

Thou great star! What would be thy happiness if thou hadst not those for whom thou shinest! 

For ten years hast thou climbed hither unto my cave: thou wouldst have wearied of thy light and of the journey, had it not been for me, mine eagle, and my serpent. 

But we awaited thee every morning, took from thee thine overflow and blessed thee for it. 

Lo! I am weary of my wisdom, like the bee that hath gathered too much honey; I need hands outstretched to take it. 

I would fain bestow and distribute, until the wise have once more become joyous in their folly, and the poor happy in their riches. 

Therefore must I descend into the deep: as thou doest in the evening, when thou goest behind the sea, and givest light also to the nether-world, thou exuberant star! 

Like thee must I GO DOWN, as men say, to whom I shall descend. 

Bless me, then, thou tranquil eye, that canst behold even the greatest happiness without envy! 

Bless the cup that is about to overflow, that the water may flow golden out of it, and carry everywhere the reflection of thy bliss! 

Lo! This cup is again going to empty itself, and Zarathustra is again going to be a man. 

Thus began Zarathustra's down-going.


2.


Zarathustra went down the mountain alone, no one meeting him. When he entered the forest, however, there suddenly stood before him an old man, who had left his holy cot to seek roots. And thus spake the old man to Zarathustra: 

˝No stranger to me is this wanderer: many years ago passed he by. Zarathustra he was called; but he hath altered. 

Then thou carriedst thine ashes into the mountains: wilt thou now carry thy fire into the valleys? Fearest thou not the incendiary's doom? 

Yea, I recognise Zarathustra. Pure is his eye, and no loathing lurketh about his mouth. Goeth he not along like a dancer? 

Altered is Zarathustra; a child hath Zarathustra become; an awakened one is Zarathustra: what wilt thou do in the land of the sleepers? 

As in the sea hast thou lived in solitude, and it hath borne thee up. Alas, wilt thou now go ashore? Alas, wilt thou again drag thy body thyself?˝ 

Zarathustra answered: ˝I love mankind.˝ 

˝Why,˝ said the saint, ˝did I go into the forest and the desert? Was it not because I loved men far too well? 

Now I love God: men, I do not love. Man is a thing too imperfect for me. Love to man would be fatal to me.˝ 

Zarathustra answered: ˝What spake I of love! I am bringing gifts unto men.˝ 

˝Give them nothing,˝ said the saint. ˝Take rather part of their load, and carry it along with them—that will be most agreeable unto them: if only it be agreeable unto thee! 

If, however, thou wilt give unto them, give them no more than an alms, and let them also beg for it!˝ 

˝No,˝ replied Zarathustra, ˝I give no alms. I am not poor enough for that.˝ 

The saint laughed at Zarathustra, and spake thus: ˝Then see to it that they accept thy treasures! They are distrustful of anchorites, and do not believe that we come with gifts. 

The fall of our footsteps ringeth too hollow through their streets. And just as at night, when they are in bed and hear a man abroad long before sunrise, so they ask themselves concerning us: Where goeth the thief? 

Go not to men, but stay in the forest! Go rather to the animals! Why not be like me—a bear amongst bears, a bird amongst birds?˝ 

˝And what doeth the saint in the forest?˝ asked Zarathustra. 

The saint answered: ˝I make hymns and sing them; and in making hymns I laugh and weep and mumble: thus do I praise God. 

With singing, weeping, laughing, and mumbling do I praise the God who is my God. But what dost thou bring us as a gift?˝ 

When Zarathustra had heard these words, he bowed to the saint and said: ˝What should I have to give thee! Let me rather hurry hence lest I take aught away from thee!˝—And thus they parted from one another, the old man and Zarathustra, laughing like schoolboys. 

When Zarathustra was alone, however, he said to his heart: ˝Could it be possible! This old saint in the forest hath not yet heard of it, that GOD IS DEAD!˝ 


3.


When Zarathustra arrived at the nearest town which adjoineth the forest, he found many people assembled in the market-place; for it had been announced that a rope-dancer would give a performance. And Zarathustra spake thus unto the people: 

I TEACH YOU THE SUPERMAN. Man is something that is to be surpassed. What have ye done to surpass man? 

All beings hitherto have created something beyond themselves: and ye want to be the ebb of that great tide, and would rather go back to the beast than surpass man? 

What is the ape to man? A laughing-stock, a thing of shame. And just the same shall man be to the Superman: a laughing-stock, a thing of shame. 

Ye have made your way from the worm to man, and much within you is still worm. Once were ye apes, and even yet man is more of an ape than any of the apes. 

Even the wisest among you is only a disharmony and hybrid of plant and phantom. But do I bid you become phantoms or plants? 

Lo, I teach you the Superman! 

The Superman is the meaning of the earth. Let your will say: The Superman SHALL BE the meaning of the earth! 

I conjure you, my brethren, REMAIN TRUE TO THE EARTH, and believe not those who speak unto you of superearthly hopes! Poisoners are they, whether they know it or not. 

Despisers of life are they, decaying ones and poisoned ones themselves, of whom the earth is weary: so away with them! 

Once blasphemy against God was the greatest blasphemy; but God died, and therewith also those blasphemers. To blaspheme the earth is now the dreadfulest sin, and to rate the heart of the unknowable higher than the meaning of the earth! 

Once the soul looked contemptuously on the body, and then that contempt was the supreme thing:—the soul wished the body meagre, ghastly, and famished. Thus it thought to escape from the body and the earth. 

Oh, that soul was itself meagre, ghastly, and famished; and cruelty was the delight of that soul! 

But ye, also, my brethren, tell me: What doth your body say about your soul? Is your soul not poverty and pollution and wretched self-complacency? 

Verily, a polluted stream is man. One must be a sea, to receive a polluted stream without becoming impure. 

Lo, I teach you the Superman: he is that sea; in him can your great contempt be submerged. 

What is the greatest thing ye can experience? It is the hour of great contempt. The hour in which even your happiness becometh loathsome unto you, and so also your reason and virtue. 

The hour when ye say: ˝What good is my happiness! It is poverty and pollution and wretched self-complacency. But my happiness should justify existence itself!˝ 

The hour when ye say: ˝What good is my reason! Doth it long for knowledge as the lion for his food? It is poverty and pollution and wretched self-complacency!˝ 

The hour when ye say: ˝What good is my virtue! As yet it hath not made me passionate. How weary I am of my good and my bad! It is all poverty and pollution and wretched self-complacency!˝ 

The hour when ye say: ˝What good is my justice! I do not see that I am fervour and fuel. The just, however, are fervour and fuel!˝ 

The hour when ye say: ˝What good is my pity! Is not pity the cross on which he is nailed who loveth man? But my pity is not a crucifixion.˝ 

Have ye ever spoken thus? Have ye ever cried thus? Ah! would that I had heard you crying thus! 

It is not your sin—it is your self-satisfaction that crieth unto heaven; your very sparingness in sin crieth unto heaven! 

Where is the lightning to lick you with its tongue? Where is the frenzy with which ye should be inoculated? 

Lo, I teach you the Superman: he is that lightning, he is that frenzy!— 

When Zarathustra had thus spoken, one of the people called out: ˝We have now heard enough of the rope-dancer; it is time now for us to see him!˝ And all the people laughed at Zarathustra. But the rope-dancer, who thought the words applied to him, began his performance. 


4.


Zarathustra, however, looked at the people and wondered. Then he spake thus: 

Man is a rope stretched between the animal and the Superman—a rope over an abyss. 

A dangerous crossing, a dangerous wayfaring, a dangerous looking-back, a dangerous trembling and halting. 

What is great in man is that he is a bridge and not a goal: what is lovable in man is that he is an OVER-GOING and a DOWN-GOING. 

I love those that know not how to live except as down-goers, for they are the over-goers. 

I love the great despisers, because they are the great adorers, and arrows of longing for the other shore. 

I love those who do not first seek a reason beyond the stars for going down and being sacrifices, but sacrifice themselves to the earth, that the earth of the Superman may hereafter arrive. 

I love him who liveth in order to know, and seeketh to know in order that the Superman may hereafter live. Thus seeketh he his own down-going. 

I love him who laboureth and inventeth, that he may build the house for the Superman, and prepare for him earth, animal, and plant: for thus seeketh he his own down-going. 

I love him who loveth his virtue: for virtue is the will to down-going, and an arrow of longing. 

I love him who reserveth no share of spirit for himself, but wanteth to be wholly the spirit of his virtue: thus walketh he as spirit over the bridge. 

I love him who maketh his virtue his inclination and destiny: thus, for the sake of his virtue, he is willing to live on, or live no more. 

I love him who desireth not too many virtues. One virtue is more of a virtue than two, because it is more of a knot for one's destiny to cling to. 

I love him whose soul is lavish, who wanteth no thanks and doth not give back: for he always bestoweth, and desireth not to keep for himself. 

I love him who is ashamed when the dice fall in his favour, and who then asketh: ˝Am I a dishonest player?˝—for he is willing to succumb. 

I love him who scattereth golden words in advance of his deeds, and always doeth more than he promiseth: for he seeketh his own down-going. 

I love him who justifieth the future ones, and redeemeth the past ones: for he is willing to succumb through the present ones. 

I love him who chasteneth his God, because he loveth his God: for he must succumb through the wrath of his God. 

I love him whose soul is deep even in the wounding, and may succumb through a small matter: thus goeth he willingly over the bridge. 

I love him whose soul is so overfull that he forgetteth himself, and all things are in him: thus all things become his down-going. 

I love him who is of a free spirit and a free heart: thus is his head only the bowels of his heart; his heart, however, causeth his down-going. 

I love all who are like heavy drops falling one by one out of the dark cloud that lowereth over man: they herald the coming of the lightning, and succumb as heralds. 

Lo, I am a herald of the lightning, and a heavy drop out of the cloud: the lightning, however, is the SUPERMAN.— 


5.


When Zarathustra had spoken these words, he again looked at the people, and was silent. ˝There they stand,˝ said he to his heart; ˝there they laugh: they understand me not; I am not the mouth for these ears. 

Must one first batter their ears, that they may learn to hear with their eyes? Must one clatter like kettledrums and penitential preachers? Or do they only believe the stammerer? 

They have something whereof they are proud. What do they call it, that which maketh them proud? Culture, they call it; it distinguisheth them from the goatherds. 

They dislike, therefore, to hear of 'contempt' of themselves. So I will appeal to their pride. 

I will speak unto them of the most contemptible thing: that, however, is THE LAST MAN!˝ 

And thus spake Zarathustra unto the people: 

It is time for man to fix his goal. It is time for man to plant the germ of his highest hope. 

Still is his soil rich enough for it. But that soil will one day be poor and exhausted, and no lofty tree will any longer be able to grow thereon. 

Alas! there cometh the time when man will no longer launch the arrow of his longing beyond man—and the string of his bow will have unlearned to whizz! 

I tell you: one must still have chaos in one, to give birth to a dancing star. I tell you: ye have still chaos in you. 

Alas! There cometh the time when man will no longer give birth to any star. Alas! There cometh the time of the most despicable man, who can no longer despise himself. 

Lo! I show you THE LAST MAN. 

˝What is love? What is creation? What is longing? What is a star?˝—so asketh the last man and blinketh. 

The earth hath then become small, and on it there hoppeth the last man who maketh everything small. His species is ineradicable like that of the ground-flea; the last man liveth longest. 

˝We have discovered happiness˝—say the last men, and blink thereby. 

They have left the regions where it is hard to live; for they need warmth. One still loveth one's neighbour and rubbeth against him; for one needeth warmth. 

Turning ill and being distrustful, they consider sinful: they walk warily. He is a fool who still stumbleth over stones or men! 

A little poison now and then: that maketh pleasant dreams. And much poison at last for a pleasant death. 

One still worketh, for work is a pastime. But one is careful lest the pastime should hurt one. 

One no longer becometh poor or rich; both are too burdensome. Who still wanteth to rule? Who still wanteth to obey? Both are too burdensome. 

No shepherd, and one herd! Every one wanteth the same; every one is equal: he who hath other sentiments goeth voluntarily into the madhouse. 

˝Formerly all the world was insane,˝—say the subtlest of them, and blink thereby. 

They are clever and know all that hath happened: so there is no end to their raillery. People still fall out, but are soon reconciled—otherwise it spoileth their stomachs. 

They have their little pleasures for the day, and their little pleasures for the night, but they have a regard for health. 

˝We have discovered happiness,˝—say the last men, and blink thereby.— 

And here ended the first discourse of Zarathustra, which is also called ˝The Prologue˝: for at this point the shouting and mirth of the multitude interrupted him. ˝Give us this last man, O Zarathustra,˝—they called out—˝make us into these last men! Then will we make thee a present of the Superman!˝ And all the people exulted and smacked their lips. Zarathustra, however, turned sad, and said to his heart: 

˝They understand me not: I am not the mouth for these ears. 

Too long, perhaps, have I lived in the mountains; too much have I hearkened unto the brooks and trees: now do I speak unto them as unto the goatherds. 

Calm is my soul, and clear, like the mountains in the morning. But they think me cold, and a mocker with terrible jests. 

And now do they look at me and laugh: and while they laugh they hate me too. There is ice in their laughter.˝ 


6.


Then, however, something happened which made every mouth mute and every eye fixed. In the meantime, of course, the rope-dancer had commenced his performance: he had come out at a little door, and was going along the rope which was stretched between two towers, so that it hung above the market-place and the people. When he was just midway across, the little door opened once more, and a gaudily-dressed fellow like a buffoon sprang out, and went rapidly after the first one. ˝Go on, halt-foot,˝ cried his frightful voice, ˝go on, lazy-bones, interloper, sallow-face!—lest I tickle thee with my heel! What dost thou here between the towers? In the tower is the place for thee, thou shouldst be locked up; to one better than thyself thou blockest the way!˝—And with every word he came nearer and nearer the first one. When, however, he was but a step behind, there happened the frightful thing which made every mouth mute and every eye fixed—he uttered a yell like a devil, and jumped over the other who was in his way. The latter, however, when he thus saw his rival triumph, lost at the same time his head and his footing on the rope; he threw his pole away, and shot downwards faster than it, like an eddy of arms and legs, into the depth. The market-place and the people were like the sea when the storm cometh on: they all flew apart and in disorder, especially where the body was about to fall. 

Zarathustra, however, remained standing, and just beside him fell the body, badly injured and disfigured, but not yet dead. After a while consciousness returned to the shattered man, and he saw Zarathustra kneeling beside him. ˝What art thou doing there?˝ said he at last, ˝I knew long ago that the devil would trip me up. Now he draggeth me to hell: wilt thou prevent him?˝ 

˝On mine honour, my friend,˝ answered Zarathustra, ˝there is nothing of all that whereof thou speakest: there is no devil and no hell. Thy soul will be dead even sooner than thy body: fear, therefore, nothing any more!˝ 

The man looked up distrustfully. ˝If thou speakest the truth,˝ said he, ˝I lose nothing when I lose my life. I am not much more than an animal which hath been taught to dance by blows and scanty fare.˝ 

˝Not at all,˝ said Zarathustra, ˝thou hast made danger thy calling; therein there is nothing contemptible. Now thou perishest by thy calling: therefore will I bury thee with mine own hands.˝ 

When Zarathustra had said this the dying one did not reply further; but he moved his hand as if he sought the hand of Zarathustra in gratitude. 


7.


Meanwhile the evening came on, and the market-place veiled itself in gloom. Then the people dispersed, for even curiosity and terror become fatigued. Zarathustra, however, still sat beside the dead man on the ground, absorbed in thought: so he forgot the time. But at last it became night, and a cold wind blew upon the lonely one. Then arose Zarathustra and said to his heart: 

Verily, a fine catch of fish hath Zarathustra made to-day! It is not a man he hath caught, but a corpse. 

Sombre is human life, and as yet without meaning: a buffoon may be fateful to it. 

I want to teach men the sense of their existence, which is the Superman, the lightning out of the dark cloud—man. 

But still am I far from them, and my sense speaketh not unto their sense. To men I am still something between a fool and a corpse. 

Gloomy is the night, gloomy are the ways of Zarathustra. Come, thou cold and stiff companion! I carry thee to the place where I shall bury thee with mine own hands.

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Tako rzecze Zaratustra: Książka dla wszystkich i dla nikogo
Also sprach Zarathustra: Ein Buch für Alle und Keinen
Thus Spoke Zarathustra: A Book for All and None

Projekt okładki: Juliusz Susak 

 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

 

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl 

http://www.armoryka.pl/ 

 

ISBN 978-83-7950-188-5

 

Friedrich Nietzsche

 

Tako rzecze Zaratustra: Książka dla wszystkich i dla nikogo

Also sprach Zarathustra: Ein Buch für Alle und Keinen

Thus Spoke Zarathustra: A Book for All and None

 

_______

 

 

przełożył Wacław Berent
translated by Thomas Common

 

Armoryka

Sandomierz

cover