swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Teoria ruchów Vorbla

Teoria ruchów Vorbla

Zobacz na swiatebookow.pl

10,42 zł

Autor: Tomasz Białkowski

Kategoria: powieść obyczajowa i romans

Wydawnictwo: JanKa

ISBN: 978-83-62247-11-0

Format: EPUB,MOBI,PDF

Tagi: Rodzina Naukowiec Dyzma Małżeństwo Pies Cząsteczka Kochanka Rozkład Współczesność Upadek Obyczaje


Bohaterem „Teorii ruchów Vorbla” jest tak naprawdę ludzki los – jego zwroty, zawirowania, paradoksy, zapętlone sytuacje, które nie przynoszą łatwych rozwiązań. Autor wprowadza liczną plejadę postaci, a każda z nich – swoją historię. Główna postać opowieści bynajmniej nie jest osobowością świetlaną: profesor fizyki, początkowo idealista, potem oportunista, mistrz pozorów. Wszystkie postacie łączy jedna właściwość – popadanie w skrajności. Jakby na złość współczesnemu światu, którego korporacyjna poprawność głośno domaga się od nas umiaru i racjonalizmu w różnych dziedzinach życia. Białkowski nie poddaje się modnym manierom artystycznym, a język jego prozy reaguje na rozmaite możliwe do usłyszenia w rzeczywistości tony i sposoby mówienia, zgodne z psychologiczną konstrukcją bohaterów. Wszystko to kształtuje wyrazistość i plastyczność utworu. Czytając, mocą wyobraźni od razu znajdujemy się wewnątrz stworzonego przez pisarza kręgu ludzi i ich spraw.

Włodzimierz Kowalewski

Nagroda Literacka Warmii i Mazur – Wawrzyn 2011

Autor o książce:
Pragnąłem napisać przewrotną opowieść o rodzinie. Historię o rozpadzie więzi. Tytułowy Vorbl, wierząc w naukowe objaśnianie świata, pozostaje bezradny w stosunku do własnych emocji i do osób, które są tak naprawdę sobie obce, choć należą do rodziny. Metaforyczne potraktowanie teorii, przywołanej na wykładzie z fizyki, odsłania nie tylko niemożność porozumienia się, ale też bezpowrotną stratę tego, co wydawało się nie do zniszczenia: miłości, przyjaźni, wierności, ideałów. To również historia o samotności, o robieniu dobrej miny do złej gry, o życiu przegranym, choć pozornie zwieńczonym sukcesem.

© Copyright by Tomasz Białkowski, 2011

© Copyright by wydawnictwo JanKa, 2011

 

Projekt okładki Anna M. Koźbiel

 

Redakcja Janina Rogalska-Koźbiel

 

Korekta Jan Wiśniewski

 

Łamanie MJK

 

ISBN 978-83-62247-11-0 

Wydanie I

 

Wydawca JanKa

ul. Majowa 11/17

05-800 Pruszków

www.jankawydawnictwo.pl

 

Konwersja:

Motto

Każdy sen jest znakiem śmierci, nawet gdy śni ci się błogość ukwieconej łąki, słońce na przejrzystym niebie. Śniąc się sam sobie, śnisz się zawsze śmierci swojej. To do jej niepodzielnego świata należy każdy twój sen. Ona tylko pozwala na chwilkę bezwolności w nim. A pycha każe mówić, śniło mi się. Powinno się mówić, śniło się śmierci mojej.

Wiesław Myśliwski

Część pierwsza

To takie proste.

Serce wytwarza impulsy elektryczne odbierane przez elektrokardiograf. Vorbl leżał na obciągniętej grubą folią twardej, szerokiej kozetce nieokreślonego koloru. Folia była zimna i nieprzyjemnie przylegała do nagich wilgotnych pleców. W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się jedno okno, na dodatek zasłonięte zieloną roletą. W pokoju czuć było paskudny medyczny zaduch połączony z tytoniowym dymem. Vorbl leżał z nogami skierowanymi na drzwi. Po prawej stronie miał wytartą, kiedyś zapewne białą, ścianę. Po stronie przeciwnej kilkumetrową plamę podłogi wyłożonej błękitną terakotą, po której pływała niewysoka postać rudej laborantki w białym niedopiętym fartuchu. Kątem oka widział fragmenty jej mocnych, gładkich ud owiniętych brązowymi rajstopami, krótką czarną spódniczkę, a kiedy stanęła nad nim, by mu podwinąć nogawki welwetowych spodni, zobaczył jej duże, kształtne piersi i koronkowy kremowy stanik. Przez sekundę poczuł, jak ocierają się o jego nagi, szeroki tors, teraz pokryty plątaniną kolorowych kabelków. Leżał na wznak, starał się być odprężony i zrelaksowany. Wiedział, że napięcie lub drżenie ciała zakłóca zapis EKG, jego mięśnie szkieletowe też wytwarzają impulsy elektryczne. Ruda laborantka zmoczyła mu skórę zimną gąbką. Vorbl, wbrew zaleceniom, odruchowo wyprężył pierś. Potem laborantka gumowymi paskami umocowała elektrody o metalowych zakończeniach na jego rękach i klatce piersiowej. Ruchy miała pewne i stanowcze. Bardzo się Vorblowi podobała. Mogła być w wieku jego synowej.

– Ma pan za długie buty, proszę je zdjąć. – Jej głos był niski, ciepły. Uśmiechała się uroczo. Pachniała cytrynową trawą.

Vorbl spróbował unieść się na łokciach, ale po chwili opadł bezwładnie na folię, którą w międzyczasie pokryła sporych rozmiarów kałuża potu. Spojrzał na kobietę z zawstydzeniem. Ona już nie uśmiechała się do niego i, jeden po drugim, rozsznurowała, a potem zsunęła mu ciężkie czarne trzewiki. Ustawiła je u wezgłowia. Tak przynajmniej czuł, patrząc w falujący sufit, podzielony na trzy równe części długimi jaskrawymi jarzeniówkami. Ta najbliżej niego nieregularnie migała. A kiedy pielęgniarka zażądała, aby zdjął z nadgarstka srebrnego tissota, żarówka rozbłysła, na sekundę zalewając pomieszczenie paskudnym blaskiem, by zasyczeć i zgasnąć. Część sufitu pokrył mrok. Potem laborantka doczepiła elektrody do łydek nad skarpetkami. Wcześniej miejsca pod elektrodami pokryła zimnym żelem, żeby zmniejszyć opór elektryczny pomiędzy jego ciałem a elektrodą. Vorbl policzył, że ma na sobie dwanaście takich elektrod. Trzy odprowadzenia kończynowe dwubiegunowe, takie same trzy odprowadzenia kończynowe jednobiegunowe i sześć odprowadzeń przedsercowych. Wiedział, że każde z tych odprowadzeń obserwowało pewien obszar jego serca, ścianę dolną i ścianę przednią. Umożliwiało lokalizację niedokrwienia czy zawału w zapisie, który wolno wyleje się zaraz z metalowej puszki na podłogę w postaci papierowego wydruku. To takie proste, powtórzył w myślach.

– Okulary może pan zatrzymać – powiedziała ponętna laborantka, odchodząc w kierunku aparatu. – Obrączkę też. A jeżeli ma pan sztuczne zęby, to niech pan ich nie wyjmuje. – Uruchomiła urządzenie.

Vorbl leżał półnagi na znowu zimnej kozetce, przez jego ciało przetaczały się wiązki badawczego prądu. Z wyciągniętymi wzdłuż tułowia rękoma, zaciśniętymi w pięści dłońmi, gapił się na leżącego obok na stoliku błyszczącego tissota. W cyferblacie eleganckiego zegarka widział swoje zniekształcone, oburzone odbicie. Myślał o rudej laborantce, jej białych, równych zębach, którymi przed chwilą zerwała taśmę klejącą z nowej rolki papieru na wykresy. O gówniarze, która go przed chwilą upokorzyła. Zgrzytał pożółkłymi, polepionymi plombami, krzywymi zębami i zastanawiał się, gdzie dziewczyna teraz stoi. A kiedy podniósł lekko głowę, ujrzał swoje stopy w brązowych skarpetkach. W jednej z nich, tej prawej, dostrzegł wielką dziurę, z której wystawał gruby, brudny palec. Vorbl pomyślał, że jest teraz sprofanowanymi zwłokami w przeszklonej trumnie na dermowym katafalku. Zerwał się z pryczy, nie bez bólu wyszarpnął z ciała metalowe pijawki elektrod. Kopnął precz na boki kable. Potem pochwycił długą wstęgę wykresu i boso wypadł na korytarz. Za nim wybiegła śliczna laborantka. Słyszał jej upominające okrzyki, kątem oka widział, jak macha za nim jego koszulą i butami. Gnał środkiem korytarza, roztrącając na boki mijanych ludzi. Ponętna laborantka biegła za nim, cały czas krzycząc, dogoniła go przy schodach. Zawstydzony, bez słowa przeprosin, odebrał od niej garderobę i zegarek. Ze spuszczoną głową ruszył przed siebie. Ubrał się w kącie poczekalni. Wyrównał oddech i z taśmą wykresu zwisającą z kieszeni błąkał się po piętrach budynku. Stracił orientację. Coraz bardziej zmęczony, poprosił o pomoc człowieka na wózku inwalidzkim. Szukał laboratorium. Usłyszał, że powinien zejść na parter. Tak też uczynił. W recepcji skierowano go do pokoju numer dziesięć, gdzie miał oddać krew. Dzień wcześniej poinformowano go, że nie powinien nic jeść. Zabroniono mu nawet picia ulubionej porannej kawy. Przyszedł zatem na badania głodny i rozdrażniony. Bardziej nawet rozdrażniony niż głodny.

W pokoju numer dziesięć sucha, żylasta pielęgniarka o twarzy konia zarżała, dając mu znak, aby usiadł na chybotliwym, obrotowym krześle. Wypluwając pojedyncze sylaby i strzygąc wielkimi uszami, wypytała go o skłonność do omdleń, o aktualnie przyjmowane leki, a na koniec o to, czy przy pobraniach krwi mocno krwawi. Vorbl odpowiedział zgodnie z prawdą, po kolei, na każde z zadanych pytań. Nie mdlał nigdy, z leków bierze tylko aspirynę przy przeziębieniach. Ogólnie jest zdrów jak przysłowiowa ryba. Sam nie wie, dlaczego tu trafił. Po prostu chce mu się ciągle spać, a przecież nie może sobie na to pozwolić. A co do krwi, to, oczywiście, nie ma mowy o obfitym krwawieniu. Pielęgniarka wysłuchała go, strzygąc ze zrozumieniem włochatymi uszami, a potem podsunęła mu pod łokieć poduszkę. Mocno chwyciła za lewą rękę i wcisnęła ją w szorstki materiał. Dłoń zwróciła ku górze. Potem powyżej łokcia założyła opaskę uciskową, która była mocno zużyta, przepocona i zwyczajnie cuchnęła. Teraz kobieta-koń nakazała mu zacisnąć pięść. Kiedy to uczynił, żyła zaczęła wypełniać się krwią. Miejsce wkłucia pielęgniara odkaziła roztworem alkoholu etylowego. Ze stolika obok wzięła w dwa palce igłę i prawą ręką unieruchomiła żyłę przez naciągnięcie przezroczystej skóry. Teraz zdecydowanym ruchem wbiła igłę w pulsującą żyłę i powoli zwalniała ucisk opaski. Vorbl poczuł ból. Gorąca ciemna krew przez powolne ruchy tłoka strzykawki zasysana była do cylindrycznego, przezroczystego pojemnika. Kiedy pojemnik był już w całości wypełniony życiodajnym płynem, kobieta-koń ucisnęła miejsce wkłucia wacikiem i szybkim ruchem usunęła igłę z żyły. Zabrała też cuchnącą opaskę. Nakazała Vorblowi zgiąć rękę w stawie łokciowym i unieść ją nieco do góry. Wykonał polecenie dokładnie. Siedział spokojnie na krześle, obserwował pracę pielęgniarki. Musiał przyznać, że znała się na swojej wampirzej profesji. Ale po chwili zaczęło dziać się coś niedobrego. Z niepokojem spojrzał na przedramię. Gęsta, oleista krew zaczęła wypływać spod tamponu. Zakrył ją drugą dłonią. Na nic. Krew przesączała się między roztrzęsionymi palcami. Sięgnął do kieszeni, szukał chusteczek higienicznych. Zamiast nich wydobył taśmę z wykresem kardiologicznym. Niezdarnie próbował owinąć papierem źródło wycieku, krew przesiąkała przez cienką bibułę, wypełniała szczyty i zapaście wykresu. Szerokim strumieniem wolno dotarła do łokcia, zatrzymała się na chwilę niezdecydowana, a potem ciurkiem zaczęła kapać na podłogę, robiąc sporych rozmiarów kałużę. Powietrze wokół Vorbla zaczęło gęstnieć, na języku poczuł słodycz, ręka zamieniała się w ciężki, sztywny badyl. Kobieta-koń patrzyła na niego uważnie, chrapy jej pulsowały, a uszy rosły w niebywałym tempie. Vorbl wolno wstał, zatoczył się i na miękkich nogach ruszył w jej kierunku. Potem jakaś nienaturalna siła zaczęła go cofać. Jakby czyjaś ręka pochwyciła go za kark i ciągnęła ku ziemi. Zachwiał się i runął na terakotę. Przy tym machał rękami na boki i, padając, strącił ze stołu część narzędzi. Vorbl stracił wzrok, czuł, jak jest wsysany do środka czarnej dziury, w ciemność. Obudził się na zwyczajowo zimnej kozetce. Obok niego stały dwie kobiety, w których po chwili rozpoznał seksowną laborantkę i wampiryczną klacz, szczerzącą zęby, równie wielkie jak uszy. – Jak się pan czuje? Czy już lepiej? – Klacz podała mu szklankę z wodą.

Odebrał naczynie drżącą dłonią i łapczywie opróżnił jego zawartość. Spojrzał na buty kryjące dziurawe skarpety. To go uspokoiło. – Trzeba będzie powtórzyć badania, wszystko pan poniszczył – dodała ta druga. – Najlepiej za dwa, trzy dni.

Vorbl jakby nie słyszał, co do niego mówią, ledwo do niego docierał własny głos

– Jestem bardzo zmęczony. Chce mi się spać – wycharczał przez zaparowane szkło. – Ja chcę do domu. – Tego ranka zemdlał po raz drugi.

*

Kiedy się obudził w pozycji horyzontalnej, za oknem panował mrok. Niewiele więcej było widać wewnątrz pomieszczenia, w którym się znajdował. Wzrok jednak powoli przystosowywał się do ciemności. Vorbl uniósł głowę, powoli jeden po drugim rozpoznawał przedmioty. Kanapę i czarne skórzane fotele, komodę przy szerokich, szklanych drzwiach na taras. Usiadł na kanapie. Wyciągnął bolące ramię do góry, próbował je rozruszać. Czucie w ręku wracało. Teraz ukląkł na włochatym dywanie i wolno sunąc wzdłuż kanapy, wymacał kabel, który delikatnie pochwycił w obie dłonie. Po chwili natrafił na zgrubienie przełącznika prądu. Przesunął go do siebie, wypuścił z rąk, bo pokój zalało ciepłe, ale mimo wszystko nieprzyjemne, światło. Zasłonił oczy. Kiedy je delikatnie otworzył ponownie, rozpoznał znajome ściany i drogie meble Dall'Agnese – zeszłoroczny kaprys żony. Wstał z dywanu i ruszył do kuchni. Z lodówki wyjął karton soku porzeczkowego i łapczywie, bez pośrednictwa szklanki, pił zimny napój. Potem usiadł na wymyślnym krześle z kompletu Arrital Cucine – kolejnej ekstrawagancji małżonki. Vorbl próbował przypomnieć sobie przebieg porannych wydarzeń.

*

Już od rana coś zapowiadało katastrofę. Vorbl nie mógł znaleźć lewego buta. Przeszukał pomieszczenie po pomieszczeniu cały segment piętrowego domu. Z marnym skutkiem. Zajrzał nawet na poddasze oraz do garażu. Wrócił na parter, do kuchni i, sam zaskoczony swoją dociekliwością, wsadził nos do lodówki. Oczywiście, mógł założyć inne obuwie, ale im dłużej szukał brązowego trzewika o numerze czterdzieści cztery, tym mocniej trwał w postanowieniu, że w innych butach z domu nie wyjdzie. Wreszcie, zrezygnowany i ponaglany terminem wizyty, sięgnął po wysokie turystyczne buciory, w których wędrował po górskich szlakach. Dobrych pięć minut mocował się ze sznurowadłami, by już przy drzwiach wyjściowych, klnąc i pomstując, zdjąć buty ponownie. Vorbl w roztargnieniu wpierw założył but prawy, a potem lewy. Nigdy tego nie robił! To była jego żelazna zasada, którą nabył w dzieciństwie. Wpierw but lewy, a dopiero potem prawy. Dlatego stracił kolejne minuty na odtworzenie właściwej kolejności zdarzeń rytuału. Prawdopodobnie to wtedy bezmyślnie założył stare, dziurawe skarpety, które siedziały wewnątrz trzewików, a dwie godziny później ośmieszyły go w oczach laborantki. Dopiero teraz Vorbl mógł wyprowadzić na spacer włochatego olbrzyma. Kuba, berneński pies pasterski, spryskał moczem kilka krzaków nieodległego parku Akcji „Burza”. Wypróżnił się na oszroniony trawnik, czego jego pan zdawał się nie dostrzegać. Podobnie było z produkowanymi każdego poranka solidnymi kopcami, których Vorbl również nie widział. Czasami, dla urozmaicenia, szli nad Stawy Łazienkowskie, gdzie Vorbl sycił wzrok widokiem spokojnej tafli wody, a pies walił niezbyt wymyślne stożki. Robili tak od dziesięciu lat, od kiedy Vorbl przyniósł go w kartonowym pudełku do domu Pod Kopcem na Dolnym Mokotowie. Kupił go wprost z ulicy od zasuszonego narkomana, który od trzech dni siedział ze zwierzęciem na kolanach pod jego instytutem. Vorbl obserwował ich uważnie, wchodząc na zajęcia do budynku Wydziału Fizyki. Od chwili kiedy zobaczył psa, postanowił go mieć. W dzieciństwie marzył o takim kudłaczu. Zawsze coś stawało na przeszkodzie. Owszem, mieli w obejściu małego kundelka, ale to przecież co innego. Matka nie lubiła zwierząt, bała się ich. Z ojcem było odwrotnie – psy ganiały za nim stadami, łasiły się do niego. Tu Vorbl uśmiechnął się gorzko. Jego rodzice, jego dzieciństwo…

*

Matka i ojciec. Poznali się na wsi. Każdego ranka ojciec Vorbla, Andrzej, w towarzystwie stada bezpańskich psów szedł nad Paniówkę, wąską rzeczkę płynącą opodal wioski. Psy krążyły wokół niego, ocierały się o kolana, radośnie kręciły ogonami, piszczały i szczekały. Wreszcie docierali do celu. Psy kładły się w cieniu drzew, a ojciec Vorbla ściągał koszulę i spodnie. Wystawiał do słońca miedziane plecy, a co jakiś czas zrywał się z kolorowego ręcznika i z krzykiem pędził do wody. Wpadał na niewielką kładkę i z rękami wyciągniętymi przed siebie szybował dobrych kilka metrów, by zniknąć w nurcie rzeki. Andrzej Vorbl był mistrzem w tej akrobacji. Każdy z elementów spektaklu miał doskonale wyćwiczony. Zarówno dziki krzyk podczas sprintu, jak i lot w odmęty. Wzbudzał podziw i szacunek nastoletnich kąpielowiczów, próbujących naśladować go, zwykle z marnym skutkiem, był idolem nastolatek, które wodziły za nim rozpalonymi oczyma. Przerażał niemowlęta śpiące na kocach. A starszym ludziom podnosił ciśnienie krwi. Był szczerze znienawidzony przez okolicznych wędkarzy. Miał dwadzieścia lat, szeroki tors, zgrabne pośladki i ujmujący uśmiech. Niewiele jak na kandydata na męża. Ale los spaceruje swoimi drogami.

Podziękowanie

Autor pragnie podziękować Markowi Parulskiemu za długą i inspirującą opowieść o ruchach Browna.

Tomasz Białkowski

Teoria ruchów Vorbla