swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Twój cień

Twój cień

Zobacz na swiatebookow.pl

28,27 zł

Autor: Jeffery Deaver

Kategoria: ebooki

Wydawnictwo: Prószyński Media

ISBN: 9788378399308

Format: MOBI,EPUB

Tagi:


Agentka specjalna Kathryn Dance zmierzy się z obłąkanym stalkerem, prześladującym piękną wokalistkę country.

Kayleigh Towne to śliczna dziewczyna o głosie, który zapewnił jej pierwsze miejsca na listach przebojów country. Piosenkarka przyjmuje sławę z radością – do chwili gdy niewinna wymiana zdań z jednym z fanów otwiera przed nią mroczne, przerażające rejony. Wkrótce ludzie otaczający Kayleigh zaczynają ginąć. Agentka specjalna Kathryn Dance musi skorzystać ze swojej znajomości mowy ciała i talentu do prowadzenia przesłuchań, by powstrzymać szaleńca – ale wkrótce przekonuje się, że jak większość gwiazd, Kayleigh ma niejednego wroga. „Twój cień” to typowa dla Deavera szalona karuzela licznych wątków. Nic nie jest tym, czym się z pozoru wydaje.

Fani makabrycznych maratonów Deavera będą z zapartym tchem chłonąć odsłaniające się przed nimi kolejne warstwy zdrady, oszustwa i potrójnych znaczeń.

„Kirkus Reviews”

Piekielna plątanina zagadek, jaką stworzył Deaver, nieodmiennie przywołuje na myśl słowa w rodzaju „demoniczny”, „diaboliczny” i „dramatyczny”. Wszystkie one znakomicie opisują książkę „Twój cień”. To najtrudniejsza z dotychczasowych spraw Dance i jedna z najlepszych powieści Deavera.

„The New York Times”

Jeffery Deaver – z wykształcenia dziennikarz i prawnik, autor bestsellerowych thrillerów. Zaliczany jest do grona najbardziej poczytnych i nagradzanych pisarzy amerykańskich. Światową sławę przyniósł mu bestsellerowy „Kolekcjoner Kości”, w którego ekranizacji wystąpili Denzel Washington i Angelina Jolie.

Karta tytułowa

Okładka

Okładka

Okładka

E-mail 4

Temat: Do zobaczenia wkrótce!!!

Od: EdwinSharp26535@anon.com

Do: KST33486@westerninternet.com

5 września 23:43

Cześć, Kayleigh

Zdobyłem twój nowy adres. Wiem, co kombinują, ale NIE MARTW SIĘ, wszystko będzie dobrze.

Leżę w łóżku, słuchając twojego głosu. Mam wrażenie, że stałem się dosłownie twoim cieniem… A ty moim. Jesteś przewspaniała!

Nie wiem, czy miałaś czas się nad tym zastanowić – jesteś taaaaaka zajęta, wiem! – ale poproszę jeszcze raz. Byłoby super, gdybyś zechciała mi przysłać kilka swoich włosów. Wiem, że nie obcinałaś ich od dziesięciu lat i czterech miesięcy (to między innymi dzięki nim jesteś taka piękna!!!), ale wystarczą mi te ze szczotki. A jeszcze lepiej – z poduszki. Będę je czcił na wieki.

Nie mogę się DOCZEKAĆ koncertu w przyszły piątek. Dozo!

Twój na zawsze

XO, Edwin

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału

XO

Copyright © Gunner Publications, LLC 2012

All rights reserved

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© CollaborationJS/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-7839-930-8

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink

woblink.com

Rozdział 1

Sercem sali koncertowej są ludzie. A kiedy taka wielka przestrzeń stoi mroczna i pusta, tak jak w tej chwili, gęstnieje w niej atmosfera niecierpliwości, obojętności. Nawet wrogości.

No, dobrze, pohamuj wyobraźnię, powiedziała do siebie Kayleigh Towne. Przestań się zachowywać jak dziecko.

Stojąc na rozległej, odrapanej scenie sali koncertowej centrum konferencyjnego we Fresno, jeszcze raz powiodła wokół wzrokiem, oceniając swoim superkrytycznym okiem stan przygotowań do piątkowego koncertu, jeszcze raz analizując ustawienie reflektorów, ruch sceniczny i rozmieszczenie zespołu. Gdzie najlepiej zbliżyć się – choć nie zanadto – do tłumu, by posyłać całusy i dotykać dłoni. Gdzie znajduje się najlepsze miejsce na ustawienie odsłuchu – głośników, przez które członkowie zespołu mogli słyszeć samych siebie bez echa i zniekształceń. Wielu muzyków posługuje się w tym celu słuchawkami, ale Kayleigh wolała tradycyjną metodę.

Musiała jeszcze przemyśleć sto szczegółów. Wierzyła, że każdy koncert powinien być idealny, bardziej niż idealny. Każdy widz zasługuje na coś najlepszego. Na sto dziesięć procent możliwości.

Przecież wychowała się w cieniu Bishopa Towne'a. Niefortunny dobór słów. Będę twoim cieniem. Już zawsze…

Myśleć, myśleć. Ten koncert powinien się różnić od poprzedniego, który dali tu osiem miesięcy temu. Szczególnie ważny był program, ponieważ wielu fanów regularnie zjawiało się na jej występach w rodzinnym mieście, a ona chciała ich czymś zaskoczyć. Na tym między innymi polegała wyjątkowość jej muzyki: jej fani byli może nie nazbyt liczni, ale wierni jak golden retrievery. Znali na pamięć teksty i chwyty gitarowe, znali jej ruch sceniczny i śmiali się z jej żartów, zanim doszła do puenty. Żyli jej występami, chłonęli jej słowa, znali jej życiorys, wiedzieli, co lubi i czego nie znosi. A niektórzy chcieli wiedzieć znacznie, znacznie więcej…

Serce i żołądek zacisnęły się jej spazmatycznie, jakby weszła w styczniu do Jeziora Hensleya. Oczywiście na myśl o n i m.

I nagle zamarła, nie mogąc odetchnąć. Tak, w głębi sali stał ktoś i się jej przyglądał! To nie mógł być nikt z ekipy.

Cienie się poruszały.

A może poniosła ją wyobraźnia? Zawiódł wzrok? Kayleigh miała świetny słuch i głos anioła, ale Bóg uznał, że na tym koniec. Zmrużyła oczy i poprawiła okulary. Była jednak pewna, że w drzwiach do magazynu ktoś się kołysze. Potem ruch ustał.

Uznała, że wcale go nie było. Po prostu drżenie światła, gra cieni. Mimo to dobiegł ją nie wiadomo skąd szereg niepokojących hałasów – stuknięć, trzasków i jęków. Poczuła na plecach zimny dreszcz.

To on… Mężczyzna, który pisał do niej setki e-maili i listów, intymnych, obłąkanych, opisujących ich przyszłe wspólne życie, z prośbami o kosmyk włosów, skrawek obciętego paznokcia. Mężczyzna, który na dziesiątkach koncertów jakoś zdołał się niepostrzeżenie zbliżyć do niej na tyle, by zrobić jej zdjęcie. Mężczyzna, który prawdopodobnie – choć tego nie udowodniono – zakradał się podczas jej trasy do mieszkalnych przyczep i autobusów, by kraść jej ubrania, włącznie z bielizną. Mężczyzna, który wysłał jej dziesiątki własnych zdjęć – kudłaty, gruby, w brudnym ubraniu. Nigdy nie były obsceniczne, ale niepokoiły ją właśnie tą swoją zwyczajnością. Takie zdjęcia mógłby jej przysyłać chłopak.

To on…

Ojciec niedawno wynajął dla niej osobistego ochroniarza – wielkiego chłopa o okrągłej głowie i ze słuchawką w uchu, podkreślającą jego funkcję – ale w tej chwili Darthur Morgan był na zewnątrz, gdzie robił obchód terenu i sprawdzał samochody. Jego metoda opierała się na sprytnym pomyśle: pozostawaniu na widoku, by stalker wolał odejść, niż zaryzykować starcie z mężczyzną ważącym ponad sto dwadzieścia kilogramów i wyglądającym jak wściekły na cały świat raper (którym pewnie był jako nastolatek).

Znowu omiotła wzrokiem zakamarki wielkiej sali – doskonałe miejsce, z którego naprawdę mógł ją obserwować. Potem, zacisnąwszy zęby ze złości na własne tchórzostwo i z powodu porażki w walce z niepokojem, pomyślała: Wracaj. W końcu. Do pracy. I o co się właściwie martwi?

Nie była sama. Zespół jeszcze nie przyjechał – kończyli nagrania w Nashville – ale Bobby stał sześćdziesiąt metrów dalej, przy wypełniającym całą reżyserkę ogromnym mikserze Midas XL8, Alicia porządkowała garderoby, kilku osiłków rozpakowywało ciężarówkę, montując i układając setki skrzyń, narzędzi, rekwizytów, arkuszy dykty, stojaków, kabli, wzmacniaczy, instrumentów, komputerów i tunerów – tony sprzętu potrzebnego nawet takim skromnym zespołom jak oni.

Pewnie któraś z tych osób zdołałaby dobiec do niej, gdyby ten hałas naprawdę zrobił o n. Do diabła, przestań robić z niego jakąś nadludzką istotę! On, on, on, jakbyś bała się wymówić jego imię. Jakbyś, wypowiadając je, mogła go przywołać.

Miała już chwiejnych psychicznie fanów, bardzo wielu. Bo czy istnieje jakaś wielka wokalistka i autorka tekstów obdarzona anielskim głosem, która by nie znalazła wśród swoich wielbicieli kilku przekraczających granice prywatności? Kayleigh otrzymała dwanaście propozycji małżeństwa od mężczyzn, których nigdy nie widziała na oczy, i trzy od kobiet. Dziesięć par chciało ją adoptować, ponad trzydzieścioro nastolatek próbowało stać się jej najlepszą przyjaciółką, około tysiąca mężczyzn zaprosiło ją na drinka lub kolację u Boba Evansa lub w Mandarin Oriental… I miała też mnóstwo ofert wspólnej nocy poślubnej bez nudnych formalności związanych ze ślubem. „Siema, Kayleigh, to weź się namyśl, bo ze mną się zabawisz jak napewno z nikim, a tak generalnie załonczam zdjęcie tego, co się możesz spodziewać, aha, to naprawdę ja, nieźle nie????" (Nawiasem mówiąc, wysyłanie takich zdjęć siedemnastolatce to bardzo głupi pomysł. Tak generalnie.)

Na ogół reagowała na takie zachowania ostrożnym rozbawieniem. Ale nie zawsze i na pewno nie teraz. Na pół świadomie porwała dżinsową kurtkę z krzesła i narzuciła ją na T-shirt, osłaniając się przed ewentualnymi wścibskimi oczami, choć we Fresno jak zwykle we wrześniu panowały upały i w mrocznej sali było duszno.

I ciągle te trzaski i stukoty nie wiadomo skąd.

– Kayleigh?

Odwróciła się szybko, usiłując ukryć drżenie, choć znała ten głos.

Mocno zbudowana kobieta około trzydziestki zatrzymała się w połowie sceny. Miała krótkie rude włosy i tatuaże na rękach, ramionach i plecach, częściowo widoczne dzięki wyciętemu topowi i obcisłym na biodrach czarnym dżinsom. Nosiła ozdobne kowbojskie botki.

– Nie chciałam cię przestraszyć. W porządku?

– Nie przestraszyłaś. Co tam?

Alicia Sessions wskazała głową swój iPad.

– Właśnie przyszły. Projekty nowego plakatu. Jeśli dziś wrzucimy je na maszynę, będziemy je mieli do koncertu. Wyglądają dobrze?

Kayleigh pochyliła się nad ekranem. Oczywiście w dzisiejszych czasach koncerty tylko w części składały się z muzyki. Pewnie zawsze tak było, ale jej wydawało się, że im dużej śpiewa, tym strona marketingowa zajmuje jej coraz więcej czasu. Kayleigh nie interesowała się tymi sprawami i na ogół nie musiała. Jej menedżerem był ojciec, Alicia zajmowała się dokumentami i organizacją dnia, prawnicy czytali kontrakty, wytwórnie płytowe umawiały się ze studiami nagraniowymi, tłoczniami płyt oraz sklepami i stronami internetowymi. Jej stały producent i przyjaciel z BHRC Records Barry Zeigler zajmował się techniczną stroną aranżacji i produkcji, a Bobby i ekipa – koncertów. Dlatego Kayleigh Towne mogła robić to, co potrafiła najlepiej: pisać i śpiewać piosenki.

Interesowało ją tylko jedno: by fani – przeważnie młodzi i niezbyt zamożni – mogli kupić tanie, ale przyzwoite pamiątki, które dodadzą znaczenia temu wieczorowi. Plakaty takie jak ten, podkoszulki, breloczki do kluczy, bransoletki, wisiorki, nuty z chwytami na gitarę, opaski, plecaki… i kubki dla rodziców, którzy ich przywożą na koncert i zabierają z niego, oczywiście kupiwszy im wcześniej bilety.

Przyjrzała się plakatowi. Przedstawiał ją i jej ulubioną gitarę Martin – nie tę wielką, z pudłem typu dreadnought, ale mniejszą, 000-18, z cienką płytą z żółtawego świerku i jedynym w swoim rodzaju brzmieniem. Zdjęcie pochodziło z okładki jej najnowszego albumu Twój cień.

To on… Nie, dość. Znowu zerknęła na drzwi.

– Wszystko dobrze? – spytała Alicia głosem lekko naznaczonym teksańskim akcentem.

– Mhm.

Kayleigh wróciła do propozycji plakatów, przedstawiających to samo zdjęcie, lecz z różnymi czcionkami, sloganami i tłami. Fotografia ukazywała ją en face, tak jak widziała samą siebie: metr pięćdziesiąt pięć – mniej, niżby chciała – trochę zbyt pociągła twarz, za to uderzająco błękitne oczy, nieskończenie długie rzęsy i wargi, które dziennikarzom nasuwały myśl o kolagenie. Akurat… Jej znak rozpoznawczy – złote włosy, długie na metr dwadzieścia i rzeczywiście od dziesięciu lat i czterech miesięcy tylko podcinane na końcach – falowały na sztucznym wietrze z wentylatora. Markowe dżinsy i ciemnoczerwona bluzka ze stójką. Mały krzyżyk z brylantami.

„Musisz oferować fanom cały pakiet" – mawiał Bishop Towne. „A to oznacza także wygląd. Wymogi wobec kobiet i mężczyzn są różne. Będziesz miała kłopoty, jeśli o tym zapomnisz". Chodziło mu o to, że w świecie muzyki country tylko mężczyzna mógł wyglądać jak on: brzuszek, papieros, pobrużdżona zmarszczkami, zarośnięta twarz, wymięta koszula, odrapane botki i spłowiałe dżinsy. Kobieta, tłumaczył – choć tak naprawdę chciał powiedzieć „dziewczyna" – musi być wyszykowana jak na randkę, a w wypadku Kayleigh – jak na spotkanie w kościele. Zbudowała swoją karierę na wizerunku dobrej dziewczyny z sąsiedztwa, to jasne. Jej dżinsy były nieco obcisłe, bluzki i sweterki opinały krągły biust, ale kołnierzyki zawsze sięgały samej szyi. Makijaż był subtelny, w odcieniach różu.

– Mogą być.

– Świetnie. – Alicia wyłączyła urządzenia. Krótka pauza. – Twój ojciec jeszcze tego nie zaakceptował.

– Są w porządku.

– Jasne. Mimo to mu je pokażę. No, bo wiesz.

Teraz to Kayleigh milczała przez chwilę.

– No, dobrze.

– Dobra tu akustyka? – spytała Alicia, która także była wokalistką; miała niezły głos i kochała muzykę, i niewątpliwie dlatego pracowała dla Kayleigh Towne, choć jako rezolutna i rozsądna kobieta mogłaby zarobić dwa razy tyle na stanowisku osobistej asystentki jakiegoś prezesa. Dołączyła do zespołu zeszłej wiosny i jeszcze nigdy nie słyszała, jak Kayleigh tu śpiewa.

– O, dźwięk jest świetny – powiedziała Kayleigh entuzjastycznie, zerkając na brzydkie betonowe ściany. – Kto by pomyślał, nie?

Projektanci tego miejsca, które powstało w latach sześćdziesiątych, dobrze znali swój fach. Zbyt wiele sal koncertowych – nawet tych najlepszych, przeznaczonych do wykonywania muzyki klasycznej – stworzyli ludzie przekonani o tym, że dźwięki instrumentów i głosy mają naturalną zdolność docierania do najdalszych siedzeń bezpośrednio, czyli wprost ze sceny. Architekci obmyślali więc kanciaste powierzchnie i kolumny, by je wzmocnić, i elementy te spełniały swoją funkcję, ale przy okazji wysyłały fale dźwiękowe w stu kierunkach, a wówczas spełniał się akustyczny koszmar każdego wokalisty – pojawiały się dziesiątki ech, zaciemniających obraz dźwięku. Tu zaś, w skromnym Fresno – tłumaczyła Alicii Kayleigh tak, jak kiedyś ojciec tłumaczył to jej – projektanci zaufali mocy i czystości głosu, membran bębnów, płyt rezonansowych, stroików i strun. Już miała poprosić asystentkę, żeby na próbę zaśpiewała z nią drugi głos – Alicia była w tym świetna – kiedy zauważyła jej spojrzenie błądzące gdzieś w głębi sali. Pomyślała, że zanudziła ją swymi opowieściami, ale niepokój w oczach Alicii świadczył o tym, że chodzi o coś innego.

– Co jest? – spytała Kayleigh.

– Myślałam, że jesteśmy tylko my i Bobby.

– Jak to?

– Chyba kogoś widziałam. W tamtych drzwiach. Tam. – Alicia wskazała palcem z pomalowanym na czarno paznokciem dokładnie tam, gdzie dziesięć minut temu pojawił się cień.

Kayleigh – w roztargnieniu obracając w spoconych dłoniach telefon – zapatrzyła się na zmienne kształty na ścianie. Tak… Nie… Po prostu nie wiedziała. Ale potem Alicia wzruszyła szerokimi ramionami – na jednym miała tatuaż z czerwono-zielonym wężem – i powiedziała:

– E, coś mi się zdawało. No, to na razie. W restauracji o pierwszej?

– Pewnie.

Tupot jej botków ucichł, a Kayleigh nadal wpatrywała się w czarny otwór drzwi.

– Edwin Sharp – szepnęła nagle gniewnie. Proszę. Powiedziałam jego imię. – Edwin. Edwin. Edwin. – A skoro już cię przywołałam, to posłuchaj: wypad z mojej sali! Jestem zajęta.

I odwróciła się od mrocznych, ziejących czernią drzwi, z których oczywiście nikt jej nie obserwował. Przeszła na przód sceny, szukając znaczników z taśmy klejącej, oznaczających miejsca, w których miała stanąć podczas koncertu. I właśnie wtedy w głębi sali rozległ się krzyk jakiegoś mężczyzny.

– Kayleigh! – To Bobby poderwał się zza miksera, przewracając krzesło i zrywając z głowy słuchawki. Jedną ręką zamachał do niej, drugą wskazał punkt nad jej głową. – Uważaj! Nie!

Podniosła głowę i zobaczyła reflektor – dwuipółmetrowy colortran – który spadł ze sztankietu i runął w dół, zawieszony na grubym kablu.

Odruchowo cofnęła się o krok i potknęła o stojak na gitarę, o którym kompletnie zapomniała. Straciła równowagę, machnęła rękami, krzyknęła…

Upadła ciężko na kość ogonową. Potężny reflektor śmignął ku niej jak śmiercionośne wahadło, z każdą chwilą coraz większe. Rozpaczliwie usiłowała wstać, ale przewróciła się, oślepiona blaskiem tysiącwatowych żarówek.

A potem ogarnęła ją czerń.

NIEDZIELA

Rozdział 2

Kathryn Dance żyła poczwórnym życiem – owdowiała matka dwojga prawie nastolatków, agentka CBI, Kalifornijskiego Biura Dochodzeniowego, ze specjalnością przesłuchanie i komunikacja niewerbalna oraz odpowiedzialna, choć czasem czupurna i zdesperowana córka mieszkających obok rodziców. Tak wyglądała hierarchia jej obowiązków.

Ale było jeszcze życie numer cztery, niemal tak ważne dla jej zdrowia psychicznego jak trzy pierwsze: to muzyka. Jak Alan Lomax, żyjący w połowie zeszłego wieku, Dance była folklorystką, łowczynią piosenek. Od czasu do czasu brała wolne, wskakiwała do SUV-a – z dziećmi i psami albo tak jak teraz samotnie – i wyruszała na poszukiwanie muzyki, jak myśliwi polowali na jelenie czy indyki.

Teraz jechała autostradą 152 od strony półwyspu Monterey przez na ogół nagą połać Kalifornii do oddalonego o trzy godziny drogi Fresno w Dolinie San Joaquin. Było to rolnicze serce kraju, przez które ciągnęły niekończące się sznury ciężarówek z przyczepami wyładowanymi czosnkiem, pomidorami oraz innymi płodami ziemi. Okoliczne pola były zielone lub, po zbiorach, intensywnie czarne czernią żyznej ziemi. Lecz poza tym okolica wydawała się spieczona i wyschnięta jak zapomniany tost.

Za nissanem kłębił się kurz, a owady ginęły z plaskiem na przedniej szybie. Misją Dance, której postanowiła poświęcić kilka najbliższych dni, było nagranie zespołu meksykańskich muzyków mieszkających we Fresno lub jego okolicach. Większość pracowała w polu, więc przybrali nazwę Los Trabajadores, Robotnicy. Dance zamierzała ich nagrać na cyfrową TASCAM HD-P2, nieco za drogą dla niej, lecz doskonałą, a potem zmontować te piosenki i zamieścić na swojej stronie internetowej Brzmienia Ameryki.

Ludzie ściągali te nagrania za niewielką opłatą, której lwią część wysyłała muzykom, a sobie zostawiała tylko tyle, by móc opłacić utrzymanie serwisu, a czasem wyskoczyć z dziećmi do restauracji. Na tym procederze nikt się nie bogacił, ale niektóre zespoły, odkryte przez nią i jej biznesową partnerkę Martine Christensen, zyskały regionalną, a nawet krajową popularność.

W biurze CBI w Monterey, do którego została przydzielona, skończyła właśnie trudną sprawę i postanowiła trochę odpocząć. Dzieci brały udział w warsztatach muzycznych i obozach sportowych i nocowały u dziadków, mogła więc swobodnie przemierzać okolice Fresno i Yosemite, nagrywać Los Trabajadores i szukać innych talentów w tej bogatej pod tym względem okolicy. Można tu było trafić nie tylko na rytmy meksykańskie, ale i wyjątkową odmianę country powstałą w Bakersfield, mieście oddalonym o kilka godzin drogi na południe od Fresno, która zapoczątkowała wielki przewrót w tym typie muzyki, a zrodziła się w latach pięćdziesiątych w reakcji na nadmiernie, jak uważano, wygładzone produkcje Nashville. Jej twórcami byli tacy wykonawcy, jak Buck Owens i Merle Haggard, a ostatnio powrócili do niej choćby Dwight Yoakam i Gary Allan. Dance upiła łyk sprite'a, skacząc po stacjach radiowych. Początkowo miał to być romantyczny wypad, na który chciała zaprosić Jona Bolinga, ale w ostatniej chwili wypadła mu kilkudniowa konsultacja informatyczna, a ona z jakiegoś powodu poczuła, że woli pojechać sama. Sprawa kidnapingu, którą właśnie zamknęła, sporo ją kosztowała. Dwa dni temu w towarzystwie dwóch ocalonych osób była na pogrzebie trzeciej, której nie zdołali uratować.

Podkręciła klimatyzację. O tej porze roku na półwyspie Monterey panowała przyjemna temperatura (nocami robiło się nawet zimno), a ona ubrała się stosownie do warunków panujących w mieście, do którego jechała. W szarej bawełnianej koszulce z długimi rękawami i dżinsach było jej gorąco. Zdjęła okulary w różowych oprawkach i wytarła je chusteczką, przytrzymując kierownicę kolanami. Po szkłach spłynęły jej strużki potu. Termometr samochodowy wskazywał, że na dworze temperatura wynosi trzydzieści pięć i pół stopnia.

Wrzesień. Myślałby kto.

Dance czekała na tę wycieczkę z jeszcze jednego powodu – chciała się spotkać ze swoją jedyną sławną przyjaciółką Kayleigh Towne, obecnie znaną wokalistką i autorką piosenek. Kayleigh od dawna wspierała stronę internetową Dance, a także lansowanych przez nią miejscowych artystów. Zaprosiła ją na swój wielki koncert w piątkowy wieczór we Fresno. Choć młodsza od Dance o jakieś dziesięć lat, zaczęła występować już jako dziewięcio- czy dziesięciolatka, a jako nastolatka stała się zawodową wokalistką. Zabawna, wyrafinowana i cholernie dobra jako autorka piosenek, była bardzo skromna i dojrzała nad wiek. Dance bardzo ją lubiła. Poza tym Kayleigh była także córką legendy muzyki country, Bishopa Towne'a. Gdy ostatni raz Dance przyszła na jej koncert we Fresno, jej niedźwiedziowaty ojciec wtoczył się do pokoju i momentalnie wypełnił go swoim tysiącwatowym ego z intensywnością kogoś, kto rzuca nałóg z taką samą zaciekłością, z jaką oddawał się uzależnieniu od kokainy i alkoholu. Nawijał o ludzie z Branży – Branży wymawianej z takim naciskiem, że musiała się pisać wielką literą – muzykach, których znał osobiście (liczyli się w setkach), muzykach, od których się uczył (wyłącznie największych), muzykach, dla których był mistrzem (większość obecnych supergwiazd), i muzykach, z którymi się bił (również całkiem spory tłumek). Był przy tym opryskliwy, zuchwały i przesadnie się zgrywał. Dance była nim zafascynowana.

No, ale jego ostatni album się nie sprzedał. Bishop stracił głos i energię, a tego nie zatuszują nawet najbardziej zaawansowane technicznie studia nagraniowe. Nic nie mogło uratować jego trywialnych piosenek, tak bardzo odległych od tych genialnych słów i dźwięków, które przed laty dały mu sławę.

Mimo to nadal miał wiernych fanów i żelazną ręką kontrolował karierę Kayleigh. Biada producentowi, studiu nagraniowemu lub organizatorowi występów, który nie potraktował jej jak należy!

Dance wjechała na teren Fresno. Leżącą sto sześćdziesiąt kilometrów stąd na zachód Dolinę Salinas nazywano Sałatowym Zagłębiem, ale jeszcze obfitsze plony dawała większa od niej Dolina San Joaquin, w której środku znajdowało się Fresno. Było to niewyróżniające się niczym robotnicze miasto, liczące pół miliona mieszkańców. Dochodziło w nim do tych samych przestępstw domowych, kradzieży, zabójstw i nawet aktów terroryzmu co w innych współczesnych miastach w stopniu tylko nieco przewyższającym krajową średnią. Dance podejrzewała, że ten wynik ma związek z bezrobociem, które tutaj oscylowało wokół osiemnastu procent. Na rogach ulic zauważała grupki młodych mężczyzn – żywy dowód na prawdziwość tych statystyk. Ubrani w podkoszulki bez rękawów i obszerne szorty lub dżinsy gapili się na przejeżdżające samochody, gadali, śmiali się i pili z butelek schowanych w papierowych torbach.

Ze spieczonej ziemi biły fale żaru, niosące drobinki pyłu. Psy siedziały na progach domów, spoglądając niewidzącym wzrokiem na jej samochód; w przydomowych ogródkach zauważyła kilkoro dzieci radośnie skaczących nad ciurkającymi zraszaczami, których używanie w wiecznie dręczonej suszą Kalifornii podlegało ograniczeniom, jeśli nie zakazom.

GPS doprowadził ją bez problemów do motelu Mountain View przy autostradzie 41. Nie roztaczał się z niego widok, jakiego można się było spodziewać, ale może to przez unoszącą się w powietrzu mgiełkę. Dance wytężyła wzrok i dostrzegła na wschodzie i północy zarysy łagodnych wzniesień, zapewne forpocztę majestatycznego Yosemite.

Od razu po wyjściu na palący żar zakręciło się jej w głowie. Śniadanie – w towarzystwie swoich dzieci i psów – zjadła bardzo dawno temu. Pokój hotelowy nie był jeszcze gotowy na jej przyjęcie, ale to nie miało znaczenia, bo za pół godziny, o pierwszej, umówiła się z Kayleigh i innymi znajomymi. Zameldowała się, zostawiła bagaże w recepcji i znowu wskoczyła do pathfindera, który przez ten czas rozprażył się jak piekarnik.

Wpisała w GPS nowy adres i posłusznie pojechała tam, gdzie jej kazał. Na czerwonym świetle wzięła komórkę i zerknęła na ekran, sprawdzając, czy ma jakieś nieodebrane połączenia lub SMS-y. Nie. Dobrze. To znaczy, że nikt z biura ani obozu dzieci nie próbował się z nią skontaktować. Ale dziwne, że nie odezwała się Kayleigh, która miała zadzwonić i potwierdzić spotkanie. Bo przecież – co zawsze imponowało Dance – mimo iż była sławna, nigdy nie zaniedbywała drobiazgów. W życiu i na scenie wydawała się z gruntu odpowiedzialną osobą.

Znowu zadzwoniła do Kayleigh.

Przełączyło ją od razu na pocztę głosową.


Kathryn Dance musiała się roześmiać.

Właściciele Kowbojskiego Saloonu mieli poczucie humoru. W tym mrocznym, cudownie chłodnym pomieszczeniu nie było ani jednego rekwizytu kojarzącego się z mężczyznami, które spędzili życie w siodle. Za to wszędzie widziało się kobiety, które jeździły konno, rzucały lassem, znakowały i zaganiały bydło… i robiły efektowne sztuczki z rewolwerami, jeśli wierzyć plakatowi przedstawiającemu westernową wersję Rosie the Riveter, zestrzeliwującą butelki z płotu.

Filmy, okładki książek, pudełka na lunch, zabawki, obrazy i zdjęcia świadczyły o tym, że wszędzie roiło się od dziewcząt z podkręconymi włosami, wybitnymi biustami, w kowbojskich kapeluszach, apaszkach, zamszowych spódniczkach i haftowanych bluzkach, a także najpiękniejszych botkach świata. Kathryn Dance uwielbiała buty i była właścicielką dwóch par Nocona, lecz nie mogły się one równać z tymi noszonymi przez Dale Evans, partnerkę Roya Rogersa z telewizyjnego programu z lat pięćdziesiątych, uwiecznionymi na spłowiałym plakacie.

Dance zamówiła mrożoną herbatę, wypiła ją jednym haustem i poprosiła o następną, a potem usiadła przy okrągłym stoliku o odrapanym i polakierowanym na nowo blacie i zaczęła się przyglądać klientom. Dwie starsze pary, trzech zmęczonych robotników w kombinezonach, którzy pewnie zaczęli pracę o świcie, młody szczupły chłopak w dżinsach i kraciastej koszuli przyglądający się staroświeckiej szafie grającej, kilku biznesmenów w białych koszulach i ciemnych krawatach, ale bez marynarek. Niecierpliwie czekała na Kayleigh i nagranie piosenek Robotników, a także na obiad. Umierała z głodu. I niepokoju.

Było już niemal dwadzieścia po pierwszej. Gdzie jej przyjaciółka?

Rozległa się muzyka z szafy grającej. Dance parsknęła cichym śmiechem. Była to piosenka Kayleigh Towne i to doskonale dobrana do miejsca: Nie jestem kowbojką.

Piosenka opowiadała o kobiecie z przedmieść, która pozornie prowadzi życie bardzo odmienne od życia kowbojek, ale w końcu uświadamia sobie, że może łączy ją z nimi duchowa więź. Jak wszystkie piosenki Kayleigh i ta była pogodna, choć miała głębokie przesłanie.

I wtedy drzwi do restauracji otworzyły się i na odrapane linoleum padł snop rozpalonego światła, w którym zatańczyły geometryczne kształty – cienie wchodzących ludzi. Dance wstała.

– Kayleigh!

Młoda wokalistka weszła do środka i uśmiechnęła się, ale od razu rozejrzała się szybko. Jest zaniepokojona, zauważyła Dance. Nie, bardziej niż zaniepokojona. Kayleigh Towne była przerażona. Najwyraźniej jednak nie znalazła tego, czego się bała, bo odetchnęła, a potem podeszła i mocno uścisnęła Dance.

– Kathryn, cześć! Jak się cieszę!

Miała na sobie dżinsy i kurtkę z grubego dżinsu, choć na zewnątrz panował taki upał. Jej rozpuszczone włosy sięgały niemal ziemi.

– Dzwoniłam kilka razy – powiedziała Dance.

– Miałam… mały problem w sali koncertowej. Ale już dobrze. Słuchajcie, to moja kumpela Kathryn Dance.

Dance uścisnęła dłoń Bobby'ego Prescotta, którego poznała kilka lat temu – kędzierzawego, około trzydziestki, o urodzie aktora, której przeczył tylko nieśmiały uśmiech. Był też pyzaty i wiecznie zawstydzony Tye Slocum o długich rudawych włosach, bardzo potrzebujących przycięcia. Pełnił w zespole funkcję akustyka od gitar i złotej rączki. Poważna muskularna Alicia Sessions, która wyglądała jak wzięta prosto z klubu na Manhattanie, była osobistą asystentką Kayleigh.

Wśród czterech osób towarzyszących Kayleigh znajdował się ktoś jeszcze – czarnoskóry mężczyzna, mierzący ponad dwa metry i ważący pewnie ze sto dwadzieścia kilo. Ochroniarz.

Sam fakt, że Kayleigh miała ochronę, nie wydawał się dziwny, choć Dance z niepokojem zauważyła, że mężczyzna jest w pracy nawet teraz. Uważnie obserwował wszystkich w barze – młodego mężczyznę przy szafie grającej, robotników, biznesmenów i starsze pary oraz barmana, najwyraźniej porównując ich twarze z mentalną bazą danych potencjalnych napastników.

O co w tym wszystkim chodzi?

Osoba, przed którą strzegł Kayleigh, najwyraźniej nie była obecna w barze, więc mężczyzna znowu spojrzał na wokalistkę. Ale się nie rozluźnił – ludzie jego rodzaju nigdy sobie na to nie pozwalali i dlatego byli tak dobrzy. Po prostu przeszedł w stan oczekiwania.

– Chyba w porządku.

Nazywał się Darthur Morgan i witając się z Dance, przyjrzał się jej uważnie. W jego oczach błysnęło światełko rozpoznania. Dance, specjalistka od kinezyki, wiedziała, że nieświadomie roztacza aurę policjantki.

– Zjedz z nami – zaproponowała mu Kayleigh.

– Dziękuję pani. Zaczekam na zewnątrz.

– Nie, jest za gorąco.

– Lepiej tam.

– Więc weź mrożoną herbatę albo jakiś napój. I przyjdź, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

Ochroniarz przeszedł powoli, nie zamawiając żadnego napoju, przez mroczną restaurację i rzuciwszy jedno spojrzenie woskowej figurze kowbojki z lassem w dłoni, opuścił lokal.

Zjawił się chudy barman z menu, gorący wielbiciel Kayleigh Towne, która uśmiechnęła się do niego po matczynemu, choć byli rówieśnikami. Zerknęła na szafę grającą, zawstydzona, że to jej głos im towarzyszy.

– No, to co się stało? – spytała Dance.

– Dobrze, powiem.

Kayleigh wyjaśniła, że podczas próby do piątkowego koncertu reflektor – jeden z tych długich, wiszących nad sceną – spadł ze sztankietu.

– Boże! Jesteś cała?

– Tak, nic mi nie dolega. Tylko tyłek mnie boli.

Bobby siedzący obok Kayleigh ścisnął ją za ramię i spojrzał na nią z troską.

– Nie wiem, jak to się stało – powiedział cicho. – To przecież rampy, ich się nie zdejmuje. Były zamontowane na stałe.

– I sprawdziłeś ją – dodał wielki Tye Slocum, unikając kontaktu wzrokowego z zebranymi. – Widziałem. Dwa razy. Wszystkie reflektory. Bobby jest najlepszy w trasie. Jeszcze nigdy nie miał takiego wypadku.

– Gdyby reflektor ją uderzył… – powiedziała Alicia gniewnie. – Cholera, byłoby po wszystkim. Zabiłby ją.

– To tysiąc watów – dodał Bobby. – Gdyby lampy pękły, mógłby wybuchnąć pożar. Na wszelki wypadek wyłączyłem prąd. Kiedy wrócimy, sprawdzę to jeszcze raz. Pojadę do Bakersfield po nowy wzmacniacz i głośnik.

Przestali rozmawiać o wypadku i zamówili jedzenie. Dance po dwutygodniowej sprawie dotyczącej porwań straciła cztery i pół kilo i postanowiła sobie pofolgować. Zamówiła frytki i kanapkę z grillowanym kurczakiem, Kayleigh i Tye – sałatki, Alicia i Bobby – tostady i pomimo upału kawę. Rozmowa zeszła na temat strony Dance, a potem na jej nieudaną próbę zostania wokalistką w San Francisco.

– Kathryn ma wspaniały głos – oznajmiła Kayleigh, zdradzając pięć lub sześć symptomów nieszczerości.

Dance uśmiechnęła się do siebie.

– Przepraszam – rozległ się męski głos. – No, cześć, Kayleigh.

Był to młody mężczyzna, który niedawno stał przy szafie grającej. Z uśmiechem skinął głową Dance i reszcie zebranych, a potem spojrzał na Kayleigh.

– Cześć. – Piosenkarka zmieniła ton na wesoły, lecz zachowała rezerwę.

– Nie chciałem podsłuchiwać, ale rozumiem, że mieliście jakiś problem. Dobrze się czujesz?

– Doskonale, dzięki.

Zapadła chwila ciszy, oznaczającej: „Doceniam twoją troskę, ale możesz już iść".

– Jesteś moim fanem? – spytała Kayleigh.

– No pewnie.

– To dziękuję za wsparcie. I zainteresowanie. Przyjdziesz na piątkowy koncert?

– No pewnie, że tak. Nie przegapiłbym go za nic. Na pewno nic ci się nie stało?

Pauza granicząca z niezręczną ciszą. Może Kayleigh analizowała ostatnie zdanie.

– Jasne.

– No, dobrze, przyjacielu – odezwał się Bobby. – Możesz się już zająć własnymi sprawami. My wracamy do jedzenia.

– Nie poznajesz mnie, prawda? – spytał mężczyzna, jakby go nie słyszał.

– Przykro mi – szepnęła wokalistka.

– Pani Towne potrzebuje chwili dla siebie, jeśli będzie pan tak uprzejmy – oznajmiła twardo Alicia.

– Cześć, Alicio – zwrócił się do niej młody człowiek.

Asystentka drgnęła. Najwyraźniej go sobie nie przypominała i zastanawiała się, skąd zna jej imię. Mężczyzna odwrócił od niej wzrok i znowu się roześmiał, piskliwie i nieco upiornie.

– Kayleigh, to ja! Edwin Sharp. Twój cień.

ROZDZIAŁ 3

Głośny brzęk odbił się echem od ścian restauracji. Wielka szklanka z mrożoną herbatą wyśliznęła się z palców Kayleigh i upadła na podłogę.

Wylądowała dokładnie pod takim kątem, że odgłos jej upadku zabrzmiał jak strzał – był tak łudząco do niego podobny, że ręka Dance odruchowo sięgnęła w miejsce, gdzie zwykle znajdował się jak glock – obecnie zamknięty w domowym sejfie przy łóżku.

Kayleigh – z wielkimi oczami i świszczącym oddechem – wykrztusiła:

– Jesteś… jesteś… Edwin.

Była bliska paniki, ale mężczyzna powiedział z troską:

– Ej, no co ty. Przecież nic się nie stało. Nie przejmuj się.

– Ale… – Dziewczyna zerknęła na drzwi, za którymi stał Darthur Morgan prawdopodobnie z własnym pistoletem.

Dance usiłowała to wszystko poskładać. To nie mógł być ekschłopak Kayleigh, bo rozpoznałaby go wcześniej. Zapewne fan, który pozwolił sobie na zbyt wiele. Kayleigh była dokładnie taką artystką – piękną, samotną, utalentowaną – która mogła przyciągać stalkerów.

– Nie przejmuj się, że mnie nie poznałaś – powiedział Edwin ślepy na zdenerwowanie Kayleigh. – Trochę schudłem od czasu tego ostatniego zdjęcia. No, trzydzieści siedem kilo. – Poklepał się po brzuchu. – Nie pisałem o tym, bo chciałem ci zrobić niespodziankę. Czytam „Country Week" i „EW", widziałem twoje zdjęcia z tymi chłopakami. Wiem, że lubisz szczuplejszych. Pomyślałem, że grubasek ci się nie spodoba. I strzeliłem sobie nowy fryz za dwadzieścia pięć dolarów. Wiesz, niektórzy ciągle mówią, że chcą się zmienić, ale tego nie robią. Tak jak w twojej piosence. Nie chcę być dla ciebie panem Jutrzejszym. Chcę być panem Dzisiejszym.

Kayleigh straciła mowę. Niemal nie mogła oddychać.

Pod pewnymi względami Edwin mógł się wydawać przystojny – bujne ciemne włosy ostrzyżone konserwatywnie jak u polityka i mocno polakierowane, inteligentne, głębokie, brązowe oczy, gładka, choć trochę blada cera. Ale ta twarz była też kanciasta, końska, z nastroszonymi grubymi brwiami jak krechy z sadzy. Ręce miał długie, a dłonie masywne, choć dziwnie – i niepokojąco – różowe.

Bobby Prescott poderwał się z miejsca i stanął przed nim. Bobby też był masywny, ale raczej szeroki niż wysoki, i natręt górował nad nim wzrostem.

– Cześć – powiedział Edwin wesoło. – Bobby. Techniczny. Przepraszam, szef ekipy technicznej. – Potem znowu spojrzał z uwielbieniem na Kayleigh. – Byłbym zaszczycony, gdybyś zechciała napić się ze mną mrożonej herbaty. Tam, w kącie. Mam ci coś do pokazania.

– Skąd…

– Skąd wiedziałem, że tu przyjdziesz? No co, przecież wszyscy wiedzą, że to twoja ulubiona knajpa. Wystarczy spojrzeć na blogi. To tu napisałaś „Nie jestem kowbojką". – Skinął głową w stronę szafy grającej, z której dobiegała piosenka – już po raz drugi, zauważyła Dance.

Ja nie jestem kowbojką, ja tylko po prostu

patrzę prosto w oczy, mówię prosto z mostu.

Nie tracę nigdy czasu na bycie z kłamcami,

z tymi, co nienawidzą, i z fanatykami.

Tak mnie nauczono i tak postępuję,

wiem, jak bliskich, rodzinę i kraj się traktuje.

Nie, nie jestem kowbojką, to fakt, bez wątpienia.

Choć to pewnie zależy od punktu widzenia.

– Kocham tę piosenkę! – wybuchnął natręt. – Po prostu ją kocham. No, ale przecież wiesz. Napisałem ci to chyba ze sto razy.

– Naprawdę… – Kayleigh miała spojrzenie sarny uwięzionej w snopie światła z reflektorów samochodowych.

Bobby położył rękę na ramieniu Edwina. Nie był to całkiem wrogi gest, ale i nie przyjacielski. Dance pomyślała, że to może być początek bójki, i sięgnęła po jedyną dostępną jej broń – komórkę – by w razie potrzeby zadzwonić na policję. Ale Edwin po prostu odsunął się o kilka centymetrów, nie zwracając uwagi na Bobby'ego.

– No, daj się zaprosić na tę herbatę. Wiem, że twoim zdaniem w tym lokalu podają najlepszą w mieście. Ja stawiam. Pan Dzisiejszy, pamiętasz? Rany, piękne te twoje włosy. Dziesięć lat i cztery miesiące.

Dance nie miała pojęcia, co znaczą te słowa, ale najwyraźniej jeszcze bardziej wytrąciły Kayleigh z równowagi. Usta dziewczyny zadrżały.

– Kayleigh chciałaby, żebyś ją zostawił w spokoju – oznajmiła zdecydowanie Alicia, która wydawała się tak samo silna jak Bobby Prescott, ale jej spojrzenie było jeszcze bardziej odstraszające.

– Dobrze się czujesz w zespole? – spytał natręt miło, jakby gawędził na imprezie. – Pracujesz dla niego, zaraz… pięć, sześć miesięcy, tak? I także masz talent. Słuchałem cię na YouTube. Potrafisz śpiewać, super.

Alicia pochyliła się ku niemu złowrogo.

– Co to ma znaczyć, do cholery? Skąd mnie znasz?

– Słuchaj, przyjacielu – wtrącił Bobby. – Pora, żebyś już poszedł.

Tye Slocum powoli odsunął się od stołu i ruszył do drzwi. Edwin spojrzał na niego z tym samym uśmiechem, jaki miał przyklejony do twarzy od pierwszej sekundy tej rozmowy. Ale coś się w nim zmieniło. Jakby naprawdę spodziewał się, że Kayleigh da się zaprosić na herbatę, i nie mógł pojąć, dlaczego się nie zgodziła. Tye, który poszedł po ochroniarza, wyraźnie go rozdrażnił.

– Kayleigh, proszę. Nie chciałem się narzucać, ale nigdy nie odpisujesz na e-maile. Chcę tylko cię odwiedzić. Mamy mnóstwo spraw do obgadania.

– Naprawdę nie mogę.

Zanim Dance zdołała zainterweniować, Bobby znowu dotknął ramienia natręta, ale ten jeszcze raz się cofnął. Wyglądało na to, że nie dąży do zwady, a tym bardziej do bójki.

Błysnęło oślepiające słońce, a potem znowu zrobiło się ciemno. Darthur Morgan wtargnął do restauracji, zdejmując z nosa aviatory. Spojrzał na Edwina. Dance zauważyła drgnięcie mięśni wokół ust – oznakę niezadowolenia z siebie z powodu przeoczenia odchudzonego stalkera.

– Edwin Sharp?

– O, jest i pan Morgan. Tak, to ja.

W obecnych czasach nietrudno zdobyć informacje o ludziach, zwłaszcza mających związki ze sławami. Ale Sharp znał nawet nazwisko ochroniarza!

– Muszę pana prosić o natychmiastowe opuszczenie lokalu. Pani Towne nie życzy sobie pańskiego towarzystwa. Jest pan dla niej zagrożeniem.

– No, nie wiem. W świetle sprawy Giles przeciwko Lohan nie jestem. Nie można mówić nawet o sugestii groźby. W każdym razie z całą pewnością nie chcę nikogo skrzywdzić ani zastraszyć. Pragnę jedynie wyrazić współczucie mojej przyjaciółce, którą spotkało coś nieprzyjemnego. I spytać, czy nie zechciałaby się napić herbaty. Chętnie postawię ją także panu.

– Chyba już dosyć tego – wycedził Morgan niskim głosem.

Edwin patrzył na niego bez emocji.

– Oczywiście jest pan cywilem. Może pan dokonać aresztowania obywatelskiego, ale tylko jeśli popełniłbym przestępstwo. A tego nie zrobiłem. Sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby był pan policjantem, lecz…

Ach, więc do tego doszło, pomyślała Dance. Spodziewała się tego. Wstała, pokazując identyfikator CBI.

– O… – Edwin gapił się na legitymację dziwnie długo, jakby uczył się jej na pamięć. – Miałem wrażenie, że pani z wymiaru sprawiedliwości.

– Mogę zobaczyć dokument stwierdzający pańską tożsamość?

– Oczywiście. – Sharp podał jej prawo jazdy wydane przez stan Waszyngton.

Edwin Stanton Sharp. Zameldowany w Seattle. Zdjęcie przedstawiało osobę o wiele tęższą, o długich, strąkowatych włosach.

– Gdzie zamieszkał pan we Fresno? – spytała Dance.

– W domu przy Woodward Park. Jednym z tych nowych. Całkiem niezły. – Uśmiech. – Gorąco w tym Fresno.

– Przeprowadziłeś się tu? – spytała Alicia zdławionym szeptem.

Kayleigh skuliła się ze strachu.

– Nie, wynajmuję. Na jakiś czas. Przyjechałem na koncert. Będzie najlepszy w roku. Nie mogę się już doczekać.

Dlaczego wynajął cały dom, skoro przyjechał na jeden koncert?

– Nie, chciałeś prześladować Kayleigh – rzucił Bobby. – Prawnicy cię ostrzegali.

Prawnicy? – pomyślała Dance z zaskoczeniem. Edwin powiódł wzrokiem po zebranych. Jego uśmiech przygasł.

– Moim zdaniem wasze zachowanie denerwuje Kayleigh. Przepraszam cię – dodał do dziewczyny. – Rozumiem, co przeżywasz. Ale nie martw się, wszystko się ułoży. – Ruszył do drzwi, lecz zanim wyszedł, jeszcze się zatrzymał i obejrzał. – Do widzenia, pani Dance. Niech panią Bóg błogosławi za pani poświęcenia dla mieszkańców tego stanu.

ROZDZIAŁ 4

Ledwie zażądała: „Opowiadajcie", zaczęli mówić. Wszyscy naraz. Dopiero gdy uporządkowała plączące się relacje, zaczęła rozumieć sytuację.

Zeszłej zimy pewien fan zanadto wziął sobie do serca szablon listów i e-maili piosenkarki, podpisywanych „XO, Kayleigh" – czyli „całuję i ściskam, Kayleigh". Ponieważ te słowa idealnie wyrażały jego uczucia, wmówił sobie, że łączy go z wokalistką duchowa więź, i zaczął ją bombardować wiadomościami – przez e-mail, Facebook i Twittera, ręcznie pisanymi listami i prezentami.

Kayleigh i jej asystenci, zgodnie z radą specjalistów, przestali reagować na jego listy. Odsyłali nawet nieotworzone prezenty. Mimo to Edwin Sharp nie ustawał, najwyraźniej przekonany, że jego związek z Kayleigh nie jest na rękę ojcu dziewczyny i jego kompanom, którzy postanowili ich rozdzielić. Dziesiątki razy mówiono mu, żeby przestał. Kancelaria adwokacka reprezentująca Kayleigh i jej ojca wystosowała do niego ostrzeżenie z zapowiedzią podjęcia kroków sądowych i zgłoszenia sprawy na policję, jeśli natręt nie przestanie. A on nie przestał.

– To było obleśne – opowiadała Kayleigh łamiącym się głosem. Upiła łyk herbaty z nowej szklanki, którą przyniósł jej kelner, przysłany do wytarcia podłogi. – Prosił o kosmyk włosów, obcinek paznokcia, kartkę z odciskiem moich umalowanych ust. Robił mi zdjęcia w miejscach, które wydawały mi się puste – w kulisach albo na parkingach.

– To typowe dla takich przestępstw – zauważyła Dance. – Nigdy nie wiadomo, gdzie znajduje się stalker. Może być wiele kilometrów stąd, ale równie dobrze za twoim oknem.

– I ciągle pisał! – ciągnęła Kayleigh. – Setki listów i e-maili. Zmieniałam adres, a kilka godzin później on już go znał.

– Myślisz, że miał coś wspólnego z tym upadkiem reflektora? – spytała Dance.

Kayleigh wyznała, że tego ranka widziała w sali jakiś ruch, ale nie dostrzegła żadnej konkretnej osoby. Alicia Sessions była bardziej zdecydowana:

– Ja też coś widziałam, jestem pewna. – Wzruszyła szerokimi ramionami i spod ubrania wyjrzały fragmenty tatuaży. – Ale nic konkretnego. Ani twarzy, ani sylwetki.

– Czy miejscowy szeryf o nim wie? – spytała Dance.

– O, tak. Wiedzą, że zamierzał się zjawić w piątek na koncercie, choć prawnicy grozili mu zakazem zbliżania się. Nie sądzili jednak, żeby zrobił coś na tyle drastycznego, aby sąd go wydał. Ale szeryf obiecał, że będzie miał na niego oko. I dopilnuje, żeby Sharp poczuł na sobie jego wzrok.

– Zadzwonię do jego biura – oznajmiła Alicia – i powiem, że Sharp tu jest. I gdzie się zatrzymał. Jakoś się z tym nie krył – dodała z zaskoczeniem.

Kayleigh rozejrzała się w rozterce.

– To była moja ulubiona restauracja. Wszystko zepsuł… Już nie jestem głodna. Chciałabym wyjść. Przepraszam.

Wezwała kelnera i zapłaciła rachunek.

– Moment. – Bobby podszedł do drzwi i uchylił je lekko. Zamienił kilka słów z Darthurem Morganem, po czym wrócił do stolika. – Już go nie ma. Darthur widział, jak wsiada do samochodu i odjeżdża.

– Ale wyjdźmy tylnym wyjściem, tak dla pewności – zaproponowała Alicia.

Tye poprosił Morgana, żeby podjechał tuż pod drzwi, a Dance przeszła wraz z resztą towarzystwa przez cuchnący piwem magazyn i koło brudnej toalety. Znaleźli się na parkingu pełnym wyschniętych chwastów, zakurzonych samochodów i kruszącego się asfaltu. Kayleigh zerknęła w prawo i drgnęła. Dance poszła za jej spojrzeniem.

Jakieś pięć metrów dalej stał samochód – ogromny, brudnoczerwony. Za kierownicą siedział Edwin Sharp.

– Hej, Kayleigh! – zawołał przez otwarte okno. – Patrz, jakie mam koła! To nie cadillac, tylko buick. Podoba ci się? – Najwyraźniej nie oczekiwał odpowiedzi. – Nie martw się, nie będę go cenić bardziej od ciebie!

Mój czerwony cadillac był jednym z wielkich przebojów Kayleigh. Opowiadał o dziewczynie, która kocha swój stary samochód i… rzuca każdego mężczyznę niedoceniającego jej wielkiego grata.

– Wypierdalaj stąd, gnoju! – ryknął Bobby Prescott, biegnąc ku niemu. – I nie waż się jechać za nami do mieszkania Kayleigh! Tylko spróbuj, a wezwę gliny.

Edwin skinął głową z uśmiechem i odjechał.

Dance, patrząca pod słońce i nieznająca jeszcze mowy ciała dopiero co poznanego mężczyzny, nie miała pewności, czy rzeczywiście na twarzy stalkera pojawiło się zdziwienie słowami Bobby'ego. Jakby i tak wiedział, gdzie mieszka Kayleigh. Bo dlaczego miałby nie wiedzieć?

ROZDZIAŁ 5

Kalifornia – co nie powinno dziwić – zawsze była ośrodkiem muzyki latynoskiej, czasem salwadorskiej, honduraskiej i nikaraguańskiej, ale przeważnie meksykańskiej. Nie brakowało w niej też popu i rocka, a nawet miejscowej odmiany ska i hip-hopu. Dźwięki te, nadawane przez liczne hiszpańskojęzyczne stacje, płynęły ku domom, firmom i polom, zajmując połowę fal radiowych. Resztę zagarniała muzyka anglojęzyczna i programy religijne, głoszące mało spójne prawdy teologiczne.

Zbliżała się dwudziesta pierwsza, a Dance miała okazję zapoznać się z tą muzyką w dusznym garażu José Villalobosa na peryferiach Fresno. Dwie toyoty rodziny zostały wyeksmitowane z małego wolno stojącego budynku, który na ogół służył jako sala ćwiczeń. Dzisiaj jednak stał się studiem nagraniowym. Sześciu muzyków z Los Trabajadores kończyło właśnie ostatni numer, który Dance miała uwiecznić na swoim cyfrowym sprzęcie. Mężczyźni, liczący od dwudziestu pięciu do sześćdziesięciu lat, grali razem od kilku sezonów zarówno tradycyjną muzykę meksykańską, jak i własny materiał.

Nagranie poszło dobrze, choć muzycy początkowo nie byli skupieni – głównie z powodu gościa, którego przywiozła z sobą Dance: Kayleigh Towne z włosami splecionymi w misterny, upięty na czubku głowy warkocz i ubraną w spłowiałe dżinsy, podkoszulek i dżinsową kamizelkę. Muzycy patrzyli na nią z podziwem. Dwóch pobiegło do domu, skąd wrócili z żonami i dziećmi, prosząc o autograf. Jedna z kobiet wyznała ze łzami w oczach:

– Wiesz, ta twoja piosenka „Wyjazd z domu"... Wszyscy ją uwielbiamy. Niech ci Bóg błogosławi za to, że ją napisałaś.

Była to ballada o starszej kobiecie pakującej swój dobytek i opuszczającej dom, w którym wraz z mężem wychowała dzieci. Słuchacz zastanawia się, czy to dlatego, że owdowiała, czy bank przejął jej dom.

Zaczynam od nowa, raz jeszcze, wytrwale.

Znów życie układam samotna jak palec.

Tak długo już żyję i wiem, nic gorszego,

niż zamknąć na zawsze drzwi domu własnego.

Dopiero na końcu okazuje się, że kobieta nie ma dokumentów i zostaje deportowana, choć całe życie spędziła w Stanach Zjednoczonych. Gdy odstawiają ją samotną na przystanek autobusowy w Meksyku, staruszka śpiewa kodę: Piękną Amerykę po hiszpańsku. Była to najbardziej kontrowersyjna piosenka Kayleigh, wyrażająca jej gniew na tych, którzy nie uznają wyjątków od reformy imigracyjnej. Zyskała ogromną popularność i stała się hymnem latynoskich robotników i zwolenników mniej rygorystycznej polityki przygranicznej.

Kiedy muzycy pakowali instrumenty, Dance wyjaśniała, w jaki sposób umieści piosenki na stronie. Nie mogła zagwarantować efektu, ale zważywszy, że zespół był bardzo dobry, ich piosenka mogła zostać ściągnięta wiele razy. A ponieważ w Stanach Zjednoczonych rosła liczba latynoskich rozgłośni i niezależnych wytwórni płytowych, specjalizujących się w takim brzmieniu, istniała też możliwość, że zwrócą na siebie uwagę producentów lub agencji reklamowych.

Co ciekawe, sława wcale ich nie interesowała. Owszem, nie mieliby nic przeciwko zarobieniu paru groszy, ale tylko za ściągnięte ze strony piosenki.

– No, bo nie chcemy takiego życia: ciągle w drodze – wyjaśnił Villalobos. – My się nie włóczymy. Mamy pracę, rodzinę, bebés. Jesus ma bliźniaki – musi lecieć zmienić pieluchy. – Zerknął na uśmiechniętego przystojnego młodzieńca, który pakował swoją starą gitarę Gibsona hummingbird.

Pożegnali się i Dance razem z Kayleigh wsiadły do ciemnozielonego suburbana piosenkarki. Policjantka zostawiła swojego pathfindera pod hotelem. Siedzący za kierownicą Darthur Morgan ruszył w drogę powrotną. Na przednim siedzeniu leżało sześć lub siedem małych książek w skórzanej oprawie z tytułami, wypisanymi złotymi literami, widniejącymi tylko na grzbietach. Dance podejrzewała, że to literatura klasyczna. Nie widziała jednak ochroniarza czytającego na służbie. Może rozkoszował się lekturą wieczorami. Była to dla niego ucieczka od wiecznego zagrożenia.

Kayleigh wyglądała przez okno na okolicę tonącą w mroku lub ciemnościach.

– Zazdroszczę im – powiedziała.

– Jak to?

– Na twojej stronie jest mnóstwo muzyków, którzy grają wieczorami i w weekendy dla przyjaciół i rodzin. Nie dla pieniędzy. Czasami wolałabym być gorsza. Ha, ale jestem skromna… Ale wiesz, o co mi chodzi. Nigdy nie chciałam być gwiazdą. Marzyłam o mężu i – skinęła głową w stronę domu Villalobosa – dzieciach. Chciałam śpiewać im i przyjaciołom… I wszystko to mi odebrano. – Zamilkła, a Dance przypuszczała, że jest przekonana, że gdybym nie sława, w jej życiu nie pojawiłby się Edwin Sharp.

Po chwili Kayleigh ocknęła się i powiedziała z figlarnym błyskiem w oku:

– No, to mów. Wszystko.

– O mężczyznach?

– No raczej! Wspomniałaś o jakimś Jonie.

– Najwspanialszy facet na świecie. Geniusz. Pracował w Dolinie Krzemowej. Teraz jest nauczycielem i konsultantem. Najważniejsze, że Wes i Maggie go lubią. – Dodała też, że jej syn z trudem godził się z jej randkami. Aż do Bolinga nie lubił żadnego jej chłopaka.

– Oczywiście fakt, że jeden z nich okazał się mordercą, niczego mi nie ułatwił.

– Nie!

– Oj, nic nam nie groziło. Po prostu ścigał tego samego przestępcę co ja. Tylko że ja chciałam go zamknąć, a mój przyjaciel – zabić.

– No, nie wiem – powiedziała Kayleigh złowrogo. – Nawet go rozumiem.

Pewnie znowu myślała o Edwinie Sharpie.

– Ale dzieci uwielbiają Jona. Dobrze się nam układa.

– I?

– I co?

– Powiesz mi w końcu czy nie?

A przecież to ja jestem specjalistką od kinezyki, pomyślała Dance, ostatecznie ustępując:

– No, nic… Ale kto wie, do czego dojdzie? Jestem wdową dopiero kilka lat. Nigdzie mi się nie spieszy.

– Jasne – mruknęła Kayleigh bez przekonania.

Tak, pomyślała Dance, bardzo lubię Jona Bolinga. Hm, może nawet go kocham. Czasami, leżąc obok niego podczas tych nielicznych nocy, jakie udało im się spędzić poza miastem, omal tego nie powiedziała. I wyczuła, że on też tego chce. Był serdeczny, bezpośredni, bardzo dowcipny. Ale był też Michael.

Michael O'Neil był pracownikiem wydziału dochodzeniowego w okręgowym biurze szeryfa w Monterey. Pracował z Dance od lat i jeśli udawało jej się nadawać z kimś na jednych falach, to właśnie z nim. Pracowali w idealnym zestrojeniu, śmiali się, lubili te same potrawy i wino, kłócili się jak diabli, ale nie brali sobie ani słowa z tego do serca. Dance uważała, że Michael jest do niej idealnie dopasowany. Był tylko jeden mały problem: żona. Chociaż w końcu opuściła go i dzieci – ale naturalnie dopiero wtedy, gdy Dance zaczęła się widywać z Jonem Bolingiem. O'Neilowie nie rozeszli się, choć żona Michaela wyprowadziła się do San Francisco. Partner wspomniał, że przygotowuje papiery rozwodowe, lecz daty i plany rysowały się mgliście. Ale ten temat musiał poczekać do kolejnego wieczoru z Kayleigh Towne.

W ciągu dziesięciu minut dojechali do Mountain View i Darthur Morgan zatrzymał samochód przed motelem. Dance pożegnała się z obojgiem. W tej samej chwili zadzwonił telefon Kayleigh, która spojrzała ze zmarszczonymi brwiami na ekranik. Odebrała.

– Halo?… Halo? – Przez chwilę słuchała, a potem rzuciła ostro: – Kim jesteś?

Dance zatrzymała się z ręką na klamce. Kayleigh rozłączyła się i jeszcze raz spojrzała na ekran.

– Dziwne.

– Co?

– Ktoś właśnie zagrał fragment „Twojego cienia". Nie odezwał się, tylko puścił pierwszy wers.

Dance ściągnęła plik i już znała słowa.

Wychodzisz na scenę i śpiewasz piosenki.

Co się może nie udać? Wszyscy uśmiechnięci.

Nawet się nie obejrzysz, a machina ruszy

I każdy zechce dostać cząstkę twojej duszy.

– To… to było nagranie z koncertu.

– Przecież nie wydajesz albumów live – zdziwiła się Dance, pamiętając, że Kayleigh woli kontrolowane środowisko studia.

Wokalistka nadal wpatrywała się w wyświetlacz.

– Słusznie. To nagranie nielegalne. Ale bardzo dobrej jakości… Tylko kto to nadawał i dlaczego?

– Znasz ten numer?

– Nie. To nie jest miejscowy kierunkowy. Myślisz, że to Edwin? – spytała zdenerwowana Darthura Morgana.

Ciemne, nieruchome oczy ochroniarza odbijały się w lusterku wstecznym.

– Ale zaraz, przecież ten numer znają tylko przyjaciele i krewni. Skąd go zdobył? – Skrzywiła się. – Może w ten sam sposób znajduje moje adresy e-mailowe.

– Może to ktoś z zespołu? – spytała Dance. – Taki żarcik?

– Nie wiem. Nikt wcześniej tak nie robił.

– Daj mi ten numer, podzwonię. I sprawdzę Edwina. Jak ma na nazwisko?

– Sharp. Będziesz tak miła?

– Jasne.

Dance zapisała numer i wysiadła. Pożegnali się.

– Lepiej wracajmy do domu – powiedziała Kayleigh do ochroniarza.

Kiedy samochód ruszył, Dance rozejrzała się po pustym parkingu, jakby Edwin Sharp mógł się tu gdzieś czaić.

Poszła do motelu, podśpiewując jedną linijkę Twojego cienia, która nieubłaganie zapętliła się jej w głowie.

Co się może nie udać?… Co się może nie udać?… Co się może nie udać?

ROZDZIAŁ 6

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

Dostępne w wersji pełnej.

PONIEDZIAŁEK

ROZDZIAŁ 8

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 9

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 10

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 11

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 12

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 13

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 14

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 15

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 16

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 17

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 18

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 19

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 20

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 21

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 22

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 23

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 24

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 25

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 26

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 27

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 28

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 29

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 30

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 31

Dostępne w wersji pełnej.

WTOREK

ROZDZIAŁ 32

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 33

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 34

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 35

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 36

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 37

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 38

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 39

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 40

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 41

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 42

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 43

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 44

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 45

Dostępne w wersji pełnej.

ŚRODA

ROZDZIAŁ 46

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 47

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 48

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 49

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 50

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 51

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 52

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 53

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 54

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 55

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 56

Kathryn z ulgą wygrzebała się z SUV-a i odetchnęła przyjemnym, żywicznym powietrzem. Mdłości po szalonej jeździe nadal trwały, ale stały się słabsze.

Harutyun podszedł do drzwi i wystukał szyfr na klawiaturze. Zapaliło się zielone światełko. Wszedł do środka i dezaktywował kolejny system alarmowy. Włączył światło, ukazując funkcjonalne anonimowe wnętrze: brązowa kudłata wykładzina, poplamione zdjęcia w tanich plastikowych ramkach, lampy we włoskim stylu i meble ze zbędnymi żaluzjami. Jak chatka do wynajęcia w narciarskiej miejscowości. Brakowało tylko wypchanego niedźwiedzia albo głowy jelenia.

Budynek był duży. Miał jakieś cztery czy pięć sypialni i kilka gabinetów poza salonem i kuchnią. Dance wymieniła się numerami komórek z Timem Raymondem, który został na dworze. Harutyun zamknął drzwi, aktywował system i obszedł dom, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Towarzyszył mu Simesky. Kilka minut później Raymond zadzwonił do Dance i oznajmił, że teren wokół jest czysty.

Agentka rozejrzała się po surowym wnętrzu i spojrzała na Davisa, który teraz, gdy jego żona była bezpieczna, był tylko zirytowany, że ta sprawa odciąga go od kampanii i obowiązków kongresmana. Miał wkrótce spotkać się z robotnikami z farmy, ale najwyraźniej do tego nie dojdzie.

– Muszę przyznać, że to mnie wkurza. – Usiadł i potarł oczy, a potem zaczął przewijać ekran iPhone'a.

Wrócili Simesky i Harutyun.

– Wszystko gra. Okno i drzwi zamknięte, alarm włączony – powiedział zastępca szeryfa i rozdał wodę w butelkach.

– Dzięki. – Davis wypił swoją.

Komórka Dance ćwierknęła, zapowiadając nadejście e-maila. Zamiast przeczytać go na małym wyświetlaczu, agentka otworzyła laptopa i weszła do Internetu. Na widok tytułu uśmiechnęła się pod nosem: „Ptasie gówno". E-maila wysłał Lincoln Rhyme, a dotyczył on dodatkowej analizy śladów pochodzących z terenu przed domem Edwina.

W końcu udało mi się wyodrębnić inny ślad w szczawianie amonu. To fosforany i resztki materiału odzwierzęcego. Czyli ptasie gówno. Nie wiem, jakiego konkretnie gatunku. Nie miałem dość ginu, żeby przeprowadzić badanie genomu, ale mogę stwierdzić, że ów ptak najprawdopodobniej zamieszkiwał rejon wybrzeża. Podstawą jego diety były ryby. Nie wiem, na co się to przyda. Tu jest cała lista. Nie rozumiem, dlaczego nikt w tym wydziale nie pije.

Załączył całą listę dowodów. Dance przeczytała ją raz jeszcze, z rozbawieniem zauważając, że ktoś – pewnie Amelia Sachs – dodał nowe odkrycie, ale oględniej sformułował jego opis.

ŚRODA. DOM EDWINA SHARPA


  • na zewnątrz:
  • – odcisk buta, prawdopodobnie kowbojskiego, nie można określić rozmiaru ani stwierdzić, czy należał do kobiety, czy mężczyzny
  • – żadnych śladów opon samochodowych
  • – unikatowe materiały śladowe:
    • – tłuszcz trójglicerydowy (smalec)
      • – temperatura topnienia:
        4-14 stopni Celsjusza
      • – ciężar właściwy: 0,91 przy 40,0 C
      • – najprawdopodobniej olej kostny stosowany do konserwacji skórzanego sprzętu sportowego, uprzęży i rzemieni broni
    • – grzyby
      • – najprawdopodobniej używane zamiast nawozów sztucznych
    • – chemikalia: limonit, getyt, kalcyt
      • – najprawdopodobniej skała płonna, produkt uboczny wydobycia i przetwarzania rud metalu
  • – olej mineralny z wapnem siarkowym
    • – najprawdopodobniej organiczny pestycyd
  • – wapno w proszku; suplement leczniczy/odżywczy?
    • – najprawdopodobniej sproszkowane ludzkie kości
  • – szczawian amonu
  • – najprawdopodobniej ptasie ekskrementy, zapewne z okolicy wybrzeża

  • wewnątrz:
  • – lateksowe rękawiczki, inne od tych znalezionych w miejscu zabójstwa Prescotta
  • – domowe środki czystości (do usunięcia śladów?)
  • – brak papierosów, zapalniczek, zapałek i zapachu dymu tytoniowego

Potem przeczytała listę jeszcze kilka razy. A potem: od A do B, od B do Z… Zamknęła oczy i pozwoliła sobie na swobodny lot myśli. Weszła na stronę internetową, którą sprawdzali wcześniej i na której znalazła się pogróżka pod adresem Davisa. Przejrzała posty.

– Jakaś informacja na temat Edwina? – spytał Harutyun.

– Może – mruknęła z roztargnieniem.

Simesky westchnął.

– Czy ten facet wie, że jeśli zabije kongresmana, zostanie aresztowany i zgodnie z prawem tego stanu skazany na śmierć?

– To nie ma dla niego znaczenia – wyjaśniła, nie odrywając oczu od ekranu. Po chwili zerknęła na Davisa. – Zabijając go, odda jej cześć.

Kongresman roześmiał się gorzko.

– Czyli jestem kozłem ofiarnym, którego on darowuje swojej bogini.

Całkiem trafne, pomyślała Dance i wróciła do czytania.

ROZDZIAŁ 57

Planuj swoje działanie i działaj zgodnie z planem. Analityczny umysł Petera Simesky'ego nadal obliczał, na ile szybko posuwa się jego plan. Ogólnie mówiąc, wszystko rozwijało się zgodnie z tym, nad czym pracował z Myrą Babbage od dziesięciu miesięcy. Teraz stał w gabinecie za salonem, przeglądając wiadomości na jednym ze swoich anonimowych i niemożliwych do wykrycia kont. Zerknął na salon, w którym siedziała ta irytująco inteligentna Kathryn Dance, kongresman Davis i zastępca szeryfa Dennis Harutyun. Oglądali w telewizji jakiś mecz. Davis nie był zadowolony, ale nie wyglądał na szczególnie przestraszonego.

Simesky odwrócił się i poszedł do kuchni na tyłach domu. Plan… Jego cel przedstawiał się całkiem prosto: wyeliminować zdrajcę kraju kongresmana Williama Garretta Davisa, polityka gotowego sprzedać swój kraj ludziom, który nie mieli tu prawa wstępu, którzy go wykorzystywali, którzy gardzili amerykańskimi ideałami, ale chętnie okradali ten wspaniały naród. Trudno mu było udawać podziw i niegasnące oddanie dla Davisa, żeby zdobyć zajęcie w jego sztabie, a potem znaleźć się w grupce jego najbardziej zaufanych współpracowników. Ale udało mu się i dał z siebie wszystko. Poświęcił Davisowi więcej godzin niż ktokolwiek z jego zespołu, żeby zdobyć informacje, jakich potrzebował, aby pokrzyżować szyki zdrajcy.

Jakiś rok temu, kiedy popularność Davisa zaczęła rosnąć, Simesky pracował w jego sztabie w Teksasie z filiami w Waszyngtonie, Nowym Jorku, Chicago i Los Angeles. Był to nieformalny związek bogatych biznesmenów ze środkowego zachodu i południa, prezesów firm, organizacji typu non profit i nawet kilku uniwersytetów. Grupę tę tworzyli niemal wyłącznie mężczyźni, nawiasem mówiąc, biali. Nie miała ona oficjalnej nazwy, lecz nieoficjalnie posługiwała się tą, którą wymyślił dla niej jakiś liberalny dziennikarz z piekła rodem. Określił ich pogardliwie Klucznikami, ponieważ według niego wierzyli, że posiadają klucz do rozwiązania wszystkich problemów kraju.

Ta nazwa ich zachwyciła. Klucznicy przeznaczyli ogromne sumy na wsparcie tych kandydatów, którzy ich zdaniem wyznawali właściwe ideały: ograniczenie władzy rządu federalnego, podatków, minimalne uczestnictwo w światowej polityce i, co najważniejsze, eliminacja dosłownie wszystkich imigrantów. Co dziwne, Klucznicy nie mieli cierpliwości wobec tego, co według nich było trwonieniem czasu i dowodziło prostactwa umysłowego, jak religijna prawica i wszyscy protestujący przeciwko aborcji i homoseksualizmowi. Nie, dla Kluczników liczyły się tylko dwa problemy: socjalizm zagrażający amerykańskiej niezależności i skażenie czystej krwi mieszkańców kraju za sprawą imigrantów. Tacy przywódcy jak Bill Davis mogli szybko doprowadzić kraj do bankructwa i moralnego rozkładu.

Generalnie Klucznicy zapewniali finansowe wsparcie dla kandydatów, reklamę, organizację kampanii dezinformacyjnych przeciwko zdradzieckim politykom i dziennikarzom, rzucanie pomówień, snucie intryg. Ale czasem sytuacja wymagała czegoś więcej. I właśnie wtedy do Petera Simesky'ego zadzwonił ktoś, by poprosić go o pomoc w szczególnie ważnej sprawie. Dowolnymi środkami.

Klucznicy wiedzieli, że bez względu na zadanie Simesky zawsze obmyśli skuteczny i ostrożny plan. Teraz śmierć oczerniającego ich liberalnego dziennikarza będzie wyglądać na całkiem przypadkową i wszystko będzie wskazywać, iż działacz ekologiczny popełnił samobójstwo, a skłonny do reform kongresman został zabity przez stalkera obłąkanego przez miłość do sławnej wokalistki.

Lecz te sprytne plany często wymagały kozła ofiarnego.

Witaj więc, Edwinie.

Wykorzystanie stalkera przyszło mu do głowy zimą, kiedy wraz z Myrą Babbage – swoją biznesową i czasem seksualną partnerką – przeniknęli w szeregi Davisa. Robiąc jak zwykle dokładne rozpoznanie, Peter Simesky dowiedział się, że Davis jest wiernym fanem Kayleigh Towne i wykorzystywał nawet piosenkę tej suki na swoich mityngach i w reklamach kampanii. Potem przejrzał strony dotyczące Kayleigh i dowiedział się o istnieniu opętanego obsesją jej fana Edwina Sharpa, który zamieszczał setki komentarzy o piosenkarce i był określany przez innych jako świr.

Idealnie.

Klucznicy mieli znaczne środki i wystarczył jeden dzień, żeby dotrzeć do właścicieli serwerów z kontami e-mailowymi Kayleigh Towne i Edwina. Niestety, listy i posty chłopaka nie zawierały nic szczególnie niepokojącego. Ale najwyraźniej był niespełna rozumu i niepokojąco nachalny – i to wystarczyło. Simesky i Myra wysyłali do Edwina e-maile, podszywając się pod Kayleigh. Pisali w nich, że cieszy ją jego uczucie, a nawet sugerowali, że mogłaby się z nim spotkać. Musiała jednak zachować ostrożność i udawać obojętność – w przeciwnym razie jej ojciec narobiłby strasznych problemów. „Wykasuj wszystkie moje e-maile i spal moje listy. Musisz, Edwinie. Bardzo się boję ojca!" Z wiadomości tych wynikało także, że bez względu na to, co powie publicznie, cieszy ją, że zobaczy go na piątkowym koncercie. Jeśli to możliwe, chciałaby się też z nim spotkać później. Sam na sam, jeśli się zgodzi. „Edwinie, myślałam o tobie w nocy. Wiesz, że dziewczyny też mają takie myśli…" – ten tekst wymyśliła Myra Babbage. A Edwin zrobił dokładnie to, o co im chodziło – wkroczył do Fresno w pełnej krasie swojego obłędu, o wiele bardziej niebezpieczny, niż się spodziewali.

Razem z Myrą Babbage obserwowali wynajęty przez niego dom we Fresno. Chcieli poznać rozkład dnia chłopaka i ukraść dowody, które podłożą w miejscu zabójstwa Davisa. Dziś nadeszła pora działania. Myra zadzwoniła do Edwina, podając się za asystentkę Kayleigh. Wyjaśniła, że piosenkarka chce się z nim spotkać, ale musi być bardzo ostrożna. Powinien iść do centrum handlowego i zgubić policję, a potem czekać na rampie towarowej.

Myra przejechała obok niego i pomachała mu, a ten biedny idiota wskoczył do skradzionego SUV-a. Kiedy się odwrócił, żeby zapiąć pas, poraziła go paralizatorem i zrobiła mu zastrzyk usypiający, po czym zakleiła mu usta taśmą. Potem weszła do centrum handlowego i w Java Hut napisała post stwierdzający, że ktoś ma zamiar na zawsze wyryć się w pamięci Kayleigh. Z kontekstu jasno wynikało, że ofiarą będzie Bill Davis. A teraz wiozła półprzytomnego Edwina Sharpa do strzeżonego domu.

Za kilka minut plan zostanie wykonany: Myra przybędzie na miejsce, uśmiechnie się do ochroniarza Tima Raymonda i zastrzeli go ze swojego pistoletu. Jednocześnie Simesky wejdzie do salonu i zabije kongresmana oraz pozostałych. Potem wspólnie z Myrą zaciągnie Edwina do pokoju, strzeli mu w głowę z broni Harutyuna i oprószy rękę stalkera prochem.

Następnie zadzwoni, spanikowany, na policję, błagając o pomoc i karetkę. Powie, że wyrwał broń stalkerowi, którego zastrzelił.

Planuj swoje działanie i działaj zgodnie z planem…

Ale czasem następują nieprzewidziane zmiany.

Kathryn Dance. Jej obecność może uwiarygodnić jedną niepokojącą go sprawę – fakt, iż tylko on i Myra przeżyli. Bo jeśli Dance także ocaleje, wszystko będzie się przedstawiać o wiele bardziej prawdopodobnie. Choć oczywiście będzie musiał tak to rozegrać, żeby nie widziała, iż to on był napastnikiem. Dlatego strzeli jej w plecy, paraliżując ją, lecz nie zabijając. Potem zabije Davisa i Harutyuna. Kiedy się z tym upora, krzyknie coś w rodzaju: „Edwin! Co robisz! Nie!".

Idealnie byłoby, gdyby Dance zachowała przytomność i usłyszała jego krzyk. Później opowie o tym policji i potwierdzi, że Edwin był jedynym strzelającym. Jeśli straci życie, no cóż, nic wielkiego się nie stanie. W końcu, pomyślał ze złością, mogłaś się ze mną umówić, suko. Co ci zależało?

ROZDZIAŁ 58

Simesky zerknął na rolexa. Zostały trzy minuty.

Myra Babbage powinna już być na podjeździe do strzeżonego domu.

Zbliżył się do salonu. Grube ściany nie przepuszczały szmeru opon, ale mimo odgłosów meczu w telewizji usłyszał głos Dance:

– Co to było? Słyszeliście? Samochód?

– Chyba tak. Czekaj, nie jestem pewien. – Głos należał do Davisa.

Dwa strzały w kręgosłup Kathryn. Dwa w głowę Harutyuna. Dwa w głowę Davisa. Co powinien krzyknąć? „O Boże, to on! Ten stalker!" Czy to brzmi prawdziwie? A może: „Edwin! Jezu, nie!".

Z salonu dobiegł sygnał komórki Davisa.

– Halo… Cześć. Tak, jesteśmy domu. – I do pozostałych: – To Myra. Właśnie przyjechała.

– Ale nie mówiliśmy jej o tym, żeby się upewnić, że nikt jej nie śledzi – zauważył Harutyun.

Dance powiedziała coś o tym, że Edwin bardzo dokładnie sprawdza każdy temat, ale że wydaje się mało prawdopodobne, żeby nawet on znał Myrę, a tym bardziej potrafił ją odnaleźć i śledzić.

Ach, gdybyś tylko wiedziała… Rolex wskazał, że została jedna minuta.

– Nie, proszę nie podchodzić do okna – dodała Dance.

– Wiemy, kto to.

– Mimo to lepiej uważać.

Ukryty w gabinecie Simesky włożył lateksowe rękawiczki, otworzył torbę na laptopa i wyjął pistolet – skradziony. W tym wspaniałym kraju już tak jest, że jeśli chce się mieć niezarejestrowaną broń, można ją dostać bez trudu. Wiedział, że jest załadowana, i umiał się nią posługiwać, ale sprawdził ją ponownie. Już strzelił z niej z dziesięć razy, żeby uzyskać drobinki prochu, pieczołowicie zebrane do foliowej torebki i czekające, by je rozpylić na rękach Edwina.

Dwa strzały, potem dwa i dwa.

– Peter?! – zawołał kongresman.

– Przyjdę za sekundę! – odkrzyknął Simesky. – Ktoś chce kawy?

– Nie, dziękuję – rzucił Davis z roztargnieniem. – Myra przyjechała.

– Dobrze.

– Kathryn, Dennis? Kawy?

Oboje odmówili.

Simesky przysunął się do drzwi salonu, trzymając się blisko ściany, by zebrani w salonie go nie widzieli. Czekał na strzały Myry.

– Kiedyś zatrzymał się tu prawdziwy prezydent – powiedział Harutyun. – Przyjechał na konferencję z gubernatorem. Musiał coś podpisać, więc nie mogę zdradzić jego nazwiska.

– Mamy zagrać w dwadzieścia pytań? – spytała Dance.

Policjant parsknął śmiechem.

– W zeszłym tygodniu byłem w Camp David – oznajmił Davis. – Nie ma tam takich cudów, jak by się zdawało.

Czy to będą jego ostatnie słowa? I co myśli Edwin Sharp, przeżywając – pewnie w strachu i rozpaczy – ostatnie chwile na tym padole?

– Hej, popatrzcie! – zawołał Davis. – Jaki rzut!

Dźwięki z telewizora stały się głośniejsze. Widownia szalała.

Zerknięcie na rolexa. W tej chwili Myra powinna zacząć strzelać. A on musi stanąć w drzwiach i zrobić to samo. Dwa. Potem znowu dwa i dwa. Edwin, nie! O Boże…!

Wytarł dłonie o spodnie i mocniej ujął pistolet. Teraz!

Ale nie usłyszał żadnych strzałów. Minęła kolejna minuta. Cisza, tylko odgłosy z telewizora i gadanie komentatora.

Co się dzieje? Na czoło Simesky'ego wystąpił pot. I w końcu: strzały na zewnątrz. Z pół tuzina. Sucha kanonada wystrzałów. Mała broń.

Cholera, pomyślał Simesky. Co się tam dzieje? Zastanowił się nad planem i nad tym, skąd tu nagle te liczne strzały. Czy w okolicy był inny zastępca szeryfa, który przyjechał tu wcześniej? A może jakiś miejscowy policjant przypadkiem zauważył uzbrojoną kobietę lub związanego Edwina Sharpa?

Wszystko ucichło.

Działaj zgodnie z planem… Czasami nie można, pomyślał Simesky. Czasami trzeba improwizować. Ale w tym celu należy znać fakty.

Tylko że tu nie było faktów.

Postanowił działać mimo to. Ta trójka w salonie pewnie jest zajęta strzelaniną za oknem. Pewnie się kryją, wystraszeni. Dwa, dwa i dwa… Zabić Raymonda, kiedy wpadnie do środka – jeśli jeszcze żyje. Potem posprzątać najlepiej, jak się da. Szkoda Myry. Założył, że już po niej. Ale tu chodziło o ważniejszą sprawę.

Mocno ścisnął broń, przesunął do przodu dźwignię bezpiecznika. Odwrócił się i przekroczył próg salonu, mierząc w miejsce, w którym znajdowali się Harutyun i Dance, dwa największe zagrożenia. Przycisnął spust i nagle znieruchomiał.

Pokój był pusty.

Klawiatura zamka przy drzwiach błyskała na zielono. Ktoś wyłączył alarm, żeby Davis, Dance i Harutyun mogli po cichu wyjść. Co tu się, do cholery, wyrabia?

Zrobił jeszcze kilka kroków. Dopiero teraz zauważył, że boczne okno było uniesione. To tędy uciekli.

Na środku podłogi leżał notes z żółtymi kartkami. Na nim słowa: „spisek, twoje życie zagrożone, zamieszany Simesky, Myra też, może inni, wychodzimy JUŻ boczne okno JUŻ".

O, nie… Kto to mógł zrobić? A potem: Po co w ogóle pytam? Kathryn Dance oczywiście. Zasrana liberalna pańcia z małego miasteczka przechytrzyła jego i Kluczników.

Nie miał pojęcia, jak to zrobiła. Pewnie wezwała SMS-em wsparcie i ostrzegła Raymonda, który strzelił do Myry, ledwie ta wysiadła z samochodu. I mogła…

Za jego plecami rozległ się głos mężczyzny:

– Simesky, rzuć broń i ręce do góry.

Policjant zakradł się przez tylne drzwi. Dance prawdopodobnie pilnowała frontowych. Simesky ocenił sytuację. Doszedł do wniosku, że Harutyun to prostaczek; pewnie nigdy w życiu do nikogo nie strzelał. On sam zaś zabił osiem osób i mimo to zasypiał z czystym sumieniem.

Zerknął za siebie.

– O co panu chodzi? Chcę tylko obronić kongresmana przed zamachowcem. Słyszałem strzały. Nic złego nie zrobiłem! Zwariował pan?

– Nie będę powtarzać. Rzuć broń.

Simesky zastanawiał się gorączkowo: Mam konto na Kajmanach. I prywatne odrzutowce Kluczników tylko czekające na moje wezwanie. Byle przedrzeć się do wyjścia. Odwrócić się i strzelić. Zaskoczę go i spanikuje. Zasrany małomiasteczkowy glina.

Zaczął się odwracać, trzymając broń nisko, jakby nie chciał nikogo przestraszyć.

– Ja tylko…

Usłyszał ogłuszający huk i poczuł palenie w piersi.

Po chwili znowu. Ale tym razem odgłos strzału i uderzenie były o wiele łagodniejsze.

ROZDZIAŁ 59

Oboje nie żyją? – spytała szeryf Anita Gonzalez. – Tak – potwierdził Harutyun. W gabinecie tłoczyło się dziesięć osób. P. K. Madigan wrócił, choć nadal nieoficjalnie, ponieważ to jego informacje pomogły w odkryciu spisku. Zjawił się także rzecznik prasowy hrabstwa. Dance zauważyła, że fakt ten niepomiernie ucieszył Harutyuna – wreszcie ktoś inny miał poprowadzić konferencję prasową, która zapowiadała się na wielkie wydarzenie. Ogromne. Przybyli również Lincoln Rhyme, Thom Reston i Amelia Sachs z Michaelem O'Neilem i Timem Raymondem, ochroniarzem kongresmana. Ze względów bezpieczeństwa kongresman Davis znajdował się na pokładzie swojego prywatnego odrzutowca zmierzającego do Los Angeles.

– Czy z Simeskym i Babbage współpracował ktoś jeszcze? – spytała Anita Gonzalez.

– Na pewno. Ale na razie są... no... byli jedynymi czynnymi uczestnikami spisku. Nasze biuro i Amy Grabe, agentka FBI w San Francisco, szukają ich współpracowników i powiązań.

– Zdaje się, że coś ich łączy z organizacją nazywaną Klucznikami – wtrącił Michael O'Neil. – To jakaś grupa, zajmująca się działalnością polityczną.

– Działalnością polityczną? Zwykłe gnojki – mruknął Madigan, atakując swoje lody. – Świry.

– Ale bogate i z koneksjami – zauważył Lincoln Rhyme.

– Czy któreś powiedziało coś przed śmiercią? – spytała Gonzalez.

– Nie – odezwał się Tim Raymond. – Myra szła w moją stronę, kiedy dostałem SMS-a od agentki Dance, że mam ją traktować jak wroga. – Wzruszył beznamiętnie ramionami. – Uniosłem broń, kiedy znajdowała się jakieś dziesięć metrów ode mnie. Ukrywała pod kurtką czterdziestkę piątkę. Zaczęła strzelać. Wiedziałem, że nie mogę ryzykować. – Był wstrząśnięty, ale nie strzelaniną, jak oceniła Dance, lecz raczej tym, że nie rozpoznał zabójców wśród ludzi udających jego przyjaciół.

– A Simesky nie uwierzył mi, kiedy powiedziałem, że nie będę powtarzać – odezwał się Harutyun.

Wydawał się spokojny jak zawsze, jakby zastrzelenie asystenta kongresmana w ogóle nie zrobiło na nim wrażenia.

– A Edwin? – spytała szeryf.

– Znaleźliśmy go w SUV-ie ukradzionym przez Myrę. Paralizator, którym go obezwładniła, miał dużą siłę rażenia. Ponadto podała mu środek usypiający. Ale lekarz mówi, że nic mu nie będzie.

– Jak się domyśliłaś? – spytał Madigan.

– Nie tylko ja. – Dance skinęła głową w stronę Lincolna Rhyme'a i Amelii Sachs.

– Połączenie różnych spraw – powiedział kryminolog od niechcenia. – Nawiasem mówiąc, ten twój Charlie jest niezły. Nie wypuszczaj go do mnie do Nowego Jorku, bo ci go ukradnę.

– Już mu się to zdarzało – wtrącił Thom Reston, opiekun Rhyme'a, całkiem serio.

Ponieważ kryminolog nie dodał nic więcej, Dance wzięła na siebie wyjaśnienia:

– Powstały pewne wątpliwości w sprawie tego, co ekipa Charliego znalazła w centrum rozrywki i za domem Edwina, skąd – zgodnie z jego zeznaniami – ktoś go obserwował.

– Tak, Edwin mi o tym mówił – wtrącił Madigan z grymasem. – Ale ja mu nie uwierzyłem.

– Pierwszą były odchody mew – ciągnęła Dance.

– Zdanie brzmiało dokładnie tak, cytuję – poprawił ją Rhyme – „Gówno ptaków najprawdopodobniej zamieszkujących rejony wybrzeża". Nie miejscowych gatunków. Nie mam pojęcia, skąd się tu wzięły ani dokąd się udają. Chodzi mi tylko o to, że prawdopodobnie ostatnio spędziły one nieco czasu na wybrzeżu, gdzie żywiły się oceanicznymi rybami. Następnie zidentyfikowaliśmy również olej i grzyby stosowane na ekologicznych farmach. – Skinienie głowy w stronę Sachs. – Nawiasem mówiąc, ona ma całkiem przyzwoity ogród. Do mnie idea kwiatów nie przemawia, ale pomidory hoduje nawet smaczne.

– Pamiętałam, że kongresman Davis, Simesky i Babbage byli w leżącym na wybrzeżu Monterey, skąd mogli przynieść ślady ptasiego nawozu. I odwiedzili chyba wszystkie ekologiczne farmy od Watsonville aż do Doliny.

– Ale dlaczego doszłaś do wniosku, że to nie Edwin jest zabójcą? – spytał Madigan.

Dance prychnęła śmiechem.

– Przez ptasie gówno. W pewnym sensie. Widzisz, w tytule e-maila Lincoln napisał dokładnie to: „Ptasie gówno". Ale w załączonej liście znalazłam słowo „ekskrementy".

– Sachs – mruknął Rhyme.

– To mi nasunęło myśl o poście, w którym ktoś groził kongresmanowi. Uświadomiłam sobie, że Edwin by tak nie napisał.

– Werbalna kinezyka – powiedział O'Neil.

– Dokładnie.

Pokazała im wpis, który tak ich zaniepokoił.

Czytałem wszystkie twoje posty, o Kayleigh. Twierdzisz, że ją lubisz, że kochasz jej muzykę. A tak, naprawdę, wykorzystujesz ją jak wszyscy inni. Ukradłeś Wyjazd z Domu, żeby się przypodobać Latynosom. Jesteś zasranym chipokrytą.

– To nie jest ton Edwina. Nie widziałam ani nie słyszałam, żeby kiedykolwiek użył wulgarnego słowa. Poza tym są tu błędy: „hipokryta" przez ch i wiele zbędnych przecinków. No i w e-mailach Edwin tytuły piosenek pisał dobrze, posługując się przy tym cudzysłowami. W poście z pogróżkami pod adresem kongresmana Davisa zupełnie zmienił zasady. Jakby stworzył go ktoś, kto uważał, że tak właśnie piszą obłąkani stalkerzy. Potem nawiedziły mnie pewne wątpliwości, które pojawiły się podczas rozmowy z Edwinem. – Dance opowiedziała, jak zrezygnowała z analizy mowy ciała, a w zamian przeprowadziła analizę treści jego słów. – Przyjrzałam się faktom, jakie podawał Edwin. Niektóre z nich były niespójne z naszą wiedzą. Na przykład liczba listów i e-maili otrzymanych od Kayleigh. Ona i jej prawnicy twierdzili, że mogło być około pięciu odpowiedzi – szablonowych. Ale Edwin upierał się, że otrzymał ich więcej… I wspomniał Pike'owi, że były utrzymane w bardzo zachęcającym tonie.

Początkowo sądziłam, że to dowód na jego brak kontaktu z rzeczywistością, ale potem uświadomiłam sobie, że chodzi o coś innego. Widzicie, stalkerzy mogą źle interpretować fakty, ale co do nich samych mają zupełną pewność. Choć Edwin przeinaczył znaczenie listów Kayleigh, na pewno dokładnie wiedział, ile ich otrzymał. Czy to znaczyło, że wysyłał mu je ktoś podający się za dziewczynę? A potem – krzywo się uśmiechnęła do Michaela O'Neila – zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Peter Simesky tak się mną zainteresował. Powiedział, że kongresman chciał mnie zaangażować do swojej kampanii, i może tak było faktycznie. Ale podejrzewam, że tę myśl podsunął Davisowi właśnie on. Dzięki temu mógł sprawdzić, jak nam idzie dochodzenie. Myra także wydawała się bardzo zainteresowana tym, dla kogo pracowałam. A oboje wraz z Davisem przylecieli do San Francisco poprzedniego dnia. Mogli więc wtedy kupić telefony na kartę w Burlingame. To koło lotniska.

– Czyli zabili Bobby'ego i pirata tylko po to, żeby udowodnić, iż Edwin jest do tego zdolny – mruknął Madigan.

– Tak, choć trudno w to uwierzyć. Zabili ich tylko z tego powodu. – Zerknęła na Rhyme'a. – Kiedy dostałam twojego e-maila o ptasich ekskrementach, zaczęłam podejrzewać ludzi z otoczenia Davisa. Napisałam do mojego współpracownika, TJ Scanlona, żeby sprawdził wszystkich z ekipy kongresmana. Byli czyści, a Simesky i Myra aż za bardzo. Prezentowali się jak wymarzeni asystenci polityka, podręcznikowy ideał. I zaczęli pracować w tym samym dniu. Nie można było znaleźć o nich żadnych informacji z wcześniejszego okresu. TJ uznał, że to dziwne, i szukał dopóty, dopóki nie dotarł do powiązań z Klucznikami – przeciwnikami Davisa, którzy ze szczególną zaciekłością zwalczali jego pomysł rozluźnienia przepisów imigracyjnych. Postanowiłam więc dmuchać na zimne i wyszliśmy przez okno w chwili, gdy Myra przybyła na miejsce i podeszła do Tima. – Skinienie głowy w stronę Raymonda. – Wiemy, co było dalej.

P. K. Madigan wskazał łyżką mężczyznę w wózku inwalidzkim.

– Pan na pewno nie chce lodów?

– Mam inne używki – odpowiedział kryminolog.

Do biura szeryfa weszła Crystal Stanning.

– Właśnie znaleźliśmy dobrą samarytankę.

– Kogo? – rzucił niecierpliwie Madigan. Najwyraźniej zapomniał, że jest cywilem.

– Kobietę, która wskazała Edwinowi drogę.

Ach… Pani Alibi.

– Edwin mówił prawdę. Widziała go w tym samym czasie, gdy zaatakowano Sheri Towne. Rozpoznała go na zdjęciu.

Madigan westchnął.

– No cóż, chłopcy i dziewczęta, pomyliliśmy się. Sprowadźcie tu Sharpa. Przeproszę go.

Po chwili do gabinetu wszedł trochę rozkojarzony Edwin. Był oszołomiony i rozczochrany, choć Rhyme od razu go zafascynował.

Gonzalez wyjaśniła, co zaszło – wyjawiając także, że większość e-maili, które dostał od Kayleigh, nie pochodziła od niej. Edwin pobladł.

– Nie ona je wysłała?

Przez chwilę trwało ciężkie milczenie. Przerwała je Dance.

– Wysłała kilka, ale… przykro mi, Edwinie, te szablonowe. Takie jak do wszystkich.

Edwin schował ręce do kieszeni dżinsów.

– Gdybym wiedział, nigdy bym… No, wiecie, nie myślał o niej w ten sposób. Tylko się zastanówcie… Jeśli ktoś tak piękny, zdolny i sławny jak ona mówi, że się mną interesuje, że wiele dla niej znaczę… Co mogłem pomyśleć?

– Rozumiem – powiedziała Dance życzliwie.

– Ja też przepraszam, synu – odezwał się Madigan.

Edwin przez chwilę milczał, znowu przyglądając się wózkowi.

– Czyli.… nie jestem o nic podejrzany?

– Nie – oświadczył Harutyun.

Chłopak skinął głową i spojrzał na Madigana.

– W takim razie zapomnę o tej skardze na pana i zastępcę Lopeza. Robiłem tylko to, co musiałem. Jakby w samoobronie, rozumie pan.

– Rozumiem i dobrze zrobiłeś. Faktem jest, że kiedy idzie o Kayleigh, wszyscy robimy się trochę zbyt gorliwi.

– Chciałbym już iść. Mogę?

– Jasne, synu. Jutro albo później spiszemy twoje oświadczenie w sprawie tego, co się wydarzyło. Opowiesz o tym porwaniu. Teraz ktoś cię odwiezie do domu. Nie jesteś w stanie prowadzić. Jutro odbierzesz samochód.

– Dziękuję.

Sharp wyszedł – zgarbiony, ze spuszczoną głową. Choć zwykle niełatwo było odczytać mowę jego ciała, tym razem Dance zobaczyła w jego postawie autentyczny smutek.

ROZDZIAŁ 60

Lincoln Rhyme zbliżał się do tylnych drzwi biura szeryfa. Towarzyszyli mu Kathryn Dance i Michael O'Neil. – Pora na kawę – oznajmił Thom swojemu szefowi. – Ja nie prowadzę – prychnął Rhyme. – Mogę pić. – Ale przewożenie w pojeździe otwartych pojemników z alkoholem jest tak czy siak zabronione.

– Nie jest otwarty – warknął Rhyme. – Mój kieliszek ma przykrywkę.

– Oczywiście możemy tu stać i dyskutować, ale im później wyjedziemy, tym później dotrzemy do baru w San Jose – zauważył rozsądnie opiekun.

Rhyme prychnął, ale rozpogodził się, żegnając z policjantami. Płynnym ruchem uniósł sprawną prawą rękę i uścisnął dłoń Dance. Agentka pocałowała go w policzek, a potem uścisnęła Sachs.

– Widzimy się w niedzielę – zapowiedział O'Neil. – Przywiozę dzieci. – Zerknął na Sachs. – Jeśli cię to interesuje, właśnie dostaliśmy nowy H&K MP7.

– Małe pociski.

– Właśnie. Mniejsze niż w BB, kaliber siedemnaście. Wybierzesz się w poniedziałek na strzelnicę?

– No pewnie – zgodziła się Sachs entuzjastycznie.

– Kathryn?

– Nie, ja dziękuję. Posiedzę z Lincolnem i Thomem.

I z Jonem Bolingiem? – pomyślała, ale nawet tego nie mogła być pewna.

Trójka z Nowego Jorku wyszła. O'Neil także się pożegnał. Dance odprowadziła go na dwór, w duszny żar.

– Spieszy ci się z powrotem? – spytała nieoczekiwanie dla samej siebie. Liczyła na to, że zjedzą kolację we dwoje.

Cisza. Widziała, że on też chce zostać, ale po chwili pokręcił głową.

– Anne przyjeżdża z San Francisco po rzeczy. Muszę tam być. – Odwrócił wzrok. – A dokumenty będą gotowe na jutro. Ugoda.

– Tak szybko?

– Nie chciała dużo.

Kobieta, która zdradza męża i porzuca dzieci, nie ma chyba prawa żądać zbyt wiele, pomyślała Dance.

– Radzisz sobie?

– Jestem smutny i wkurzony, martwię się o dzieci, ale czuję też ulgę.

Nigdy jeszcze nie słyszała od niego tak długiego zwierzenia. Przez chwilę milczeli. Potem O'Neil uśmiechnął się do niej.

– No dobrze, to już idę.

Ale zanim się odwrócił, Dance bez zastanowienia przyciągnęła go do siebie i gwałtownie pocałowała w usta.

Nie, nie! – pomyślała. Co ty, do cholery, wyprawiasz? Cofnij się. Ale wtedy i on objął ją i pocałował równie mocno. W końcu trochę odpuścił i znowu ją pocałował, a ona uścisnęła go. Podniosła wzrok. Spodziewała się nieprzeniknionej miny, ale O'Neil spojrzał jej prosto w oczy, a ona odpowiedziała tym samym. Uśmiechnęli się do siebie.

O, rety! Co ja narobiłam? Pocałowałam mężczyznę, którego naprawdę kocham, pomyślała i to niespodziewane stwierdzenie ogłuszyło ją bardziej niż sam pocałunek.

Potem O'Neil wsiadł do samochodu.

– Zadzwonię, kiedy dojadę na miejsce. Do zobaczenia w niedzielę.

– Jedź ostrożnie – powiedziała, choć tak drażniło ją to zdanie, kiedy była nastolatką, a rodzice powtarzali je do znudzenia, jakby bez ich rad miała się roztrzaskać na najbliższym drzewie. Ale od kiedy straciła męża w wypadku, nie potrafiła się przed tym powstrzymać. O'Neil zamknął drzwi, znowu na nią spojrzał i położył dłoń na szybie. Dance zrobiła to samo.

O'Neil ruszył i opuścił parking.


– No to już szczyt – powiedział Bishop Towne, popijając mleko na ganku w towarzystwie Dance i córki.

– Właśnie – potwierdziła agentka. – Edwin był niewinny. Nikogo nie zabił. Został wrobiony.

– Ale to gnojek.

– Tato…

– Mały gnojek i nie obraziłbym się, gdyby go za coś wsadzili. Ale dobrze wiedzieć, że przestał rozrabiać. – Muzyk spojrzał na Dance. – Bo przestał, tak?

– Tak sądzę. Jest tylko smutny, że to nie Kayleigh wysłała mu te osobiste e-maile i listy.

– Powinniśmy pozwać tych sukinsynów – oznajmił Bishop. – Klucznicy? O co im w ogóle chodzi?

– Tato, no naprawdę. Przestań. – Kayleigh skinęła głową w stronę w kuchni, gdzie Suellyn i Mary-Gordon pomagały Sheri piec coś pachnącego wanilią. Ale chrapliwy głos Bishopa pewnie do nich nie dotarł. – Nie zamierzam nikogo pozywać. Nie potrzebujemy takiej reklamy.

– Ale będziemy ją mieli. Chcemy tego czy nie. Pogadam z Sheri, jak to wykorzystać. – Ojciec poklepał dziewczynę po ramieniu. – No, ale spójrz na to z tej strony: bandyci zginęli, Edwin zniknął z horyzontu... Koniec gadania o odwołaniu koncertu. A skoro o tym mowa, znowu myślałem nad porządkiem piosenek i chyba musimy przesunąć „Wyjazd z domu" na koniec. Wszyscy chcą go usłyszeć, więc najlepiej by było dać go na bis. I zorganizuję chór dziecięcy, żeby zaśpiewał ostatnią zwrotkę po hiszpańsku.

Dance zauważyła, że ramiona Kayleigh spinają się nerwowo. Najwyraźniej sam fakt, że zabójcy zostali unieszkodliwieni, a Edwin odsunięty, nie oznaczał, że odzyskała już równowagę psychiczną konieczną, by wystąpić. Ale już po chwili młoda kobieta lekko się zgarbiła, co oznaczało kapitulację.

– Jasne, tato. Jasne.

Nastrój szybko się zmienił, ale Bishop Towne, kompletnie obojętny na takie subtelności, wstał ciężko jak bawół wynurzający się z rzeki i poszedł do domu.

– Hej, M-G! Co tam pieczecie?

Kayleigh spojrzała za nim ponuro, a Dance wykorzystała okazję, by sięgnąć do torebki i podać dziewczynie kopertę z listem Bobby'ego i kopią dokumentów adopcyjnych. Piosenkarka znieruchomiała.

– Znaleźliśmy to w trakcie dochodzenia – powiedziała cicho agentka. – Tylko ja wiem. Zrób z tym, co chcesz.

– Co…?

– Zobaczysz.

Dziewczyna zacisnęła palce na cienkiej kopercie, jakby ważyła kilka kilo. Najwyraźniej wiedziała, co zawiera.

– Musisz zrozumieć… Ja…

Dance przytuliła ją szybko.

– To nie moja sprawa – szepnęła. – Teraz wrócę do motelu. Muszę podyktować raport.

Kayleigh schowała kopertę do kieszeni, podziękowała Kathryn za wszystko i schowała się w środku.

Dance podeszła do swojego SUV-a i przypadkiem jeszcze raz spojrzała na dom. Przez okno kuchenne dostrzegła Suellyn i Sheri, zaglądające razem do książki kucharskiej. Kayleigh przysiadła na stołku i wzięła Mary-Gordon na kolana. Nie musiała się uciekać do wiedzy o mowie ciała, żeby wywnioskować z rozbawionego wiercenia się dziewczynki, że uścisk był szczególnie mocny.

Jadąc długim ciemnym podjazdem, nie myślała o klanie Towne'ów, ale o potencjalnej katastrofie, ku jakiej zmierzało jej życie osobiste. Pomyślała o pocałunku z O'Neilem i poczuła drgnienie w brzuchu – radość i niepokój wymieszane w równych proporcjach.

Przewinęła playlistę na swoim iPodzie, żeby znaleźć piosenkę, o której właśnie sobie przypomniała. Napisała ją Kayleigh, co nie powinno dziwić. Czy to miłość, czy nie? Z głośników pathfindera popłynęły słowa.

Czy to noc, czy to dzień? Czy to zachód, czy wschód?

Czy to dobrze, czy źle? Czy to sytość, czy głód?

Chcę usłyszeć odpowiedź. Kto mi zechce ją dać?

Czy ktoś powie mi prawdę? Tak bym chciała ją znać…

Nic już nie wiem, naprawdę. Może jest ktoś, kto wie:

Czy to coś, czy to nic? Czy to miłość, czy nie?

CZWARTEK

ROZDZIAŁ 61

Gracias, señora Dance. – De nada. Stojąca w garażu Jose Villalobosa Dance wyłączyła cyfrowy sprzęt i zaczęła pakować kable i mikrofony. Spędziła ten dzień nie jako agentka, lecz jako dźwiękowiec i producent, a Los Trabajadores właśnie zagrali ostatnią piosenkę – son huasteco, w tradycyjnym stylu z północnowschodniego Meksyku, z jaraną, ośmiostrunowym, podobnym do gitary instrumentem, i skrzypcami. Żylasty i pochodzący z Juarez czterdziestolatek grał na nich jak szatan, odważając się nawet na improwizacje Stéphane Grappellego z Hot Club de France. Dance z zachwytem słuchała tej dziwacznej, hipnotyzującej muzyki i musiała się powstrzymywać, by nie klaskać do taktu tej szybkiej, porywającej melodii.

Teraz, gdy minęła siedemnasta, wypiła piwo Tecate z zespołem i wróciła do pathfindera. Usłyszała świergot komórki. Na ekranie wyświetlił się SMS od Madigana, który pytał, czy mogłaby przejrzeć podyktowany przez nią wczoraj wieczorem raport o sprawie Petera Simesky'ego i Myry Babbage. Zastanawiała się przez chwilę. Była bardzo zmęczona, ale uznała, że chce to mieć za sobą. Przesunęła ekran iPhone'a i zauważyła nieodebrane połączenie. Jon Boling.

Zastanawiała się przez chwilę nad kryzysem San Diego, jak zaczęła go nazywać, i w pierwszym odruchu pomyślała o pocałunku z Michaelem O'Neilem.

Nie mogę powiedzieć Jonowi, podszepnął jej umysł. A palec wybrał: „Oddzwoń".

Pikanie wybieranych cyfr. A potem… poczta głosowa. Rozłączyła się – z rozczarowaniem, złością i ulgą – nie zostawiając wiadomości. To byłby dobry tytuł na piosenkę: „Przełączona na pocztę głosową".

Pół godziny później dotarła do biura szeryfa. A ponieważ wcześniej została oficjalnie jego honorowym zastępcą, minęła dyspozytora i ochronę bez żadnych problemów. Kilku policjantów, których po drodze spotkała, pomachało do niej przyjaźnie. Weszła do biura Madigana. Dowódca wydziału odzyskał swoją funkcję, bo Edwin dość szybko wycofał skargę.

– A posypka? – spytała, siadając na sfatygowanej sofie i spoglądając na papierowy kubeczek, nad którym entuzjastycznie pracował Madigan.

– Co?

– Nie używasz? Ani bitej śmietany czy syropu?

– Nie, tylko zepsułyby smak. No i to marnotrawstwo kalorii. Jak rożki. Kiedyś wyłożę ci moją teorię na temat lodów. Filozoficzną. Robisz je czasem?

– Lody?

– Tak.

– Świat dzieli się na tych, którzy sami robią lody, jogurt, makaron i chleb, i tych, którzy je kupują. Ja kupuję.

– Ja też. To dla ciebie.

Podał jej drugi kubeczek. Śmietankowe z kawałkami czekolady. I metalowa łyżeczka.

– Nie, ja…

– Za szybko odmówiłaś – burknął Madigan. – Chcesz zjeść lody. Wiesz to.

To prawda. Przyjęła je i zjadła kilka sporych łyżek. Śmietankowa masa była smaczna, rozpływała się w ustach.

– Dobre.

– No pewnie, że dobre. To lody. Oto oświadczenie. Przejrzyj i daj mi znać, co sądzisz. – Przesunął w jej stronę dokumenty.

Zaczęła czytać.

Crystal Stanning przepisała tekst z nagrania dość wiernie. Dance rozwinęła kilka myśli. Potem je znowu skróciła.

Nawet o tej porze upał przenikał przez ściany budynku. Cholera, pomyślała. Pójdę do supermarketu, kupię kostium kąpielowy i będę się pławić w motelowym basenie, aż cała się pomarszczę. Przeciągnęła się i wstała. Już miała się pożegnać z dowódcą, kiedy zadzwonił telefon na jego biurku. Madigan wcisnął klawisz głośnika.

– Tak?

Dance skończyła lody. Zastanowiła się, czy nie poprosić o więcej, ale się rozmyśliła. No pewnie, że dobre. To lody…

– Cześć, szefie, tu Miguel. Lopez.

– Pracowałeś dla mnie cztery lata. Znam twój głos – warknął Madigan, przyglądając się wnętrzu własnego kubka. Może obliczał, ile łyżek mu zostało? – Co tam?

– Coś śmiesznego.

– Powiesz w końcu czy nie?

– Słuchasz czasem KDHT?

– Radia? Czasem. Do rzeczy. O co chodzi?

– No, dobrze… Słuchałem go w drodze do domu, no i mają tam taką audycję, co ludzie do niej dzwonią. „Wieczór z Bevo".

– Lopez!

– Dobra, dobra. No więc to taki DJ, co puszcza zamówione piosenki. No i jakieś pięć minut temu słuchacz zażyczył sobie piosenki. Ale tylko części. Piosenki Kayleigh.

Dance zamarła.

– I? – warknął Madigan.

– Prośba nadeszła w e-mailu podpisanym „Fan Kayleigh". Chodziło o „Twój cień", ostatnią zwrotkę. Ten DJ uznał, że to dziwne, że tylko jedna zwrotka, i puścił całą piosenkę. Ale ja zacząłem się zastanawiać…

– Chryste – szepnęła Dance. – Nikt nie odtworzył czwartej zwrotki, żeby zapowiedzieć zabójstwo kongresmana Davisa!

Przypomniała sobie pytanie Lincolna Rhyme'a o to, czy zabójca zaczął od telefonów, a potem przerzucił się na inne metody, jak dzwonienie do programów radiowych.

– Jasna cholera – pokręcił głową Madigan. Spytał Lopeza, czy w e-mailu było coś jeszcze.

– Nie, tylko to.

Rozłączył się bez pożegnania i natychmiast zadzwonił do stacji radiowej, żądając połączenia ze studiem. Powiedział prowadzącemu, że to sprawa kryminalna, i poprosił o przesłanie e-maila. Czekając, mruknął pod nosem:

– Cholera… Nadal szukamy powiązania Simesky'ego i Myry Babbage z innymi zabójstwami – Bobby'ego i Blantona – a także z atakiem na Sheri Towne. Ale na razie nic nie znaleźliśmy.

Po chwili na ekranie komputera pojawiło się powiadomienie o nowym e-mailu. Wiadomość, którą przesłano do studia z adresu składającego się z przypadkowych liter i cyfr, rzeczywiście zawierała tylko treść przedstawioną przez Lopeza. Madigan zadzwonił do wydziału przestępstw komputerowych i przekazał im list. Po chwili uzyskał potwierdzenie, że to anonimowe darmowe konto, a wiadomość nadano z hotelu w Tower District.

– Dajcie mi listę jego gości – rzucił Madigan.

Dance zmarszczyła brwi.

– To na nic. Może tylko po prostu skorzystał z sieci w lobby albo nawet na parkingu. Pewnie ma jakiś związek z tą okolicą, ale nie z hotelem.

– Myślisz, że spisek na życie kongresmana przypadkiem zbiegł się z pojawieniem się stalkera? I że ten stalker naprawdę istnieje?

– Wiemy, że nie jest nim Edwin. Ma alibi. I to nie musi być stalker, ale ktokolwiek, kto usiłował wrobić Edwina… – Pokręciła głową. – Ale może te wszystkie osoby miały tylko wprowadzić schemat, a prawdziwą ofiarą będzie dopiero ta następna.

– Cholera. Jak mogliśmy tego nie zauważyć? Ale kto ma być nową ofiarą? Jak brzmi czwarta zwrotka?

Znów szczęśliwe dni płyną, uśmiechasz się znowu./ Lecz nieszczęście cię znajdzie i w bezpiecznym domu./ Nic się w życiu nie będzie idealnie toczyć./ Nie zachowasz czujności od rana do nocy – przypomniała Dance.

Madigan westchnął.

– Zabije kogoś w ich domu. Tak jak w poprzedniej zwrotce. Nie bardzo pomocne, cholera.

– Jest wzmianka o „płynięciu". Znowu rzeka, basen, jakiś inny zbiornik wodny?

– Nie mam pojęcia. Mamy tu z dziesięć jezior, ale żadnego dużego w okolicach miasta. Setki kilometrów linii brzegowej. I pewnie z tysiąc basenów. Więcej.

– No, dobrze, ale może jest jakiś związek z Tower District. Musimy bardziej zawęzić możliwości. – Dance zastanawiała się przez chwilę. – Wiesz, istnieje pewien dowód, znaleziony przez ekipę Charliego, na który nie zwróciliśmy uwagi, bo mieliśmy dość roboty z zastanawianiem się, co knuje Simesky z Myrą.

Madigan zadzwonił do Charliego Sheana i porozmawiał z nim, robiąc notatki.

– Nie zastanawialiśmy się nad skałą płonną… Tym produktem ubocznym nie wiem czego. I sproszkowanymi ludzkimi kośćmi. I marlboro. Simesky lub Myra palili?

– Nie widziałam.

Dowódca zerknął w notatki.

– Ponadto ślad buta z bardzo wąskim noskiem. I olej kostny – ten do pielęgnacji rękawic baseballowych. Może przedwcześnie zmarły Peter Simesky grał w faszystowskiej lidze softballa.

Od A do B, od B do Z… Dance przechyliła głowę.

– Ten olej ma jeszcze inne zastosowanie…

ROZDZIAŁ 62

W końcu Kayleigh Towne wróciła do własnego domu, swojego zacisza. Nawet jeśli tylko na kilka godzin. Alicia poprosiła w SMS-ie o spotkanie w sprawach związanych z koncertem, ale nie chciała przyjeżdżać do domu Bishopa. Rozumiem cię dobrze, siostro.

Więc kiedy zaproponowała dom Kayleigh, ta natychmiast się zgodziła. Odwiózł ją Darthur Morgan, który potem przesiadł się do własnego samochodu i pożegnał się z dziewczyną.

– Powiem pani, dobrze się z panią pracowało.

– Ciągle „pani". Po tym wszystkim, co przeżyliśmy?

– Tak jest, pani Kayleigh. – I mężczyzna uśmiechnął się chyba po raz pierwszy, odkąd się poznali.

Kayleigh roześmiała się i przytuliła do niego, na co zareagował niezręcznie, lecz z humorem. Potem odjechał i zostawił piosenkarkę samą. Ale ulga, jaką poczuła na wieść, że Edwin nie jest niebezpiecznym stalkerem, zaczęła się rozwiewać. Zamiast niej pojawił się niepokój niemający nic wspólnego z wypadkami z ostatnich dni i tymi strasznymi ludźmi, którzy posłużyli się nią, żeby zabić kongresmana. Nie, był to raczej dyskomfort wynikający z bliższych jej spraw. „No, ale spójrz na to z tej strony: bandyci zginęli, Edwin zniknął z horyzontu... Koniec gadania o odwołaniu koncertu…"

Dlaczego nie mogła odmówić? Dlaczego tylko prosiła ojca, żeby odwołał występ? Nie rozumiał, że to nie ze strachu przed niebezpieczeństwem? Nawet nie z powodu śmierci Bobby'ego czy wypadku Sheri… Po prostu zwyczajnie nie chciała wychodzić na scenę.

Nie jestem superkobietą, tato. Twoje marzenia nie są moimi.

Dlaczego ojciec tego nie dostrzegał? Cała ta branża była jak ogromny buldożer sunący ciągle przed siebie. Co z tego, że coś zniszczył – życie Bobby'ego, radość Kayleigh? Nie można go było zatrzymać.

Nie, oczywiście Bishop Towne tego nie rozumiał. Myślał tylko o tym, że Kayleigh musi zarabiać, utrzymywać pracowników i rodzinę, karmić łapczywych fanów, zadowalać wytwórnię i sponsorów... Podejrzewała, że ma także utrzymywać przy życiu jego legendę – nawet wśród młodszych ludzi, którzy nigdy nie słyszeli go na żywo. Co tam! Nigdy nie słyszeli o nim. I niech diabli wezmą spokój jego córki. Niech diabli wezmą wszystko, co dla niej najważniejsze – czyli ciche życie.

Hm, pomyślała. „Ciche życie". Niezły tytuł na piosenkę. Zapisała go wraz z kilkoma zdaniami. Potem spojrzała na zegarek. Alicia miała się zjawić w domu za pół godziny. Kayleigh poszła na górę do swojego pokoju.

W głowie przewijała się jej zwrotka z owianego już złą sławą „Twojego cienia".

Przysiadasz nad rzeką, myślisz: „Co się stało?".

Takie piękne życie, tak się nie udało.

Wszystkie dawne smutki zmieniły cię w kamień.

Woda szepcze: „Wracaj do domu, kochanie".

O, co to był za czas… Miała tylko szesnaście lat. Tak strasznie tęskniła za matką, za swoim dzieckiem, a ojciec, który dopiero co wyszedł z więzienia za spowodowanie wypadku samochodowego, naciskał na nią, żeby pojawiała się na jego występach i dbała o swoją karierę. A ona przecież nawet nie wiedziała, czy jej chce. Była ogłuszona, przygnębiona. Pojechała sama do Yosemite, żeby się powłóczyć. I nagle poczuła, że to dla niej za dużo. Spojrzała na przejrzystą rzekę i weszła w nią, nawet o tym nie myśląc. Bez żadnych planów. Jakby nie chciała zrobić sobie krzywdy. A może jednak chciała? Nie wiedziała tego wtedy i nie wiedziała teraz. Minutę później jakiś turysta wyratował ją i zawiózł do szpitala. Więcej szkód spowodowało wyziębienie organizmu niż nałykanie się wody, a zresztą szybko doszła do siebie.

Teraz Kayleigh siedziała na łóżku i znowu czytała kopię listu Bobby'ego, który pragnął, by cały jego dobytek przypadł Mary-Gordon, a kilka rzeczy – Kayleigh. Nie wiedziała, czy to prawomocny testament, ale gdyby zaniosła go do prawnika, pewnie wkrótce wszyscy dowiedzieliby się prawdy o rodzicach dziewczynki.

Bishop by eksplodował. A fani? Czy odwróciliby się od niej? Kayleigh mogła powiedzieć z ręką na sercu, że w tamtym stanie umysłu jej to nie obchodziło.

Ale istniała także taka możliwość, że sama dziewczynka się tego dowie. Oczywiście w pewnym momencie będzie to nieuniknione. Ale nie teraz, nie w tym wieku. Suellyn była jej matką, a Roberto ojcem. Kayleigh nie chciała wywracać życia małej do góry nogami. Wsunęła kopertę do górnej szuflady komody. Coś wymyśli, żeby Mary-Gordon dostała spadek po biologicznym ojcu.

Tak, jeśli chodzi o Bobby'ego i Mary-Gordon, było już za późno. Ale nie za późno, by mieć życie, o jakim marzyła. Znaleźć mężczyznę, wyjść za mąż, mieć mnóstwo innych dzieci, grać na ganku – kilka koncertów od czasu do czasu. Choć oczywiście pozostawała drobna kwestia „znalezienia mężczyzny". Bo od czasów Bobby'ego nikim nie zainteresowała się na serio. Miała wtedy tylko szesnaście lat, ale uznała, że miłość w tym wieku to najlepszy wzorzec, jaki można mieć – najczystsza, najuczciwsza, najmniej skomplikowana.

Usłyszała w głowie nutę cis, a po niej sześć innych, niosących zdanie: „Gdy miałam szesnaście lat". Zaśpiewała to.

Dobry rytm, a „lat" rymuje się z wieloma słowami. To główny problem w pisaniu tekstów. Co się z czym rymuje. Na przykład „małpa" nie należy do słów, którymi kończy się zdanie piosenki. „Srebrny" też może sprawiać kłopoty, choć udało jej się wkomponować to słowo w jedną z piosenek z najnowszego albumu.

Usiadła przy toaletce, której w sypialni używała jako biurka. Wyjęła żółty notes i kilka arkuszy papieru nutowego. Po trzech minutach miała już zapisaną melodię i kilka fragmentów tekstu.

Ciągle pamiętam, co czułam, gdy miałam szesnaście lat.

Byliśmy sobie wszystkim, inaczej wyglądał świat.

Miłość była tak prosta i tak pogodna jak żart.

Chciałabym wrócić do czasów, gdy miałam szesnaście lat…

Och, Bobby…

Płakała przez pięć minut. Potem wytarła chusteczkami twarz. Przez ten tydzień zużyła ich sporo, prawie dwa pudełka. Dobra, dość tego…

Włączyła iPoda i wywołała playlistę Loretty Lynn. Napełniła wannę, upięła włosy wysoko, rozebrała się i zanurzyła w wodzie, słuchając piosenek.

Było cudownie.

ROZDZIAŁ 63

Dostali swoją odpowiedź.

Dance, Dennis Harutyun i Pike Madigan stali w malutkim mieszkaniu Alicii Sessions, przyglądając się znalezionym dowodom. Kowbojskie botki z cienkimi szpicami – jak te, które zostawiły ślady za domem Edwina. W kuchni – olej kostny do pielęgnacji uprzęży. Dance przypomniała sobie, jaki napis miała Alicia na swoim samochodzie i jak kochała konną jazdę. Znaleźli też kartony marlboro. Mieszkanie mieściło się na terenie Tower District, koło hotelu, z którego wysłano e-maila z prośbą o czwartą zwrotkę piosenki. Ale znacznie bardziej obciążające były dwa foliowe worki ze śmieciami Edwina Sharpa, w tym rachunkami i korespondencją wysłaną do niego z Seattle – przeznaczonymi do podłożenia w domu Kayleigh, co miało pewnie przekonać policję i ławę przysięgłych, że to Edwin stoi za atakiem na Kayleigh. Pod łóżkiem Alicii znajdowało się etui od skradzionej broni Gabriela Fuentesa – bez pistoletu.

– Alicia wiedziała, gdzie jest Gabriel – przypomniała im Dance. – Była na odprawie na posterunku.

Początkowo nie mogli znaleźć, ale przed chwilą Dance poznała odpowiedź. Pokazała Madiganowi i Harutyunowi dziesiątki stron mniej więcej z taką samą zawartością – próbą podrobienia pisma Kayleigh:

Do wszystkich zainteresowanych.

Chciałam tylko powiedzieć parę słów moim bliskim. Jeśli cokolwiek stanie mi się w trasie… Po prostu muszę myśleć o Patsy Cline w tym samolocie… No, więc jeśli coś się wydarzy, chciałabym, żeby Alicia została wokalistką zespołu. Zna te piosenki równie dobrze jak ja, a wysokie dźwięki wychodzą jej lepiej. I jeszcze jedno: chcę, żebyście wyprawili cholernie świetną imprezę, na której Alicia powinna zaśpiewać piosenkę „Mam ochotę na rock and rolla", którą napisałam pod jej wpływem.

Do zobaczenia w niebie, całuski!

Kayleigh

– Jezu – mruknął Madigan. – Kayleigh jest czwartą ofiarą. Ostatnia zwrotka. „Lecz nieszczęście cię znajdzie i w bezpiecznym domu". Alicia zabije ją w domu.

Dance wyrwała komórkę z etui i wybrała numer wokalistki.

Powinnam napisać o tym piosenkę, pomyślała Kayleigh, rozkoszując się kąpielą, piosenkami Loretty Lynn i fioletowym światłem świeczki, którą zapaliła. „Przyjemnostki". Nie, „Małe przyjemności". Lepiej brzmi. Lepszy rym. Lepszy rytm.

Powinna opowiadać o tym, że tragedie, które nas spotykają i na które nie mamy wpływu, często bledną, a nawet nikną wobec drobiazgów. Odtrutka na ból. Dobre sformułowanie. Nie słyszała, żeby ktoś użył w piosence słowa „odtrutka". Dobrze. Ale zaraz. Moment. Nie musi pisać piosenki co pięć minut. Choć przecież tak naprawdę ich nie pisała. Nigdy. Na tym polegał jej sekret. Same się pisały.

Usłyszała dobiegający z pokoju dzwonek telefonu. Zastanowiła się. Nie odbierze. Cztery sygnały i poczta głosowa.

Zapach letnich pól… jest odtrutką na ból… Hm, pomyślała ironicznie. Okropne! Niektóre rymy przychodzą szybko, ale to nie znaczy, że są dobre. Ale zawodowstwo polega na tym, że wie się, co jest do niczego. Popracuje nad tym.

Komórka znowu zaświergotała. Kayleigh pomyślała o Mary-Gordon. Może Suellyn dzwoni, bo dziewczynka jest chora albo trzeba jej przywieźć ukochaną zabawkę z domu? Troska o małą wygoniła ją z wanny. Wytarła się i szybko włożyła dżinsy, bluzkę, skarpetki. I okulary.

Może to Alicia oddzwania. Właściwie co takiego chce jej powiedzieć, że Bishop nie powinien o tym usłyszeć?

To może być wszystko. Alicia nigdy nie dogadywała się z ojcem. Ten lubił kobiety, które mu nadskakiwały. Alicia zaś robiła, co do niej należało. I ponieważ nie chciała bić pokłonów przed starym, zawsze wyczuwało się między nimi napięcie.

Kayleigh sięgnęła po komórkę. A, numer Kathryn. Oddzwoniła.

Czekając na połączenie, wyjrzała przez okno. Już się ściemniło, ale dostrzegła niebieską furgonetkę Alicii na podjeździe. Kayleigh nie słyszała, kiedy samochód zbliżył się do domu. Asystentka mogła wejść do środka sama – miała klucz.

Dance odebrała.

– Cześć, co… – zaczęła Kayleigh.

– Posłuchaj – przerwała jej gorączkowo agentka. – Nie mam czasu wdawać się w szczegóły. Alicia Sessions tam jedzie. Chce cię zabić. Uciekaj z domu. Natychmiast!

– Co?

– Uciekaj!

Drzwi na dole otworzyły się i rozległ się głos Alicii:

– Cześć, Kayleigh, to ja! Jesteś ubrana?


Kathryn Dance usłyszała gwałtowny oddech Kayleigh, a potem jej szept:

– Ona tu jest! Jest na dole. Alicia!

O, nie. Jak to rozegrać? Wyszli właśnie z mieszkania Alicii i Dance powiedziała towarzyszom, że asystentka jest już w domu Kayleigh. Potem rzuciła do telefonu:

– Jest Darthur?

– Nie, pojechał. Myśleliśmy, że już po wszystkim, skoro Simesky nie żyje.

– Wyjdź z domu. Możesz przebiec przez las?

– Nie. Jestem na piętrze. Nie dam rady zeskoczyć. A gdybym zeszła na dół, musiałabym ją minąć. Czy mogę z nią pomówić? Dlaczego…

– Nie. Musisz się schować. Nie zbliżaj się do niej. Ona ma broń. Policja dojedzie do ciebie jak najszybciej, ale to zajmie nam jakieś dwadzieścia minut. Jesteś w pokoju, który można zamknąć na klucz?

– W sypialni, tak. Ale to kiepski zamek.

– A broń?

– Jest na dole, zamknięta.

– Więc się zabarykaduj. I graj na zwłokę.

– O Jezu, Kathryn. Co się dzieje?

– Zabarykaduj się, jak możesz. Zaraz tam będziemy.

Wsiedli do radiowozu, Harutyun dodał gazu. Wycie syreny rozeszło się w rozpalonym, suchym powietrzu, a gwałtowne migotanie niebieskich i białych świateł odbijało się od karoserii samochodów, znaków drogowych i okien, które mijali.


– Kayleigh?! – zwołała Alicia z dołu.

Gdzie jest? – pomyślała Kayleigh, wpatrując się w drzwi. Nadal w kuchni? W gabinecie?

– Zaraz schodzę!

Zamknij te drzwi, dziewczyno. Co z tobą? Graj na zwłokę. Przekręć klucz, zrób barykadę.

– Właśnie wyszłam spod prysznica! – zawołała. – Będę za pięć minut.

Zamknęła drzwi na klucz, ale krzesło, którym usiłowała podeprzeć klamkę, okazało się za niskie. Komody nie dała rady przesunąć. Toaletka nie powstrzymałaby nawet Mary-Gordon.

Znajdź broń. Jakąkolwiek.

Pilnik do paznokci? Lampa? Nie bądź głupia, skacz!

Podbiegła do okna. Na dole znajdował się nie tylko beton, ale i metalowy płot. Jeśli nie złamie sobie kręgosłupa, to nabije się na szpikulce. Znowu przyłożyła ucho do drzwi.

– Kayleigh?

– Zaraz schodzę! Weź sobie piwa albo zrób kawy!

Skacz z tego okna. To twoja jedyna szansa.

Nagle pomyślała: A gówno. Będę walczyć.

Chwyciła stołek od toaletki i zdarła z niego poduszkę od Laury Ashley. Mebel był z litego drewna, dobre trzy kilo. Niezbyt dużo, ale wystarczy. Zwabi tu Alicię i zdzieli ją w głowę.

Podeszła do drzwi, nasłuchując. Stanęła na rozstawionych nogach, trzymając stołek jak kij baseballowy. Nagle zadzwoniła jej komórka. Kayleigh spojrzała na wyświetlacz. Numer wydał się jej znany. Zaraz… To Edwin Sharp! Przypomniała sobie, że zapisał ten numer na etykietce pluszowej sekwoi, którą wybrał razem z Mary-Gordon.

– Halo, Edwin?

– Cześć, Kayleigh, słuchaj – zaczął niepewnie. – Już prawie dojechałem. Alicia prosiła, żebym do ciebie nie dzwonił, tylko po prostu przyjechał. Ale… no nie wiem. O co chodzi? O jakąś ugodę? Nic od ciebie nie chcę. To nie twoja wina, tylko tego gościa od kongresmana.

Kayleigh zrozumiała nagle ze skurczem serca: Alicia z jakiegoś powodu chciała wrobić Edwina. Zaprosiła go tutaj i zamierzała zaaranżować wszystko tak, żeby wyglądało na to, że zabójcą jest Edwin.

– Widzisz… jest pewien problem…

– Masz dziwny głos. O co chodzi? Bo…

– Nie przyjeżdżaj! Alicia tu jest. Chce mnie zabić. Chce…

Cisza w słuchawce.

– Eee… żartujesz?

– Chce cię wrobić. Już tu jest.

– Dzwonię na policję.

– Zrobiłam to. Już jadą.

– Jestem o pięć minut drogi od ciebie.

– Nie, nie przyjeżdżaj! Jedź na Bradley Road, do minisamu. Zostań tam, bądź wśród ludzi. Nikt cię nie oskarży, cokolwiek się stanie…

Wtedy poczuła dym. Edwin coś jeszcze mówił, ale zignorowała go i przyłożyła ucho do drzwi. Tak, z dołu dochodziło strzelanie ognia.

Nie, nie! Mój dom, moje gitary! Podłożyła ogień! Tak samo jak z Bobbym, piratem i Sheri! Mnie też spali!

Miłość to ogień, miłość to płomień…

– Kayleigh? Kayleigh? – dobiegł ją głos Edwina ze słuchawki.

– Tu się pali! Wezwij straż pożarną. Tylko nie przyjeżdżaj bez względu na wszystko.

– Ale…

Rozłączyła się. Gorzki, gryzący dym zaczął się wsączać przez szparę pod drzwiami.

ROZDZIAŁ 64

Dymu i płomieni było coraz więcej. Miłość to ogień, miłość to płomień… Mój dom, mój dom, myślała Kayleigh, a po policzkach toczyły się jej łzy smutku, strachu i bólu od gryzących wyziewów. Moje gitary, moje obrazy… To się nie dzieje naprawdę!

Drzwi były gorące, a za oknem i na trawniku pełgały odblaski płomieni. Kayleigh stała, nie wiedząc, co zrobić. Gdzie Alicia? Oczywiście nie mogła zostać na dole, pośród ognia. Pewnie wyszła z domu.

Pieprzyć ją. Ratuję mój dom!

Pobiegła do sypialni i chwyciła gaśnicę, stareńką, ale nadal pełną, sądząc po wskaźniku. Przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi sypialni. Ogień skupił się w korytarzu na parterze i schodach – tam, gdzie była wykładzina. To właśnie z tego płonącego nylonu buchał gęsty, gryzący dym. W powietrzu strzelały iskry. Kayleigh odetchnęła cuchnącymi wyziewami i zwymiotowała. Pochyliła się i zaczerpnęła haust nieco czystszego powietrza, a potem drugi. Wyprostowała się. Ogień jeszcze się nie rozszalał. Jeśli Alicia wyszła, Kayleigh mogła na tyle go przygasić, by dostać się do kuchni, gdzie znajdowała się większa gaśnica, no i szlauch w ogrodzie.

Wyjrzała na zewnątrz. W tej samej chwili coś huknęło i w kłębach dymu rozkwitł błysk. Pocisk zarył się w drzwiach tuż obok głowy Kayleigh. Po nim dwa kolejne.

Dziewczyna krzyknęła, schowała się do pokoju i zatrzasnęła drzwi, po czym zamknęła je na klucz. Więc nie pozostało jej nic oprócz skoku z wysokości siedmiu metrów? Czy połamie sobie nogi i będzie leżeć, wijąc się z bólu, aż Alicia ją zastrzeli? Ale przynajmniej nie spłonie żywcem. Podbiegła do okna, otworzyła je i spojrzała na szosę. Na razie ani śladu migających świateł. Spuściła wzrok, usiłując ocenić odległość.

Znalazła miejsce, w którym mogła wylądować. Tuż za płotem. Ale potem dostrzegła dokładnie tam cień Alicii kołyszący się w przód i w tył niemal od niechcenia. Asystentka stała przy drzwiach wejściowych, pewnie przewidziawszy, że Kayleigh będzie chciała skoczyć. Może celowała w to miejsce.

Cienie…

Kayleigh usiadła na łóżku i przytuliła do piersi zdjęcie Mary-Gordon. No, to koniec. Mamo, Bobby, wkrótce będę z wami. Och, Bobby… Pomyślała o piosence, którą kiedyś dla niego napisała. Jedyny dla mnie. Znowu łzy.

Ale potem na dole rozległ się kolejny strzał… I dwa lub trzy następne. Kayleigh drgnęła. Czy to jednak policja?

Podbiegła do okna i wyjrzała. Nie, nikogo nie było. Na podjeździe stała tylko furgonetka Alicii. I na horyzoncie nie migotały światła radiowozów.

Znowu dwa strzały. I głos wołający jej imię. Męski głos.

– Kayleigh! Chodź szybko!

Otworzyła ostrożnie drzwi i wyjrzała.

Jezu! Przez ten dym ledwie dostrzegła sylwetkę Edwina Sharpa usiłującego zdusić kurtką płomienie na schodach. Alicia leżała na plecach w marmurowym holu, wpatrzona w górę niewidzącymi oczami. Twarz miała zakrwawioną. Upadła na fragment palącego się parkietu i jej ubranie zajęło się ogniem.

Edwin nie posłuchał jej ostrzeżenia i jednak przyjechał.

– Szybko! – krzyknął. – Chodź! Zadzwoniłem do straży pożarnej, ale nie wiem, kiedy przyjedzie. Musisz się ratować!

Nie udało mu się zapobiec rozprzestrzenieniu się ognia, choć zdołał zrobić wąską ścieżkę na schodach od góry aż na parter. Kayleigh zeszła po niej, gdy chłopak wskazał gabinet.

– Możemy uciec tamtędy, przez okno!

– Ty idź! Ja będę gasić ogień.

– Nie, nie możesz!

– Idź! – krzyknęła i zwróciła strumień małej gaśnicy na płomienie.

Edwin zawahał się, gwałtownie zakaszlał i znowu zaczął wywijać kurtką.

– Pomogę ci.

Rzuciła mu uśmiech.

– W kuchni jest druga gaśnica. Za kuchenką!

Edwin pobiegł, krztusząc się, i po chwili wrócił z o wiele większą gaśnicą. Kayleigh rzuciła przerażone spojrzenie na płonące ciało Alicii, wybiegła tylnymi drzwiami i po chwili wróciła ze szlauchem. Zaatakowała płomienie strumieniem wody, a stojący obok niej Edwin – strugami piany. Oboje krztusili się i kaszleli, a z ich oczu płynęły łzy od dymu. Piosenkarka i jej stalker bronili się przed ogniem ramię w ramię – ale tylko przez jakiś czas. Wkrótce gaśnica Edwina się wyczerpała, a jęzor ognia stopił szlauch Kayleigh.

Za późno… Nie! Mój dom. Ale potem rozległo się wycie syren i mrok na dworze rozświetliły koguty samochodów strażackich. Mężczyźni i kobiety w grubych żółtych kombinezonach wpadli do środka z wężami w dłoniach i zaczęli walczyć z płomieniami.

Jeden strażak pochylił się nad ciałem Alicii, które już się nie paliło, ale nadal tliło. Wziął je za rękę, szukając pulsu. Pokręcił głową. Inny popchnął Kayleigh i Edwina w stronę drzwi. Wyszli chwiejnie na zewnątrz. Kayleigh zeszła po schodkach, kaszląc i wypluwając drobiny sadzy i popiołu. Stanęła na trawniku i zwymiotowała boleśnie. Potem obejrzała się na Edwina, który został w tyle.

Klęczał na ganku. Trzymał się za gardło. Odsunął palce i spojrzał na nie. Były zaplamione czymś ciemnym, ale nie sadzą. Z rany na jego szyi płynęła krew. Alicia strzeliła do niego, zanim wyrwał jej broń. Zamrugał ze zdziwieniem i spojrzał na Kayleigh.

– Chyba… chyba… – Zamknął oczy i upadł na wznak na drewniany podest ganku.

ROZDZIAŁ 65

Kathryn Dance siedziała obok Kayleigh Towne na schodkach jej domu. Wszędzie migały kolorowe światła. Piękne i niepokojące. Młoda kobieta skuliła się, jakby zapadła się w sobie. Była umazana krwią Edwina Sharpa, którą usiłowała zatamować. Jej język ciała sygnalizował kapitulację i uległość – cel każdego przesłuchującego policjanta. Ale była to także poza oznaczająca wyczerpanie lub niedowierzanie.

P. K. Madigan kierował przeszukaniem domu. Strażacy upewniali się, że nigdzie nie zostawili zapomnianych płomieni.

– Nic z tego nie rozumiem – szepnęła Kayleigh.

Dance wyjaśniła jej, czego dowiedzieli się o Alicii i co znaleźli w jej mieszkaniu.

– A w jej furgonetce znajdowała się foliowa torebka z rzeczami, które Alicia ukradła z domu Edwina. Chciała je tu podłożyć. Był też list. Podrobiła twoje pismo i całkiem nieźle jej się to udało. Gdyby coś ci się stało, chciałaś, żeby przejęła twoje miejsce w zespole.

– Zaprosiła tu Edwina, żeby wyglądało na to, że to on mnie zabił. Aresztowano by go i nikt by nie uwierzył w jego protesty.

– Dokładnie.

Kayleigh potarła twarz i zacisnęła zęby.

– Alicia chciała być mną. Chciała sławy, pieniędzy i władzy. Oto, co robi z ludźmi ta cholerna branża. Deformuje ich, uwodzi. Mam tego dość! Mam tego strasznie dość. – Spojrzała na lekarzy pogotowia. – Prosiłam, żeby nie przyjeżdżał. Wiedziałam, że jeśli coś się stanie, wina spadnie na niego. Ale nie posłuchał.

Sanitariusze zanieśli Edwina do karetki. Jeden z nich podszedł do Dance.

– Pan Sharp stracił dużo krwi. Ustabilizowaliśmy jego stan, ale muszę przyznać z przykrością, że nie wygląda to dobrze. Musimy go jak najszybciej zawieźć na salę operacyjną.

– Przeżyje? – spytała Kayleigh.

– Na razie nie wiemy. To przyjaciel?

– W pewnym sensie – powiedziała dziewczyna cicho. – Mój fan.

ROZDZIAŁ 66

Dwie godziny później zmęczony chirurg w zielonym uniformie powoli przeszedł silnie oświetlonym korytarzem miejskiego szpitala. Dance spojrzała na Kayleigh i razem wstały.

Lekarz nie wiedział, komu ma przekazać wieści: sławnej piosenkarce z Fresno czy wysokiej kobiecie z bronią u pasa. W końcu przemówił, patrząc gdzieś pomiędzy nie. Edwin Sharp przeżyje. Stracił dużo krwi, ale w pełni odzyska zdrowie.

– Pocisk ominął tętnicę szyjną i kręgosłup. – Chłopak właśnie budził się z narkozy. Za kilka minut mogą go zobaczyć.

Znalazły właściwą salę i weszły. Edwin gapił się tępo w sufit.

– Cześć – wymamrotał. – Cześć. – Mrugnął kilka razy. – Czuję się jak wtedy, kiedy wycięto mi migdałki.

Jego głos się nie zmienił, był tylko trochę bełkotliwy. Poza tym chłopak sprawiał wrażenie wyczerpanego.

– Dobrze wyglądasz, zważywszy na okoliczności – powiedział Kayleigh.

Choć wlot kuli był dość mały – około dziewięciu milimetrów – siniak w kolorze bakłażana rozciągał się daleko poza opatrunek.

– Jeszcze nie bardzo boli… na razie. – Edwin spojrzał na kroplówkę prawdopodobnie z morfiną. – I dają mi takie fajne pigułeczki, tak mówi doktor. No wiecie, doktor. Jutro mnie wypiszą. – Uśmiechnął się krzywo i przynajmniej raz jego uśmiech nie wydawał się ani trochę dziwny. – Myślałem, że będą mnie tu trzymać z tydzień. Może więcej. – Powieki mu opadły i wyglądało na to, że zaczyna przysypiać. Potem znowu otworzył oczy. – Tydzień – powtórzył jak pijany.

– Cieszę się, że czujesz się już lepiej – zauważyła Kayleigh. – Bardzo się martwiłam.

Sharp zmarszczył brwi.

– Ostrzegam, nie przynoś mi kwiatów – powiedział powoli. – Żadnych kwiatów. Bo sobie coś pomyślę. – I roześmiał się. – Żart.

Kayleigh też się uśmiechnęła. Ale Edwin szybko spoważniał.

– Alicia… O co chodziło? Oszalała? No, ta Alicia. Co to było?

– Chciała zabić Kayleigh – wyjaśniła Dance – i podłożyć w jej domu trochę twoich rzeczy, żeby zrzucić winę na ciebie. Sfałszowała list, w którym Kayleigh rzekomo życzyła sobie, żeby to ona zastąpiła ją jako wokalistka zespołu.

– Co? I Bobby'ego Prescotta też zabiła? I napadła na twoją macochę?

Kayleigh skinęła głową.

– A, wiem – mruknął, powtarzając to samo, co kilka godzin wcześniej mówiła Kayleigh. – Chciała być sławna. Wszyscy tego chcą. To jak narkotyk. Każdy chciałby napisać „Harry'ego Pottera" albo być Danielem Craigiem.

– Nie wiem, co powiedzieć… – szepnęła Kayleigh z wilgotnymi oczami. – Ale się porobiło…

Sharp usiłował wzruszyć ramionami, lecz skrzywił się z bólu.

– Nie powinieneś był przyjeżdżać. Mówiłam ci, że to niebezpieczne.

– Jasne – rzucił może ironicznie, a może jeszcze nie całkiem rozumiejąc.

– Co tam się stało? – spytała Dance.

Spróbował oprzytomnieć.

– Gdzie?

– U Kayleigh?

– A, u Kayleigh… No, powiedziała mi o Alicii i pożarze, więc zadzwoniłem po straż pożarną, ale nie mogłem nic nie robić. Powiedziałaś, że mam nic nie robić, tak?

– Tak.

– Ale nie mogłem. Pojechałem pod dom. Zaparkowałem na poboczu, żeby Alicia mnie nie zobaczyła. Przeszedłem przez zagajnik. Drzwi kuchenne były otwarte. Dostrzegłem ją przy schodach. Ona mnie nie zauważyła. Rzuciłem się na nią. Była bardzo silna. Ale to bardzo. Tego się nie spodziewałem. Broń wystrzeliła, zanim zdołałem ją jej odebrać. Alicia skoczyła na mnie, a ja do niej strzeliłem. Nie myślałem. Po prostu nacisnąłem spust. Nawet nie wiem, kiedy zostałem ranny. Pamiętam tylko, że usiłowaliśmy zgasić ogień, ty i ja… a potem obudziłem się tutaj. – Powieki mu powoli opadły, potem uniosły się i Edwin spojrzał na Kayleigh. – Przed wyjazdem chciałem ci coś przesłać. Kartkę. Chciałem przesłać kartkę. W środku jest prezent. Moja kurtka. W kieszeni. Gdzie moja kurtka?

Dance znalazła jego ubranie w szafie. Kayleigh sprawdziła kieszenie. Wyjęła zapieczętowaną, zaadresowaną do niej kopertę ze znaczkiem.

– Otwórz.

Zaglądając dziewczynie przez ramię, Dance zobaczyła śmieszną kartkę z żałosnym pieskiem trzymającym balonik z napisem „Psie-prasiam". Kayleigh uśmiechnęła się do niego.

– Ja też przepraszam.

– Rozwiń bibułkę.

Kayleigh rozchyliła cienki papier. W środku znajdowały się trzy małe gitarowe kostki.

– Och, Edwinie…

– W lombardzie w Seattle znalazłem jelenie poroże. Zrobiłem je z niego.

– Są piękne. – Pokazała je Dance, która przytaknęła.

– I… – Powiódł wzrokiem po pokoju, przypominając sobie słowa, które mu uciekły. – Już raz wysłałem je do ciebie, ale je odesłałaś. To znaczy ktoś je odesłał. Ale jeśli chcesz, możesz je zatrzymać.

– Oczywiście, że chcę. Bardzo dziękuję. Będę nimi grać na koncercie. I podziękuję ci za nie osobiście ze sceny.

– O, nie. Wracam do Seattle. Kiedy Alicia zadzwoniła, właśnie się pakowałem. – Blady uśmiech.

– Wyjeżdżasz?

– Tak będzie lepiej dla ciebie. – Roześmiał się słabo. – Dla mnie też. Myślisz, że gwiazda cię polubiła, a potem okazuje się, że jakieś świry wykorzystują cię do zabicia polityka, a inne kradną ci śmieci, żeby cię wrobić. Nie sądziłem, że bycie fanem jest tak niebezpieczne.

Dance i Kayleigh uśmiechnęły się blado.

– Chyba… chyba… lepiej mi będzie w Seattle. – Głowa opadła mu na piersi. – I nie jest tak gorąco – wymamrotał. – Tu tak gorąco… tak gorąco.

Kayleigh uśmiechnęła się, ale powiedziała poważnie:

– Nie możesz prowadzić w takim stanie. Zaczekaj kilka dni. Proszę. Przyjdź na koncert, jeśli zechcesz. Załatwię ci bilet w samym środku pierwszego rzędu.

Sharp odpływał w sen.

– Nie. Lepiej. Lepiej, żebym…

Zasnął twardo.

Kayleigh spojrzała na kostki autentycznie wzruszona.

Gd wyszły ze szpitala, Kayleigh nagle parsknęła śmiechem. Dance uniosła brew.

– Chcesz usłyszeć kawał o blondynce, która śpiewała country?

– Mów.

– Była tak głupia, że rzucił ją własny stalker.

PIĄTEK

ROZDZIAŁ 67

Dzień koncertu.

Zespół przyjechał z Nashville o dziewiątej rano i zjawił się od razu w centrum rozrywki, gdzie czekała na niego Kayleigh z ekipą techniczną. Natychmiast zabrali się do pracy.

Po kilku godzinach Kayleigh zarządziła przerwę. W garderobie wypiła herbatę i zadzwoniła do Suellyn, a potem porozmawiała z Mary-Gordon. Chciała tego dnia zabrać dziewczynkę do sklepu, żeby kupić jej nową sukienkę na koncert.

Rozłączyła się, znowu wzięła starą gitarę i zaczęła grać kostkami, które dał jej Edwin. Bardzo jej się podobały. Czołowi gitarzyści, jak Doc Watson, Norman Blake, Tony Rice i Bishop Towne, nigdy nie użyliby wielkich, łatwo zginających się trójkątów. Prawdziwi wirtuozi używali małych twardych kostek, takich jak te. Kayleigh wolała wprawdzie grać palcami, ale i tak jej się podobały…

– Jak akcja? – odezwał się nagle ktoś, wyrywając ją z zamyślenia.

Tye Slocum, choć tak duży, pojawił się bezszelestnie nie wiadomo skąd. Patrzył na gitarę. Kayleigh uśmiechnęła się do niego. Chodziło mu o naciągnięcie strun nad gryfem. Niektóre gitary mają śrubę lub nakrętkę zmieniającą akcję. W Martinach jej nie było. Dokonanie tej poprawki wymagało więcej wysiłku i umiejętności.

– Trochę za niska. Brzęczy mi D.

– Mam siodełko, mogę ci odstąpić. Właśnie znalazłem takie kościane, bardzo stare. Jest świetne.

Siodełko to biały pasek na mostku przenoszący drgania strun na płytę rezonansową. Pod względem akustycznym najlepszym do jego wykonania materiałem jest twarda kość słoniowa z kłów słoni żyjących dziko, drugim w kolejności – miękka kość słoni afrykańskich. Zwykła kość znajduje się na trzecim miejscu. Ale Kayleigh nie chciała ich używać i nie pozwalała na to nikomu z jej zespołu.

– Tak się zastanawiałem… Będzie dziś nagłaśniał? – Zerknął na salę, gdzie w głębi nad mikserem siedział Barry Zeigler w słuchawkach na uszach. Jego ręce śmigały po suwakach i pokrętłach.

– Tak.

Tye westchnął.

– W porządku. Jasne. Jest dobry.

Bobby Prescott nie był jedynie szefem ekipy technicznej. Zajmował się również, tak jak jego ojciec, nagłaśnianiem koncertów. Wszyscy członkowie zespołu potrafili obsłużyć potężny, skomplikowany mikser Midas XL8 – Tye na przykład radził sobie z tym całkiem nieźle – ale Kayleigh zdecydowała się poprosić Zeiglera, skoro i tak był w mieście. Nikt nie dorównywał mu w ustawieniu odsłuchów.

Slocum wrócił na swoje miejsce pracy wśród tunerów, wzmacniaczy, kabli i narzędzi. Kayleigh poszła na scenę. Rozpoczęła się próba.

Oczywiście wszędzie można było znaleźć wielu utalentowanych ludzi, ale Kayleigh dbała o to, żeby otaczały ją osoby, które ją rozumieją i potrafią osiągnąć brzmienie, o jakie jej chodziło. Osoby, które mogły pracowały w milczeniu – to dla niej liczyło się najbardziej. Niewiele jest zawodów wymagających takiej bliskości jak wspólne granie zespołowe. Bez idealnego bowiem porozumienia nawet najlepsze piosenki świata nie zabrzmią dobrze i nie uratuje ich żadna, choćby najgenialniejsza wokalistka.

Kevin Peebles – chudy wyluzowany trzydziestolatek, którego mahoniowa łysina lśniła potem w świetle reflektorów – grał na gitarze prowadzącej. Przez kilka lat uprawiał rocka, po czym zajął się swoją prawdziwą miłością – country, w którym działa niewielu czarnoskórych muzyków.

Emma Sue Granger, śpiewająca chórki i grająca na basie, była najpiękniejszą kobietą, jaką Kayleigh widziała w życiu. W kruczoczarnych, sięgających ramion włosach nosiła wplecione paciorki i kwiaty, a ubierała się we własnoręcznie wydziergane obcisłe sweterki i skórzane spodnie. Sześćdziesiąt procent widowni Kayleigh stanowiły kobiety, ale z myślą o pozostałych czterdziestu Emma Sue dostawała mnóstwo solówek.

Buddy Delmore – w obszarpanym słomkowym kowbojskim kapeluszu z rondem zwiniętym niemal w rulon, kraciastej koszuli i stareńkich niebieskich dżinsach – grał na elektrycznej gitarze stalowej, uwodzicielskiej i zawodzącej, której Kayleigh mimo swoich zdolności nigdy nie zdołała opanować. Dlatego uważała każdego, kto to potrafł, za geniusza. Buddy grał także na charakterystycznie brzmiących stalowych gitarach Dobro i National z metalową membraną. Ten sześćdziesięciopięciolatek pochodził z Wirginii Zachodniej i zajmował się muzyką, by zarobić na swoją prawdziwą miłość: hodowlę kur. Miał ośmioro dzieci, z których najmłodsze właśnie skończyło dwa lata.

Perkusista był nowy w grupie. Alonzo Santiago pochodził z dzielnicy Bakersfield i potrafił zagrać na wszystkim, w co dało się uderzyć. Kayleigh, która potrafiła doskonale utrzymać się w rytmie, ale nie grać go, to także uważała za magiczną umiejętność. Santiago był jednym z tych szalonych ojców, którzy sprawiają swoim dzieciom perkusję, by przekonać się, że córka marzy o startowaniu w wyścigach samochodowych, a syn – rysowaniu komiksów.

Ostatnia osoba z zespołu, krzepka, pyzata i ruda czterdziestolatka, pełniła fukcję człowieka-orkiestry. Sharon Bascowitz należała do tych muzyków, którzy potrafią wziąć dowolny instrument, nawet taki, który widzą pierwszy raz w życiu, i zagrać na nim jak wirtuoz. Helikon, wiolonczela, klawesyn, marimba, flet prosty… cokolwiek. Sharon sprawiała, że wszystkie te instrumenty śpiewały. Zawsze wystrojona w trzy czy cztery kolorowe warstwy ręcznie farbowanych ubrań i błyszczącą sztuczną biżuterię, była równie zuchwała jak Emma Sue nieśmiała.

Tak często grali większość piosenek, że ta próba pewnie nie była nawet konieczna, ale zostały one ułożone w nowej kolejności, a Kayleigh dodała covery Patsy Cline i Alison Krauss oraz Roberta Planta, a także napisała dwa nowe utwory, które wczoraj przesłała zespołowi faksem. Jedną piosenkę poświęciła Bobby'emu. Zdecydowała, że nie wspomni o Alicii.

Zakończyli hałaśliwym i wesołym Mam ochotę na rock and rolla. Kayleigh spojrzała na Barry'ego, który uniósł kciuki. Był zadowolony. Ona też.

– Dobrze – powiedziała do swoich współpracowników. – No to koniec. O szóstej spotykamy się na ostatnią próbę dźwięku.

Jak mówił Bóg Występów, Bishop Towne, próby nie mogą być zbyt liczne, ale mogą być zbyt długie. Musieli odpocząć, zaczekać, aż pojawią się nowe pomysły.

Kayleigh powierzyła swoją gitarę Slocumowi, żeby zamontował nowe siodełko, a potem wypiła łapczywie kolejną mrożoną herbatę i wzięła komórkę. Zastanawiała się przez chwilę – długą chwilę. W końcu zrobiła coś, co aż do dziś nie mieściło jej się w głowie. Zadzwoniła do Edwina Sharpa.

– Halo? – Głos miał nadal trochę nieprzytomny.

– Cześć, tu Kayleigh.

– E… cześć.

– Jesteś nadal w szpitalu?

Roześmiał się.

– Nie sądziłem, że cię jeszcze usłyszę. Nie. Wywalili mnie.

– Jak się czujesz?

– Boli, boli, boli.

– Mam nadzieję, że zdołasz dojechać na koncert – powiedziała zdecydowanie. – Mam dla ciebie bilet.

W słuchawce zapadło milczenie. Kayleigh pomyślała, że Sharp odmówi, ale on powiedział:

– Dobrze. Dzięki.

– Mam go teraz. Spotkamy się na obiedzie?

Powinna zostawić bilet w kasie, lecz to wydawało się jej nieeleganckie, zważywszy na to, co dla niej zrobił. Pogodziła się z Sheri, mogła zrobić to samo z Edwinem.

– Chyba muszę iść do zastępcy szeryfa Madigana, żeby złożyć oświadczenie, ale to dopiero o drugiej. Jasne.

Zaproponował znaną mu restaurację. Kayleigh zgodziła się i skończyła rozmowę. Poszła do wyjścia, po drodze zerkając na Slocuma, który już zdjął struny jej gitary i opiłowywał nowe kościane siodełko, pochłonięty tym zadaniem jak rzeźbiarz tworzący arcydzieło. Podniosła wzrok i spojrzała w mroczny firmament sali. Tego ranka zbudziła się w domu ojca, myśląc, że nie chce tego koncertu jak niczego na świecie. Zastanawiała się nawet, czy nie skłamać, że gardło nadal ją boli po pożarze, i odwołać występ. Ale kiedy tu przyjechała, przywitała się z muzykami, nastroiła gitarę i wyszła na scenę, jej nastrój zupełnie się zmienił.

Teraz nie mogła się doczekać wieczoru. Za nic na świecie nie zrezygnowałaby z dania widzom najlepszego koncertu w ich życiu.

ROZDZIAŁ 68

Sprawa była zakończona.

Ale w związku z tym przed Kathryn Dance pojawił się większy problem. Problem, któremu musiała jak najszybciej stawić czoło. Postanowiła, że zrobi to dziś.

Pozwoliła sobie na rozpustę – jajka sadzone na tortilli – i wróciła do motelowego pokoju, skąd zadzwoniła do Martine, z którą prowadziła stronę internetową. Rozmawiały o nagranych przez nią piosenkach Los Trabajadores. Wysłała je e-mailem wspólniczce i przez wiele godzin dyskutowała z nią, który z tych dwóch tuzinów utworów nadaje się do udostępnienia. Decyzja przychodziła im z trudem. Wszystkie bowiem były świetne. Od czasu do czasu jednak z ich rozmowy wyłaniał się ten większy problem: kwestia mężczyzn w życiu Dance. Nie, to nie tak, poprawiła się. W jej życiu istniał tylko jeden mężczyzna – Jon Boling. I to, że zapewne zamierzał zakończyć ich związek, nie miało tu znaczenia. Na jakiś czas musiała usunąć Michaela O'Neila z tego równania. Tu chodziło o nią i Bolinga. No i co mam zrobić?

– Hej, jesteś tam? – Głos Martine wytrącił ją z zamyślenia.

– Przepraszam.

Wróciły do rozmowy i skończyły układać listę piosenek Los Trabajadores. Potem Dance rozłączyła się, padła na łóżko i postanowiła zadzwonić do Jona. Musiała to wyjaśnić.

Spojrzała w okno, tam, gdzie zobaczyłaby góry, gdyby powietrze było wyjątkowo krystaliczne, a nie takie jak tego parnego, mglistego dnia końca lata. Przyjrzała się komórce, którą bez końca obracała w dłoni. Tapeta na obudowie telefonu przedstawiała zdjęcie jej dwojga rozradowanych dzieci i dwóch psów zatraconych w radości bycia psem. Na wyświetlaczu znajdowała się otwarta książka adresowa z gotowym do wybrania numerem Jona Bolinga. Wróciła do zdjęcia.

Spojrzenie na kicz na ścianie, widok portu. Czy dekorator myślał, że wszyscy mieszkańcy Kalifornii mają łodzie? Nawet ci, którzy mieszkają o trzy godziny drogi od wybrzeża? Znowu książka adresowa. Pasma włosów wymykające się jej z francuskiego warkocza połaskotały ją w lewe ucho. W roztargnieniu odgarnęła je na bok.

Zadzwonić czy nie? Tak czy nie? Zamierzała prosto z mostu spytać, dlaczego Jon wyprowadza się do San Diego, nie porozmawiawszy z nią o tym najpierw. Dziwne, pomyślała. Nie miałam problemu z przeistoczeniem się w drapieżnika, kiedy siedziałam naprzeciwko Manuela Martineza i wyciągałam z niego, gdzie zakopał szczątki Hectora Alonzo, a zwłaszcza głowę. Tymczasem zadanie prostego pytania o zamiary kochanka zupełnie mnie paraliżuje.

Potem nagle ogarnął ją gniew. Co on sobie myśli, do cholery? Zaprzyjaźnia się z jej dziećmi, a potem bez słowa chce się wypisać z ich rodziny?

A może właśnie tu kryje się odpowiedź: z pozoru Jon Boling był dla niej idealny – wysportowany, zabawny, serdeczny, seksowny. Nigdy się nie poróżnili, nie pokłócili, nie dzieliły ich fundamentalne różnice poglądów – inaczej niż na przykład z Michaelem O'Neilem… Czekaj, upomniała się. W tym równaniu O'Neil nie istnieje.

Czy brak spięć z Bolingiem oznacza, że ich związek zawsze pozostanie niedotarty? Czy w kłótniach może być więcej miłości niż w śmiechu?

To się wydawało po prostu nie fair.

Zacisnęła palce na telefonie, obróciła go raz i drugi… Zadzwonić czy nie?

Dzieci ekran dzieci ekran dzieci ekran…

Może powinna rzucić monetę. Niech zadecyduje los.

Dzieci ekran dzieci ekran…

ROZDZIAŁ 69

Kayleigh podeszła powoli do stojącego przed drzwiami restauracji Edwina Sharpa. Podobał jej się ten lokal. Znajdował się w cichej dzielnicy i podejrzewała, że nie spotka tu łowców autografów. A to nawet pomniejsze gwiazdy jak ona muszą zawsze brać pod uwagę.

Edwin uśmiechnął się do niej i przepuścił ją w drzwiach. Weszli do klimatyzowanej, jasno oświetlonej i niemal pustej sali. Kelnerka uśmiechnęła się na widok sławnego gościa. Kayleigh, która stała się ekspertką w szufladkowaniu fanów, wiedziała, że dziewczyna będzie pomocna i radosna, ale zbyt stremowana, żeby wydusić z siebie coś więcej niż kilka zdań na temat zamówienia i upału.

Usiedli w niszy i zamówili mrożoną herbatę oraz burgera dla Kayleigh. Edwin poprosił o koktajl mleczny. Wyjaśnił, że nadal trudno mu jeść z powodu rany na szyi.

– Uwielbiam je, ale od wielu miesięcy ich nie piłem. Zobacz, to dzięki tobie zrzuciłem nadwagę, z którą bezskutecznie walczyłem od lat.

– Rany, niezły ten siniak.

Edwin przejrzał się w metalowym serwetniku.

– Chyba robi się coraz ciemniejszy.

– Bardzo boli?

– Tak. Ale największy problem mam z tym, że muszę spać na plecach, a nigdy tego nie umiałem.

Kelnerka przyniosła zamówienie, zajęli się więc jedzeniem i piciem.

– Jak twój dom?

– Będę potrzebować nowej wykładziny, no i muszę wymienić wielki kawał podłogi oraz ścianę. Najwięcej szkód spowodował dym. Dostał się wszędzie. Będzie mnie to kosztowało setki tysięcy dolarów. Muszę też wyrzucić połowę ciuchów. Śmierdzą.

– Przykro mi.

Zapadło niezręczne milczenie i stało się jasne, że Edwin nie chce rozmawiać o strasznych wypadkach ostatnich dni. Kayleigh to rozumiała. Zaczął gawędzić o muzyce i najważniejszych wokalistkach country, a także o swoich zbiorach – nadal słuchał muzyki na czarnych płytach i zainwestował sporo pieniędzy w kosztowny gramofon. Kayleigh także uważała, że winyl daje lepszy dźwięk, przewyższający najlepsze jakościowo nagrania cyfrowe. Edwin wspomniał, że znalazł kilka singli Kitty Wells w antykwariacie w Seattle.

– Lubisz ją? – spytała Kayleigh zaskoczona. – To jedna z moich ulubionych wokalistek.

– Mam niemal wszystkie je płyty. Wiesz, że pierwszy hit Billboardu nagrała jako sześćdziesięciolatka?

– Tak, wiem.

Wells, która zaczęła śpiewać w latach pięćdziesiątych, była jedną z pierwszych kobiet, jakie przebiły się do panteonu sław muzyki country.

Rozmawiali przez chwilę o country z tamtych czasów – Nashville kontra Teksas i Bakersfield. Kayleigh roześmiała się, gdy Edwin zacytował Lorettę Lynn, kolejną kobietę, która wdarła się do zdominowanej przez mężczyzn branży: „W świecie muzyki country dwa centy kobiety są warte mniej więcej dwa centy". Według Edwina country reprezentowało wyższy komercyjny poziom niż jakakolwiek popularna muzyka, niż pop i hip-hop. Jest dobrze skomponowane, posługuje się atrakcyjną linią melodyczną i opowiada o ważnych dla każdego tematach, jak rodzina, miłość, praca, a nawet polityka. Muzycy zaś też są specjalistami najwyższej klasy w odróżnieniu od wielu artystów sceny folkowej, alternatywnej, hiphopowej i rockowej. Martwił go upadek wytwórni płytowych i uważał, że nielegalne ściąganie plików nadal będzie stanowić problem i obniżać jakość koncertów.

– Jeśli artyści nie dostają pieniędzy za swoją pracę, to jaki będą mieć bodziec do dalszego pisania tekstów i muzyki?

– Wypiję za to. – Kayleigh trąciła szklanką z mrożoną herbatą jego pucharek z mlecznym koktajlem.

Po skończonym obiedzie dała Edwinowi bilet.

– W środku pierwszego rzędu. Pomacham ci. A te kostki są świetne.

– Cieszę się, że ci się podobają.

Rozległ się świergot jej komórki. SMS od Slocuma: „Gitara gotowa, jak sobie radzisz?". Dziwne. Tye rzadko do niej pisał, tym bardziej o czymś tak banalnym jak stan instrumentu.

– Wszystko w porządku?

– Tak, tylko… – Schowała komórkę, nie kończąc. Wyśle SMS-a później.

Zjawiła się kelnerka z rachunkiem. Edwin uparł się, że zapłaci.

– To jedyna okazja w życiu. Nigdy nie sądziłem, że usiądę w pierwszym rzędzie na koncercie Kayleigh Towne.

Wyszli na parking. Kiedy zbliżyli się do jej suburbana, Edwin parsknął śmiechem i wskazał na swój stary czerwony grat stojący nieopodal.

– Trudno by znaleźć rym do buicka. Dobrze, że wybrałaś cadillaca.

– Do toyoty jeszcze trudniej – zażartowała Kayleigh.

– Słuchaj, skoro już wiesz, że nie jestem wariatem, może kiedyś się spotkamy? Po koncercie?

– Zwykle wychodzę z zespołem.

– A, prawda. No, to innym razem. Może w niedzielę? Wyjedziesz dopiero za dwa tygodnie. Na koncert w Vancouver.

– A… ty nie wyjeżdżasz?

Wskazał gardło.

– Biorę te pigułki od bólu. Miałaś rację, dają niezłego kopa. Raczej nie powinienem wybierać się w dalekie podróże. Na kilka dni wróciłem do wynajętego domu.

– No tak, musisz uważać. – Stanęli przed SUV-em. – Dobrze, więc dziękuję ci jeszcze raz za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Przykro mi, że musiałeś przez to przejść. – Chciała go objąć i pocałować, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła. XO…

– „Zrobiłabym to jeszcze raz" – zacytował z uśmiechem tytuł jednej z jej pierwszych piosenek. Kayleigh parsknęła śmiechem. Po chwili dodał: – Ej, mam taki pomysł: mógłbym pojechać do Kanady. Vancouver nie jest aż tak daleko od Seattle. Znam tam kilka fajnych miejsc. Jest taki piękny ogród w górach, gdzie…

– Wiesz – przerwała mu łagodnie – lepiej, żebyśmy się nie spotykali. Po prostu… no, tak byłoby lepiej.

Przez jego twarz przemknął uśmiech.

– Jasne. Ale… po tym wszystkim pomyślałem…

– Tak będzie lepiej – powtórzyła. – Do widzenia, Edwinie. – Wyciągnęła do niego rękę.

Nie przyjął jej.

– Więc… zrywasz ze mną?

Zaczęła się śmiać, sądząc, że to żart – jak wczoraj z kwiatami w szpitalu. Ale on wpatrywał się w nią zmrużonymi oczami, a jego uśmiech zmienił się w grymas, który już znała. To lekkie skrzywienie ust, ten fałszywy uśmieszek.

– Po tym wszystkim – powtórzył szeptem.

– Dobrze, uważaj na siebie – rzuciła szybko, otwierając drzwi samochodu.

– Nie odchodź – rzucił chrapliwie.

Rozejrzała się. Parking był pusty.

– Edwinie…

– Czekaj – dodał szybko. – Przepraszam. Słuchaj, przejedźmy się i porozmawiajmy. Tylko porozmawiajmy. Na razie nic więcej.

Na razie? Co to miało znaczyć?

– Muszę już jechać.

– Tylko rozmowa – powtórzył gorzko. – Tylko o tyle proszę.

Odwróciła się szybko, ale Edwin zastąpił jej drogę.

– Proszę… Wybacz mi. Jedna mała przejażdżka. – Spojrzał na zegarek. – W sali koncertowej musisz być dopiero za sześć i pół godziny.

– Nie, Edwinie. Przestań! Zejdź mi z drogi.

– Lubisz mężczyzn, którzy dużo gadają? Pamiętasz swoją piosenkę „Nigdy nie mówisz ani słowa"? Ja taki nie jestem. No, weź, przecież przed chwilą dobrze się nam rozmawiało. – Ścisnął jej ramię. – Było fajnie. W życiu tak się nie bawiłem.

– Puść mnie! – Usiłowała go odepchnąć.

Był ciężki jak worek cementu.

– Rozumiesz chyba, że omal nie zginąłem – powiedział złowrogo i wskazał swoją szyję. – Prawie zginąłem, ratując cię! Już zapomniałaś?

O, Jezu! On sam się postrzelił. Alicia była niewinna. Wrobił ją. Zabił Bobby'ego i ją! Nie wiem jak, ale to zrobił.

– Proszę cię…

Puścił ją, rozluźnił się i spojrzał na nią ze skruchą.

– Bardzo przepraszam. No, widzisz, nie idzie nam dobrze. Chodzi o to, że potrzebujesz dachu nad głową. Przez ten pożar. Mogłabyś zamieszkać ze mną dopóty, dopóki remont w twoim domu się nie skończy.

Mówił poważnie?

Odwróciła się, żeby uciec, ale łapa wielka jak bochen zakryła jej twarz, a druga zmiażdżyła klatkę piersiową. Sharp zaciągnął ją do swojego buicka i otworzył bagażnik. Walka o powietrze stawała się coraz bardziej beznadziejna. Przez gęstniejącą przed oczami ciemność dobiegł ją – tak jej się zdawało – głos nucący cicho: „Jestem przy tobie, zawsze przy tobie… twój cień…".

ROZDZIAŁ 70

Kathryn Dance nie rzuciła jednak monetą. Postanowiła zachować się jak osoba dorosła. Wstała, wcisnęła klawisz z zieloną słuchawką i wyrzuciła do śmieci kubek ze Starbucksa.

Stała ze wzrokiem wbitym w kosz, słuchając sygnałów w słuchawce. Dwa. Trzy. Rozłączyła się. Nie żeby straciła odwagę, nie. Nagle uderzyła ją nowa myśl.

Od A do B, od B do Z… Skąd Edwin Sharp wiedział, że Alicia Sessions ukradła jego śmieci? Przecież tak powiedział w szpitalu. Ona o tym nie wspomniała. Wyjawiła tylko, że Alicia zabrała parę jego rzeczy. O workach na śmieci nie pisnęła ani słowa.

Zwolnij, nakazała sobie. Myśl. Czy mógł się o tym dowiedzieć w inny sposób? Nie. Wczoraj w domu Kayleigh niemal natychmiast stracił przytomność i rozmawiał tylko z sanitariuszami, nie z Madiganem ani Harutyunem, a przecież tylko oni wiedzieli o śmieciach.

Po prostu to wydedukował? Jeśli Alicia chciała podłożyć na miejscu zbrodni coś należącego do niego, musiała to zabrać z jego śmieci. Oczywiście to możliwe. Ale niewykluczone też, że to Edwin podrzucił do mieszkania Alicii worki, a także listy z pismem Kayleigh, rzekomo autorstwa Alicii. Potem zostawił dowody – olej kostny i odcisk kowbojskiego botka przed swoim domem, by skierować podejrzenia na kobietę i zasugerować, że to ona obserwowała go w sobotę.

Nie, nie, to absurd. A strzelanina w domu Kayleigh? To na pewno Alicia.

Czyżby? Przemyśl to jeszcze raz, nakazała sobie. Co jej powiedzieli o wypadkach wczorajszego wieczoru Kayleigh, Madigan i Harutyun? Czy Edwin mógł to zaaranżować? Myśl. Od A do B, od B do Z… No jazda, tyle razy wchodziłaś w umysły zabójców. Zrób to teraz. Jak byś to urządziła? W jej głowie zaczęły pojawiać się pomysły.

Edwin przychodzi do domu Alicii, wiąże ją. Podkłada swoje śmieci, broń Gabriela Fuentesa i kartki z podrobionym pismem Kayleigh. Wysyła z telefonu kobiety SMS-a do Kayleigh i na własny numer, a potem jedzie do hotelu w pobliżu mieszkania Alicii i z jej laptopa wysyła do stacji radiowej prośbę o czwartą zwrotkę piosenki.

Ale przed domem Kayleigh stały dwa samochody, Edwina i Alicii. No, może zapłacił komuś, żeby przyjechał jego autem na pobocze przed domem Kayleigh i zostawił je tam. Potem dotarł do domu Kayleigh w pikapie Alicii, z nią samą związaną w bagażniku. A może Alicia już wtedy nie żyła – czas zgonu bardzo spalonego ciała mógłby na to wskazywać.

Lecz Kayleigh usłyszała głos Alicii.

Nagranie! Mógł zmusić kobietę w jej mieszkaniu do wypowiedzenia imienia Kayleigh do sprzętu nagrywającego o wysokiej czułości – tego samego, który wykorzystał do zapisania Twojego cienia. „Trudno by poznać, czy to ktoś naprawdę śpiewał, czy to cyfrowy zapis. Tylko zawodowiec mógłby mieć taki sprzęt". Dance przypomniała sobie swoją odpowiedź: „Albo obłąkany fan".

Edwin prawdopodobnie przygotował kilka scenariuszy „uratowania" Kayleigh Towne – zależnych od tego, gdzie znajdowałaby się wokalistka w chwili jego przybycia. Gdyby była na parterze albo na ganku, może walka z Alicią nastąpiłaby na podjeździe lub przy drodze. Ale kiedy dotarł do domu, przekonał się, że dziewczyna zamknęła się w sypialni. Dzięki temu mógł wejść do środka i udać Alicię – w dodatku przy pomocy samej Dance.

A rana?

No, skoro mógł już chodzić, najwyraźniej nie była poważna, choć wyglądała strasznie. Pocisk ominął tętnicę szyjną i kręgosłup… Dance odciągnęła skórę na szyi. Tak, mogła bez trudu ją sobie przestrzelić, nie naruszając żadnych ważnych organów.

Zastanowiła się nad innymi dowodami, których nie zdołali zinterpretować. Przede wszystkim ten pył kostny. Kostki gitarowe! Zrobione nie z rogów jelenia, ale z ręki Fredericka Blantona, pirata internetowego. Z ręki, która nie została spalona. Edwin ją odciął, zanim podłożył ogień. Skłamał, że już raz ofiarował Kayleigh te kostki. Skąd mogłaby to wiedzieć? To asystentka odsyłała wszystkie prezenty od niego, prawdopodobnie nawet nie otwierając kopert.

Ponura sprawiedliwość: wokalistka gra kostkami z ręki człowieka, który kradł jej piosenki. To szalona teoria, ale… jak dla mnie wszystko pasuje, uznała Dance i zadzwoniła do Kayleigh.

Wokalistka nie odebrała. Dance nagrała się na poczcie głosowej, opowiadając, do czego doszła, a potem zadzwoniła do Bishopa Towne'a i powtórzyła mu to samo.

– Kurwa! – warknął mężczyzna. – Ona pojechała z nim na obiad! Kayleigh pojechała na spotkanie z nim godzinę temu.

– Dokąd?

– Hm, nie jestem pewien. Moment.

Po chwili ciągnącej się w nieskończoność znowu usłyszała jego głos:

– Do San Joaquin Diner na Third. Czy…

– Jeśli Kayleigh zadzwoni, niech natychmiast skontaktuje się ze mną. – Dance rozłączyła się i przez chwilę wahała się, czy zadzwonić na 911, czy do biura szeryfa. Gdzie wyjaśnienia potrwają krócej?

Wybrała numer.

– Madigan – usłyszała w słuchawce.

– Szefie, tu Kathryn. Nie mam czasu tłumaczyć, ale moim zdaniem to jednak Edwin jest zabójcą.

– Co? – Usłyszała stuknięcie odstawianego kubeczka z lodami. – Ale… Alicia?

– Później. Słuchaj. Sharp i Kayleigh są w San Joaquin Diner na Third. Musimy tam natychmiast posłać samochód.

– Znam adres, jasne. Jest uzbrojony?

– Raczej nie, ale w tym stanie bardzo łatwo kupić broń.

– Słusznie. Oddzwonię.

Dance krążyła po pokoju, potem podbiegła do biurka, gdzie leżały jej notatki z dochodzenia. Dziesiątki stron. Gdyby chodziło o jej śledztwo, zwłaszcza prowadzone przez oddział do zadań specjalnych, miałaby już wszystkie te materiały uporządkowane alfabetycznie i oznaczone. Ale ponieważ wyglądało na to, że sprawa została zamknięta i przejmą ją inne jednostki, nie zawracała sobie tym głowy. Teraz rozłożyła strony na łóżku – jej rozmowy ze świadkami, analizę dowodów Lincolna Rhyme'a i Amelii Sachs, notatki z rozmowy z Edwinem... Okazało się, że nie musiała się trudzić. Po chwili zadzwonił zdenerwowany jak nigdy P. K.

– Kayleigh i Edwin wyszli z restauracji pół godziny temu, ale jej SUV nadal stoi na parkingu, a kluczyki leżały na ziemi.

– Upuściła je, żeby dać nam znać, że ją porwał. A jej komórka?

– Wyjęta bateria albo zniszczona. Nie możemy namierzyć żadnego sygnału. Posłałem Lopez do domu Edwina. Jego buick tam stoi, ale dom jest pusty, jakby facet się wyprowadził.

– Ma nowy pojazd.

– Tak. Ale już to sprawdziłem. Albo ukradł, albo kupił. W urzędzie komunikacyjnym nie ma niczego na jego nazwisko, żadnych umów wynajmu z jakiejkolwiek wypożyczalni. To może być jakikolwiek samochód, jadący w jakimkolwiek kierunku.

ROZDZIAŁ 71

Pani Alibi kłamała.

Dwadzieścia minut temu Dance zadzwoniła do siedemdziesięciodwuletniej pani Rachel Webber jeszcze raz i bardzo szybko zweryfikowała opowieść Edwina o pobycie koło jej domu we wtorek. Potrzebowała tylko trzech minut, żeby wyciągnąć z kobiety prawdę.

Edwin znalazł ją tego ranka w ogródku i zapędził do domu. Strasząc ją bronią, wydobył z niej imiona dzieci i wnuków i powiedział, że jeśli pojawi się policja, ma zeznać, że widziała go o wpół do pierwszej.

Teraz Dance i Dennis Harutyun słuchali, jak Madigan rozmawia z dowódcą wydziału kryminalistycznego. W końcu burknął coś i odłożył słuchawkę z trzaskiem.

– Na podwórku Edwina ludzie Charliego znaleźli ludzkie kości i narzędzia. Głęboko zakopane, więc nie dotarli do nich tamtego dnia. Miałaś rację, Kathryn. Sam zrobił te kostki z dłoni zamordowanego.

Dance kołysała się w tanim obrotowym fotelu. Koło telefonu w kubeczku topniały lody, a ona znowu pomyślała: Jak mogłam tego nie zauważyć? Co się stało? Nie potrafiła odczytać oznak podstępu, ale przecież wiedziała, że analiza mowy ciała kogoś takiego jak Edwin Sharp będzie trudna, jeśli nie niemożliwa. Zwróciła więc uwagę na fakty, o których mówił, i usiłowała analizować je nie pod kątem kinezyki, lecz zawartości. Zastanówmy się. Czy powiedział coś, co wskazywałoby na to, dokąd pójdzie ze swoją ukochaną? I co się stanie, kiedy tam się znajdą?

Nad tym drugim pytaniem nie chciała się zastanawiać.

– Dlaczego nie porwał jej kilka dni temu? – spytał Harutyun.

Dance spojrzała na niego.

– Wcale nie chciał jej porywać. Dlatego wrobił Alicię w zabójstwo. Chciał uratować Kayleigh i zaimponować jej swoim bohaterstwem. Jak niektórzy podpalacze, którzy wywołują ogień, a potem ratują ludzi, żeby zostać bohaterem. Dokładnie tak postąpił. Pewnie przypomniał jej o tym przy obiedzie. Powiedział, że skoro uratował jej życie, powinna się z nim umówić czy coś podobnego. Ona odmówiła. A ponieważ była to jego ostatnia szansa na spotkanie sam na sam z Kayleigh, zrobił to, co musiał – porwał ją. Lecz nie pod wpływem impulsu. Wierz mi, przewidział tę możliwość i wszystko zaplanował.

Coś ją dręczyło. Coś ulotnego. Znowu fakty… treść werbalna. A fakty nie pasowały do siebie.

O co chodzi? Westchnęła. Ale myśl znikła, zanim zdążyła się skonkretyzować. I nagle: Zaraz… Tak! To jest to!

Chwyciła telefon i zadzwoniła do koleżanki z pracy, Amy Grabe, specjalnej agentki FBI na San Francisco.

– Kathryn – usłyszała jej niski, zachrypnięty głos. – Widziałam biuletyn – porwanie i podejrzenie wywiezienia ofiary za granicę stanu.

– W tej sprawie dzwonię.

– To naprawdę ta piosenkarka Kayleigh Towne?

– Niestety. Ma stalkera.

– Jak możemy pomóc? Myślisz, że tu jedzie?

– Nie o to chodzi. Potrzebuję kilku agentów w okolicach Seattle. Muszę przeprowadzić wywiad ze świadkiem i nie mam czasu, żeby tam pojechać. To trzeba zrobić natychmiast.

– A przez telefon nie możesz?

– Już próbowałam. Nie udało się.

ROZDZIAŁ 72

No, proszę, pomyślała Kathryn Dance wpatrzona w ekran komputera. Coś takiego. Kobieta, której pociągłą twarz widziała na monitorze, wyglądała jak siostra Kayleigh Towne. Nie bliźniaczka, ale była bardzo podobna – proste jasne włosy, drobna sylwetka.

Sally Docking, była dziewczyna Edwina, spoglądała nerwowo w kamerę.

– Ci państwo… – odezwała się załamującym się głosem. – Nie rozumiem. Nie zrobiłam nic złego.

Za jej plecami w mieszkaniu w Seattle siedziało dwoje agentów FBI. Dance odpowiedziała uśmiechem.

– Prosiłam ich, żeby przynieśli do ciebie komputer, byśmy mogły znowu porozmawiać.

Tak naprawdę posłała ich, ponieważ nie sądziła, żeby Sally z własnej woli odbyła z nią sesję przez Skype'a.

– Wszystko będzie dobrze – dodała spokojnym tonem, nie zdradzając pośpiechu. – Pod warunkiem że powiesz mi prawdę. Nie: „Tym razem powiesz mi prawdę". To byłoby zbyt agresywne.

– Jasne.

Kathryn Dance zauważyła, że pewne fakty się nie kleją. Teraz, gdy Edwin Sharp okazał się napastnikiem, w jego zachowaniu wobec Sally Docking wyczuwała fałsz. Wcześniejsza relacja dziewczyny o życiu z nim brzmiała dość wiarygodnie, ale ekspert od kinezyki musi widzieć, nie tylko słyszeć obiekt analizy, by wykryć oszustwo. Dlatego Amy Grabe wysłała do niej agentów FBI, którzy siedzieli teraz w jej mieszkaniu w robotniczej dzielnicy, ustawiwszy wcześniej przed Sally bardzo kosztowny laptop z wbudowaną kamerą o wysokiej rozdzielczości.

Dance wybrała miejsce przy biurku, obok lampki silnie oświetlającej jej twarz. Chciała, żeby dziewczyna widziała ją bardzo wyraźnie.

– Masz ładne mieszkanie, Sally.

Dance włożyła okulary w różowych oprawkach, te nie odstraszające – w przeciwieństwie do drapieżnych stalowych lub czarnych, które wybierała, chcąc zrobić wrażenie osoby agresywnej.

– No, dość. Lubię je. Niski czynsz.

Dance zadała jej jeszcze kilka innych pytań – o rodzinę i pracę – by sporządzić wzorzec jej zachowań. Zauważyła tylko jeden mikrowybuch stresu, kiedy dziewczyna powiedziała, że nie przeszkadza jej dojeżdżanie dwadzieścia kilometrów do pracy w supermarkecie.

Dobrze, Dance powoli zaczęła wyczuwać Sally, która wydawała się zdenerwowana i niepewna nawet wtedy, gdy odpowiadała zgodnie z prawdą lub agentka zadawała jej proste pytania. Po jakichś dziesięciu minutach Dance oznajmiła:

– A teraz chciałabym jeszcze porozmawiać o Edwinie.

– Powiedziałam samą prawdę! – Sally wbiła wzrok w obiektyw kamery.

Niezręczna chwila: szybkie, brutalne zaprzeczenie. Dance nie mogła zareagować zbyt mocno ani zbyt słabo – to by zachwiało jej pozycję.

– To tylko rutynowe działanie. Kiedy następuje zwrot w śledztwie, często ponownie rozmawiamy ze świadkami, żeby zdobyć nowe informacje.

– Aha…

– Potrzebujemy twojej pomocy, Sally. Widzisz, sytuacja we Fresno jest… trudna. Edwin może być bardziej zamieszany w przestępstwo, niż początkowo sądziliśmy. Martwię się, że może wpaść w niedobry nastrój i kogoś skrzywdzić. Albo siebie.

– Nie!

– No właśnie. – Dance dopilnowała, żeby nikt nie pisnął ani słowem nikomu spoza policji, że Edwin porwał Kayleigh. Sally Docking nie mogła o tym wiedzieć. – I musimy go znaleźć. Musimy określić, dokąd mógł się udać, jakie miejsca są dla niego ważne, gdzie mógłby się zatrzymać.

– Nic takiego nie wiem. – Dziewczyna zerknęła na ekran.

Zmiana podstawowego schematu. To potwierdzało, że Sally coś ukrywa. Ale wydobycie z niej tej informacji wymagało nieco pracy.

– Widzisz, możesz wiedzieć więcej, niż ci się zdaje.

– Ale od dawna nie miałam z nim kontaktu.

Nadal brak reakcji. A ogólnikowe stwierdzenie „od dawna" nie zatuszowało faktu, że prawdopodobnie kłamała. Dance postanowiła to na razie przemilczeć.

– No, może niekoniecznie chodzi o miejsce, w którym chciałby zamieszkać. Coś, o czym wspomniał, gdy byliście razem.

– Nie.

– Nie?

Sally zastanawiała się gorączkowo.

– No, on bardzo lubi Seattle. Nie podróżuje często. Jest taki więcej spokojny czy coś.

– Nigdy o niczym nie wspominał? Naprawdę? – Dance zerknęła na leżącą przed nią kartkę.

Sally to zauważyła.

Jeśli mówisz prawdę…

– No, wspominał czasem o wakacjach. Pani rozumie. Ale pewnie nie o to pani chodziło.

– Gdzie chciał pojechać?

– Na przykład do Nashville. Grand Ole Opry. I może do Nowego Jorku, żeby pochodzić na koncerty.

Edwin Sharp prawdopodobnie tak powiedział, ale nie zamierzał uprowadzić Kayleigh Towne do Nashville czy na Manhattan, żeby stworzyć z nią dom, choćby miał nie wiadomo jak skrzywione poczucie rzeczywistości. Mimo to Dance stwierdziła:

– Dobrze. Właśnie o coś takiego nam chodzi. Przychodzą ci do głowy inne miejsca? Może kiedyś oglądaliście telewizję, a on powiedział: „O, tam jest ekstra"... Coś w tym stylu.

– Nie, naprawdę. – Oczy wlepione w kamerę.

Kłamie. Dance skrzywiła się niechętnie.

– No, doceniam twój wysiłek. Nie wiem, co mam zrobić. Byłaś moją ostatnią deską ratunku.

– Ja? Zerwałam z nim jakiś czas temu. E… dziewięć miesięcy temu. Tak mniej więcej.

– Po prostu Edwin zachowywał się wobec ciebie zupełnie inaczej niż wobec innych osób. Nie uwierzysz, ale potrafi być bardzo zaborczy i uparty.

– Nie, naprawdę?

Serce Dance zabiło mocniej. Znalazła się na tropie zwierzyny i coraz bardziej się do niej zbliżała. Mimo to ciągnęła, starając się zachować jak największy spokój:

– Właśnie. Kiedy jakaś osoba go odtrąca, coś się w nim zmienia. Nie potrafi się pogodzić z tym, że ktoś od niego odchodzi. Czepia się ludzi. Ponieważ to on zerwał z tobą, nie uważa cię za postać negatywną. Nawet powiedział mi, że nadal ma wyrzuty sumienia z powodu waszego rozstania.

– Rozmawiała pani o mnie z Edwinem? Ale jak, niedawno? – Szybkie słowa jedno po drugim.

– Tak. Zabawne, bo z tego, co powiedział, można wnioskować, że trochę za tobą tęskni. – Dance bardzo ostrożnie formułowała zdania. Nigdy z premedytacją nie oszukała obiektu, ale czasami pozwalała mu, żeby oszukał sam siebie. – Nie zdziwiłabym się, gdyby się zastanawiał, co u ciebie.

Sally przełknęła ślinę i nerwowym ruchem przeczesała palcami włosy – echo włosów Kayleigh, choć nie były ani tak długie, ani delikatne. Kiedy przechyliła głowę, Dance zauważyła odrosty – dziewczyna nie była naturalną blondynką.

– O co pytał? – spytała Sally trochę wyższym niż dotąd głosem, co zdradzało stres.

– Tak ogólnie. – Umyślnie wymijająca odpowiedź.

Dziewczyna znowu nerwowo przełknęła ślinę. Dance raz jeszcze spojrzała na leżącą przed nią czystą kartkę papieru. Sally pochyliła się, usiłując dojrzeć jej treść. Na jej czole zalśniła smużka potu. FBI ma naprawdę fantastyczny sprzęt. Gdy Dance po raz trzeci spojrzała na kartkę, Sally spuściła wzrok na biurko, jakby arkusz leżał pół metra od niej.

– Twój brat mieszka w Spokane? A matka w Tacoma? – spytała Dance.

– Ale… Mój brat, matka?

– Edwin miał z nimi bliski kontakt?

Stalker nie powiedział o Sally Docking nawet dwóch pełnych zdań, a o jej rodzinie nie wspomniał ani słowem. Dance znalazła te szczegóły w aktach stanu Waszyngton i kartotece federalnej, kiedy zaczęła podejrzewać, jak naprawdę wyglądał związek dziewczyny z Sharpem.

– Powiedział coś o nich? – wykrztusiła Sally.

– Przyjaźnili się, tak? Byli z sobą blisko?

– No…

– Co? Martwiłabyś się, gdyby Edwin okazał pewne zainteresowanie twoim krewnym?

O, potęgo hipotezy.

Pewne zainteresowanie…

– Co on powiedział? – wybuchła dziewczyna. – Pani mi powie!

– O co chodzi, Sally? – spytała Dance z fałszywą troską.

– Bo… – Pojawiły się łzy. – Co on powiedział?

Agentka FBI poruszyła się nerwowo, być może tak jak Dance wyczuwając nadchodzący atak histerii.

– Co on powiedział o mojej rodzinie?

– Dlaczego się niepokoisz? Wyjaśnij mi to – poprosiła Dance wystudiowanym tonem, marszcząc przy tym brwi.

– On ich skrzywdzi! Nie rozumie, że zrobiłam wszystko, czego chciał. Jeśli o nich wspomniał, to znaczy, że chce ich skrzywdzić, żeby się na mnie odegrać. Proszę, musicie coś zrobić!

– Ale jak to…? – Dance spojrzała na nią z niepokojem. – Chyba nie chcesz mi teraz powiedzieć, że to ty postanowiłaś z nim zerwać.

– Ja…

– O, nie. To wszystko zmienia… To, co powiedziałam Edwinowi… – Urwała i spojrzała na Sally z niepokojem.

– Proszę! Nie! Co mu pani powiedziała? Gdzie on jest? Jedzie do Tacomy albo Spokane?

– Nie wiemy, gdzie jest. Powiedziałam ci, że… Niech się zastanowię. No dobrze, mamy problem.

– Nie pozwólcie mu skrzywdzić mojej mamuni! – łkała Sally. – Proszę! A mój brat ma dwoje małych dzieci!

Wszystko toczyło się dokładnie tak, jak przewidziała to Kathryn Dance. Musiała zasiać ziarno strachu w dziewczynie, żeby zmusić ją do mówienia.

– Zrobiłam, co chciał – wykrztusiła Sally przez łzy. – Dlaczego chce nam zrobić krzywdę?

– Możemy ci pomóc – powiedziała Dance współczująco. – Ale nie możemy zrobić niczego dla twojej matki ani brata, jeśli nie będziesz z nami szczera.

Tak naprawdę już zadzwoniła do miejscowej policji i poleciła dyskretnie czuwać nad rodziną dziewczyny. Sally z trudem łapała powietrze.

– Proszę… Przepraszam, że skłamałam. On mi kazał. Powiedział, że jeśli ktoś będzie pytać, mam mówić, że jest fantastyczny, nigdy mnie nie prześladował, ani mnie, ani nikogo, i że to on zerwał ze mną, a nie odwrotnie. Przepraszam, ale się bałam. Wyślijcie policję do mojej mamy. I brata. On ma dzieci! Proszę. Podam wam adresy.

– Najpierw powiedz mi prawdę, Sally. Potem porozmawiamy o ochronie. Co naprawdę wydarzyło się między Edwinem i tobą?

– No dobra. – Dziewczyna wytarła twarz chusteczką podaną przez agentkę. – W zeszłym roku Edwin był ochroniarzem w supermarkecie, no a ja tam pracowałam. Zobaczył mnie i, bach, normalnie dostał obsesji.

Bo wyglądała jak Kayleigh Towne.

– Strasznie mnie podrywał. Od jednego do drugiego, no i zaczęliśmy z sobą chodzić. Ale on zrobił się dziwny. Zabraniał mi a to tego, a to tamtego… Czasami chciał tylko siedzieć i gapić się na mnie. Gapił się albo leżał w łóżku i głaskał mnie po włosach. Ohyda! Powtarzał mi, jaka to jestem piękna i tak dalej. Wydawało mu się, że jestem podobna do tej piosenkarki, takiej jego ulubionej. Chyba już o niej mówiłam. Kayleigh Towne. – Sally prychnęła. – Ciągle puszczał jej piosenki. Gadał o niej codziennie. Głównie: „Biedna Kayleigh to, biedna Kayleigh tamto". Że nikt jej nie rozumie, że ojciec sprzedał jej rodzinny dom, który kochała, że matka jej umarła, że fani nie traktują jej jak należy, że wytwórnia nie nagrywa jej płyt jak trzeba. Gęba mu się nie zamykała. Nie mogłam tego wytrzymać. I po prostu odeszłam. Przez jakiś miesiąc było mniej więcej w porządku. Tak, łaził za mną, ale nie było jakoś strasznie. Ale potem jego matka umarła i ześwirował. Tak naprawdę.

Element stresu, który doprowadził do załamania.

– Edwin przyszedł do mnie, płakał i zachowywał się strasznie dziwnie, jakby jego życie się skończyło. Było mi go żal, no i się bałam, więc się znowu zeszliśmy. Ale on robił się coraz dziwniejszy. W ogóle przestał wychodzić z domu, kazał mi przestać się widywać z moimi przyjaciółmi, był zazdrosny o kolegów z pracy. Wydawało mu się, że sypiam ze wszystkimi. Ratunku, ja? Chciał, żebym siedziała z nim w domu. Żeby mógł na mnie patrzeć, gapić się w telewizor i się kochać. Jak to robiliśmy, puszczał jej piosenki. To było straszne! W końcu… – Sally zawahała się, podciągnęła rękaw i pokazała bliznę na nadgarstku. – Tylko tak mogłam się wyzwolić. Ale on mnie znalazł i zawiózł na pogotowie. Chyba to go przekonało, że powinien się odczepić.

– Kiedy to było?

– W grudniu.

Drugi element stresu – ten, który pchnął Sharpa do prześladowania Kayleigh.

Dance podjęła decyzję.

– On ją porwał.

– Kogo, Kayleigh Towne? – szepnęła dziewczyna, ale nie wydawała się tym ani trochę zdziwiona.

– Będziemy chronić ciebie i twoją rodzinę, obiecuję. I wsadzimy go do więzienia do końca życia. Zabił kilka osób.

– O, nie. Boże, nie.

– Ale możemy tego dokonać tylko z twoją pomocą. Wiesz, dokąd mógł pojechać?

Sally stoczyła z sobą kolejną walkę. Ona coś wie, pomyślała Dance. No, dawaj, dawaj…

– Więc…

– Wyślemy policję do twojej rodziny. Ale musisz też nam coś dać.

– Powiedział, że kiedy po raz pierwszy widział śpiewającą Kayleigh, przeżył takie jakby religijne olśnienie. To był koncert plenerowy, kilka lat temu. Powiedział, że gdyby mógł sobie wybrać miejsce zamieszkania, to tylko tam. W chacie w lesie nieopodal.

– Gdzie?

– W jakimś mieście w Kalifornii, nad morzem. Monterey. Nie wiem, gdzie to jest.

Dance oderwała wreszcie wzrok od ekranu i spojrzała Madiganowi w oczy. Potem wróciła do swojego zapłakanego obiektu.

– Nie szkodzi, Sally. Ja wiem.

ROZDZIAŁ 73

Edwin Sharp prowadził samochód, śpiewając głośno i dość fałszywie.

Pali jak smok i kopci jak komin,

i sączy swąd z rury wydechowej.

W zimie lodówka, w lecie jak piec.

Łatany plastrem, można się wściec.

Lecz jest duży i jest mocny, i oparcie w nim wciąż mam.

I jest przy mnie – nie jak wszyscy ci mężczyźni, których znam.

Mój czerwony cadillac, mój kochany stary grat.

Kiedy razem jedziemy, już niestraszny mi jest świat.

Kocham go z całej siły, jest mi bliski jak brat.

Mój czerwony cadillac, mój kochany stary grat.

– Musieliśmy się z nim pożegnać! – zawołał przez ramię. – Z moim czerwonym buickiem. Niestety.

Kayleigh ze wszystkich sił starała się nie płakać. Nie chodziło o ocalenie godności, tylko o przeżycie. I tak miała niebezpiecznie zatkany nos, a gdyby zaczęła łkać, udusiłaby się. Taśma zakleiła szczelnie jej usta. Nie miała zawiązanych oczu, ale leżała na podłodze furgonetki bez okien. Sharp zdjął jej botki. Z miłością powąchał skórę. Świr.

Byli o jakąś godzinę drogi od Fresno, choć nie wiedziała, w jakim kierunku jadą. Pewnie w stronę Yosemite albo Sierra, bo wydawało się, że droga prowadzi w górę. Na zachód lub południe teren był płaski. Zatrzymali się tylko raz, kiedy Edwin spojrzał na nią w lusterku wstecznym i zmarszczył brwi. Zjechał wtedy na pobocze i przeszedł na tył samochodu. Odsunęła się przerażona.

– Nie, nie, tu popełniłem błąd – powiedział.

Do taśmy przykleiło się grube pasmo jej włosów i Edwin ostrożnie je wyzwolił.

– To niedopuszczalne. – I znowu przypomniał, jak długo ich nie obcinała. – Dziesięć lat i cztery miesiące… Mogłabyś o tym napisać piosenkę. Dobry tytuł.

Potem ku jej przerażeniu wyjął z kieszeni grzebień i delikatnie przesunął nim przez jej włosy.

– Jesteś taka piękna – szepnął.

Znowu ruszyli.

– Mój czerwony cadillac, mój kochany stary grat. Kocham to, po prostu to kocham.

Kayleigh trzymała skute ręce przed sobą. Miała nadzieję, że zdoła dosięgnąć klamki drzwi i wyskoczyć na szosę. Ale klamek nie było. Edwin Sharp je usunął. Wszystko starannie zaplanował.

Śpiewając, skręcił z głównej jezdni i przez jakiś czas jechał mniejszą, wyboistą szosą. Zdecydowanie pod górę. Dziesięć minut później pod oponami zaczęły chrupać żwir i piasek. Potem nawierzchnia stała się jeszcze gorsza i pojazd przez kilka kilometrów wspinał się z wysiłkiem. W końcu furgonetka wjechała na równy teren i po paru minutach stanęła.

Edwin wysiadł. Potem przez długą chwilę panowała cisza. To niesprawiedliwe, pomyślała Kayleigh. To cholernie niesprawiedliwe.

Wychodzisz na scenę i śpiewasz piosenki.

Co się może nie udać? Wszyscy uśmiechnięci.

– Witamy!

Edwin otworzył tylne drzwi i jej oczom ukazało się pole otoczone sosnowym lasem. Pomógł jej wysiąść, a potem ostrożnie – choć bardziej brzydził ją jego dotyk – zdjął jej taśmę z ust. Zostawił na niej zapach wody po goleniu – tak, zdecydowanie takiej, jakiej używał jej ojciec – i potu.

Odetchnęła głęboko, dygocząc z ulgi. Czuła się, jakby przed chwilą tonęła. Edwin cofnął się o krok i spojrzał na nią z uwielbieniem, ale już nie jak na artystkę. Szczególnie długo patrzył na jej piersi. Potem objął ją bardzo mocno i poprowadził do przyczepy.

– Nie kocham cię!

Tylko się roześmiał, lecz jego rozmarzone spojrzenie nieco zlodowaciało.

– On cię rżnął, nie? Bobby. Nie mów, że nie.

Wbił w nią nieruchomy wzrok, jakby pytał, czy to prawda, ale chciał usłyszeć, że nie.

– Edwin!

– Mam prawo wiedzieć.

– Byliśmy tylko przyjaciółmi.

– No, nie wiem, gdzie jest napisane, że przyjaciele nie mogą się rżnąć. A ty wiesz?

Więc ten wcześniejszy sterylny język – w rozmowach i e-mailach – był fałszywy, stworzony po to, żeby wykreować wizerunek niewiniątka. I teraz już wiedziała, że tamtego dnia nie klepał się tylko po nodze.

Byli już koło drzwi przyczepy. Sharp uspokoił się i znowu się do niej uśmiechnął.

– Przepraszam. Na myśl o nim normalnie coś mi się robi.

– Edwinie, słuchaj…

– Powinienem cię przenieść przez próg. Jak w noc poślubną, rozumiesz.

– Nie dotykaj mnie!

Spojrzał na nią z pewną litością, otworzył drzwi i chwycił ją na ręce, jakby nic nie ważyła.

Wniósł ją do środka. Nie protestowała. Jedną potężną łapą obejmował jej szyję.

ROZDZIAŁ 74

Jesteśmy w drodze – rzuciła Kathryn Dance do telefonu.

Raptem zachłysnęła się ze strachu. Harutyun omal nie zdarł sobie lakieru z drzwi od strony pasażera, wymijając ciężarówkę o milimetr. Skręcił gwałtownie na swój pas i dodał gazu.

– Wszystko w porządku? – spytał O'Neil w słuchawce. – Jesteś tam?

– Tak. Jeszcze jestem. – Zamknęła oczy, bo Harutyun zaczął wyprzedzać kolejnego tira.

O'Neil siedział przy biurku w swoim biurze szeryfa. Dance na chwilę otworzyła oczy i spytała:

– Co wysłali?

– Dwa helikoptery w okolicę Point Lobos. Tam dwa lata temu Edwin po raz pierwszy zobaczył Kayleigh na koncercie. Kolejny patroluje teren od Moss Landing po Santa Cruz. Szczególną uwagę zwraca na pustkowia. Drogówka ustawia blokady wokół Pacific Grove, Pebble Beach i Carmelu. Mamy około czterdziestu mundurowych z Monterey, miasta i okolic.

– Dobrze.

– A twój szef też działa.

Charles Overby, dowódca filii CBI na Monterey, prawdziwy mistrz konferencji prasowych, poprosił społeczeństwo o wypatrywanie Edwina Sharpa i Kayleigh Towne. Na stronach internetowych fanów Kayleigh aż wrzało; pojawiały się na nich zdjęcia podejrzanego i jego ofiary, choć pewnie każdy posiadacz telewizora lub iTunesa wiedział, jak wygląda piosenkarka.

– Jak sobie radzisz? – znowu spytał O'Neil.

Dziwne pytanie. Choć może nie tak dziwne w kontekście etapu, w jaki wszedł ich związek. Ale nie miała teraz czasu na takie rozmyślania.

– Świetnie – odparowała. Dosłownie tak, jak się odparowuje cios. Miała nadzieję, że O'Neil to wyczuje.

Najwyraźniej wyczuł.

– Za ile dojedziecie?

Powtórzyła pytanie Harutyunowi.

– Za pół godziny – rzucił.

Przekazała odpowiedź O'Neilowi i dodała:

– Muszę kończyć, Michael. My tu prujemy ze trzysta na godzinę.

Harutyun uśmiechnął się pod wąsem, co mu się rzadko zdarzało. Dance rozłączyła się i oparła głowę o fotel.

– Mam zwolnić? – spytał policjant.

– Nie, przyspieszyć.

Zrobił to, a ona znowu zamknęła oczy.


– I co powiesz? – spytał Edwin wesoło, wskazując wnętrze idealnie wysprzątanej i wyszorowanej przyczepy. Ale także dusznej.

Stojąca we wnęce kuchennej Kayleigh, nadal skuta, nie odpowiedziała.

– Patrz, telewizor wysokiej rozdzielczości i ze sto DVD. I wszystko to, co lubisz jeść. – Otworzył szafki. – Ekologiczne. I twoje ulubione mydło.

Tak, rzeczywiście, zauważyła. Ta jego wszechwiedza sprawiła, że serce jej zamarło ze strachu. Dostrzegła także w kilku miejscach przytwierdzone do ściany łańcuchy zakończone kajdanami na ręce i nogi. Edwin – uważając to pewnie za przejaw troskliwości – wykleił je od środka futerkiem. Pan Dzisiejszy…

I znowu jego uśmiech zniknął.

– Gdybyś poszła ze mną, jak prosiłem, nie musielibyśmy przez to przechodzić. Zwykła kolacja i kilka dni w moim mieszkaniu na czas remontu twojego domu. To tak wiele?

Kayleigh wyczuła, że Sharp dygocze z gniewu.

– Wiem, że nie jesteś dziewicą – powiedział lodowato. – Na pewno nie chciałaś się z nikim rżnąć. Ale z Bobbym się rżnęłaś, tak?… Nie, nie chcę wiedzieć. – Milczał przez chwilę. – I na pewno nie robiliście niczego dziwnego... No, wiesz, niczego obrzydliwego. Czasami grzeczne dziewczynki – takie w okularach i bluzkach zapiętych pod szyję – są zdolne do naprawdę zboczonych rzeczy. Ale nie ty. – Przyjrzał jej się z bliska. A potem, jakby ktoś włączył światło, jego twarz rozjaśniła się ciepłym uśmiechem. – Hej, nie przejmuj się. Teraz jesteś moja. Wszystko będzie dobrze.

Oprowadził ją po przyczepie. To miejsce było jej świątynią. Afisze, pamiątki, ubrania, zdjęcia. Wszędzie Kayleigh Towne. Ale żadnej broni. W kuchni ani jednego ostrego noża – tam sprawdziła najpierw. Jak również nic ze szkła i ceramiki. Tylko metal i plastik. Zauważyła paczkę papierosów i rozejrzała się za zapalniczką. Nie znalazła jej.

Edwin poszedł za jej spojrzeniem.

– Nie martw się, nie palę – rzucił szybko. – Już nie. Tylko potrzebowałem kilku, żeby skierować trop na tę dziwkę Alicię. Dla ciebie, Kayleigh, nie piję i nie palę. Jestem czysty. I nigdy nie brałem – w przeciwieństwie do tego twojego pana Bobby'ego Prescotta.

Po plecach spływał jej pot, skóra mrowiła.

– Edwinie, to na nic. Nie wiesz, że będzie mnie szukać dziesięć tysięcy osób?

– Może nie. Może pomyślą, że uciekłaś z kimś, kto zawsze cię kochał i dbał o ciebie? Nadal myślą, że za wszystkim stała Alicia. To ona zabiła Bobby'ego i chciała zabić ciebie.

Czy aż tak stracił kontakt z rzeczywistością?

– Ale jeśli nawet cię szukają, to nie znajdą. Pomyślą, że jesteśmy w Monterey. Trzysta kilometrów stąd. Ta suka, z którą kiedyś chodziłem, powiedziała im, że tam będziemy. Wiedziałem, że mnie zdradzi. Już dawno to przewidziałem. Jesteśmy tu zupełnie sami… Po drodze nie widziałem ani jednego helikoptera czy blokady. Gdyby sądzili, że tu jedziemy, w minutę obstawiliby autostradę 41. Nie, Kayleigh, oni nas nie znajdą.

– Zrobiłeś to wszystko… Właściwie po co? Żeby mnie uwieść?

– Żebyś wreszcie zrozumiała. Kto zadałby sobie tyle kłopotu, gdyby cię nie kochał?

– Ale… kongresman? Nie rozumiem.

Sharp parsknął śmiechem.

– A, to było ciekawe. Tu się wiele nauczyłem. Przestałem zamieszczać posty. To przez nie Simesky się o nas dowiedział. Nie uwierzyłaś mi, kiedy mówiłem, że cały świat chce cię wykorzystać.

Ty i ja…

– Ale i z tego wynikło coś dobrego. W sobotni wieczór naprawdę widziałem kogoś przed moim domem. Simesky'ego z tą Babbage. Wtedy myślałem, że to dzieci, ale zacząłem się zastanawiać. Postanowiłem to tak rozegrać, żeby wydawało się, że to Alicia mnie obserwowała. Podłożyłem dowody, które miały ją obciążyć. Czasami po prostu samo się układa.

Nagle się zniecierpliwił. Spojrzał na jej włosy, piersi, nogi.

– No, to chodź. Wiesz, na co pora. – Zerknął na rozbebeszone łóżko, obok którego leżał iPod Bose. – Widzisz to? Nagrałem pięćdziesiąt twoich koncertów. Mam fajny sprzęt. Oszczędzałem na niego. Będziemy puszczać twoje piosenki, kiedy… – Nagle spojrzał na nią z troską. – O, nie martw się. Tak, nagrałem je, ale nigdy nie sprzedałem żadnego nagrania ani go nikomu nie udostępniłem. To tylko dla mnie… a teraz dla nas.

– Edwinie, proszę cię… nie.

Spojrzał na jej włosy i oparł się o zlew.

– Nie powinnaś być taka… no, wiesz, oficjalna. Wyświadczyłem ci przysługę. Fred Blanton był złodziejem, a Alicia... No, pewnie chciała cię zastąpić. Sheri? No proszę cię. Zasługujesz na lepszą macochę. To jakaś ekspedientka, której się poszczęściło z Bishopem. Nie jest ciebie godna. Zasługiwała na śmierć. A Bobby? Chciał cię tylko przelecieć. – I znowu wbił w nią wzrok, czekając na potwierdzenie jej niewierności. Zaraz jednak znowu się opanował.

– Może przynajmniej pozwól mi się umyć? – poprosiła. – Tylko prysznic. Nie czuję się z tym dobrze.

– Raczej nie.

 – I ty się uważasz za pana Dzisiejszego? – warknęła. – Akurat. Chcę wziąć prysznic, a ty mi, kurwa, nie pozwalasz!

Zmarszczył brwi.

– Dobrze. Ale już się tak nie wyrażaj. Nigdy więcej.

– Dobrze, nie będę.

– Możesz wziąć prysznic. Ale wiesz, że tylko ja mam klucze i że nie ma tu żadnej broni. A wszystkie okna są zakratowane.

– Domyśliłam się. Naprawdę chcę się tylko umyć.

Rozpiął jej kajdanki. Roztarła nadgarstki i poszła, zrezygnowana, wąskim korytarzykiem do łazienki.

– A, Kayleigh. Zaczekaj.

Odwróciła się. Sharp patrzył na nią z zakłopotaniem. Czyżby się zarumienił?

– Jeśli chodzi o tamtą kobietę… tę z Seattle… Nie musisz być zazdrosna. To nie było nic ważnego. Nigdy z nią nie spałem. Naprawdę. Słowo daję.

Widziała, że kłamie, ale wstrząsnęło nią, że chyba naprawdę wierzył, iż jego wierność ma dla niej znaczenie.

– Wracaj szybko, kochanie – dodał z uśmiechem i poszedł do sypialni.

ROZDZIAŁ 75

Edwin nie mógł się zdecydować, którą piosenkę lubił najbardziej. Potem uświadomił sobie, że te rozmyślania może o kant tyłka potłuc – kolejne powiedzonko jego matki. Osoba, która nie ma ulubionego dania, może jeść wszystko (przynajmniej tak było w jego wypadku – gdyby nie Kayleigh, ważyłby już ze sto pięćdziesiąt kilo).

Nieco bardziej podkręcił klimatyzację – w przykrytej maskującą siatką przyczepie było potwornie gorąco. Ale dopilnował, żeby tak było. Zauważył, że Kayleigh się pociła, a dzięki temu była nawet bardziej pociągająca. Wyobraził sobie, że będzie lizać jej skronie i głowę, i podniecił się jeszcze bardziej. Fajnie było rżnąć Sally, gdy z głośników rozbrzmiewał głos Kayleigh Towne, ale to będzie tysiąc razy lepsze. To będzie autentyk.

Hej, dobry tytuł. Autentyk. Wspomni o tym Kayleigh. Wpadł na pomysł, że mogą razem pisać piosenki. On wymyśli słowa, a ona muzykę. Bo ze słowami nieźle sobie radził.

Znowu pomyślał: popołudnie poślubne. Nie noc. Popołudnie. Nawet śmieszne.

Zaczął się zastanawiać, czy kiedy tu mieszkała, chodziła z kimś. W jej piosence o starym domu była ta linijka o randkach z chłopcami, która doprowadziła go do autentycznej furii, kiedy usłyszał ją po raz pierwszy. Potem przypomniał sobie, że Bishop sprzedał dom, kiedy córka miała jakieś dwanaście lub trzynaście lat. A ponieważ była grzeczną dziewczynką, wątpił, żeby pozwoliła chłopcu na coś więcej niż pocałunek i może jakieś pieszczoty – co i tak wywołało kolejny atak zazdrości.

Bobby… Miał nadzieję, że ten skurwiel umierał w cierpieniach. W centrum rozrywki nie krzyczał tak, jak powinien.

Edwin słuchał szumu wody i wyobrażał sobie Kayleigh nagą pod prysznicem. Czuł, że zaczyna mu stawać. Przypomniał sobie artykuł o niej w „Rolling Stone". „Dobra dziewczynka jest niezła". I postanowił jej odpuścić. Wybaczy jej, że się rżnęła z Bobbym. Jeszcze raz ją o to spyta i będzie nalegać na prawdziwą odpowiedź. Musi wiedzieć. Ale wybaczy jej, cokolwiek usłyszy.

Zdjął koszulę i zaczął ugniatać brzuch. Nadal miał trochę luźnej skóry po oponce tłuszczu, ale przynajmniej nie przytył. Wszystko dla Kayleigh.

Czy on też powinien wziąć prysznic? Nie. Kąpał się rano. Poza tym Kayleigh musi przywyknąć, że będzie ją brać, jak mu się spodoba i kiedy mu się spodoba, czysty czy nie. W końcu była jego żoną.

Włączył radio i znalazł wiadomości. Wyglądało na to, że policja nie kupiła niewinnej interpretacji zniknięcia Kayleigh. Pike Madigan wyjaśniał poważnie, że doszło do porwania, i powiadamiał wszystkich, że Edwin Sharp i Kayleigh Towne prawdopodobnie jadą na zachód, w stronę Monterey.

– Nie wiemy, jaki mają wóz, ale na naszej stronie zamieszczamy zdjęcie Sharpa.

Aaa, wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, Sally, ty kłamliwa suczko. Przez chwilę zastanawiał się, kto z niej to wydusił. Kathryn Dance oczywiście. Na pewno ona.

Naturalnie zmyłka z Monterey opóźni pogoń tylko na jakiś czas. Edwin i Kayleigh będą musieli się przeprowadzić, ale przez jakiś miesiąc będą tu bezpieczni. Kayleigh powiedziała, że lubi Austin. Może tam pojadą. To Teksas, mnóstwo pustkowi, w których można się ukryć. Ale w swoim blogu „W drodze" wspomniała też, że lubi Minnesotę. Może to lepsze miejsce, zwłaszcza kiedy pojawi się dziecko. Tam jest chłodniej. Przypuszczał, że w upale ciężko znosi się ciążę.

Dzieci… Wyszukał w Google ten kobiecy cykl. Ciekawe, w którym jego punkcie znajduje się Kayleigh. Zresztą to nieważne. Będą się kochać co noc, jeśli nie częściej. Wcześniej czy później strzeli gola.

Rozpiął dżinsy i wsunął rękę w bokserki, choć nie potrzebował żadnych przygotowań.

Potem woda przestała szumieć. Kayleigh pewnie już się wyciera. Wyobraził sobie jej ciało. Postanowił wprowadzić zasadę, że po przyczepie będą chodzić nago. Będą się ubierać tylko do wyjścia. Odetchnął głęboko, wciągając w nozdrza słodki zapach szamponu w parnym powietrzu.

– Edwinie! – zawołała Kayleigh melodyjnie. – Jestem gotowa. Chodź spojrzeć.

Uśmiechnięty wstał z łóżka. Kayleigh stała w drzwiach łazienki zupełnie ubrana. Zamrugał. Potem przestał się uśmiechać i krzyknął ze zgrozy.

ROZDZIAŁ 76

Nie, nie, nie! Coś ty zrobiła?!

Znalazła malutkie nożyczki z tępymi końcami z zestawu do manikiuru, który jej kupił. Można je wnosić na pokład samolotu, a zatem były bezpieczne. Ale nadal ostre. I oto, co z nimi zrobiła: obcięła włosy.

– Nie!

Spojrzał z rozpaczą na stertę lśniących jasnych pasm na podłodze łazienki, jakby spoglądał na ciało ukochanej.

– Kayleigh!

Z jej pięknych loków zostało tylko zmierzwione ściernisko. Wcale się nie kąpała, poświęciła te dziesięć minut na zniszczenie swoich cudownych włosów.

– Co się stało, Edwinie? – spytała śpiewnym, obłąkanym głosem. – Już ci się nie podobam? Nie chcesz mnie prześladować?… Przecież to nie ma znaczenia, prawda? Kochasz mnie, nie włosy. Nieważne, jak wyglądam. Przejąłeś się?

– Nie, nie, naturalnie, że nie. Ale…

Omal nie zwymiotował. Ile trzeba czasu, żeby włosy znowu stały się długie? Dziesięć lat, cztery miesiące… Będzie nosić kapelusz. Nie, nie znosił kobiet w kapeluszach.

– A mnie się wydaje, że bardzo się przejąłeś. Nawet się zdenerwowałeś.

– Dlaczego? Czemu to zrobiłaś?

– Żeby pokazać ci prawdę. Kochasz dziewczynę z okładek albumów, z telewizji, teledysków i plakatów. Z gazet. A to nie jestem ja. Pamiętasz, jak byliśmy sami w teatrze we Fresno? Powiedziałeś, że najbardziej podobają ci się moje włosy i głos.

Może znajdzie kogoś, kto zrobi perukę z jej włosów. Ale jak to zrobić? Rozpoznają go, doniosą na niego. Nie, nie, nie! Co teraz?

– Chcesz mnie przelecieć? – spytała Kayleigh kpiąco. – Teraz, gdy wyglądam jak chłopiec?

Podszedł powoli, zapatrzony w stertę włosów.

– Masz! – krzyknęła, chwyciła ich garść i rzuciła w niego.

Spłynęły na podłogę. Edwin upadł na kolana, łapiąc je z rozpaczą.

– Wiedziałam – mruknęła z pogardą, cofając się do łazienki. – Nie znasz mnie. Nie masz pojęcia, kim jestem.

Wtedy on także się rozgniewał. I znalazł odpowiedź na jej pytanie. Owszem, wiem, kim jesteś. Jesteś dziwką, którą za sześćdziesiąt sekund będę rżnął.

Podniósł się powoli. Nagle zobaczył coś w jej ręce. Co…? A, tylko kubek. Na pewno plastikowy. W przyczepie nie ma niczego, co można by zbić i użyć jako noża. Wszystko to przemyślał.

Ale jedno nie przyszło mu do głowy. Że kubek zawiera amoniak spod zlewu. Napełniła go po brzegi. Te ścięte włosy nie były nauczką ani przesłaniem. Były manewrem odwracającym uwagę.

Usiłował odskoczyć, ale była szybka. Chlusnęła mu cieczą prosto w twarz. Płyn wypełnił mu nos i usta. Udało mu się na jakieś pół sekundy osłonić oczy, ale opary wdarły się pod powieki, palące jak rozgrzana do czerwoności stal. Krzyknął z bólu. Jeszcze nigdy tak nie cierpiał. Ten ból był jak żywe stworzenie, istota, która zamieszkała w jego skórze.

Krzyknął i zatoczył się do tyłu, gorączkowo wycierając twarz. Wszystko, byle uciec przed tym bólem! Krztusił się, zachłystywał, kaszlał. Boli, boli, boli!

Potem znowu ból, gdy uderzyła go mocno w szyję – w ranę po własnoręcznym postrzale. Znowu wrzasnął.

Zgięty wpół czuł, że Kayleigh wyszarpuje mu klucze z kieszeni. Usiłował ją chwycić, ale szybko uskoczyła.

Gorzki, palący płyn spłynął głębiej w usta i nos. Edwin kichał, pluł, kaszlał i usiłował złapać oddech. Wyprostował się chwiejnie i podstawił twarz pod kran w kuchni, żeby zmyć ten straszny ogień. Ale nie było wody. Kayleigh zużyła cały zapas.

Dobrnął, potykając się, do lodówki i otworzył ją gwałtownie. Po omacku znalazł butelkę mineralnej. Chlusnął sobie w twarz; zimny płyn trochę ugasił ból. Znowu wrócił mu wzrok, choć wszystko było zamglone. Niemal doczołgał się do drzwi wyjściowych, które Kayleigh zamknęła na klucz. Ale on wyjął z portfela drugi. Otworzył zamek i wybiegł na zewnątrz, ocierając oczy.

Rozejrzał się. Kayleigh biegła drogą prowadzącą na autostradę.

Ból trochę się zmniejszył. Edwin odetchnął. Nawet się uśmiechnął. Ta droga miała pięć kilometrów. Sam żwir. A Kayleigh była boso.

Nie ucieknie mu.

ROZDZIAŁ 77

Edwin ruszył za nią, początkowo truchtem, potem sprintem. Straszny ogień płynu zmniejszył jego żądzę, ale jej nie ugasił. Teraz tym bardziej chciał ją rzucić na ziemię, zerwać z niej dżinsy. Przewrócić ją na brzuch… Niech krzyczy tak jak on. Niech się dowie, kto tu rządzi. Znikła za zakrętem drogi, jakieś trzydzieści metrów od niego. Zbliżał się do niej szybko. Dwadzieścia metrów… Piętnaście… Nauczy ją, że należy do niego.

Wyłonił się zza zakrętu. Przebiegł jeszcze dziesięć kroków, pięć, trzy, wolniej, wolniej. Potem stanął. Zgarbił się, rozkaszlał ciężko. I parsknął śmiechem. Po prostu musiał.

Kayleigh stała z dwiema osobami: mężczyzną w mundurze zastępcy szeryfa i kobietą, która ją obejmowała.

Edwin zaśmiał się jeszcze raz, serdecznie i rubasznie. Tak jak jego matka, kiedy była trzeźwa i wesoła.

Mężczyznę w mundurze znał z Fresno. To ten z sumiastymi czarnymi wąsami. A kobieta to oczywiście Kathryn Dance. Zastępca szeryfa miał pistolet. Mierzył z niego prosto w jego pierś.

– Na ziemię – rozkazał. – Kładź się, twarzą do ziemi, ręce na boki.

Edwin zastanowił się nad sytuacją. Jeśli zrobi choć krok, zginie. Jeśli położy się, pójdzie do więzienia. Hm, trudny wybór…

Ale w więzieniu będzie miał przynajmniej szansę pisać do Kayleigh, może się z nią zobaczyć. Pewnie go odwiedzi. Nawet dla niego zaśpiewa. Będą sobie rozmawiać. Wytłumaczy jej, że z nikim nie będzie tak szczęśliwa jak z nim. Że jest dla niej stworzony. Że jest jej panem Dzisiejszym.

Położył się na ziemi. Kathryn Dance wzięła go na muszkę, a tymczasem zastępca szeryfa stanął za nim, skuł go i podniósł.

– Czy mogę prosić o wodę do przemycia oczu? Palą mnie.

Policjant wyjął butelkę i oblał twarz Edwina.

– Dziękuję.

Nadjechały inne samochody.

– Ale w wiadomościach mówili, że według was jesteśmy w Monterey. Dlaczego przyjechaliście tutaj? – mówił, patrząc na ziemię i żwir, ale odpowiedziała mu dokładnie ta osoba, do której się zwracał.

– Wysłaliśmy ludzi do Monterey – powiedziała Dance, chowając broń – ale głównie ze względu na prasę. Żebyś – gdybyś słuchał radia albo wszedł do Internetu – myślał, że daliśmy się oszukać. Dlaczego wspomniałeś Sally Docking o tym miejscu, jeśli nie po to, żeby nam o tym w końcu powiedziała? To twój schemat. Fałszywe informacje i zmuszanie szantażem świadków do kłamstwa. A skąd wiedzieliśmy, że jesteś tutaj? Ekipa kryminalistyczna znalazła w okolicy twojego domu dowody śladowe, które mogły pochodzić z kopalni. Przypomniałam sobie piosenkę Kayleigh o kopalni srebra. Wiedziałeś, że nie mogła się pogodzić z tym, że Bishop sprzedał dom. Wydawało się logiczne, że chciałeś ją tu sprowadzić. Obejrzeliśmy satelitarne zdjęcia okolicy i zauważyliśmy przyczepę. Siatka maskująca nie na wiele się przydaje.

Edwin musiał przyznać, że Kathryn Dance mu imponuje, ale szybko o niej zapomniał, kiedy spojrzał na Kayleigh stojącą w wyzywającej pozie i patrzącej na niego zimno. Miał jednak wrażenie, że w jej oczach migocze iskierka zaproszenia do flirtu.

Niech tylko odrosną jej włosy. Znowu będzie piękna. Boże, jak on ją kochał.

ROZDZIAŁ 78

Tego wieczoru o wpół do ósmej wieczorem Kathryn Dance stała w kulisach centrum rozrywki. Mówiono o odwołaniu koncertu, ale – co dziwne – to Kayleigh Towne uparła się, żeby zaśpiewać. Do sali szybko napływały tłumy. Dance wyczuła to samo elektryczne napięcie co dawno temu, kiedy sama stawała na scenie.

Naprawdę, nic nie może się równać z tym najwyższym uniesieniem, potęgą bijącego z głośników głosu zespolonego z muzyką. Publiczność jest twoja, ta więź cię obezwładnia. Ktoś, kto stał już w świetle reflektorów, wie, jak łatwo się uzależnić od świadomości, że rzuca się czar na tysiące osób. Ta moc to narkotyk, dar zwracania uwagi, uczucia, bycia potrzebnym. To dlatego tacy artyści jak Kayleigh Towne nadal stają na scenie mimo wyczerpania i ceny, jaką płacą za to ich rodziny. I zagrożenia ze strony ludzi podobnych Edwinowi Stantonowi Sharpowi.

Wokalistka przebrała się w sceniczny strój – oczywiście grzecznej dziewczyny. Jedyna różnica polegała na tym, że dziś była grzeczną dziewczyną, która przed chwilą grała w softball z przyjaciółmi. Czapka Fresno Bulldogs' zakrywała jej ścięte włosy.

W tej chwili stała z boku, próbując nową gitarę. Nie zamierzała dotknąć swojego ulubionego instrumentu, dopóki nie będzie miał wymienionych strun i nie zostanie dokładnie oczyszczony z pyłu z kostek, które podarował jej Edwin. Dance, osoba kompletnie pozbawiona przesądów, nie mogła jej mieć tego za złe. Ona sama wyrzuciłaby gitarę i kupiła nową.

– No tak. – P. K. Madigan podszedł do nich w towarzystwie przysadzistej kobiety koło czterdziestki.

Miała ładną twarz wiecznej licealistki o wielkich wesołych oczach i z piegami na nosie oraz brązowe włosy obcięte na pazia. Trzymała się z Madiganem za ręce, co Dance uznała za czarujące.

Szef przedstawił ją żonie.

– Zawsze chętnie powitamy CBI we Fresno – powiedział – pod warunkiem że to ty będziesz je reprezentować.

– Umowa stoi. Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli rozwiązywać więcej takich spraw.

 – Posłuchamy kilku piosenek – dodał bez przekonania. – Dopóki nie zrobi się za głośno. Aha, masz.

Wcisnął jej w dłonie pudełko. Dance otworzyła je i parsknęła śmiechem. Była to odznaka biura szeryfa miast Fresno i Madery.

– Blaszana gwiazda.

Podziękowała, ale oparła się pokusie przypięcia jej do zielonej jedwabnej bluzki.

Madigan łypnął dokoła wilkiem.

– No dobra.

Zaprowadził żonę na miejsce. Dance nie wiedziała, czy to złudzenie, czy szef naprawdę wypatruje czegoś w głębi sali. Cieni, stalkerów czy sprzedawców lodów?

Dance znowu spojrzała na Kayleigh, która oddała nową gitarę Slocumowi. Porozmawiała z ekipą na temat ostatnich poprawek w kolejności instrumentalnych solówek. Zmieniła słowa w jednej ze swoich piosenek – tej przeznaczonej dla Bobby'ego. Teraz znalazło się w niej kilka linijek dla Alicii. Powiedziała Dance, że modli się, żeby udało jej się zaśpiewać wszystko od początku do końca i nie wybuchnąć płaczem.

Tye Slocum podszedł nieśmiało i powiedział, że zmienił akcję strun tak, jak sobie życzyła. Podziękowała mu, a on przez chwilę zwlekał z odejściem. Jego wzrok, na ogół uciekający, spoczął na piosenkarce. Potem odszedł. Ktoś mógłby uznać to zachowanie za podejrzane, ale Dance widziała w nim tylko uwielbienie. Na zawsze pozbawione wzajemności. Ale było jasne, że Tye nigdy nie pozwoli sobie na nic więcej. Stanowił podręcznikowy przykład różnicy między normalnością a szaleństwem.

Do Kayleigh i Dance podszedł mężczyzna w chinosach i wykrochmalonej białej koszuli bez krawata. Miał trzydzieści kilka lat i chłopięcy uśmiech. Przez czarne kędzierzawe włosy przeświecała mu łysina.

– Kayleigh, cześć. – Chwila milczenia, a potem uprzejme skinienie głowy w stronę Dance. – Jestem Art Francesco.

Obie kobiety patrzyły na niego nieufnie, dopóki nie zauważyły wejściówki zezwalającej na obecność za kulisami.

– Cześć – powiedziała Kayleigh z roztargnieniem.

Dance założyła, że to znajomy Bishopa. Wydawało jej się, że widziała go tego wieczoru, jak rozmawiał na parkingu.

– Bardzo ci współczuję z powodu tego, co się wydarzyło ostatnio. Wiem o tym od twojego taty. Straszny okres. Ale ten gość jest w więzieniu, prawda?

– Tak.

– Dzięki Bogu. Chciałem tylko powiedzieć, że bardzo się cieszę, iż będziemy razem działać.

– Aha… Przepraszam, ale kim jesteś?

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– Art. Art Francesco. – Kiedy Kayleigh nie zareagowała, dodał: – Twój ojciec chyba wspomniał, że dziś przyjdę, prawda?

– Niestety nie.

Art roześmiał się beztrosko.

– Cały Bishop. Jak każdy geniusz. Nie ma głowy do szczegółów.

Wyjął wizytówkę. Dance nie potrzebowała swojej wiedzy, żeby zauważyć, że treść kartonika wstrząsnęła Kayleigh. Widniał na nim napis „JBT Global Entertainment".

– Jak to „będziemy razem działać"?

Francesco oblizał kącik ust.

– No… bardzo mi przykro… ale…

– Ale co? – warknęła Kayleigh.

– No, myślałem, że twój ojciec… Nie wspomniał, że nie wiesz. Przed chwilą rozmawiałem…

– O czym nie wiem?

– Jezu Chryste. Zrozum, bardzo mi przykro. Powiedział, że powie ci dziś rano, kiedy wszystko podpiszemy. Ale pewnie przez tego wariata zapomniał.

– Co podpisaliście?

– No… twoją umowę. Twój ojciec… bardzo mi przykro. Cholera. Naprawdę myślałem, że wiesz. – Francesco wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię. – Słuchaj, może porozmawiaj z ojcem?

Kayleigh zrobiła krok w jego stronę. Niedawno przeżyła spotkanie ze stalkerem zabójcą. Nie zamierzała dać sobą pomiatać jakiemuś garniakowi z Los Angeles.

– Ty mi powiedz. Ale już!

– Twój ojciec zaaranżował twoje przejście do Global. Nie odnowi umowy z Barrym Zeiglerem i jego wytwórnią.

– Co?

– Ma prawo to zrobić? – spytała Dance.

– Owszem, ma – wycedziła Kayleigh przez zaciśnięte zęby. – Tak to zostało ustalone, kiedy byłam nieletnia. Nigdy tego nie zmieniłam. Ale on nigdy nie zrobił niczego bez mojej zgody. Aż do teraz.

– Ale to wielka umowa – wtrącił Francesco. – A pieniądze…! Nie uwierzysz, jaka suma wchodzi w grę. Masz stuprocentową kontrolę twórczą. Bishop i jego prawnicy targowali się zaciekle. To umowa na całość twojej działalności. Zajmiemy się wszystkimi twoimi trasami koncertowymi, nagraniami, produkcją, płytami, stronami z plikami do ściągania, marketingiem, reklamą… wszystkim. Staniesz się międzynarodową gwiazdą. Już prowadzimy rozmowy z CMT i MTV, a HBO jest zainteresowana programem o tobie. Wszystko to wydarzyło się dziś, kiedy twój ojciec podpisał umowę. A Starbucks i Target chcą mieć albumy na wyłączność. To wszystko sprawi, że przejdziesz na zupełnie nowy poziom. Zaczniesz grywać w amfiteatrach, w Vegas, Londynie. Nigdy więcej nie będziesz musiała odwiedzać takich… mieścin.

– Tak się składa, że ta mieścina jest moim miastem rodzinnym.

Francesco uniósł rękę.

– Nie chciałem cię urazić. Po prostu twoja kariera nabierze ogromnego rozpędu. Przykro mi, że tak się o tym dowiedziałaś. Zacznijmy jeszcze raz. – Wyciągnął rękę.

Zignorowała ją.

Bishop Towne zauważył ich i podszedł z niezadowoloną miną.

– Artie…

– Przepraszam. Nie wiedziałem. Myślałem, że jej powiedziałeś.

– Jasne – warknął Bishop. – Wszystko wydarzyło się dzisiaj. Nie miałem czasu. – Tak jak spodziewała się Dance, spuścił wzrok i już go nie podniósł. – Daj nam chwilę.

– Oczywiście. Przepraszam.

Wściekła Kayleigh odwróciła się do ojca.

– Jak mogłeś? Powiedziałam Barry'emu, że nie rozmawiamy z Global. Dałam mu słowo!

– KT, Barry to przeszłość – zachrypiał Bishop. – Świat wytwórni już przeminął i nie wróci.

– Barry był wobec nas lojalny. Stał za mną murem. Dzięki niemu zdobyłam platynową płytę.

– A za kilka lat nie będzie już platynowych płyt. Będą tylko ściągane pliki, telewizja, koncerty i umowy z liniami lotniczymi oraz agencjami reklamowymi. Branża ciągle się zmienia. Tak to już jest. Nadeszły nowe czasy.

– Ładna przemowa. Zdaje się, że często ją ćwiczyłeś.

W zwężonych oczach dziewczyny Dance zobaczyła gniew i bunt, których do tej pory podczas rozmów z ojcem nigdy tam nie było. Kayleigh roześmiała się zimno.

– Myślisz, że nie widzę, co się tu dzieje? Nie chodzi o mnie, tylko o ciebie, nieprawda?

– O mnie?

– Spieprzyłeś swoją karierę, zepsułeś swój głos, a teraz nie umiesz już ani śpiewać, ani sklecić dwóch słów. Więc co robisz? Zostajesz wielkim agentem. Jakie hasło reklamowe wymyśli dla mnie Global? „A teraz przed państwem… córka Bishopa Towne'a"?

– KT, skąd. Po prostu…

– Co zrobi Barry?

– Barry? – Bishop miał minę, jakby ta myśl nigdy mu nie zaświtała. – Dostosuje się do nowych czasów albo znajdzie sobie inną pracę. A może poprosimy Arta, żeby znalazł mu robotę w Global. Nadal potrzebujemy realizatorów dźwięku.

– Więc tak traktujesz przyjaciół. Mnie na pewno. Kazałeś mi zrezygnować… – Urwała.

Dance wiedziała, co dziewczyna chciała powiedzieć, ale najwyraźniej postanowiła odłożyć to na później.

– Kazałeś mi zrezygnować z tak wielu rzeczy, bylebyś tylko został w branży. Tylko tak mogłeś się utrzymać na powierzchni.

Odwróciła się i odeszła.

– KT! – zawołał za nią ojciec.

Zatrzymała się.

– Poczekaj no chwilę.

Odwróciła się wyzywająco. Bishop podszedł do niej. Patrzył na nią nie jak na dziecko, ale na równą sobie osobę. Nie zwracając uwagi na gapiów, szepnął:

– Zachowujesz się jak rozpuszczony bachor. Dobrze. Chcesz znać prawdę? Tak, poprosiłem twoją siostrę i kongresmana Davisa, żeby ci wybili z głowy odwołanie koncertu. I tak, zawarłem umowę z Global. Ale nie chodzi mi o mnie. I nie o ciebie. Wiesz, o co chodzi? Wiesz?

– Pewnie mi to zaraz wyjaśnisz – warknęła.

Bishop wskazał zapełniającą się widownię.

– O nich. O widzów. Tylko oni na całym świecie się liczą.

– Nie wiem, o co ci chodzi.

– To, co ci zostało dane, zdarza się raz lub dwa na pokolenie. Twój głos, muzyka, wygląd, teksty… Rozumiesz, jakie to rzadkie? Jakie ważne? – Głos mu złagodniał. – W obecnych czasach muzyka to prawda. Nie usłyszymy jej od przywódców religijnych czy politycznych i na pewno nie z telewizora. Odpowiedzi daje nam dziś muzyka. Cały świat chodzi z tymi małymi słuchawkami, karmiąc mózgi piosenkami. Dlaczego? Bo chce poznać prawdę! Ludzie potrzebują tych, którzy potrafią w słowach i muzyce zawrzeć odpowiedzi na ważne pytania. Tych, którzy odbiorą im smutek, wytłumaczą, że wszyscy przeżywają parszywe okresy w życiu, wskażą im nadzieję, rozbawią. A tobie to przychodzi naturalnie. Ze mną tak nie było, z tobą – tak. Powiedz, KT, ile piosenek przyszło ci do głowy przez ostatnie dni, choć się nie starałaś? Ile? Pewnie z dziesięć.

Kayleigh drgnęła i Dance zrozumiała, że ojciec zgadł.

– To dar, kochanie. – Smutny uśmiech. – Nigdy nie wymagałem tyle od ciebie ze względu na moje dobro. Robiłem to, bo wiem, że masz ten dar… Wiedziałem, że będziesz cieniem wszystkich ludzi. Przykro mi, że to ci się nie podoba, ale takie karty dał ci los. Musisz nimi grać. – Wskazał widownię. – Oni cię potrzebują.

– Więc się bardzo zawiodą, bo ten koncert odbędzie się beze mnie.

I po tych słowach Kayleigh odeszła.

Dwa tuziny osób z ekipy wpatrywały się w milczeniu w starego mężczyznę. Dał ciała, zapewne specjalnie nie mówiąc córce o umowie z Global, żeby nie robiła kłopotów. Ale Dance patrzyła na niego ze współczuciem. Bishop był zdruzgotany.

Chwilę potem zapomniała o rodzinie Towne'ów. Za jej plecami rozległ się znajomy głos:

– No cześć.

Odwróciła się. Coś takiego…

Powitanie Jona Bolinga było – jak jego charakter – sympatyczne i naturalne. I bardziej niż seksowne. Dance zawsze to czuła. Aż do tej chwili.

Gapiła się na niego bez wyrazu. Boling roześmiał się z zaskoczeniem, najwyraźniej zakładając, że Dance dała się porwać zakulisowemu dramatowi, o którym świadczyły ponure miny zebranych. Zrobił krok naprzód i ją objął.

Zareagowała na uścisk anemicznie. Zwaliła się na nią ogłuszająca świadomość, że przyjechał aż tutaj, żeby ją poinformować, że zostawia ją i przeprowadza się do San Diego. Przynajmniej ma jaja i powie mi to w oczy…

Zauważyła ironicznie, że to dobry tekst na piosenkę country, choć wątpiła, żeby takie słowa mogły się kiedykolwiek pojawić w utworze Kayleigh.

ZESPÓŁ

Kevin Peebles, gitara prowadząca

Emma Sue Granger, gitara, gitara basowa i śpiew

Buddy Delmore, gitary National, Dobro i elektryczna gitara stalowa

Alonzo Santiago, perkusja i bębny

Sharon Bascowitz, keyboard, saksofon, obój, wiolonczela i śpiew

Kayleigh Towne, gitara i śpiew


Producent: Barry Zeigler, BHMC Records.


Podziękowania dla Alicii Sessions i Bishopa Towne'a – Kocham cię, tatusiu!

Ten album dedykuję mojej siostrzenicy Mary-Gordon Sanchez, najsłodszej sześciolatce na tej planecie!

POSŁOWIE

Chciałbym wyrazić moją wdzięczność dla Claya Stafforda z American Blackguard Film and Television i niezwykle utalentowanych muzyków, dzięki którym ten projekt ujrzał światło dzienne. Jeśli interesują was szczegółowe informacje o całej ekipie, zajrzyjcie na moją stronę internetową albo na stronę www.americanblackguard.com. Bardzo pomogła mi także wspaniała organizacja z Karoliny Północnej Music Maker. Zapraszam na jej stronę www.musicmaker.org.

Dziękuję mojej stałej ekipie – Deborah, Cathy, Victorii, Vivienne, Betsy, Carolyn, Jamiemu, Franscesce, Julie, Jane, Willowi, Tinie… i oczywiście Madelyn.

I w końcu szczególne podziękowania i najlepsze życzenia dla moich przyjaciół z Simon & Schuster: Jessiki Abell, Louise Burke, Amy Cormier, Jona Karpa, Sarah Knight, Molly Lindley, Irene Lipsky, Phila Metcalfa, Carolyn Reidy, Kelly Welsh i innych.

Prawa autorskie do słów wszystkich piosenek w tej książce © 2011 Jeffery W. Deaver.

Od autora

Teksty wszystkich piosenek z Twojego cienia, albumu muzyki country, o którym wspominam w powieści, znajdują się na końcu książki. Wzmianki o nich rozsiałem w całej książce i mogą one zawierać pewne wskazówki co do przyszłych wydarzeń. Jeśli chcielibyście posłuchać piosenki tytułowej i innych numerów z niedawno nagranego w Nashville albumu, znajdziecie je na stronie www.jefferydeaver.com i tam też dowiecie się, jak je ściągnąć.

Dla większości słuchaczy piosenka tytułowa Twój cień to po prostu miłosna ballada.

Ale niektórzy uważają inaczej.

E-mail 1

Temat: Re: Rządzisz!!!

Od: noreply@kayleightownemusic.com

Do: EdwinSharp18474@anon.com

2 stycznia 10:32

Cześć, Edwin

Dzięki za e-maila! Bardzo się cieszę, że podoba ci się mój najnowszy album. Twoje zdanie bardzo wiele dla mnie znaczy. Wejdź na moją stronę i zarejestruj się, żeby otrzymywać biuletyn, wiadomości o nowych piosenkach i koncertach. Serdecznie zachęcam także do śledzenia moich wpisów na Facebooku i Twitterze.

I sprawdzaj pocztę. Wysłałam ci to zdjęcie z autografem, o które prosiłeś!

XO,

Kayleigh

E-mail 2

Temat: Niewiarygodne!!!!!

Od: EdwinSharp26535@anon.com

Do: ktowne7788@compserve.com

3 września 5:10

Cześć, Kayleigh

Jestem w totalnym szoku. Odebrało mi mowę. A znasz mnie już dość dobrze i wiesz, że odebrać mi mowę to jest dopiero wyczyn! No dobra, powiem, o co chodzi: wczoraj wieczorem ściągnąłem twój nowy album i odsłuchałem „Twój cień". Nooooo! To bez wątpienia najlepsza piosenka. Świata. Podoba mi się nawet bardziej od „Tym razem będzie inaczej". Mówiłem ci, że nikt lepiej od ciebie nie potrafi wyrazić mojej samotności i tego, co myślę o życiu. A ta piosenka trafia w punkt. Ale ważniejsze jest, że zrozumiałem twój przekaz. To prośba o pomoc. Teraz to jasne. Nie martw się. Nie jesteś sama, Kayleigh!!

Będę twoim cieniem. Już zawsze.

XO, Edwin

E-mail 3

Temat: Fwd: Niewiarygodne!!!!!

Od: Samuel.King@CrowellSmithWendall.com

Do: EdwinSharp26535@anon.com

3 września 10:34

Szanowny Panie

Pani Alicia Sessions, osobista asystentka naszej klientki Kayleigh Towne i jej ojca Bishopa Towne'a, przekazała nam dziś Pański e-mail. W ciągu dwóch miesięcy, od kiedy skontaktowaliśmy się z Panem, prosząc, by zaprzestał Pan nawiązywania relacji z panią Towne oraz jej przyjaciółmi i rodziną, wysłał Pan jej ponad pięćdziesiąt e-maili i listów. Niezmiernie zaniepokoił nas fakt, że znalazł Pan prywatny adres e-mailowy naszej klientki (który – o czym niniejszym informujemy – już zmieniła), i analizujemy już tę sytuację pod kątem ewentualnego pogwałcenia praw stanowych i federalnych, do jakiego mogło dojść w trakcie pozyskiwania wzmiankowanego adresu.

Raz jeszcze musimy powtórzyć, że w naszym odczuciu Pańskie zachowanie jest całkowicie niestosowne i daje podstawy do postępowania karnego. Z całą stanowczością nalegamy, by wziął Pan sobie to ostrzeżenie do serca. Jak mówiliśmy już wiele razy, ochrona pani Towne oraz miejscowi przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości zostali powiadomieni o Pańskich wielokrotnych, agresywnych próbach nawiązania z nią kontaktu. Jesteśmy w pełni przygotowani do podjęcia kroków koniecznych do ukrócenia tego niepokojącego zachowania.

mec. Samuel King

Kancelaria Adwokacka Crowell, Smith i Wendall

ROZDZIAŁ 79

Dostępne w wersji pełnej.

TWÓJ CIEŃ

Dostępne w wersji pełnej.

CZY TO MIŁOŚĆ, CZY NIE?

Dostępne w wersji pełnej.

DOM PRZY KOPALNI SREBRA

Dostępne w wersji pełnej.

PRAWDA O MĘŻCZYZNACH

Dostępne w wersji pełnej.

ZNÓW DZIEŃ BEZ CIEBIE

Dostępne w wersji pełnej.

MÓJ CZERWONY CADILLAC

Dostępne w wersji pełnej.

OGIEŃ I PŁOMIEŃ

Dostępne w wersji pełnej.

UKŁADANKA TWOJEGO SERCA

Dostępne w wersji pełnej.

WYJAZD Z DOMU

Dostępne w wersji pełnej.

PAN JUTRZEJSZY

Dostępne w wersji pełnej.

MAM OCHOTĘ NA ROCK AND ROLLA

Dostępne w wersji pełnej.

EKIPA TECHNICZNA

Bobby Prescott

Tye Slocum

Hector Garcia

Sue Stevens

Traynor Davis

Sandy „Scoop" Miller

Carole Ng