swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Wędrowne ptaki

Wędrowne ptaki

Zobacz na swiatebookow.pl

25,41 zł

Autor: Karolina Wilczyńska

Kategoria: powieść obyczajowa i romans

Wydawnictwo: Czwarta Strona

ISBN: 978-83-7976-657-4

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Nowa książka autorki najpiękniejszej literatury obyczajowej! Cztery przyjaciółki, różne historie, codzienne sukcesy i problemy - a wszystko pod jednym adresem. Spotkajmy się na Kwiatowej!

Malwina nigdy nie czuła się tak samotna. Nagła śmierć ojca, problemy z matką i konieczność stawienia czoła niespodziewanym wyzwaniom przewracają jej świat do góry nogami. Na szczęście każdy medal ma dwie strony – życiowe zmiany to także okazja do poznania samej siebie. Wkrótce mieszkanka bloku przy ulicy Kwiatowej przekona się, co tak naprawdę jest dla niej ważne i czy w trudnych chwilach może liczyć na przyjaciół. Czy uda jej się pokonać problemy i zawirowania? Czy odnajdzie się w nowej życiowej roli?

Wszyscy kiedyś opuścimy rodzinne gniazdo, żeby rozwinąć skrzydła. Czasami lot bywa trudny i wydaje się, że zabraknie nam sił. Ale każdy wędrowny ptak w końcu znajduje drogę do domu.

8157.jpg

 

 

8170.jpg

 

 

Copyright © Karolina Wilczyńska, 2017

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp.o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, składłamanie: Maciej Majchrzak

Projekt okładkistron tytułowych: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Volodymyr Nikulin | Depositphotos.com

© Konstantin Kalishko | Depositphotos.com

© Yuliya Koldovska | Depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio ManufakturaKielc

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2017

 

eISBN 978-83-7976-657-4

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

DOŚĆ DŁUGI PROLOG…

 

 

 

 

…czyli jak to się wszystko zaczęło

 

 

 

 

 

Szafirowy garbus nie był może najlepszym samochodem do przeprowadzki, ale Malwina nie wybrzydzała. Stary kumpel, zwany Czubem od tak dawna, że nikt już nie pamiętał, jak miał naprawdę na imię, dysponował wyłącznie takim środkiem transportu, więc nie było się nad czym zastanawiać.tak lepsze to niż miejski holender – pomyślała. – Najwyżej obrócimy jeszcze kilka razy. Żeby tylko reszta ekipy nie zawiodła.

Niepotrzebnie się martwiła, bo gdy tylko „żaba” zaparkowała, spod filarów wyszło trzech mężczyzn, na widok których Malwina nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Pani zamawiała ekipę tragarzy? – zapytał dwumetrowy chudzielecwytartych dżinsach i spranym T-shircienapisem: „Na Morskie Oko chodzę piechotą”.

– Cześć, Miszka! – Wspięła się na palce, żeby pocałować goramach powitania. – Znowu jakiś ekologiczny protest? – Wskazała głową na koszulkę.

– Ty wiesz, jak oni dręczą te konie? Niech się sam baca zaprzęgnie albo ci leniwi turyści ciągną wozy pod górę…

– Dobra, dobra, potem nam opowiesz – przerwał mu Czub, który dołączył do pozostałych. – Teraz bierzcie się za tobołki, bo do wieczora nie zdążymy.

– A ty nie mogłaś portek założyć na ten event? – Długowłosy brunet z początkami zakolipierwszymi pasemkami siwizny, które zdradzały, że etap zbuntowanego nastolatka powinien mieć już za sobą,ciekawością pomieszanąrozbawieniem popatrzył na falbaniastą spódnicę Malwiny.

– Mogłam. Nawet chciałam. Ale kiedy przyszło mi to do głowy, wszystkie ciuchy miałam jużpudełkach. No to zostałamtym,czym byłam. – Wzruszyła ramionami. – Zresztą, to nie ja będę nosić, prawda Seba?

– Niestety prawda. Takie to wasze równouprawnienie. Jak przychodzi co do czego, to facet musi muskuły napinać.

– Dobrze, że są jeszcze prawdziwi faceci! – Malwina roześmiała się i poklepała Sebastiana po plecach. – Tylko może zdejmij tę skórę, bo się spocisz.

– Nigdy jej nie zdejmuję – oświadczyłgodnością Sebastian.

– Nie ma to jak kilka trupów na plecach. – Miszka już był gotów do ideologicznej dyskusji.

– Panowie,może zamiast gadać jak baby, wzięlibyśmy się do konkretnej roboty? – Między zaczynających stroszyć piórka kolegów wszedł milczący dotąd czwarty towarzysz. Bokserka raczej eksponowała niż ukrywała rozbudowany mięsień kapturowybicepsy mającepół metraobwodzie. Takie argumenty sprawiały, że nie musiał zbyt wiele mówić, bo ludzie zazwyczaj robili to, czego chciał.tym razem okazał się doskonałym mediatorem.

– Dobra, dobra, nie tak ostro, Gleba! – Seba wycofał się pierwszy. – To co tam mam tachać na garbie?

Czub zdusił niedopałek czubkiem okutego glanaruchem głowy wskazał na samochód. Towarzystwo karnie ruszyłostronę garbusa.

– Najpierw wypakujcie. Malwina zostawi wam kluczepojedzie ze mną po kolejne graty.wy będziecie w tym czasie wnosić.

– Które piętro?

– Piąte – odpowiedziała Malwina. Jednak widząc, że Miszka nerwowo targa blond czuprynę, postanowiła nie znęcać się nad kolegami. – Ale jest winda – dodała.

Słysząc zbiorowe westchnienie ulgi, już miała na końcu języka złośliwy komentarz na temat męskościwspomnianych wcześniej muskułów, jednak resztki instynktu samozachowawczego podpowiedziały jej, że lepiej powstrzymać się do czasu, aż ostatni pakunek znajdzie sięnowym mieszkaniu.

Kiedy kilkanaście różnej wielkości pudełpudełeczek utworzyło malowniczą stertę tuż przy wejściu na klatkę schodową, odnalazładużym filcowym worku służącym jej za torebkę klucze od nowego domu, po czym podała je Glebie. Sama zajęła miejsce w samochodziepomachała kolegom zza szyby.

Odjeżdżając, zmierzyła spojrzeniem blok,którym od dziś miała zamieszkać. Pokójkuchniąłazienką nie był szczytem jej marzeń. Co tu kryć – wolałaby przestronną pracownięprzeszklonym dachem, ewentualnie werandęwidokiem na łąkę.ogóle mieszkaniedziesięciopiętrowym developerskim bloku uznawała za mało artystyczne. Prawdę mówiąc, było bardzo mieszczańskie albo lemingowe, albo nie wiadomo jakie, alepewnością nie kojarzyło siębohemą, niezgodą na komercję i z niczym, co grałoduszy Malwiny. Miało jednak jedną zaletę, która rekompensowała, przynajmniej na razie, wszystkie wady – nie przebywalinim rodzice. Nie, żeby ich nie kochała. Przeciwnie – byli cudowni, choćby dlatego, że dość spokojnie znosili kolejne pomysły córki,ojciec nawet zbyt często nie wypominał jej ciągłych pożyczek, których nigdy nie oddawała.wszystko fajnie – myślała Malwina – tylko głupio tak po trzydziestce mieszkaćrodzicami. Niby mogę robić, co chcę, ale kiedy wracam po północy, to czuję się jak nastolatka. To już lepiej tutaj.

„Tutaj” było na razie szarym budynkiem wyglądającym jak zgniecione przez dzieciaka pudełko, wciśniętym pomiędzy trzy wieżowcetrzy czteropiętrowe bloki, postawionym przez developera na miejscu zarośniętego chaszczami skweru, który był ziemią niczyją do czasu, gdy rozeszła się informacjaplanowanej budowie. Wtedy,listach protestacyjnych mieszkańców okolicznych budynków, stała się „placem zabaw dla naszych pociech”, „planowanym parkingiem”, „skwerem wypoczynkowym”, a nawet „jednąostatnich wysp zieleni na betonowym osiedlu”. Te pełne emocji zwroty nie stopiły jednak lodowatych serc urzędników, czego dowodem był „budynek mieszkalno-usługowy przy ulicy Kwiatowej”.

I właśnie to miejsce wybrał ojciec Malwiny jako najbardziej odpowiednie dla ukochanej jedynaczki.

– Jeżeli już musisz się wyprowadzać, to szkoda moich pieniędzy na płacenie komuś za wynajem. – Głos ojca był twardy,ton nieznoszący sprzeciwu. – Bo, moja panno, doskonale wiem, że będę musiał dokładać do tego interesu. Jak do wszystkich twoich pomysłów. Zdecydowałem więc, że wolę spłacać kredyt za mieszkanie, które kiedyś będzie moją własnością. Taka lokata kapitału, rozumiesz?

„Moja panna” rozumiała doskonale. Znała swojego ojca trzydzieści dwa latawiedziała, że jest jego oczkiemgłowie. Chociaż za nic by się do tego nie przyznał. Córka chętnietego korzystała, chociaż im była starsza, tym bardziej ta ciągła zależność od ojcowskiego portfela zaczynała ją męczyć. Choćby teraz. Gdybym mogła wybierać – rozmyślała, pakując kolejne paczkitorby na tylne siedzenie garbusa – kupiłabym jakieś stare gospodarstwo pod miastem,nie czterdzieści metrów kwadratowychbetonowym pudełku. Mogłabym wreszcie zająć się poważnie malowaniem.

– A to może zostawisznas? – Matka wskazała na sztalugi, które Malwina poprzedniego wieczora zniosła ze strychu. – Tam chyba nie będziesz miała gdzie ich postawić.

– To resztę zostawię,je zabiorę – odpowiedziała ostronatychmiast pożałowała swoich słów. Matka nie odpowiedziała, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że jest jej przykro.

Kurczę, niech już będę na swoim! – Malwina zezłościła sięduchu. – Będę mogła robić, co chcę, mówić, co chcęustawiać, co chcęgdzie chcę. Przecież nie mam już szesnastu lat, do cholery!

Podeszła jednak do matkiprzepraszająco pogłaskała kobietę po ramieniu.

– Przepraszam, mamo. Jestem taka zdenerwowana tą przeprowadzką…

Przy czwartym kursie przyszedł czas na pożegnanie. Nie chciała bawić się w ceregiele. Czub pojechałostatnimi pakunkami,ona wyprowadziła na podjazd swój czarny rower. Ojciec byłpracy, najwidoczniej także nie chciał brać udziału we łzawych scenach. Matka stała na schodach, przed wejściem.

– To pa, mamuś! – rzuciłapomachała kobiecie. – Zadzwonię wieczorem!

– Może wpadniesz jutro na obiad?

– Zobaczę. Dam znać.

Nacisnęła pedaływyjechała na ulicę. Niby tak, jak każdego dnia,jednak inaczej. Zostawiała miejsce, które do dziś nazywała domemjechała do miejsca, które tym domem miała nazywać. Poczuła wilgoć pod powiekami i zdziwiła się. Czyżbym była taka uczuciowa – pomyślała. – Nie ma co się mazać, przecież nic wielkiego się nie dzieje. Tyle że będę nocować gdzie indziej, co zresztątak dość często mi się zdarzało.

Kiedy dojechała na Kwiatową, okazało się, że chłopcy poradzili sobie doskonale. Na chodniku nie widziała żadnej ze swoich paczek. Chyba że im wszystko ukradli – pomyślałalekkim niepokojem.

W końcu znała swoich pomocników na tyle długo, żeby wiedzieć, że dziwne historie to ich specjalność. Misza już kilka razy przykuwał się do drzewramach akcji ekologów, Glebie zdarzało się zareagować zbyt nerwowo,Seba nie raz bywał w opałachpowodu kolejnych flirtów„wielkich miłości” kończących się po tygodniu.

Manewrowała rowerem między kilkoma ciężarówkamisalonów meblowychpudłaminazwami firm, które zajmowały się przeprowadzkami. Najwyraźniej inni także postanowili wprowadzić się jak najszybciej.

– A pani gdzietym rowerem? – niezbyt grzecznie zaczepił ją człowieksłużbowych ogrodniczkach i koszulcelogo największego sklepu meblowegomieście.

– Na szczęście nie tam, gdzie pan – odparowała bez namysłuszybko zajęła miejscewindzie, zostawiając mężczyznęhallu. Nacisnęła guzikotarła czoło skrajem spódnicy. Jak na wrzesień, było naprawdę gorąco.

W mieszkaniu zastała chłopaków raczących się chłodnym piwem. Rozsiedli się wprost na podłodzewyglądało na to, że czekają na pochwały.

– Jesteście cudni! – Wycałowała każdegopomocników. – Nie wiem, co bym bez was zrobiła!

Przyjęli jej zachwyt ze spokojem.

– O matko, nie pomyślałamniczym do jedzenia! Pewnie zgłodnieliście. Moment, dajcie mi pół godziny, zaraz coś zorganizuję. – Próbowała odnaleźć wśród pudeł to,którym (chyba) były naczyniasztućce. – Widziałam, że po drugiej stronie ulicy jest sklep. Już biegnę! Macie ochotę na coś konkretnego?

Mężczyźni wymieniali rozbawione spojrzenia. Wreszcie Misza, przyjazna dusza, ulitował się nad koleżanką.

– Już jedliśmy. Twoja mama przysłała pyszne kanapki.wałówka dla ciebie jestkuchni.

Malwina opadła na najbliższe pudło, po czym natychmiast podskoczyła jak oparzona.jeśli tam właśnie są talerze?

– Zaczynasz szaleć – stwierdził Sebastian. gdy kobieta zaczyna szaleć, to znak, że mężczyźni powinni jak najszybciej zniknąć z pola widzenia. Do zobaczenia zatem na parapetówce.

Czub popatrzył na kierujących się do wyjścia kolegów, potem na Malwinę.

– To może ja zostanę?

– Nie ma potrzeby. Sama się muszę najpierwtym odnaleźć.

Mężczyzna, nie zmieniając wyrazu twarzy, wzruszył ramionami.

– Jak chcesz.

Nie mogła stwierdzić, czy jej odmowaogóle zrobiła na nim jakiekolwiek wrażenie. Niby byli parą, ale czasami sama Malwina nie mogła się połapaćtej relacji. Zresztą nie próbowała zbyt często się nad tym zastanawiać. Jesteśmyotwartym związku – mówiła. – Dla nas priorytet to wolność. Szanujemy swoją indywidualnośćszczerze wyrażamy potrzeby.

A dziś Malwina chciała być sama, żeby celebrować pierwszą nocnowym domu. I Czub to uszanował. Nie ma więc nad czym się zastanawiać.

 

L.jpg

 

Widokokna nie powalał na kolana. Skrzyżowanie dwóch ulic, kilka bloków, pomalowany na niebiesko budynek. Jedynie kilka świerków dawało namiastkę zieleni. Będzie się musiała przyzwyczaić. Do tegodo wielu innych rzeczy.

– Gdzie to postawić? – Męski głos wyrwał Różęzamyślenia. Oderwała wzrok od oknapopatrzyła na szkielet dużego łóżka. Bez słowa wskazała róg pokoju.

Nie miała wielu rzeczy. Zdolność kredytowa nauczycielki języka angielskiego nie pozwalała na szaleństwa,ze starego mieszkania postanowiła zabrać jedynie swoje osobiste rzeczykilka drobiazgów. Nie chciała widzieć niczego, co przypominałoby jej dawne życie. Życie, które się skończyło wraz ze śmiercią mamy.

Mieszkanie sprzedała razemcałym wyposażeniem. Taki postawiła warunek. Nie dlatego, żeby dostać za nie więcej pieniędzy, bo meble i sprzęty sprzed kilkudziesięciu lat nie miały właściwie żadnej wartości. Po prostu chciała pozbyć się problemuwyrzucaniem tego wszystkiego. Wystarczająco trudne było już przejrzenie papierów, zdjęćrzeczy osobistych mamy. Kiedy to robiła, miała wrażenie, że serce zaciska się tak mocno, jakby już nie chciało bić. Miała dośćbrakowało jej sił na dalsze zmaganiamaterialnymi pozostałościami czasu, który minął bezpowrotnie.

Pieniędzy ze sprzedaży mieszkania wystarczyło akurat na to niewielkie lokumnowym bloku. Możemogłaby utargować więcej, ale zależało jej na czasie. Każdy wieczórtamtych ścianach był wypełniony bolesnymi wspomnieniami. Wiedziała też, że nowi właściciele będą musieli zrobić generalny remont. Ale tak naprawdę, to nie umiała walczyćswoje. Nigdy.

I dlatego na nowe meblewykończenie kawalerki musiała wziąć kredyt. Niewielki, bo bank to nie instytucja charytatywna, wiadomo. Poza tym Róża nie lubiła mieć długów. Mama zawsze powtarzała, że lepiej biedniej, ale bez zobowiązań. Utkwiło jej togłowie. Zresztą nawetdochodamikorepetycji nie mogła pozwolić sobie na żadne szaleństwa.

– Coś jeszcze przesunąć?

– Nie, dziękuję. To wszystko.

Dwóch mężczyzn, którzy przywieźliskręcili meble, stałoprogu pokoju. Wyglądali tak, jakby na coś czekali.

– Czy jestem coś panom winna? – zaniepokoiła się Róża.

– Niby nie. Wniesienieustawienie jest w cenie – odpowiedział starszy, zsuwając czapeczkędaszkiem na tył głowyocierając potczoła. – Ale zwyczajowo ludzie coś tam dają za fatygę.

– Oczywiście, rozumiem. – Poczuła wstyd, że nie pomyślałatym. Do głowy jej nawet nie przyszło, by zlekceważyć sugestię mężczyzny.

Młodszypracowników sklepu meblowego rozejrzał się po niewielkim mieszkaniu.

– Całkiem miło tutaj.

– Dziękuję.

– Jak gospodyni miła, to i w domu widać. – Mężczyzna puścił oczko do Róży. Poczuła, że się rumieni. – Tak sama tu pani chce mieszkać? Nie będzie smutno? – Oparł sięfutrynęminą lwa salonowego.

– Nie będę sama. Mam dwa koty.

Czy ja nie potrafię nic mądrego powiedzieć? – Zganiła sięmyślach. – Powinnambłyskotliwy sposób osadzić tego prymitywnego lowelasa, a tymczasem plotę bzdury.

Podała starszemu banknot dwudziestozłotowy, wciąż czując pieczenie na policzkach. Niechby już poszli!

– Dziękuję panomdo widzenia – wydusiła, nie patrząc na mężczyzn.

– Stara pannakotami. – Usłyszała jeszcze komentarz młodego, kiedy zamykała drzwi.

– A, chociaż na flaszkę dała – odpowiedział jego towarzysz.

Stara pannakotami. Doskonale wiedziała, że tak określa ją wiele osób.chyba mieli rację. Jasne, teraz niby nie było już starych panien. Były singielki. Tyle że singielka to osoba samawyboru, pewna siebie, taka, co to ma celżyciu, stawia na rozwój, karierę. Do tego modnie się ubiera, bywaklubach, realizuje swoje potrzeby seksualne bez obciążania się bagażem wzajemnych zależności.do takich Różapewnością nie należała. Za to określenie stara panna – jak najbardziej pasowało. Samotna – bo nikt jej nie chce, jedyna droga, jaką chodzi, to ta do pracy, znajomych brak, kluby zna tylkonazwy,na samą myślseksie czuje się zawstydzona. Taka właśnie była.

Westchnęła głęboko. Nie ma co się użalać – pomyślała. końcu wcale nie jest tak źle. Poukładam rzeczypojadę po KapitanaBosmana. Niech zobaczą swój nowy dom.

Postawiła na minimalizm.konieczności, ograniczona niewielkimi finansami, ale i z wyboru. Nie chciała zakamarków, bibelotów, drobiazgów,których musiałaby co tydzień ścierać kurz, a po jej śmiercitak wylądowałyby na śmietniku. Największym wydatkiem była ogromna szafalustrzanymi drzwiami. Na wymiar, specjalnie zamówiona. Była pierwszą rzeczą, która została zrobiona tylko dla niejściśle według jej wskazówek. Poza tym dzięki szafie pokój wydawał się większy. Kiedy jednak popatrzyła na dwie torby podróżnekilka reklamówek,których przywiozła wszystkie swoje ubrania, stwierdziła, że nie będzie miała nawet coniej schować. Kilka klasycznych żakietówspódnic, kilka bluzek, pięć par butów – to wystarczało, żeby odpowiednio wyglądaćpracy. Do tego dwa płaszcze – jeden ciepły, zimowy,drugi cieńszy, wiosenna kurtka, trochę bielizny. Takpewnością nie wygląda garderoba przebojowej singielki, ale dla Róży jestsam raz. Była jeszcze paczuszka, zrobiona prawie dziesięć lat wcześniej, a w niej ukryte coś, co miało przypominać najpiękniejszy okres życia,okazało się jednymnajboleśniejszych wspomnień. Za każdym razem, gdy robiła porządki, chciała ją wyrzucić, ale jakoś nigdy nie wprowadziła tego zamiaruczyn.tak paczuszka przyjechała z niątutaj.wylądowała na samym końcu najwyższej półki.

Oprócz szafy Róża zafundowała sobie szerokie łóżko. „Prawdziwe małżeńskie łoże” – powiedziała sprzedawczynisalonie meblowym. Nie protestowała, nie tłumaczyła. Po co ta młodziutka dziewczynatlenionymi włosamiodważnym makijażem ma wiedzieć, że zamierza spaćnim sama? Kupiła je tylko dlatego, że miała dosyć wąskiego tapczanikapanieńskim pokoju.pomyślała też, że nareszcie przestanie poszturchiwać w nocy KapitanaBosmana. Wszyscy będą się lepiej wysypiać.

Resztę mebli wybrała szybkobez większego namysłu. Biurko, obrotowe krzesło, dwa proste regały na książki, fotelniewielki stolik. Na ścianie telewizor, na podłodze wieża. Niczego innego nie potrzebowała, zresztą niewiele więcej zmieściłabypokoju. Dojdzie jeszcze drapak dla kotów, może kilka kwiatów, chociaż nie miała do nich ręki. Pewnie powinnam hodować kaktusy, jak przystało na starą pannę. – Uśmiechnęła się do swojego odbiciadrzwiach szafypokazała mu język. – Pora się zbierać – zdecydowała. Miała dziś przekazać klucze nowym właścicielom dawnego mieszkania.

Dojście zajęło jej niecałe trzy kwadranse. Miała wprawę, prawie wszędzie chodziła piechotą. Traktowała to jako element zdrowego trybu życia, bo żadnej konkretnej aktywności nie uprawiała. Nie miała serca do sportu, zawsze brakowało jej ducha rywalizacji, nie rozumiała radości ze zwycięstwa. Może dlatego, że nigdy nie wygrała? Tak czy inaczej, nawet jeżelinutą zazdrości zerkała na rówieśniczkiobcisłych strojach uprawiające jogging czy jeżdżące na rowerach, sama wybierała spacery.

Reszta rzeczy, które miała zabrać, była już przygotowana.ostatnim momencie wsunęła jeszcze do torebki zdjęcie matkiojca.

Kapitana znalazła oczywiście zwiniętegokłębek na starym fotelu. To jego ulubione miejsce. Nie wyszedł się przywitać, dając tym samym do zrozumienia, że jest obrażony za zbyt długą nieobecność Róży.

– Wstawaj, stary draniu – powiedziała pieszczotliwie do grafitowego kocura. – Przeprowadzamy się.

Natychmiast u jej stóp pojawił się zazdrosny Bosman. Mruczeniem dał znać, że chociaż nie rządzi, to jest już gotowytakże zasługuje na pieszczoty.otrzymał swoją porcję.

Usiadła na kanapiepo raz ostatni rozejrzała się po pokoju nazywanym przez matkę salonem. Kolekcja kryształów na półkach,oknach wymyślnie udrapowane firanki. Na fotelach poduszkiposzewkach haftowanych przez matkę, na stoliku serweta wydziergana szydełkiem. Bezpieczny świat, jaki stworzyła tu, ponad pięćset kilometrów od morza, które zabrało jej męża. Aż dziw, że nie uciekła jeszcze dalej, do Zakopanego alboBieszczady.jakichś powodów wybrała Kielce. To właśnie tutaj,dwóch malutkich pokojachkuchni bez okna, uwiła wygodne gniazdko dla siebie i córki, którą chroniła, jak mogła, przed niebezpiecznym światem.

– Wiem, że się starałaś, mamo – powiedziała, jakby matka mogła ją usłyszeć. – Tylko zapomniałaś, że świat się zmienia.

Może kiedyś nieśmiałeciche kobiety cieszyły się powodzeniem. Pewnie tak było, skoro matka Róży została żonąniedługo potem urodziła córkę. Dzięki temu nie odeszłasamotności, chociaż nagłyrozległy zawał nie dał jej szans na uświadomienie sobie, że umiera.

– A ja, mamo? – zapytała głośno. – Czy wiesz, że teraz już są niemodne takie kobiety jak ty? I jak ja. Jestem kobietąstylu vintage.

Z tą tylko różnicą, że ty miałaś chociaż dziecko,ja nie mam nikogo.znajdą mnie pewnie, kiedy wrzask głodnych kotów nie da spać sąsiadom. – Tego już nie powiedziała głośno, jakby bojąc się, że matka może ją usłyszeć.

Umieściła kotytransporterachspojrzała na zegarek.satysfakcją stwierdziła, że wszystko idzie zgodnieplanem. Zamówiła taksówkę, wsunęła stopy w pantofle na płaskim obcasie, przewiesiła torebkę przez ramię. Dokładnietym momencie zadźwięczał dzwonek.

– Dzień dobry – przywitała postawnego mężczyznęjego żonę. Państwo Kaczmarscy byli punktualni. Już nie mogli się doczekać, kiedy rozpoczną remont. Ich córka, Mariola, miała rodzić pod koniec październikachcieli, żeby pierwszy wnuk wrócił ze szpitala już do własnego domu.

Róża oddała kluczenie oglądając się ani razu, wyszła przed blok, gdzie już czekała na nią taksówka. Nie obejrzała się także, gdy odjeżdżali. Po co? Wszystko, co chciała, przewiozła już wcześniej.

Do nowego domu, mimo że koty ważyły swoje, weszła po schodach. Wybrała je jako kolejny element treningu,poza tym nie lubiła windy. Bała się, że może stanąćuwięzić ją między piętrami. Trzecie piętro to nie tak wysoko – stwierdziła.

W domu najpierw zdjęła żakietstarannie powiesiła goszafie. Dopiero potem otworzyła drzwiczki transporterów.

– No, panowie, wychodzić! Witamnaszym domu. Zaczynamy tu nowe życie. Rozgośćcie się,ja tymczasem zrobię sobie herbaty.

KapitanBosman nieufnie obchodzili nowe kąty. Nie wyglądali na przekonanych, ale Róża miała nadzieję, żeczasem będzie coraz lepiej.ta nadzieja dotyczyła nie tylko kotów.

 

L.jpg

 

Liliana nie miała tego dnia już nic do roboty. Objechała wszystkie sklepy, odebrała od dziewczyn tygodniowe raporty i dzisiejszy utarg. Miała przed sobą sobotnie popołudniecałą niedzielę. Idealnie, żeby bez pośpiechu rozgościć sięnowym mieszkaniu.

Lata doświadczeniaprowadzeniu własnego biznesu nauczyły ją dwóch rzeczy. Po pierwsze: trzeba dobrze wszystko zaplanować. Po drugie: nie przywiązywać się do planu zbyt mocno, bo zawsze zdarzy się coś niespodziewanego. Dzięki przestrzeganiu tych zasad udało się jejciągu ostatnich ośmiu lat zrealizować większośćtego, co chciała.tej większości mieściło się piętnaście sklepów działających pod wspólnym szyldem „Kupujesz tanio” – dziesięćsamych Kielcach, pozostałenajwiększych miastach województwa. Nie zamierzała na tym poprzestać. Od roku weszła też w outletyzauważyła, że ta nisza ma perspektywę. Doskonale wiedziała, żemieściekilkunastoprocentowym bezrobociu ludzie dokładnie oglądają każdy grosz, ale rozumiała też fakt, że kobietydziewczyny zawsze chcą mieć coś nowego. Wysnułatych spostrzeżeń prosty wniosek: musi być niedrogo i w miarę modnie. Wniosek okazał się słuszny.byłatego dumna.

Oczywiście, zgodnie z jej zasadami, wydarzyło się także kilka niespodziewanych rzeczy. Najbardziej niespodziewana była młoda dziewczynajej sypialni. Po tym widoku reszta okazała się zgodnaprzewidywaniami.pozornym spokojem przyjęła mętne wykręty męża, potem przetrwała noce, gdy podczas ciągnących się bez końca bezsennych godzin na przemian waliła pięściamipoduszkizalewała się łzamipoczuciu bezsilności oraz niesprawiedliwości.kiedy już zabrakło łez, zauważyła, że nie musi martwić sięobiadyczyste koszule, znosić frustracji męża, któremu, w przeciwieństwie do niej, biznesy szły niespecjalnie dobrze, a w związkutym ma dużo więcej czasu na realizację nowych planów. Które musiała poczynićzwiązku ze zmianą okoliczności.

Rozwód dostała szybko, zwłaszcza że nie mieli dzieci. Gorzej byłopodziałem majątku. Pluła sobiebrodę, żeswej naiwności nie spisała intercyzy czy czegokolwiek innego. Cóż, wtedy jeszcze nie znała drugiej zasadymyślała, że nic nie zakłóci jej planu spokojnego wspólnego życia „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Okazało się, że dużo szybciej rozłączyła ich brunetkadelfinem wytatuowanym na pośladku (co zdążyła zauważyć, gdy panienka przebiegła obok niejkierunku łazienki). Ogólnie nie miała nic do delfinów, ale tamtego wieczorabezsilnej złości połamała płytęrelaksacyjnym śpiewem tych miłych ssaków. Nie pomogło. Doszła do wniosku, że byle co nie wynagrodzi jej tego upokorzenia. Walczyła więc jak lwica, wynajęła najlepszego adwokatapo dwóch latach mogłasatysfakcją stwierdzić, że były nie dostał ani grosza ponad to, co mu się prawnie należało. Właściwie musiał się zadowolić sześcioletnim audimieszkaniem, które oddała bez żalu, botak nie mogłaby żyć tam, gdzie oni „to” robili. Dodatkową satysfakcją była informacja, że brunetkę nie zadowoliło rozstrzygnięcie sądu i w ramach okazywania tegoż niezadowolenia widywana była ostatniokimś zupełnie innym niż były mąż Liliany.czym doniosły jej koleżanki.

Po uprawomocnieniu się wyroku Liliana najpierw kupiła nową toyotę Rav4kolorze starego złota,potem spokojnie przejrzała oferty developerów. Wybrała budynek na Kwiatowejkilku powodów. Po pierwsze: blisko centrum,zarazemokolicy terenów zielonych. Po drugie: nie jakiś tam pierwszy lepszy blok, ale dziesięciopiętrowy budynekciekawej bryle w kształcie łamanego prostopadłościanu.po trzecie: byłnim wolny lokal na ostatnim piętrze. Nazwała go kameralnym apartamentem. Trzy pokoje, spora łazienka, kuchniagarderoba,jako wisienka na torcie – całkiem duży balkon, który można uznać za tarastowidokiem na dolinę Silnicy. Czegoś takiego szukała. Nie była zwolenniczką wydawania pieniędzy bez potrzeby, a z drugiej strony wiedziała, że jeśli chce uchodzić za odnoszącą sukcesy bizneswoman, powinna móc pochwalić się „kameralnym apartamentem z przytulnym tarasem”.prawie osiemdziesięciometrowe mieszkanie na Kwiatowej stanowiło doskonały złoty środek.

Nie obeszło się bez nieprzewidzianych wydarzeń, rzecz jasna. Najpierwpowodu jakichś komplikacji prawnych czy technicznych budowę wstrzymano na ponad pół roku. Za każdym razem, kiedy przejeżdżała Nowym Światemwidziała wielką dziuręziemi, kiwała głową, bo ta czarna jama była kolejnym potwierdzeniem jej zasad. Jednak po ostatnich doświadczeniach nie zamierzała łatwo się załamywać. Oddała byłemu kluczeprzeprowadziła się do wynajętej kawalerkijednejkamienic przy głównej ulicy Kielc. Tutaj czekała ją kolejna życiowa niespodzianka, bo wynajmujący, nie dosyć, że mniej więcejjej wieku, całkiem przystojnybez obrączki, to jeszcze zaczął okazywać wyraźne zainteresowanie jej osobą.

Liliana podeszła do sprawy spokojnie i stwierdziła, że na fajerwerki uczuciowe to ona sobie jużżyciu nie pozwoli. Małżeństwo nie mieści się więcjej planach, ale partnerski związek może uwzględnić.końcu miała też spory temperament,którego byłagłębi duszy nawet dumna,który coraz częściej dawałsobie znać. Nie chciała, żeby emocje czy chwila słabości popchnęły jąkolejne nieodpowiedzialne ramiona. Zdecydowała, że Janusz będzie odpowiednim wyborem. Zamieszkalijego kawalerce przy Sienkiewicza, a dziś wieczorem mieli spędzić pierwszą wspólną nocjej apartamencie.

Kubuś zaczął popiskiwać, więc Liliana postawiła go na podłodze. York natychmiast rozpoczął energiczne obwąchiwanie wszystkich kątów.

– Tylko pamiętaj, tutaj nie siusiamy – zapowiedziała stanowczo. – Jeśli będziesz niegrzeczny, pani się na ciebie pogniewa!

Kubuś nawet nie zerknąłjej stronę, zajęty próbami wciśnięcia się za nocną szafkę. Liliana uśmiechnęła się czule. Kochała tego psiakarozpieszczała go ponad miarę. Właściwie nigdy nie planowała, że stanie się właścicielką zwierzęcia, ale wiadomo… Kubusia dostałaprezencie od koleżanek. Zrobiła takie babskie spotkanie, gdy ostatecznie zakończyła sprawy rozwodowe,te wariatki przyniosły jejkoszyku potarganą kuleczkę.kiedy ta kupka sierści wysunęła różowy języczek i polizała ją, zostawiając mokry ślad na policzku, cośsercu Liliany zatrzepotało,fala czułości wywołała wilgoć pod powiekami.pokochała Kubusia. Jeździłnią wszędzie, stając się przy okazji powiernikiem najgłębszych sekretów. Teraz jednak zdawał się tak zajęty przeszukiwaniem nowego terenu, że nie nadawał się na partnera do rozmowy.

Kobieta zrzuciła szpilkiwestchnęłaulgą. Usiadła na skórzanej kanapiezaczęła rozmasowywać palcestóp.

– Nie mógłbyś, Kubusiu, przynieść pani kapci i zrobić kawy?

Jasne, prawdziwy facet – pomyślała. – Kiedy kobietacoś prosi – udaje, że nie słyszy. Dobra, sama sobie zrobię, ale za moment. Najpierw chwila wytchnienia.

Byłasiebie dumna. Widziała ruch przed budynkiem, pokrzykiwania ludzi wnoszących meblepaczki. Przewidziała tozaplanowała przeprowadzkę tak, żeby nie uczestniczyć w tym wielkim zamieszaniu.

Przede wszystkim wynajęła dekoratora wnętrzwspólnienim już dawno omówiła każdy szczegół. Odpowiednie ekipy fachowców kolejno wykonywały powierzone im zadania,Liliana dopisała do swojego grafiku codzienne wizyty na Kwiatowej. Prowadzenie własnego biznesu nauczyło ją, że było sporo prawdypowiedzeniu: ufaj, ale kontroluj. Gdyby nie patrzyła na ręce pracownicom, nigdy nie osiągnęłaby sukcesu. Podejrzewała, że tak samo jestbudowlańcami.myśl zasady: pańskie oko konia tuczy, każdego wieczora żądała raportupostępu prac.

Dzięki dobrej organizacji na dwa dni przed oficjalnym zezwoleniem developera na wprowadzanie się wpuściła do mieszkania panią Tereskę. Nie musiała jej pilnować, bo Tereska od lat sprzątałaniejmieszkaniu, a czasami takżesklepach, więc wiedziała, że może mieć do tej kobiety zaufanie. Sprzątaczka znała wymagania Liliany,że była sumiennadokładna, współpraca układała się dobrze. Wczoraj wieczorem Teresa odniosła kluczezapewniła, że właścicielka może następnego dnia nawet robić znanytelewizji test białej rękawiczki.

Rzeczywiście, apartament lśnił czystością.błyszczących blatachbiałych drzwiczkach kuchennych szafek można było się przeglądać,na mahoniowych meblach w salonie nie było nawet jednego pyłku.

Spojrzała na zegarek. Za chwilę powinien pojawić się Januszresztą ubrań. Obydwoje lubili punktualność, więc była pewna, żeciągu pięciu minut usłyszy dzwonek do drzwi. Przeszła do kuchni, gdzie włączyła ekspreszajrzała do lodówki. Wino było na swoim miejscu, pani Tereska nie zawiodła. Jeszcze rzut oka na sypialnię.

Ogromne łóżko,na nim pościelbordowych poszewkach. Jedwabna. Taką chciała – chłodnąśliską. Nie jakaś tam kora czy bawełna albo trzeszcząca od krochmalusztywna po maglowaniu. Od dzieciństwa tego nie znosiła. Teraz właśnie pościel była jedną z jej słabościnigdy nie żałowała na nią pieniędzy. Tę,kolorze czerwonego wina, kupiła specjalnie na pierwszą nocnowym mieszkaniu. Świetnie wyglądała na tle kremowych ścian. Sypialnia była jedynym pokojem,którym zamiast drewnianych żaluzjioknach wisiały zasłony, kolorem dobrane do pościeli. Musiała przyznać, że projektantka dobrze zrozumiała,co jej chodziło. Hasło: buduar.wszystko jasne. Antyczna toaletkadoskonale komponujące się z nią tremo stojącerogu pokoju sprytna dziewczyna wynalazłaskładzie mebli przywiezionychzachodniej Europyjeszcze wytargowała przystępną cenę. Ścianę za łóżkiem wykleiła tapetąbarokowy wzór. Wszystko razem tworzyło naprawdę niezłe nawiązanie do zadanego tematu,do tego wcale nie trąciło myszką. Tak,takiej sypialni będzie się czuła jak Dama Kameliowa, ulubiona książkowa bohaterka. Tu, na ogromnym łóżku,ramionach Janusza, zapomnirzeczowej bizneswoman, o rozliczeniach, księgowej, utargubędzie mogła być wulkanem żądzy, lwicą, demonem seksu.

Z satysfakcją zatrzymała wzrok na swoim odbiciu. Lustereczko powiedz przecie… – Uśmiechnęła się do siebie. Nie mogła narzekać, naprawdę. Dbałasiebie, odwiedzała kosmetyczkęfryzjera, nie wychodziładomu bez makijażu. Na regularne uprawianie sportu nie miała dotąd czasu, ale losgeny dały jej niezłą figurędobrą przemianę materii. Janusz natomiast co niedziela wymyślał rowerowe wycieczki albo wypady na basen czy choćby spacer w podmiejskich lasach. Dzięki temu mogła pochwalić się szczupłymi nogami, dość twardym brzuchemnie musiała ukrywać żadnych wałeczków tłuszczu.

Dzwonek do drzwi oderwał ją od radosnej kontemplacji własnego wyglądu. Pogładziła śliską powierzchnię kołdry, strzepnęła niewidzialny pyłekpoduszkiopuściła sypialnię.

– Miało być tylko kilka niezbędnych ciuszków. – Janusz, udając obrażonego, wtaszczył do przedpokoju dwie ogromne walizy. – Zobacz, jak ja się spakowałem. – Wskazał na niewielką torbę podróżną, którą zdjąłramienia.

– Postaram ci się to jakoś wynagrodzić – odparła i roześmiała się na widok tej bagażowej dysproporcji.

– Najpierw musisz mnie napoić, bo czuję, że wypociłem kilka litrów.

– Kawa? Coś zimnego?może wino? – zapytała. później chłodny prysznic.

Janusz zmierzył wzrokiem stojącą przed nim kobietę. Liliana znała to spojrzeniepoczuła miły dreszczyk wzdłuż kręgosłupa.

– Proponuję inną kolejność. – Mężczyzna nie odrywał od niej wzroku. – Ty idź pod prysznic,ja otworzę winozaraz do ciebie dołączę.

Nie zawiodła się. Wiedział, na co czekała i on chciał tego samego. Powoli zaczęła rozpinać guziki bluzki i z satysfakcją patrzyła na pożądanieoczach Janusza. Rozpięła spódnicępozwoliła jej opaść na podłogę. Wyszłaniejpowoli, kołysząc biodrami, podążyłakierunku łazienki.duchu chwaliła samą siebie za pomysł zastąpienia wanny dużą, dwuosobową kabiną prysznicową. Co prawda planowała, że zaczną od sypialni, ale jak wiadomo…

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

11664.jpg

 

 

11668.jpg

 

 

11681.jpg

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

 

 

DOŚĆ DŁUGI PROLOG…

…czyli jak to się wszystko zaczęło

CZĘŚĆ PIERWSZA

Malwina

CZĘŚĆ DRUGA

Liliana

Wioletta

Róża

 

Polecamy

00011.jpeg