swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Wściekły

Wściekły

Zobacz na swiatebookow.pl

25,11 zł

Autor: Katarzyna Kebernik

Kategoria: historia

Wydawnictwo: Wydawnictwo Akurat

ISBN: 978-83-287-0072-7

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


"Wściekły" to wciągająca, zaskakująco dojrzała (biorąc pod uwagę bardzo młody wiek autorki) opowieść o śmierci, bolesnym dojrzewaniu i samotności - ale nie tylko. Jest to także historia nieszczęśliwej miłości, konfliktu pomiędzy artystą i światem, pogoni za marzeniami i bolesnych zderzeń z siermiężną rzeczywistością.

Siedemnastoletni, wychowywany przez ojca Konstanty ma ciągłe kłopoty w szkole, a nagromadzonej agresji daje ujście, bijąc się po meczach i trenując zapasy. Tym, co go wyróżnia, jest fenomenalny słuch muzyczny. W domowym zaciszu, stopniowo tracąc kontakt z rzeczywistością, Kostek cały wolny czas poświęca swej wielkiej obsesji – stworzeniu najdoskonalszej na świecie muzyki, kompozycji idealnej, której nikt nie byłby w stanie uczynić lepszą. Oprócz tego ma jeszcze pewien mroczny sekret – straszne, niezrozumiałe i niezwykle realistyczne sny, które wycieńczają go psychicznie i fizycznie.

Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura zarówno dla starszego, jak i dla młodego, bardziej wymagającego, czytelnika.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

Żyjemy tak, jak śnimy – samotnie.

Teodor Józef Konrad Korzeniowski
Jądro ciemności

cover

Projekt okładki: bluemango.pl

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Marzena Cieśla

Wiersz Księżyc Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego pochodzi z książki Portret Muzy, wydanej przez Prószyński Media w 2014 roku.

Wykorzystano także fragmenty Piosenki jesiennej Paula Verleine’a w tłumaczeniu Leopolda Staffa oraz Autoportretu Witkacego Jacka Kaczmarskiego.

Zdjęcia na okładce: © fotosutra.com/Shutterstock, © Augustino/ Shutterstock

Copyright © for the text by Katarzyna Kebernik

Copyright © for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-287-0072-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

ROZDZIAŁ I

Po kręgu zakreślonym starannie

toczy się świecący mój mechanizm;

każdą linię, bryłę i płaszczyznę

trącam tym świecącym mechanizmem,

stąd cień srebrny podczas nocnych godzin,

co po świecie jak po twarzy chodzi.

Spis treści

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

tytulowa

Zrobiła się jesień z tymi swoimi chujowymi atrybutami, zrobiły się kałuże, zrobiły się wszędzie głodne wróble, a Grom Annapol przegrał u siebie cztery do zera z Jastrzębiem Zakrzew. Trzecia porażka z rzędu, sam dół tabeli. Zlecą na łeb na szyję, na dupę do niższej ligi. Tych sezonowców, co to wykwitli wiosną, kiedy Grom lepiej grał, wywieje ze stadionów na październikowym wietrze, czarno-czerwone szaliki dadzą na Allegro, wrócą do Barcy, wrócą do fejsa, krzyżyk na drogę, nikt tu po was nie płacze. Sponsorzy wykruszą się jeden po drugim, nietrafiona inwestycja, radźcie sobie sami.

A kibice zlecą razem z Gromem. Słabsza liga, słabsze ekipy, słabsi chuligani. Kijowe stadiony, puste krzesła, nie ma sensu robić opraw. Kluby bez kibiców, a może Grom całkowicie upadnie i wtedy będą kibice bez klubu.

No to się dzisiaj trzeba po mordach za całe życie nawpierdalać. W tamtym lesie za miastem się legalnie, kulturalnie umówić z przeciwnikiem, niech będzie wojna, przecież sami chcemy. Jak nie rozumiesz, jak ci awansik, lansik, baunsik robi za adrenalinę, to się, kurwa, nie odzywaj. Bo to jest nasze życie, bo my lubimy się pobić z facetami, co też lubią, no i co, dorosłe z nas chłopaki, sami siebie, i nikogo innego, obijamy, co to może komu przeszkadzać, co tu jest nie tak?

Spisali ich około trzeciej rano. Wszystkich trzech. Trzy i trzy, może nawet była w tym jakaś symbolika. Skuli ich i wrzucili na tylne siedzenie. Suka ruszyła, ale nie na sygnale, chyba więc nie byli bardzo ważni. Z radia leciało Moonlight Shadow, ale nocne niebo zasłaniały chmury, ani widu księżyca, a tym bardziej jego cienia, sama piosenka też zresztą nie całkiem słyszalna, bo policjant na przednim siedzeniu żarł jakiegoś kebaba, głośno, mlaszcząco, niekulturalnie, i Kosa, wciśnięty w tylne lewe drzwi, zgadywał sobie, co to za odgłos, czy facet rozgryza właśnie mięso, czy ogórka. Ten drugi mundurowy, duży, cichy i melancholijny, nie wydawał żadnych ciekawych dźwięków, po prostu prowadził.

– No, panowie – zaczął ten od kebaba, kiedy została mu już tylko buła. Miał ciepły, przyjemny głos i Kosa pomyślał sobie, że to mimo wszystko miły facet, co więcej, chyba już ten jego głos kiedyś słyszał, pewnie policjant przesłuchiwał go wcześniej po którymś z wyskoków. – Zdajecie sobie sprawę, że czeka was dwa cztery do przesiedzenia?

– Chuj ci w dupę, psie jebany – wysyczał mały kibic Jastrzębia, który siedział na środku i może dlatego był taki poddenerwowany, nikt przecież na środku nie lubi siedzieć, w tym niewygodnym rozkroku, nie wiadomo, co zrobić z nogami i jeszcze te kajdany na łapach.

– Pan, widzę, się prosi o cztery osiem – westchnął policjant, odłożył papier po kebabie i zaczął przeglądać zabrane im wcześniej dokumenty. – Pan to, zdaje się, Dawid, dwadzieścia pięć lat, miejsce urodzenia Zakrzew, data urodzin dziewiątego kwietnia?

– Chuj ci do tego.

– Typowy Baran.

– Sam jesteś jebany baran, ty psie, świnio…

Ale wtedy drugi kibic Jastrzębia, ten na prawym siedzeniu, trącił go i powiedział niskim, poważnym głosem:

– Nie kozacz, bo będzie gorzej.

I musiał być chyba kimś ważnym dla tego małego, co siedział na środku, bo nerwus zaraz się uspokoił i przestał pyskować. Zwiesił głowę w całkowicie dziecięcy sposób i Kosie zrobiło się go nawet trochę żal. Polubił chłopaka, nieźle się bił ledwie parę chwil temu, nim ich zgarnęli, ugryzł go wtedy w dłoń, niby taki mały i chudy, ale przez to zadziorniejszy. Nie miał kurtki na sobie, więc Kosa mógł się przyjrzeć jego tatuażom. Aragorn z filmowej wersji na bicepsie, niżej nadmiernie umięśniony wiking z młotem, jeszcze niżej, już na przedramieniu, Tony Montana, a na nadgarstku hasło No Pain No Gain.

– Fajne masz dziary – zagadnął go. – Sam bym sobie takie zrobił.

– Ciszej mi tam z tyłu! – upomniał ich policjant. – Drugi pan z Jastrzębia, pan za moimi plecami… Pan Marcin, trzydzieści cztery lata we wrześniu skończone, Panna?

– Nie, ja jestem żonaty – odezwał się ten wysoki z dojrzałym głosem.

– Panna znak zodiaku, znaczy się – zarechotał policjant. – Zodiaki to takie moje małe, jak to się mówi, hobby. No, widzi pan, tyle lat już panu zleciało, czterdziecha, ani się pan obejrzy, stuknie, żona na głowie, dzieci…?

– Córeczka, dwa latka.

– I dalej się pan bawi w takie rzeczy? Po Polsce się szlaja z patologią, na mecze łazi jak nastolatek? Małżonka nie wybiła panu tego z głowy?

– To mądra kobieta, nie przeszkadza jej takie moje małe, jak to się mówi, hobby.

– Zamiast myśleć o poważnych sprawach… – zaczął policjant i w tej samej chwili urwał, wybałuszył oczy, najwyraźniej dostrzegł w dokumentach faceta coś niesamowitego. – Pan jest nauczycielem? – Uniósł niebieski kartonik i pomachał nim. – To jest prawdziwa legitymacja nauczycielska?

– Tak, uczę fizyki, a co pan myślał? Że z czego się utrzymuję? Że mi płacą za chodzenie na mecze?

– Pozwolili bandycie uczyć dzieci? Nasze dzieci?

– Uprzejmie proszę nie nazywać mnie bandytą, nigdy w życiu nie popełniłem żadnego przestępstwa, nikt nigdy mnie za nic nie skazał. Posługuje się pan jakimś paranoidalnym językiem medialnej propagandy, nazywa mnie bandytą tylko dlatego, że moją pasją jest piłka nożna. To tak, jakbym nazwał pana głupkiem, bo wierzy pan w astrologię, a przecież nic o panu nie wiem, nic też nie wiem o astrologii, być może mówi ona o nas prawdę. Co do dzieci, o których los tak się pan troszczy, to mam z nimi dobry kontakt, wydaje mi się, że jestem porządnym nauczycielem, na moich lekcjach zajmuję się przecież fizyką, nie meczami, może czasem pogadam z nimi chwilę o sporcie dla rozluźnienia. Nie rozumiem, w jaki sposób to, co robię po godzinach, w moim prywatnym życiu, miałoby demoralizować moich uczniów. Wręcz mi to pomaga, bo wyczuwają, że jestem pewny siebie, twardy, że ze mną nie będą sobie mogli łatwo pogrywać, a sam pan wie, jaka jest teraz młodzież, te wszystkie biedne myszki po studiach mają z nią ciężko, aż żal patrzeć czasami.

– A rodzice? Nie przeszkadza im pan? Nie było protestów?

– A czy ja mam jakiś stygmat na czole, że jestem kibicem? Dla nich jestem nauczycielem fizyki i tyle.

– Nie wiedzą o mordobiciach, bójkach?

– Proszę pana… – Mężczyzna wciąż mówił spokojnie, ale Kosa wyraźnie czuł, jak wiele wysiłku go to kosztuje. – Życie jest pełne stresu, trudne. Jak nie praca, to chore dziecko, kłótnia z żoną, sam pan wie, jak to jest. Jak nie ma się żadnej odskoczni, takiego czegoś, żeby się wyszaleć, wyżyć, to człowiek wariuje. Rutyna zabija. Dlatego jeżdżę na mecze, głośno na nich śpiewam ze wszystkimi, poznaję różne miejsca, ludzi, są ciekawe wydarzenia, przygody, a potem wracam do domu, spokojniejszy i szczęśliwszy. Ale ja się nie biję. Po prostu nie przepadam za tym. Wystarczy mi atmosfera meczu. Są tacy, którzy potrzebują od czasu do czasu dać komuś w mordę, ale ja nie muszę, ja się nie biję.

Policjant uśmiechnął się złośliwie.

– Nie bije się pan. Jasne. To ciekawe, kto się za pana dzisiaj bił. Pewnie Duch Święty.

– To było… – Mężczyzna po raz pierwszy zawahał się i dość długo szukał słów. – To była nietypowa, specyficzna sytuacja.

Grom Annapol przyjął gości w lesie. Po przelotnych deszczach wszędzie unosił się zapach sosnowych igieł, a po rozmokłym poszyciu trudno było chodzić, o walce nie wspominając, ale przecież nie w takich warunkach już się bili. Zobaczymy, kto lepiej utrzyma się na śliskim mchu, komu mniej będzie przeszkadzał mróz. Nikogo nie obchodziło, że piłkarze Gromu dostali solidnie w dupę od piłkarzy Jastrzębia. Prawdziwy zwycięzca miał się objawić dopiero tutaj, w tej prawdziwej, nieudawanej walce.

Zakrzewianie wystawili do boju jedenaście osób, więc Grom również wysłał jedenastu. W tym gronie znalazł się także Kosa. Ustalono zasady. Walka bez narzędzi, na puste ręce i z ewentualnym wykorzystaniem naturalnego ukształtowania terenu. Wojownicy biją się tak długo, aż przeciwnik zmusi ich do poddania się, a kiedy się poddadzą, kładą się plackiem na ziemi. Ustawkę przegra ta ekipa, której cała jedenastka się położy. Wszystko jasne? Raz, dwa, trzy. Jazda!

Pierwszy przeciwnik Kostuchy był silny, ale dość głupkowaty, więc Kosa szybko dał radę sprowadzić go do parteru, założyć mu dźwignię i zmusić do wybełkotania „poddaję się” z gębą pełną liści. Drugi był twardszy: Kosa przez chwilę myślał nawet, że przegra, ale w końcu precyzyjnie trafił w nos i facet stracił przytomność. Trzeci, który na niego ruszył, sprawił najwięcej problemów. Z początku Kostucha dziwił się, kto w ogóle takie coś wystawił: dzieciak jakiś, sięgał mu do paska u spodni. Zawahał się, czy w ogóle go bić, kurdupla. To był błąd. Może mały, ale zabójczo szybki i agresywny, kopnął Kosę w łydkę tak, że ten wyłożył się jak długi. Już do niego leciał z pięściami, ale Kosa zreflektował się i pociągnął go w dół, turlali się po ziemi, a kiedy zaczął dzieciaka dusić, ten za nic nie chciał się poddać, jego kumple musieli wrzeszczeć za niego: „On się poddaje, poddaje!”, bo już się siny robił.

Kostucha wstał i się rozejrzał. Wszyscy przeciwnicy leżeli na ziemi, zaczęło kropić. Zwycięstwo.

No i potem było święto, chodzili po różnych miejscach, różne rzeczy się działy, ogólnie niewiele pamięta. Ale na pewno pamięta, że niedawno, parę chwil temu, szli przez park. On, Olaf, jeszcze ktoś. Pamięta też, że żartowali z czegoś, a on ich nie słuchał, bo wiatr śpiewał ładnie na pożółkłych liściach i to było przecież ciekawsze. Kosa zresztą śpiewał też, jakiś standard, to znaczy Deszczową piosenkę, bo padało, no i tak mu się skojarzyło po pijaku. Olaf chyba wtedy nawet powiedział coś w stylu, że ten to znowu śpiewa, zachowuje się jak pojeb, świr, schizol. Na to Kosa, który generalnie był nadal w wojennym nastroju, odwrócił się i już chciał startować do Olafa, że co on sobie wyobraża, takie komentarze mu za plecami szeptać, jak się od tak dawna znają, ale wtedy właśnie zza krzewów wyszli zakrzewianie.

Tak z siedmiu ich było, więc trochę więcej niż tych z Gromu, ale nie żeby jakaś miażdżąca przewaga. Kosa od razu rozpoznał tego małego fajtera z lasu. Reszty nie kojarzył, nie bili się. Byli normalni, kulturalni. Pozdrowili się w milczeniu skinieniami głów, a jeden z kibiców Jastrzębia nawet ich ostrzegł, żeby nie skręcali w lewo, bo psy spisują tam jakieś małolaty za alkohol w miejscu publicznym, jeszcze do nich się o coś przyczepią, wiadomo, jak jest, czasem im sam ryj wystarczy. Kibice Gromu podziękowali za ostrzeżenie i tak by się minęli, ale wtedy właśnie ten świrnięty kajtek, niby przypadkiem, niby, że tak wyszło, przechodząc obok Olafa, dał mu z łokcia w nerę.

Efekt był taki, jakby pękła tama. Część gromowców, ta bardziej nerwowa, rzuciła się z pięściami, druga część, ta bardziej rozsądna, pamiętająca o glinach niedaleko stąd, próbowała ich powstrzymać, trzymając za kurtki. Mały był chyba zadowolony.

– Pierdolcie się, jebane pyry wielkopolskie, szwabskie śmiecie, pizdy czerwone z kiłą! – wrzeszczał, chociaż jeden z kumpli złapał go wpół i usiłował odstawić na bok.

– No, podskocz mi, chujku niewyrośnięty! – odwrzaskiwał Kosa, który zaliczał się do tych bardziej nerwowych i tylko czyjeś głupie łapska, co to bezczelnie przytrzymywały go za nadgarstki, uniemożliwiały mu zabicie tego gada. – Ssij mi, akurat do pasa sięgasz!

– Cioto jebana, niech ci twój chłopak ssie, ten, co ci tę pierdoloną malinę na szyi zmajstrował! – wrzeszczał mały, wskazując na obojczyk Kostuchy, gdzie ten rzeczywiście miał coś różowawego, jakby oparzelinę, dość rozległą, ale zestarzałą już bliznę, widoczną spod rozpiętej kurtki.

Cóż było robić, kopnął tego gościa, co go trzymał za łapy, i rzucił się na jastrzębie. I już po chwili wszyscy się lali. Kosa dawał po gębach na lewo i prawo, przepychając się w kierunku małego zakapiora, a kiedy wreszcie się do niego dopchał, ktoś wrzasnął: „Pały, pały, spierdalać!”. Co z tego? Zaczęli się z kurduplem bić i tak.

Wszyscy dookoła zwiewali, mało nie pogubili portek, ratując własne dupy, nikt się na Kosę nie oglądał, nie czekał. Zostali tylko on, jego przeciwnik i ten duży, który do ostatniej chwili próbował ich rozdzielać. I to ich zgarnięto.

– Może dopiero na komisariacie złożymy panu relację z tego, co się stało – dyplomatycznie odpowiedział policjantowi nauczyciel i spojrzał wymownie na zatrzymanych. Coś razem ustalimy, mówiło to spojrzenie. Wymyślimy coś, żeby nikt za bardzo nie ucierpiał, trzymajmy wspólny front przeciw wrogowi.

Kosa ziewnął. Głowa leciała mu w dół. Wszystko było takie smutne. Że deszcz dzwonił o szybę takim molowym basem. Że kierowca pogłośnił radio, a tam leciała Lisowska.

– A pan Kostek to co taki cichy? – spytał go policjant. – My to już w sumie dobrzy znajomi. Co z pana za chłopak, tak się marnować. Niebrzydki, niegłupi, niejedna porządna dziewczyna by takiego chciała, niejedną pracę by dobrze wykonał, gdyby mu się tylko chciało do szkoły łazić. – Przez dłuższy czas przyglądał się jego legitymacji. – Konstanty. Znak zodiaku Skorpion, za tydzień i trochę skończy siedemnaście lat. Dziecko jeszcze, dziecko…

Kosa spojrzał na policjanta zmęczonymi szarymi oczami.

– Przecież jeszcze tylko kilka miesięcy i skończę osiemnaście lat, będę dorosły.

– Taki młody jesteś? – zdziwił się mały po jego prawej. – Na luzaku bym ci dał dwadzieścia parę. Raz, że wysoki, szeroki, ale też takie coś, sam, kurwa, nie wiem, starego, poważnego masz w twarzy.

Kosa nie przejął się tym wyznaniem. Przyzwyczaił się, że biorą go za starszego, niż jest, i był nawet z tego na swój sposób zadowolony, bo starszy znaczyło przecież groźniejszy, bardziej męski i tak dalej.

– Ja też czasem interesuję się Gromem – ciągnął policjant. – Jak tak ładnie grają jak tamtej wiosny albo w tamto lato. Ale jak tak się kaleczą jak teraz? Po co łazić to oglądać? Niech widzą, że puste trybuny, to zaraz zaczną lepiej grać.

– Mam nieco inne zdanie, proszę pana.

– Kostek, jaki ty masz ładny głos! – rozmarzył się policjant. – Taki jak ci panowie w radiu. Już to ci kiedyś mówiłem, pamiętasz? Taki miły dla ucha, głęboki… No, idź do radia albo chociaż czytaj o tym, że przed zażyciem skonsultuj się z lekarzem bądź farmaceutą, zaraz by mniej wkurzał ten tekst, z miejsca by cię z takim głosem przyjęli. Dar dostałeś, a go marnujesz, bo jak tak się drzesz na stadionach, to i w końcu głos swój piękny zedrzesz i tyle będziesz miał, no. A może byś śpiewał, co? Z tym głosem? Lubisz śpiewać, chłopcze?

Kosa wzruszył ramionami, ale policjant nie drążył tematu, bo nagle sobie o czymś przypomniał i zgiął się wpół, aby wyciągnąć ze schowka jakąś gazetę.

– A wiesz, o czym w ostatniej annapolskiej pisali? – Zachichotał jak dziewczynka. – Duży artykuł na całą stronę. Widziałeś to już, mały? Bartek, to ty chyba wtedy w związku z tym pobiciem jechałeś do tej szkoły? – Trącił kierowcę w łokieć, ale ten pokręcił głową, że jednak nie, to nie on jechał. – W każdym razie, wyobraź sobie, mój młody panie Kostku, że siedzę wczoraj, stół, kawka, „Gazeta Annapolska” rano kupiona i tam oto takie coś:

Konstanty L. (17 l.), nieślubny syn annapolskiego radnego i przedsiębiorcy, od śmierci matki wychowywany przez ojca, został wydalony z kolejnej szkoły za niezwykle brutalne pobicie ucznia z klasy równoległej, Przemysława K. (14 l.). Poszkodowany nadal przebywa w szpitalu, jego stan w chwili oddawania gazety do druku pozostaje stabilny.

To nie pierwsze wykroczenie Konstantego. Był już wielokrotnie notowany, głównie za bójki i inne agresywne zachowania. Młodociany przestępca ma także problemy z nauką, wciąż nie udało mu się ukończyć gimnazjum. Zamiast chodzić do szkoły, woli spędzać czas w towarzystwie pseudokibiców Gromu Annapol, z którą to grupą jest silnie związany…

Zaśmiał się, urwał i spojrzał na Kosę, aby sprawdzić, jakie to na nim zrobiło wrażenie, ale Kosa, z głową opartą o zagłówek i rozchylonymi ustami, spał.

– Dlaczego śpisz, jak czytam?!

Chłopak ocknął się gwałtownie i szeroko otworzył oczy.

– To… ja dawno nie, zmęczony… od dłuższego czasu mam problemy z zaśnięciem… – wymamrotał chłopak.

Policjant znieruchomiał, po czym wyszeptał z przerażeniem:

– Dlaczego… dlaczego masz czarne oczy?

– O co ci, kurwa, chodzi? – Mały spojrzał na policjanta jak na skończonego idiotę. – Przecież on ma czarne włosy. To chyba jasne, że ci, co mają czarne włosy, mają czarne oczy. Z choinki żeś się urwał?

– Ale on jeszcze przed chwilą miał jasne oczy! – upierał się policjant. – A teraz są czarne jak… jak śmierć! No, przecież widzę wyraźnie, tu jest zapalona lampka, mogłem przeczytać…

– Niech się pan nie denerwuje! – uśmiechnął się Konstanty. – Od urodzenia cierpię na tę rzadką przypadłość. Moje oczy zmieniają kolor, jak chcą i kiedy chcą, nie kontroluję tego. Taka drobna, nieszkodliwa anomalia, przestałem już zwracać na to uwagę i ludzie, którzy mnie znają, też.

Policjant trzymał się za serce i ciężko oddychał.

– Ale jak oczy mogą zmieniać kolor? Oczy się ma jedne.

– To chyba nie jest zaraźliwe, nie? – spytał mały, odsuwając się z obrzydzeniem od Kosy na tyle, na ile tylko pozwalała ograniczona przestrzeń.

Kostucha uśmiechnął się półgębkiem i zanurzył spojrzenie swoich czarnych oczu w czarnej, nocnej, deszczowej szybie.

– A przy twojej legitymacji znalazłem to… – Policjant pochylił się nad zmiętym zwitkiem. – Recepta. Jest pieczątka od psychiatry. Dobrze, że się leczysz, Kostek. To ci pomoże, pewno nie tak rach-ciach, jak byśmy chcieli, ale z biegiem czasu, jak będziesz regularny, lepiej ci będzie na nerwach.

Mały już prawie siedział na kolanach swojego kolegi po prawej.

– A to jego, kurwa, psycholstwo, też niby niezaraźliwe?

– No, nie, Kostek! – Policjant nagle skrzywił się szpetnie. – Ja cię tu chwalę, a ty… Już trzy dni temu tobie tę receptę wypisali. Tyle czasu, a ty tego nie wykupiłeś wszystkiego?

– Proszę pana, czy można…

– I jeszcze sobie wtykasz w gacie byle jak, idziesz z tym w gaciach na ustawkę, cud, żeś nie zgubił…

– Proszę pana! – przerwał mu Kosa stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu tonem i pochylił się do przodu. – Mam prośbę.

– Jeszcze czego! A niby jaką?

– Ja bardzo pana proszę… – Policjant widział wyraźnie, że lewe oko chłopaka zrobiło się zielone, ale taką intensywną, turkusową zielenią spotykaną tylko w kamieniach szlachetnych, a nie w ludzkich oczach, prawe natomiast stało się srebrne, tak, srebrne, nie szare, nie niebieskie, nie stalowe nawet, tylko srebrne. – Ja pana naprawdę bardzo proszę, żeby pan tak głośno nie mówił. W radiu puszczają Breakout, a pan tak głośno gada.

Śniło mi się, że Konstanty był ptakiem i frunął nad miastem.

Kiedy się obudziłem, siwo jeszcze w pokoju było i poczułem potrzebę zdefiniowania swojej męskości.

Ale co to jest męskość? Już nie ma kobiet i mężczyzn, są tylko ludzie. Już nie ma czarnych, żółtych i białych, są tylko szarzy. Jakby różnice były słabością, a nie powodem do dumy. Mogę być każdym, więc nikim. Byle nie sobą.

A ja muszę sam siebie zdefiniować. Siebie! Nieposkładany jeszcze jestem i niedokończony, więc nie dam rady zdefiniować siebie jako całości. Próbuję więc etapami, część po części, chociaż wszystkie są mgliste. A jedną z części jest moja płeć. Moja męskość.

Czym więc jest męskość? Może to tylko kwestia genitaliów?

Zazdroszczę facetom rodzącym się z włosami na plecach i niezmywającym po sobie łyżeczek. Kiedy teraz o nich myślę, wiem, że ich męskość nie jest tą męskością, do której warto dążyć, ale gdybym urodził się jednym z nich, to nie miałbym tej świadomości, byłbym dużo mniej skomplikowany i szczęśliwszy niż teraz.

Jaka jest moja męskość? Zasypiam na Ojcu chrzestnym. Odróżniam indygo od bakłażana. Piszę ten dziennik (to jest najgorsze ze wszystkiego). Ale to szczegóły.

Najstraszniejsze, że kiedy wyjrzałem przez okno, to Konstanty naprawdę frunął po niebie. Jak w moim śnie.

Ale, jak już wspomniałem wcześniej, siwo było jeszcze i pewnie nie do końca zdążyłem się wybudzić.

PS: Nadal piszę moją powieść. Nie wiem tylko, co zrobić z zakończeniem.

Parę dni później, kiedy bójka z Zakrzewem stała się odległym wspomnieniem, podobnie jak odsiedziane dwadzieścia cztery godziny, Kosa wychodził właśnie z treningu, a deszcz nie przestawał padać.

Było już ciemnawo, kiedy z Valse triste Sibeliusa w słuchawkach dowlókł się pod daszek przystanku tramwajowego i położył na ławce. Miał gdzieś, że ludzie się gapią i pewnie myślą, że jest pijany. Zresztą niewiele osób stało na przystanku. Jakiś modny studencik z wydepilowanymi przedramionami i staruszka z szeleszczącymi kośćmi, chwiejąca się na wietrze. Dwa światy w jednym świecie.

Patrzył na nią. Wyobrażał sobie, jak wraca do swego ciasnego mieszkanka, zjada kolację w towarzystwie kota, odmawia różaniec za zmarłych i wkłada przedpotopową koszulę nocną, usiłując przypomnieć sobie, kiedy ostatnio syn wpadł do niej z wizytą. Oczy Kostka zaszły mgłą, więc pospiesznie zapalił papierosa, aby wytruć wszystkie myśli.

Rozklekotany tramwaj, śpiewając każdą śrubką, dobił na miejsce ze znacznym spóźnieniem. Nie był tak napakowany jak zwykle, dało się oddychać powietrzem, a nie mieszaniną potu i tanich perfum. Ktoś kaszlał jak stary kocur, ktoś słuchał ruskiego disco na słuchawkach, ktoś dyszał mu w kark, ktoś…

– Kosa! Kostucha! Kosiarz!

Ktoś go woła? No tak… Znał ten rechot. Kauczuk. Siedział z tyłu i machał do niego, kiwając się przy tym całym swym ciałem na zbyt wąskim dla niego siedzeniu.

Kauczuk był piegowatą, szczerbatą piłką ostrzyżoną na łyso. Dzieciak, dwa lata młodszy od Kostka, a wyglądali jak ojciec i syn. Kauczuk nie potrafił milczeć i siedzieć w miejscu, falował fałdami galarety obrastającej jego brzuch, szczerzył koślawe zęby. Kosa tolerował go tylko dlatego, że był młodszym bratem jego najlepszego przyjaciela.

Odpowiedział Kauczukowi nieprzychylnym skinieniem głowy, ale nic to nie dało. Kauczuk radośnie stoczył się do niego, a za nim jakaś tleniona małolata z nosem zadartym jak u świnki.

– Witamy gwiazdę! – zarechotał Kauczuk na cały autobus. – Idę rano kupić gazetę dla starej, patrzę, a tu ryj Kostuchy naszego. Taki rozmyty tymi kwadratami, pikselami, czy jak to się tam nazywa. Jak, kurwa, nie wiem, u pedofilów, jak ich w telewizji pokazują. No jak u zbrodniarza, kurwa, rozmyty ryj!

– Zamknij się! – warknął Kosa.

– Nie mogę, mam wieści. – Kauczuk triumfalnie trącił go palcem w pierś. – Brat jest na ciebie wkurwiony.

– Olaf? – Kosa po raz pierwszy spojrzał na piłeczkę z pewnym zainteresowaniem. – Niby czemu?

– No, jechał na ciebie rano jak nie wiem. O co cię jechał, to tak w szczególe nie pamiętam, coś tam, kurwa, że się inny zrobiłeś, że olewasz kumpli i generalnie sprawy Gromu, że dwa dni temu nie wyszłeś z nimi na miasto, wczoraj nie wyszłeś i dzisiaj też nie chcesz wyjść. Kostuch… kurwa… przyjdź dzisiaj do niego! Kostuch… Olafowi jest smutnie, że go tak olewasz… no, kurwa, no!

– Muszę się wyspać – powiedział Kosa. – Od dwóch dni nie spałem.

Dopiero teraz dotarło to do niego z całą mocą. Dźwięki tarły mu uszy, warkotały pod skroniami, potylica charczała bólem. Był wycieńczony. Był zawieszony. Ten kot za szybą, rozmazany pędem tramwaju, to liniejące październikowe drzewo wyminięte chwilę temu – takie dziwne, takie nierzeczywiste.

– Pierdolisz – zaskrzeczał Kauczuk. – Nie można nie spać. To, kurwa, nienormalne jest. Ty pojeb jesteś! – Nagle przypomniał sobie o czymś innym. – Ale na mecz w sobotę idziesz, nie? Z kim gramy?

– Wyjazdowy w Gełbiszynie.

– Super! – mlasnęła świnka balonówą.

– Nie mów, jak ja mówię! – uciszył ją Kauczuk. – Ostro się będziecie naparzać, Kosa?

– Olafa zapytaj – ziewnął Kostucha. Nie lubił wtajemniczać ludzi spoza środowiska w sprawy Gromu.

Niepocieszony Kauczuk pomruczał coś chwilę pod nosem, ale przecież nie mógł wytrzymać długo bez gadania.

– Ty, stary, a Konrad mi ostatnio powiedział takie coś, że masakra. Normalnie nie wiem, co myśleć. O tej twojej starej. No, bo czy to jest prawda, to co on powiedział? No, kto mi odpowie na to lepiej, jak nie ty. Stary, czy ona na serio, zanim jeszcze nie umarła, była kurwą? Taką se zwykłą, dupodajną…

Nie zdołał skończyć. Kosa wziął potężny zamach i grzmotnął go w nos tak mocno, że aż zahuczał trzask łamanych kości, a krew rzygnęła z obu dziurek. Kauczuk bezwładnie osunął się na podłogę autobusu.

– Ty chamie! – wrzasnęła świnka, rzucając się Kosie do oczu w obronie swojego chłopaka. – Ludzie, pomocy!

Nikt nie zareagował. Kosa ruszył do wyjścia, nie patrząc nawet, co to za przystanek, a tłum rozstąpił się przed nim jak Morze Czerwone, nie chcąc się mieszać w nie swoje sprawy.

Idąc w kierunku domu, doszedł do dwóch przykrych wniosków. Po pierwsze, znowu zachował się jak psychol, atakując tego dzieciaka. Dzieciak, jak dzieciak, ma prawo być głupi. Po drugie, nie powinien spalać dzisiaj całej paczki fajek, niezależnie od tego, jak beznadziejne to dzisiaj było, jest sportowcem, zapaśnikiem, musi być sprawny i wydolny, a nie sapać i kasłać na macie.

Kiedy stanął przed bramą imponującej rezydencji ojca, w której przez ostatnie parę lat mieszkał, do jego uszu dobiegła skrzecząca, zawodząca aria wypływająca z dziesięciu wygłodniałych, bezpańskich kocich gardeł, które najprawdopodobniej czekały na niego od samego rana. Na szczęście w domu nie było nikogo, mógł więc bez problemu wynieść im jakieś ochłapy z lodówki.

Włączył Fever Ray i zabrał się do szykowania sobie kolacji. Niesłychane zaśpiewy mieszały się z futurystycznym buczeniem mikrofali. Czarny szczur o imieniu Bohun, podopieczny Kostuchy, wdrapał się swemu panu na ramię, łaskocząc go w szyję wąsikami.

Kosa był naprawdę zmęczony. Potwornie zmęczony. Ale jak miałby zasnąć? Nie umiał zasnąć.

Wszedł do swojego pokoju: łóżko, biurko, laptop, półka ozdobiona wlepkami Gromu Annapol, medale z zawodów. Na ścianach trzy plakaty: rozkładówka imprez uświetniających rok Lutosławskiego, afisz filmowy z Amadeusza z wielkim Salierim w słynnym karnawałowym stroju oraz czarno-białe zdjęcie młodej Marianne Faithful kucającej w czarnym gorsecie, z włosami na Bardotkę. W kącie klatka Bohuna, a na niej skrzypce i plansza do szachów. W drugim kącie stary adapter, obok zatrzęsienie rozmaitych płyt i akordeon. Straszny nieporządek. Na łóżku cztery opakowania po chrupkach, zaczytany Kafka z wypadającymi kartkami, zmięta bluza w kolorze khaki, nieumyty kubek, czerwona gitara akustyczna, piracka płyta Pianohooligan i pendrive z Chewbaccą.

Nie widział tego wszystkiego. Jego dusza grała Fantastyczną Berlioza, a oczy miały tajemniczą barwę głębokiego granatu. Usiadł na parapecie, otworzył okno i wsłuchał się w jesień. Koty, w podzięce za kolację, skrobały pazurkami o chodnik i mruczały pod jego oknem, a Bohun, który panicznie się ich bał, krążył nerwowo po pokoju.

Kostek zamknął rozpalone niewyspaniem powieki i wyobraził sobie, że na wietrze grającym Paganiniego wylatuje z tego okna i wyfruwa daleko, gdzieś na drugą stronę nocy, gdzie nikt go nie znajdzie. Chwilę trwał w bezruchu, przez głowę przelatywały mu jakieś trzepoczące, ulotne popłuczyny dźwięków, a jego rzęsy zaczęły się do siebie kleić jak para sennych kochanków.

Teraz zaśnie. Na pewno. Wziął szybki prysznic, umył zęby i poszedł spać – ale sen nie poszedł spać z nim.

A przecież był tak wycieńczony. Jak tylko wtaczał się pod kołdrę, to zaraz się wytaczał, wodząc po zagraconym pokoju zmęczonymi oczami barwy zmęczonej miedzi. Krążył bez celu z lodowatą kulką strachu w jabłku Adama. Wreszcie poszedł do kuchni, nasypał sobie wielką michę płatków, władował się z nią do łóżka, puścił muzykę z laptopa i pomału, kołysany Wardruną – zasnął.

* * *

koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji