swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Zawsze będę Cię kochać

Zawsze będę Cię kochać

Zobacz na swiatebookow.pl

22,49 zł

Autor: Teresa Monika Rudzka

Kategoria: ebooki

Wydawnictwo: HarperCollins

ISBN: 978-83-276-0978-6

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


„Zawsze będę Cię kochać” to oparta na faktach, poruszająca historia o niezwykłej więzi między matką i córką. To zbiór e-maili, jakie matka wysyła do córki przez kolejne miesiące po jej śmierci. To chwytający za serce zapis codzienności, która bywa wtedy najtrudniejsza do zniesienia. To także opowieść o życiu, które, chcemy tego czy nie, biegnie dalej.. „Zawsze będę Cię kochać” jest książką o sile uczuć, które są trwalsze niż śmierć. To wzruszająca próba zatrzymania czasu i zapamiętania ukochanej osoby, która wciąż żyje w spędzonych wspólnie chwilach, w listach, rozmowach i wspomnieniach. „Zawsze będę Cię kochać” to portret pamięciowy miłości.

Teresa Monika Rudzka

Zawsze będę Cię kochać

Okładka

Pamięci mojej kochanej Żywii, Żywenki, Żywusi

Książkę dedykuję pisarce Isabel Allende i jej córce Pauli oraz wszystkim rodzicom, którzy stracili swoje dzieci.

Wstęp

W grudniu 2012 roku moja córka Żywena (Żywia) Wiktoria H., od pół roku szczęśliwa mężatka, piękna, zdrowa i zadowolona z życia kobieta, zaczęła niedomagać. Zdiagnozowano nieoperacyjnego guza mózgu znanego jako glejak wielopostaciowy, czwarty stopień złośliwości. Sprawy potoczyły się błyskawicznie; osiemnastego lutego 2013 roku Żywia zmarła, otoczona do końca miłością, czułością i opieką. Ta książka jest portretem jej życia i osobowości. Pragnęłam w ten sposób oddać hołd córce i zachować ją na zawsze zarówno w mojej pamięci, jak i w pamięci jej rodziny oraz licznych przyjaciół. Chciałam jak najwierniej opisać moją niesamowitą, wspaniałą córkę, o ile w ogóle jest możliwe oddanie złożonego ludzkiego charakteru w tej formie… Żywio, dziękuję, że byłaś ze mną przez tyle lat. To najlepsze, co mi się przytrafiło w życiu. Dziękuję, że gdzieś tam jesteś i czuwasz nade mną. Kocham Cię.

***

Żywia, czyli powieściowa Anastazja Bojanowa-Montgomery to realna postać, podobnie jak jej losy. Prawdziwe są e-maile, które do niej pisałam i nadal piszę. Dodałam tylko kilka zmyślonych historii, starając się, aby były kompatybilne z fabułą. Każdy pisarz czerpie inspirację z otoczenia, lecz inni bohaterowie i wydarzenia należą do obszaru zwanego fikcją literacką, a wszelkie podobieństwa do rzeczywistych są przypadkowe. To wytwory mojej wyobraźni, powstałe w celu dobrego i ciekawego opowiedzenia niniejszej historii. Jeśli jednak przypadkiem kogoś niechcący uraziłam, to z góry przepraszam. :-)

***

Dziękuję gorąco Annie Hsiao za wzruszające wspomnienia o mojej córce, za wsparcie i wiele podnoszących na duchu rozmów. Aniu, niewiele ludzi głosi otwarcie swoje przekonania i nie obawia się konsekwencji. Jesteś wielka!

To samo mogę powiedzieć o innej przyjaciółce Żywii, Janie Marsovej oraz Agacie Hofman. Jana, opisałaś Żywenę wspaniale i bardzo trafnie. Dziękuję Wam za nieustające wsparcie, pomoc i namawianie, aby napisać książkę. Jak widzicie – zrobiłam to!

Ogromnie dziękuję mężowi mojej córki i jego rodzinie, szczególnie Cheryl. Nie wiem, jak bym przetrwała, gdyby nie Twoje e-maile.

Dziękuję Magdzie, Milenie i Caz… byłyście bardzo dobrymi przyjaciółkami Żyweny.

Czuję ogromną wdzięczność wobec Ewy H., Izabeli S., Misi, Reni, Edyty, obu Hanek, Krzysztofa, Piotra i wielu innych. Bardzo mi pomagacie, naprawdę.

Specjalne podziękowania składam Ałbenie Grabowskiej, świetnej lekarce neurolożce, jednocześnie znakomitej pisarce. Szczera przyjaźń, wsparcie medyczne i literackie – czegóż chcieć więcej?

Przepraszam Magdalenę Kawkę, koleżankę po piórze za to, że zakończyłam powieść cytatem z tej samej piosenki Abby. Pasowała do jej powieści Rzeka zimna (gorąco polecam, jest wspaniała!) i pasuje do mojej. Magdo, mam nadzieję, że Cię nie uraziłam!

***

W książce wykorzystałam wspomnienia Anny Hsiao, Jany Marsovej oraz zapis uroczystości pogrzebowej prowadzonej przez Christinę Brand.

Dzisiaj nocą samotną, spędzoną bezsennie,
Po promieniach księżyca, jakimś dziwnym tchnieniem,
Sam nie wiem, jak się nagle ocknąłem w Rawennie
I z dawno utęsknionym spotkałem zwidzeniem.

Przez otwarte ktoś okno grał cicho na flecie,
I wiatr lekki woń przyniósł duszącą, upojną -
Jak w mistycznym w nią szedłem wplątany bukiecie,
Pod nieba wyiskrzoną kopułą dostojną.

„Będziecie wysłuchani tęskniący, więc proście!”
Jak przez Boga zaklęty przymknąłem powieki -
I tylkom jakiś dziwny posłyszał szum rzeki,
A później, później Danta ujrzałem na moście.

„Tyżeś to, ty mój mistrzu! Dlaczego tak blady
I czemu taki dziwny niepokój cię żarzy?
Przychodzę cię ubłagać o sekret twej twarzy.
Nic nie wiem. Zabłądziłem. I proszę twej rady”.

On to rzekł, czy rzekł księżyc, czy woda to rzekła,
Padłem, głowę ukrywszy rękami obiema:
„Nie ma nieba i ziemi, otchłani, ni piekła,
Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”.

Jan Lechoń Spotkanie

CZĘŚĆ I

Miłość i śmierć

Co można powiedzieć o dwudziestopięcioletniej dziewczynie, która umarła? Że była śliczna. I piekielnie inteligentna. Że kochała Mozarta i mnie.

Erich Segal Love Story

1
JIM MONTGOMERY

Erica do tej pory nie zadzwoniła. Skończyłem oglądać Minionki rozrabiają i zalogowałem się na Facebooku. Nie miałem żadnej wiadomości, a dziewczyna, która pragnęła mnie uratować przede mną samym i przed moim smutkiem, była aktywna dwie godziny temu. Na jej profilu ujrzałem zdjęcie rozkwitłej róży, więc od razu zacząłem się zastanawiać, co, u diabła, Erica chce przez to powiedzieć? W co ona gra, czy istotnie gra i dlaczego mam odgadywać jej zamiary przez internet? Moja Anastazja spojrzałaby ironicznie swoimi zielonymi oczami… przez szkła kontaktowe albo przez okulary w najmodniejszych oprawkach… i natychmiast ustawiłaby mnie do pionu. A gdybym nadal nie rozumiał wymowy jej oczu, prychnęłaby tylko, dodając, że nie ma sensu silić się na zrozumienie głupstw, które zresztą przystoją jedynie uczniom przed maturą. Anastazja funkcjonowała na Facebooku od kilku lat, w czasach, gdy pogardliwie odrzucałem coś, co określałem jako wirtualną egzystencję, czyli nędzną namiastkę tej prawdziwej. Portale społecznościowe traktowałem z dystansem, nieprzechodzącym we wzgardę tylko dlatego, że moja ukochana założyła sobie profil na Facebooku. Taka mądra dziewczyna jak Nastia nie robiła niczego bez powodu… Zdaje się, że traktowała fejsa jako kolejny przyczółek do wykazania się swoim sarkastycznym poczuciem humoru. Razem z Agatą, przyjaciółką ze studiów w Polsce, wymieniały się dowcipami i wrzucały sobie linki do różnych scen z filmów polskiego reżysera Stanisława Barei. Często pytałem, na czym polega fenomen faceta dokumentującego absurdy życia w komunistycznym kraju? Przecież nawet matka Anastazji długo się odżegnywała od oglądania tych komedii.

– Matka większą część życia spędziła wśród tych absurdów i powiedziała: „Witaj wolności, nie wracam do starych czasów”. Potrzebowała czasu, aby się z nich śmiać. Wiesz, teraz ma perspektywę. – Mniej więcej tymi słowami odpowiadała Nastia i łapała za komórkę. „Mamo, mamusiu, kto jest najmądrzejszy na świecie? Miś, mój miś!”

Zaczynały wykrzykiwać powiedzonka głównie z Misia. Wprawdzie nie znałem polskiego w stopniu, w jakim powinien znać mąż polskiej dziewczyny, ale Barejowskie zwroty udało mi się szybko zapamiętać. Renata, matka Nastii była bardzo związana z córką, a ja często zazdrościłem im tej przyjaźni.

Wciąż pamiętam, wciąż mam przed oczami dwudziesty czwarty listopada 2005 roku. Ściślej mówiąc, jego drugą połowę, od przerwy na lunch. Poprzedniego wieczora odbyłem niezbyt miłą rozmowę z ojcem, zdegustowanym, że porzuciłem wydział filozofii. Staruszek klarował, jak to on, syn skromnego rzeźnika, który mógł liczyć jedynie na siebie, że chcieć to móc i dlatego jest obecnie uznanym naukowcem, kocha swoją pracę i dużo zarabia…

– Czy zdajesz sobie w ogóle sprawę, że niewielu ludzi żyje na takim poziomie jak nasza rodzina? – pytał. – Jim, mój jedyny synu, wprawdzie to tylko filozofia, lecz od czegoś trzeba zacząć. Każda rezygnacja to krok do tyłu…

– Tato, czasem trzeba się cofnąć, zatrzymać i zastanowić, czego się chce od życia – odparłem poirytowany, na co ojciec znowu zaczął gadkę, że w moim przypadku sprawy przedstawiają się inaczej, mam po prostu za dobrze i grymaszę.

– Tim, daj mu spokój. Nie wiemy, co się dzieje w duszy człowieka, a nasz Jim jest taki mądry! Przekonasz się, że będzie tak, jak mówi. Daj mu czas. – Anne Carrie, moja matka jak zwykle czujnie stała na posterunku, gotowa wydrapać oczy każdemu, kto dokucza jej ukochanemu synkowi. Zapaliła nerwowo papierosa i ojciec przerwał w pół słowa.

Wiedziałem, że ma na końcu języka słowa o paskudnym, niszczącym zdrowie i kieszeń nałogu… Że prośby żony o zakupy tytoniowe w strefach bezcłowych przyprawiają go o zawał serca, a co powiedzieć o pierworodnej córce Caroline, która wprawdzie skończyła studia, lecz nie mogła zagrzać miejsca w żadnej pracy. Z kolei młodsza Joy wiecznie choruje i wszyscy siedzimy w kieszeni profesora chemii przed emeryturą, który przecież nie jest wieczny…

Cóż, po tylu latach małżeństwa matka czytała w duszy ojca lepiej niż we własnej. Przypomniała nam o kolacji i wkrótce wszyscy zasiedliśmy w salonie na kanapie przed telewizorem. Na kolanach ułożyliśmy specjalne poduszki, a na nich talerze z niedopieczonym kurczakiem. Samo jedzenie z supermarketu i telewizyjne reklamy nie poprawiłyby atmosfery, ale nasza Carrie nalała nam po dużej lampce chardonnay. W dodatku Caroline upiekła doskonałe ciasto.

Ranek dwudziestego czwartego listopada był mglisty, na domiar złego przez kilka godzin odbierałem telefony od idiotów, żądających wyjaśnienia, dlaczego przysłany stół jest krótszy o sześć centymetrów? Ech, kto powiedział, że John Lewis to ekskluzywna firma? Chyba dla kretynów. Tuż przed lunchem usłyszałem w słuchawce dyszenie na przemian z płaczem pochodzące od jakiejś laski, proszącej o natychmiastową interwencję. Nie spłacała w terminie rat kredytu i groził jej komornik.

– Proszę zadzwonić do banku – rzekłem, ocierając pot z czoła.

Pomyślałem, że może warto było zostać na wydziale filozofii, nie szkodzi, że idiota poganiał tam idiotę. Za to przynajmniej nie wydzwaniali do ludzi, których praca polegała na wysłuchiwaniu prawdziwych i wymyślonych bzdur. Nadwerężało to mój system nerwowy, lecz na szczęście zarządzono przerwę na lunch. Wybór w barku był skromny, zatem kupiłem sobie fish and chips i skierowałem się w kierunku szerokiej wnęki okiennej. Nie znoszę ryb, owoców morza i temu podobnych, ale klasyczna brytyjska fish w panierce ma na szczęście bardzo niewiele wspólnego z prawdziwą rybą. Z wnęki wystawały czyjeś nogi i dobiegało ciche, zadowolone mlaskanie. Moje ulubione miejsce zajął jakiś cham, zatem mogłem zapomnieć o relaksie. Zanim pomyślałem, co powinienem zrobić, długie nogi poderwały się z parapetu.

– A ty co tutaj robisz? – spytała mocnym głosem wysoka dziewczyna, strząsając na bok długie, rudawe włosy. Do granatowych dżinsów i surowych martensów założyła obcisłą, zieloną bluzkę z dekoltem, którego zawartość przedstawiała się bardzo, bardzo apetycznie. O niebo lepiej niż moje zapyziałe fish and chips. Znacznie później wyśmiewaliśmy się ze stereotypów; kto powiedział, że mężczyźni nie odróżniają kolorów i nie pamiętają szczegółów? Stanowię dowód na coś wręcz przeciwnego, gdy tymczasem Nastia…

– Zajęłaś moje miejsce – wykrztusiłem o wiele grzeczniej, niż zamierzałem. Rudowłosa znowu mlasnęła i spojrzała z nieukrywanym rozbawieniem.

– Czyżby? Nie wiedziałam, że je kupiłeś. Usiądź i nie gadaj, daj mi zjeść.

Jestem w stanie wiele ludziom wybaczyć poza odrywaniem mnie od posiłków.

Dziewczyna zajęła się talerzem.

– Nazywam się Anastazja Bojanowa.

– James Montgomery. Okropna praca, nie sądzisz?

– Niby dlaczego? Idioci dzwonią, mówisz? No, trochę ich jest, ale wiesz? Mnie to bawi. Tyle charakterów, tyle postaw i wymagań. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. W sumie są kochani. Lubię call center, od czegoś trzeba zacząć po studiach. Przy okazji wyćwiczę sobie angielski akcent.

– Właśnie, jesteś Amerykanką czy Francuzką?

– Polką. Najzwyklejszą Polką, choć z bałkańskimi korzeniami. – Anastazja wrzuciła kolejny kęs do ust i zamlaskała. Nie mogłem oderwać od niej oczu.

– Czy ty zawsze tak głośno jesz? – spytałem przekornie, na co nowa znajoma powiedziała, że jest po prostu sobą, a skoro mi to przeszkadza… miejsca jest dosyć, mogę się wynieść już, w tym momencie.

– Nie, to nie tak, jak myślisz. Ja… No… jesteś cudowna. Czy pójdziesz ze mną na kolację? Tak, dziś wieczór. Na pewno nie znasz tej nowej restauracji zrobionej w budynku starego kościoła? Coś niesamowitego.

– Żarcie mają dobre? – zapytała rzeczowo Anastazja. – Co prawda odchudzam się, ale nie wytrzymam do wieczora…

Nie musiała się odchudzać. Nie musiała absolutnie nic robić. Mogła być ubrana w worek po ziemniakach i łapcie z łyka oraz ważyć sto kilogramów. Od tej chwili całkowicie akceptowałem wszystko, co łączyło się z Anastazją Bojanową. Urok jej bezpośredniości i spojrzenie zielonych oczu sprawiły, że byłem załatwiony na amen.

W kościele przerobionym na knajpę zamówiliśmy befsztyki i dużo sałaty, Anastazja dorzuciła do tego czerwone wino, a ja piwo. Jadła z apetytem, starając się powściągnąć mlaskanie, co niespecjalnie się udawało.

– To rodzinne. Uświadomiłam sobie, że moja matka też mlaszcze. Od czasu do czasu obiecujemy sobie jeść kulturalnie i na tym się kończy. Wiesz? Gdyby ona tu była, wzięłaby białe wino. Albo ajerkoniak. Zamiłowania do tego słodkiego świństwa akurat nie podzielam – mówiła wesoło, czytając SMS-a. – Mama pyta, czy wszystko w porządku, jakie jedzenie i życzy nam dobrej zabawy.

Nastia była absolutnie czarująca, ale jej więź z matką wydała mi się dziwna. Rozpieszczona jedynaczka, zupełnie jak Kumiko… Można przewidzieć z góry przebieg znajomości z kimś takim. Po Kumiko-san przyjechał ojciec i nie omieszkał wypowiedzieć swojej opinii na mój temat. Rzecz jasna, niepochlebnej.

– Coś ty! – oburzyła się ruda Anastazja, gdy delikatnie napomknęłam o dużych dziewczynkach, które od dawna nie potrzebują mamy. – Oczywiście, że kocham i szanuję matkę, ale przede wszystkim jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Nie siedziałabym tu z tobą, gdyby nie ona.

Anne Carrie także była oddana dzieciom, ale przyjaźnić się? Zwierzać rodzonej matce? Z doświadczeń moich i wielu znajomych wynikało, że lepiej trzymać je w bezpiecznej odległości. W przeciwnym wypadku zawłaszczą człowieka, zamęczą dobrymi radami, a każde niepowodzenie urośnie w ich oczach do rozmiarów antycznej tragedii i oczywiście omówią je ze wszystkimi przyjaciółkami. Przetarłem okulary, gdy tymczasem Anastazja jadła i tłumaczyła, że w jej przypadku wygląda to inaczej.

– Chociaż tak, czasem się wkurzam. Moja mama uważa, że jestem zdolna, wspaniała i nie mogła sobie wymarzyć lepszej córki. Jej zdaniem nie umiem nawet zrobić nic złego, chyba że nieświadomie. Nieraz fantazjuję, że tarzam się w niegodziwości i rozpuście. Dlaczego mam poznać tylko jedną stronę egzystencji? Jim, jesteś krótkowidzem? To tak jak ja. Noszę szkła kontaktowe, bo okulary mnie postarzają – rzekła z prostotą Nastia.

Patrząc na jej powabną pozę, na obcisłą sukienkę i nogi obute tym razem w szpilki, stwierdziłem w duchu, że dziewczyna z Polski jest nie tylko rozpieszczona, ale także próżna. Mając dwie starsze siostry, a za sobą burzliwą znajomość z Japonką Kumiko, oczywiście również jedynaczką, wiedziałem to i owo o kobietach. Tymczasem Anastazja poprosiła, abyśmy już poszli. Biega każdego wieczora, a dziś musi jeszcze spalić ten pyszny posiłek. W dodatku niedługo się przeprowadza i tak, przyda jej się pomoc. Współlokatorki to świetne dziewczyny, znają się od dwóch lat, ale pragnie mieć nareszcie mieszkanie tylko dla siebie. Jako Anglik chyba to rozumiem? My home is my castle i tak dalej.

– Jesteś w Devon tyle czasu? To dlaczego wcześniej się nie spotkaliśmy?

– Byłam na stypendium Erasmusa, pracowałam w trzech miejscach, głównie w cateringu, jeździłam do Polski, bo mama chorowała…

A ja zastanawiałem się nad sensem życia, usiłując studiować filozofię i niańcząc Kumiko, pomyślałem. Sprawa przeprowadzki została załatwiona. Byłem ciekaw, czy mogę liczyć na wspólne święta Bożego Narodzenia, ale okazało się, że Anastazja ma już kupiony bilet do Polski, święta spędzi z mamą i babcią.

– Mam tylko je, a one mają mnie jedną. Dobrze, przyjmuję zaproszenie na kolację w sobotę u twoich rodziców. Aaa… Mieszkasz z nimi? Rozumiem – powiedziała Nastia, choć jej mina wyrażała lekką dezaprobatę.

Za to ucieszyliśmy się ze wspólnego upodobania do pisarstwa Harukiego Murakamiego. Dowiedziałem się jeszcze, że Anastazja w kwietniu skończyła dwadzieścia cztery lata, a ona przyjęła do wiadomości, że w sierpniu były moje dwudzieste trzecie urodziny. Powiedziałem, że przyjdę po nią w sobotę, i tak, dziewczyno z Polski, obiecuję ci wspaniałą wyżerkę. Prawie się oblizała na te słowa, zatem musiałem potraktować kwestię kolacji poważnie. Po mamie Anne Carrie można było się spodziewać, że zamówi jakieś droższe dania z firmy cateringowej. Nie chcąc na wejściu dopuścić do kompromitacji, postanowiłem poprosić Caroline o jej popisowy numer: pieczeń jagnięcą otoczoną wianuszkiem jarzyn. Upieczenie ciasta wziąłem na siebie.

– W sobotę chciałam zobaczyć mecz tenisa – rzekła kwaśno Carrie, gdy ją zawiadomiłem o swoich planach.

– Tenis w listopadzie? Niech będzie, w hali… Lepiej powiedz od razu, że to wykręt. Nie znasz dziewczyny, ale od razu się do niej uprzedzasz.

– Znowu jakaś cudzoziemka? Nie pamiętasz, co było z Kumiko? I co nam nagadał jej zarozumiały ojciec? Ta Polka nie zna angielskiego, tak samo jak Kumiko! Najlepsze szkoły, pobyt w Szwajcarii, no i nie dało się zrozumieć, co mówiła. Takim teraz dają dyplomy! Cóż, nie można oczekiwać zbyt wiele od obcokrajowców.

– Anastazja mówi świetnie po angielsku. I proszę, nie mieszaj w to Kumiko! Przyznaję, że problem z językiem był początkiem naszych kłopotów, ale wyluzuj, mamo. Nie, nie chcę żadnego kurczaka! Zastanów się, polska kuchnia uchodzi za jedną z najlepszych. Nastia i tak jest przekonana, że nasze żarcie jest podłe. Nie w naszym domu!

Mama Carrie zamilkła, ojciec wyjrzał ze swojego pokoju. Tak, weźmie udział w kolacji, przywita się z dziewczyną i wróci do wzorów chemicznych. Taka Kumiko nie dość, że mówiła z trudem po angielsku, to w dodatku tylko o sobie.

Kiedy jednak w sobotni wieczór przywiozłem Anastazję do domu rodziców, modląc się w duchu, żeby obyło się bez większych wpadek, ona przywitała się z każdym, po czym podeszła do taty Tima z pytaniem, czym się zajmuje. Opracowanie zastosowań chemii w przemyśle? W rolnictwie też? Ona z chemii ledwo sobie dawała radę w szkole, ale to takie interesujące. Na czym dokładnie polega jego praca? I tyle podróży służbowych, Boże, nawet do Islandii? Do Australii? A gdzie konkretnie? Czy ojcu podobało się w Sydney?

Wyrzucała z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego, chłonęła odpowiedzi, zadawała kolejne pytania, oczy jej błyszczały. To cudowne kochać swój zawód, w dodatku te wyjazdy! Marzy o podróżach, chciałaby zjeździć całą kulę ziemską… W ferworze rozmowy złapała tatę za rękaw i mój staruszek był zawojowany. No cóż, my od dawna nie rozmawialiśmy o jego pracy, za to matka regularnie sprawdzała stan konta, ciesząc się, że z powodu większej ilości zleceń Tim zarobił dużo, dużo pieniędzy.

– Jasne, traktowaliście ojca jak bankomat, nie obchodziło was, że on też ma jakieś marzenia i chciałby czasem o nich pogadać – mawiała później Nastia podczas naszych nielicznych kłótni.

Caroline podała pieczeń, a zdumiona rozwojem sytuacji Joy zapomniała zademonstrować Anastazji, któryś ze swoich licznych tatuaży, czego zresztą obawiałem się w duchu. Nastia pochłonęła kawał jagnięciny, prawie nie mlaszcząc, a przy tiramisu wdała się z matką w rozmowę o tenisie.

– Marzyłam, że zostanę sławną zawodniczką, zawsze kochałam ten sport. Mama mnie wspierała, więc trenowałam od ósmego roku życia. Ale kiedy skończyłam czternaście lat, zaczęłam mieć problemy z kręgosłupem i lekarz zabronił mi wyczynowej gry. Od czasu do czasu gram dla relaksu. Jasne, można zorganizować turniej amatorów na wiosnę, piszę się na to. Wiesz, Carrie, moja mama wracała z pracy, a ja nic, tylko siedziałam przed telewizorem i oglądałam mecze tenisowe. Przełączałam z kanału na kanał. Mama pytała wtedy, czy na świecie nic się nie dzieje poza grą w tenisa? Na zakupy? Jasne Carrie, czemu nie? Uwielbiam shopping! Caroline, Joy, musicie pójść z nami, proszę! Okay?

Nie muszę chyba dodawać, że Anastazja przebojem, natychmiast i szczerze zdobyła serca członków mojej rodziny. Tej zdystansowanej, typowej brytyjskiej rodziny.

– No właśnie, co to było z tą Japonką? Twoja mama coś zdawkowo bąknęła. Co zrobiłeś Kumiko-san? – spytała niedługo potem Anastazja.

Westchnąłem, gdyż znajomość z Kumiko wymykała się wszelkim definicjom. Kumiko-san, córka pewnego bogatego biznesmena, przyjechała na nasz uniwersytet z zamiarem studiowania literatury, kultury i sztuki angielskiej. Szybko się okazało, że co prawda, znajomość języka ma udokumentowaną na papierze, ale prawie nie rozumie ludzkiej mowy. Nie wspominając o tym, że boi się otworzyć usta, jeśli cokolwiek trzeba powiedzieć. Choćby yes. Poznałem ją na korytarzu uczelni w chwili, gdy z płaczem wychodziła z zajęć. Trzasnęła drzwiami, spojrzała mi w oczy… Nie mogłem jej zostawić. Była taka smutna i zagubiona. Egzotyczna i oryginalna.

– A dalej? – drążyła Anastazja, na co odpowiadałem, że dalej było jak w Norwegian Wood, a Kumiko…

– Wiem, Kumiko to Naoko.

– No właśnie… Nie mogłem jej nie pokochać. Zaopiekowałem się nią, wyprowadziwszy się przedtem z rodzinnego domu. Kumiko przez całe dnie nie wstawała z łóżka i tonęła we łzach. Życie było bez sensu, studia bez sensu, rodzice jej nie rozumieli. Utyskiwała na angielskie deszcze i wilgoć, zupełnie jakby w Japonii się z nimi nie zetknęła. Przynosiłem jej notatki z wykładów, robiłem zakupy, w końcu płakaliśmy razem. U moich rodziców Kumiko narzekała na angielską kuchnię i wyniosłych Anglików.

– Hm… Gdzie ta słynna japońska uprzejmość i powściągliwość? Wiesz, Jim, jestem podobna do Naoko z powieści w jednym: lubię mieć wszystko pod kontrolą. Tracę poczucie bezpieczeństwa, jeśli tak nie jest, wydaje mi się wtedy, że świat się rozpadnie. To też mam po matce. Ale jeśli mi coś nie odpowiada, nieważne czy praca, czy otoczenie, staram się to zmienić. I co się stało z twoją Kumiko?

– Ni stąd, ni zowąd przyjechał jej ojciec, zwymyślał mnie od najgorszych, moim starym nagadał, że wychowali lenia i pasożyta, którego jedynym zadaniem życiowym jest sprowadzanie niewinnych dziewcząt na manowce. Zagroził zabiciem całej rodziny, jeśli spróbuję kontaktować się z jego córką. Na drugi dzień odlecieli do Tokio. I tyle.

Wstydziłem się powiedzieć Anastazji, że leżenie w łóżku z Kumiko, wspólne picie sake albo szkockiej whisky i rozpamiętywanie niegodziwości świata miało zwodniczy urok, któremu nie mogło dorównać studiowanie filozofii. Nic dziwnego, że rzuciłem to w diabły. Nie wspomniałem, że bezpośrednim powodem interwencji japońskiego biznesmana były zdjęcia nagiej Kumiko umieszczone w internecie, a podesłane mu przez usłużnych znajomych. Nie udało mi się zgłębić pokrętnej osobowości tej dziewczyny, która nie dość, że sama wrzuciła swoje fotografie do powszechnego obiegu, to pod koniec naszej znajomości wyrywała facetów w pubach i hotelowych restauracjach, aby oddawać im się za pieniądze, co skrupulatnie rejestrowała wysokiej klasy kamera, jej własność.

– Skoro mowa o Norwegian Wood, to ty jesteś Midori. Moją Midori. Energiczną, kochającą życie Midori – Anastazją. Kocham Cię – powiedziałem wkrótce po kolacji u rodziców, na co Nastia wcale niespeszona odparła, że bardzo mnie lubi, ale dopiero co się poznaliśmy i chce być wolna. Tak, mogę jej towarzyszyć, będziemy się spotykać, tylko żadnych zobowiązań! Dopiero zaczyna poznawać życie i nie ma zamiaru wplątać się w jakiś układ, nie mając pewności, że jej odpowiada. Pomoc w przeprowadzce przyjmuje, to już ustalone. Jasne, mogę z nią biegać wieczorami, możemy chodzić do siłowni…

– Ale proszę cię, Jim, nie osaczaj mnie, nie w ten sposób, nie teraz!

– Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Wzrost, figura, twoje rude włosy, oczy – rzekłem żałośnie i wyzwolona Nastia połknęła zarzucony w szczerych zamiarach haczyk.

– Chciałabym żeby było tak, jak mówisz. Startowałam do modellingu, ale mi powiedziano, że na wybiegu trzeba mieć więcej, niż te moje sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. I że łydki mam trochę za pełne, nos ciut przydługi… a w ogóle to muszę jeszcze schudnąć.

– Anastazja, oni są głupi. Tam liczy się jeden szablon, chyba nie chcesz dołączyć do sztampy? Ty, taka oryginalna i niezależna?

I tak oto powoli, powoli stawaliśmy się parą.

Nie wytrzymałem, nalałem sobie wina i ponownie zajrzałem na Facebooka. Ani śladu Eriki. Pomyślałem chwilę i wybrałem jej numer. Odpowiedziała mi poczta głosowa. Dammitt, co ja zrobię?

2

Sobota, 6 kwietnia 2013

Wielkanoc była smutna, a w domu panowała niedobra atmosfera. Upiekłam ciasto drożdżowe i czekoladowego mazurka. Dawno już przestałam produkować z okazji świąt wypieki, których ilość mogłaby zapełnić niewielką cukiernię. Często wspominałaś moje pierniczki i rożki drożdżowe. Szczególny sentyment miałaś do tych ostatnich. Podane proporcje mnożyłam przez cztery; dopiero wtedy ilość tych lukrowanych ciastek o listkującej się konsystencji, wypełnionych kwaskowatą marmoladą, dawała Ci satysfakcję. Układałam je na dużej tacy, która następnie wędrowała na szafę. Wstawałaś o świcie, gramoliłaś się na stojący obok stół, sięgałaś ręką i pożerałaś kolejne rożki. Często spadały Ci na głowę, wokoło było mnóstwo okruchów, robiłaś sporo hałasu przy tej złodziejskiej konsumpcji. Zwracałam Ci uwagę: „Nie żałuję ciastek, są dla Ciebie, ale czy musisz podjadać je w taki sposób?”. To nie tylko sprawa bałaganu, możesz przy okazji potłuc się, złamać sobie rękę lub nogę. Patrzyłaś mi łobuzersko w oczy i wybuchałaś śmiechem, który udzielał mi się po chwili. Owszem, smakowały Ci rożki jedzone z talerza, ale nic nie mogło się równać z ich własnoręcznym zdobywaniem. Chodziło zapewne o powstającą wtedy adrenalinę, dającą Ci niezłego kopa z rana. :-) Jednak potem zasiadałyśmy przy stole i pożerałyśmy rożki „jak ludzie”. Wciąż czuję ich smak na podniebieniu. Wciąż widzę, jak wchodzisz po stole na szafę. Masz może pięć lat…

Myślę o Tobie w każdej sekundzie. Gdzie jesteś, przecież niemożliwe, abyś Ty, właśnie Ty odeszła jak inni? Byłaś niezniszczalna, niezatapialna… Po prostu Titanic. Zmiotła go pierwsza góra lodowa, Ciebie też. Obiecałaś, że nigdy mnie nie zostawisz…

Na początku marca Twój mąż James założył sobie profil na Facebooku i od razu zaprosił mnie do znajomych. W swoim czasie zarzekał się, że tego nie zrobi i nabijał się z portali społecznościowych oraz wirtualnego życia, a tu proszę! :-) Napisał, że skoro jego życie prywatne legło w gruzach, to może warto spróbować integracji ze światem. Strasznie tęskni za tobą, miewa w nocy ataki paniki, parę razy siedział, trzymając w ręce Twoją skarpetkę i płakał.

My obie nie dałyśmy się zwariować na punkcie Facebooka. Ja na początku ponad dwa lata grałam w Farmville, Ty czasem wrzucałaś jakieś neutralne zdjęcie bądź cytat. Teraz jak tylko odpalam komputer, to momentalnie loguję się na fejsie i łażę po profilach bliskich. Zachowuję się jak nastolatka. A może chodzi o coś innego? Ty zawsze miałaś dar jasnego widzenia i stawiania spraw… Na pewno wiesz.

Dawno nie byłam w kinie; pomijając moją niechęć do wychodzenia z domu, nie grali nic ciekawego. Chciałam jeszcze raz przeczytać Paulę Isabel Allende, ale nie znalazłam jej ani w Empiku, ani w bibliotece. Za to pożyczyłam dalszy ciąg jej wspomnień pod tytułem Suma wszystkich dni. To jest coś, czego teraz bardzo potrzebuję. Ta książka by Ci się spodobała, uwielbiałaś Allende.

Kończę na dzisiaj, dobranoc, moje kochanie!

Twoja Tecia

Niedziela, 7 kwietnia 2013

Kochana córeczko, zapomniałam Ci napisać, że wczoraj kupiłam najnowszą powieść Isabel Allende Dziennik Mai i będę ją czytać po Sumie wszystkich dni. Upłynęło wiele lat od śmierci Pauli, a jej matka wciąż za nią tęskni i nosi smutek w sercu. To jest i będzie również moim udziałem, choć nigdy się nie spodziewałam czegoś podobnego. Wciąż nie mogę uwierzyć, że odeszłaś, że w tym wymiarze Cię już nie spotkam.

Nadal mam przed oczami scenę z dwunastego lutego. Pożegnałyśmy się, Twój mąż wyniósł moje bagaże na parking, gdzie czekała Marta. Idąc za nim, zajrzałam jeszcze przez okno do Waszego mieszkania. Siedziałaś taka biedna i smutna na krześle pod ścianą. Pomachałam ręką, Ty odmachałaś. Po raz kolejny ścisnęło mi się serce, gdy pomyślałam, że moja zawsze tak aktywna córka przesiaduje godzinami bez ruchu. To było bardzo nie w Twoim stylu i byłaś z tego powodu zła. Mimo to nadrabiałaś miną, pocieszałaś nas, powtarzając często, że wszystko będzie dobrze. Jim i jego rodzice byli tego samego zdania.

W ostatnich dniach Twoja prawa noga odzyskała większą sprawność, miałaś w perspektywie kurację w Marbelli, w klinice doktora Pedra. Kupiliście już bilety lotnicze na trzeciego marca. Nikt, łącznie z Tobą, nie mógł uwierzyć w diagnozę, przekazaną Ci w szpitalu w Plymouth. „Lekarze nie są bogami” – mówiłaś ze złością. W sobotę dziewiątego lutego zaczęłaś mieć kłopoty z mówieniem. Plus zmienny nastrój, ale James twierdził, że tak samo było z jego siostrą, gdy kończyła brać sterydy. Tymczasem to guz uszkodził aparat mowy… Nie przyjmowaliśmy tego do wiadomości; w głębi duszy coś mi świtało, lecz odganiałam od siebie najgorsze myśli. Chyba wszyscy oszukiwaliśmy się i zaklinaliśmy rzeczywistość. Przebywałam w Anglii ponad tydzień, gdy z właściwą sobie bezpośredniością zapytałaś, ile jeszcze czasu mam zamiar siedzieć u Was. „Skoro hotel jest zapłacony do dwunastego, to równie dobrze możesz wrócić tego dnia do Polski, mamo. Kupimy ci bilet, mamo. Jim powinien zająć się studiami, życie musi się toczyć dalej. Wszystko jest na dobrej drodze, mamo. Jeśli coś się, nie daj Boże, wydarzy, przyjedziesz znowu”.

Posłuchałam Cię, a gdy wróciłam do Polski, zdążyłyśmy kilka razy porozmawiać przez telefon. Przekazałam Ci różne nowiny, w tym tę, że kamienicę w sąsiedztwie kupił jakiś Ukrainiec i nasza babcia jest tym faktem zbulwersowana. Przypomniałam Ci, że w czasach zaborów człowiek, który wyzbywał się majątku na rzecz obcych, był przez otoczenie uważany za zdrajcę i bojkotowany towarzysko. Przyznałaś mi rację, pośmiałyśmy się i powydziwiałyśmy.

Siedemnastego lutego w niedzielę poszłaś z mężem na zakupy, a w poniedziałek nad ranem znalazł Cię nieprzytomną w łazience. W szpitalu zrobiono tomografię komputerową, stwierdzono wylew krwi do mózgu i dano Ci kilka godzin życia. Odeszłaś we śnie, wyglądając jak królewna z bajki. Marta powiedziała, że ślicznie wyglądałaś. Mąż i jego rodzina byli cały czas przy Tobie, a wszyscy przyjaciele przyszli się pożegnać. A ja wyjechałam kilka dni wcześniej…

Kochana Anastazjo, zawsze miałaś silny charakter i byłaś cholernie niezależna. Nowotwór Cię zaskoczył (skąd w ogóle guz mózgu u Ciebie?), lecz skoro tak, postanowiłaś odejść na swoich warunkach. Nie cierpiałaś, nie zbrzydłaś, nie stałaś się warzywem… Strasznie się tego obawiałaś i proszę – udało Ci się uniknąć okropności związanych z chorobą. Ale Ty powinnaś żyć, mieć dzieci… Co Ci będę mówić. Jesteśmy, jak to ujął Twój teść: devastated.

Jim jest mi bardzo bliski i jakby automatycznie zajmuje miejsce opuszczone przez Ciebie. Zarzucałaś mi nieraz nadopiekuńczość i zaborczość, stawiałaś mnie do pionu, a ja starałam się powściągać swoje zapędy. Muszę uważać, aby nie traktować podobnie Twojego męża. Choć to niemożliwe; nie jest moim rodzonym dzieckiem, nie znamy się dobrze, poza tym to facet. :-) Mimo wszystko mam nadzieję, że będziemy w kontakcie.

Przed chwilą przyjechała Malinka, córka pani Aldony z goframi własnego wyrobu, upieczonym w domu chlebem, kiszonymi ogórkami i fasolką szparagową w sosie pomidorowym. To bardzo miłe, prawda?

Teraz skoczę na tego nieszczęsnego Facebooka. Spokojnie, nie zostanę stalkerką! :-)

Kocham Cię, Nastusiu!

Mama

Poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Tak sobie myślę, kochana córeczko, czy nie miałabyś nic przeciwko zamieszczaniu Twoich zdjęć na Facebooku? Na moim profilu, na Twoim, u Carrie i Jima. Obiektywnie rzecz biorąc, strasznie chamsko rozporządzać cudzymi fotografiami i ot tak, wrzucać je na tablice innych. Ty nigdy nie czułaś potrzeby, aby się lansować i żyć na pokaz. Pamiętam, jak się nabijałaś z Tatiany, z jej zwyczaju fotografowania każdej sekundy życia i zamieszczania tego na Facebooku. Kiedy jednak oglądam Cię na niezliczonych zdjęciach, cieszę się, że je zrobiono. Chyba mi wybaczysz, bo nie kieruje mną chęć pokazania się, tylko upamiętnienia Ciebie, mojej jedynej i ukochanej córki. Szczerze mówiąc, gdy patrzę na Twoją piękną i wyrazistą buzię, na Twój figlarny albo kpiący uśmiech, nie wierzę, że odeszłaś. Zawsze byłaś narysowana mocną kreską, nawet cień rzucany przez Ciebie był cieniem mocnym i konkretnym. Wprawdzie dopiero teraz widzę, że na każdym zdjęciu masz smutne oczy, ale Ty przecież jesteś, istniejesz, nie może być inaczej. Chodzisz po High Street w zielonym mieście, stolicy hrabstwa Devon, potem skręcasz w boczną uliczkę w kierunku Waszego mieszkania…

Nastusiu, najgorsze są poranki. O dziwo, śpię dość dobrze – zasługa prochów. Budzę się z żalem po ósmej i uświadamiam sobie, co się niedawno stało. Parzy się kawa w ekspresie (prezent od Ciebie), a mnie wszystko w środku ściska, łzy spływają mi po twarzy i wołam: „Anastazjo, Anastazjo!”. Po godzinie dziewiątej naszego czasu nasłuchuję, czy nie zadzwoni telefon. O tej porze szłaś do pracy i często telefonowałaś po drodze. „Tećka, co tam?” – pytałaś, a ja słysząc Twój jasny i mocny głos, już wiedziałam, że dzień można zaliczyć do udanych. Twoja babcia śpi o tej porze, więc chcąc porozmawiać z nią, dzwoniłaś również, wracając z pracy. „No, kończę, wchodzę właśnie do Tesco, muszę kupić parę rzeczy. Odezwę się podczas weekendu, mamo”.

Moje SMS-y dochodzą na Twój telefon, dostaję raporty doręczenia, więc może zadzwonisz?

Dziś rano zmarła Margaret Thatcher. Miała osiemdziesiąt siedem lat. Oczywiście, dowiedziałam się o tym z Facebooka. :-) Mnóstwo Anglików się cieszy. Twój mąż nie znosił Thatcher, twierdził, że doprowadziła Anglię do upadku, dziadostwa i tak dalej. Podobał mi się film Iron Lady, w którym rolę premier Thatcher zagrała genialnie jak zwykle Meryl Streep. Chciałaś go obejrzeć, a Jim rozzłościł się i nie wyraził zgody.

Całuję Cię mocno!

Mama

Środa, 9 kwietnia 2013

Na blacie oddzielającym kuchnię od pokoju, stoi oparta o samowar kartka pocztowa, przedstawiająca dwie owce, mniejszą i większą. Rozmawiają ze sobą na tle charakterystycznego angielskiego muru, przetykanego zielenią. Duża owca ma głowę skierowaną w stronę małej. Odwracam i czytam:

„Teciuchna! Bardzo spodobała mi się ta kartka. Przypomina mi Ciebie i mnie. :-) Składam Ci serdeczne życzenia imieninowe.

Całuję i ściskam.

Twoja Nastusia.

PS Ucałowania dla Babci i kota!

29.04.08”.

Dziś jechałam autobusem i płakałam, coś krzyczało we mnie: „Anastazjo, Anastazjo!”. To jest całkowicie irracjonalne, lecz nadal czuję pretensję, że odeszłaś. Że mnie zostawiłaś. Zostawiłaś również swoje życie, które tak kochałaś i swojego męża.

Rok temu szukałaś sukni ślubnej i odetchnęłaś, kiedy wreszcie znalazłaś odpowiednią, a my razem z Tobą. W końcu się wykłóciłam z firmą krawiecką, w której zamówiłam jedwabną sukienkę na Twój ślub. Przypomniały mi się przestrogi, że czego, jak czego, ale ciuchów nie należy kupować przez internet.

Cóż, podawszy firmie swoje dokładne wymiary, mocno się zdziwiłam, gdy przyszła sukienka jak z młodszej siostry, za krótka, za wąska. Gdyby nie wielki dekolt, w ogóle bym jej nie włożyła. Uczyniwszy to, zrobiłam sobie zdjęcie i wysłałam na komórkę właścicielki firmy. Stropiła się, po czym zaproponowała albo zwrot pieniędzy, albo uszycie nowej sukni. Niebacznie wybrałam drugą możliwość i za kilka dni przyszedł wielki namiot. Na tamten moment kosztowało mnie to ponad dwieście złotych i byłam już gotowa odpuścić sprawę, ale za namową koleżanki zdecydowałam się jeszcze trochę powalczyć. Przy okazji wyrobiłam sobie pewnie opinię osoby, która nie wie, czego chce, lecz dzięki determinacji udało mi się odzyskać krakowskim targiem sto trzydzieści złotych. Pewnie ta kobieta solidnie mnie przeklęła.

Mając w pamięci moje perypetie, czekałaś cała w nerwach na swoją suknię, zamówioną w amerykańskiej firmie. Tym razem trafiony, zatopiony! Pasowała jak ulał, ślicznie wyglądałaś w kremowej satynie. A ja całkiem przypadkowo kupiłam wymarzoną kreację dla siebie w Quiosque. Uzgadniałam menu weselne w restauracji, rezerwowałam samochody, dowiadywałam się o kwiaty, fryzjera… To był zaiste piękny czas.

Pamiętasz, jak James przysłał niewłaściwy akt urodzenia? Panie w USC mruknęły, że ojca i matki nie ma w dokumencie, a do ślubu się rwie. Twój ukochany poleciał galopem do ratusza, ja zabrałam dobry akt osobiście z Anglii i następnego dnia po podróży pognałam do urzędu. Termin był wcześniej zaklepany i wpisany ołówkiem w kalendarzu. :-)

Właśnie, rok temu miałam kupiony bilet z Rzeszowa do Bristolu, na dwudziestego trzeciego kwietnia. Spędziłam u Was wspaniały tydzień. Chodziłyśmy po sklepach, a Ty ciągle chciałaś mi coś kupować z myślą, bym się ładnie prezentowała na weselu. Nadal mam większość tych kosmetyków firmy Revlon. Było zimno i deszczowo, ale czułam się po prostu szampańsko. Tak jak zawsze. Nastia… Gdzie jesteś?!

Jim organizuje dwudziestego kwietnia urodzinowe party na Twoją cześć. Chciałam pojechać, jednakże posłuchałam głosu rozsądku i zrezygnowałam. Od mojego wypadku nie minęły jeszcze dwa miesiące, jeszcze za wcześnie na podróże i długie spacery. Chcemy z babcią posłać kwiaty i może sękacz podlaski na samą imprezę? Czekam na odpowiedź Twojego męża.

Według kalendarza Majów, koniec świata miał nastąpić dwudziestego pierwszego grudnia 2012 roku i obie, zaśmiewając się, stwierdziłyśmy, że nie wierzymy w te bzdury. Cóż, dla mnie koniec świata zaczął się właśnie w piątek dwudziestego pierwszego, około południa. Byłam w ferworze zakupów i przedświątecznych przygotowań, związanych z Twoim planowanym przyjazdem, gdy zadzwonił telefon, a na wyświetlaczu ujrzałam Twój numer. Zdziwiłam się, bo o tej porze byłaś zwykle w pracy, skąd nie miałaś zwyczaju telefonowania. Jeszcze niczego nie podejrzewając, sięgnęłam po słuchawkę. „Co, moje kochanie?”

Środa, 10 kwietnia 2013

Moja najmilsza, wczoraj długo rozmawiałam na facebookowym czacie z Twoją przyjaciółką Magdą. Przebywa teraz w Horyńcu, gdzie leczy stare kości. :-) W niedzielę wraca do Londynu, a pod koniec tygodnia pojedzie do Devon na wspomnianą imprezę. Obiecała zapalić znicz i położyć jakieś kwiaty – gdziekolwiek. Cóż, jest Polką, zna i czuje nasze tradycje. Dowiedziałam się, że wypełniono Twoją wolę co do joty. Nieraz o tym rozmawiałyśmy, pamiętasz? Nie chciałaś zostać pochowana w klasycznym grobie. Jim przywiezie w lecie urnę z prochami. Sękacz odpada, gdyż party odbywa się w pubie i nie można przynosić tam swojego jedzenia. Stanęło na tym, że poślemy kwiaty dla Ciebie, będą stały w mieszkaniu.

Twoja babcia jest starej daty, co bywa szalenie irytujące. Ona i matka Magdy mogą sobie podać ręce! Zdenerwowała się, że jej inicjatywa nie została doceniona. Jak zwykle uważa swoje racje za „najmojsze”. Pokrakała: Jim już się wyrywa na imprezy i pewnie szybko zapomni o Tobie. Mnie się pomysł Twojego męża szalenie podoba, nienawidzę tej polskiej ponurej smuty i cierpiętnictwa. Babcia natomiast pogoniłaby towarzystwo najpierw do kościoła na mszę, potem na cmentarz. Magda obiecała zdać mi relację oraz zrobić zdjęcia. Powiedziała, że nikt o Tobie nie zapomni, to po prostu niemożliwe. Jim kiedyś pewnie ułoży sobie życie, ale zawsze będzie pamiętać o Tobie. Pragnę być w kontakcie z nim i jego rodziną, bo odruchowo garnę się do wszystkich i wszystkiego, co jest związane z Tobą. Moja sytuacja jest najgorsza, gdyż to ja zostałam bez perspektyw, zupełnie sama.

Wczoraj trochę się zdenerwowałam, bo do grona znajomych Twojego męża na Facebooku dołączyła pewna Łotyszka, robiąca doktorat z matematyki na miejscowym uniwersytecie. Jestem po matczynemu zazdrosna w Twoim imieniu, niepotrzebnie. Kto ma coś zrobić, i tak to zrobi, żadne wirtualne śledztwo nic tu nie da. Wiedząc, że Jim nie przepada za Angielkami, że jego pierwsza dziewczyna była Japonką, zaniepokoiłam się. Jeszcze Łotyszki brakowało… Obejrzałam jej zdjęcia; młoda, dość przystojna. Ma arogancką, dumną minę zdobywczyni nowego świata. Niska, nieco wulgarny typ urody… Ty miałaś, masz sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Cóż, Japonki też nie są wysokie. Nie znam bliżej historii tego związku, ale z tego, co mi opowiadałaś widzę, że był wzorcową ilustracją Norwegian Wood. Różnymi drogami chodzą ludzkie uczucia. Pamiętasz Hankę G.? Kiedy zmarła nagle na wiosnę 2007 roku, jej mąż szlochał na pogrzebie, sama ocierałam mu łzy. Po roku z niewielkim okładem, ożenił się z koleżanką z pracy, rozwódką z synem, czego mu jego dwie córki bardzo długo nie mogły darować. Kochana, kończę na razie. Muszę coś zjeść. Widzę, jak kiwasz aprobująco głową: byłaś chodzącą ilustracją porzekadła, że głodny Polak to zły Polak i nigdy nie żałowałaś czasu na jedzenie. :-)

Mama

Czwartek, 11 kwietnia 2013

Kochana córeczko, wczoraj na prośbę Twojego męża zatelefonował Robert i oznajmił, że miałaś w pracy polisę ubezpieczeniową na życie. Połowę pieniędzy dostanie Jim, połowę ja. Prosił o przysłanie adresu i numeru konta w banku. Nawet nie zapytałam, ile to wynosi. Po co? Pomyślałaś o wszystkim, kochanie. Martwiłam się, czy zdołam spłacić kredyt, martwiłam się o wiele rzeczy. To jest Twoja odpowiedź i znak, że się mną opiekujesz. Dziękuję, Nastusiu. Z jednej strony czuję wdzięczność i ulgę, z drugiej palą mnie policzki ze wstydu, bo słyszę, jak mówisz, że nie warto, nie trzeba robić z życia pogoni za pieniędzmi, nie ma sensu przejmować się finansowymi kłopotami.

Zawsze jakoś to jest, zawsze życie samo przynosi rozwiązania. Twierdziłaś słusznie, że moje samopoczucie, samoocena i nastrój są związane ze stanem konta w banku. Im było zasobniejsze, tym czułam się bezpieczniejsza. Odpowiadałam, że tak mnie ukształtowały lata mojej biednej młodości, a potem samotne macierzyństwo. Rozumiałaś, choć nie byłaś do końca przekonana. Mówiłaś, że jestem skąpa i to prawda. Tylko czasem… „Tećka, ty jesteś mistrzynią oszczędzania!” – krzyczałaś z uznaniem, co dla mnie brzmiało niczym najpiękniejsza muzyka. Patrzysz na mnie i pytasz, czy wolę pieniądze z polisy, czy wolałabym Ciebie? Wiesz, jak brzmi odpowiedź, choć prawdą jest również to, że starego psa ciężko nauczyć nowych sztuczek. Uważałaś, że przyjemniej dawać niż brać; każdy, kto Cię zna, mówi, że nie spotkał bardziej hojnej i szczodrej osoby niż Ty. Nie chodzi jedynie o pomoc materialną, lecz czas, uwagę, rozmowę…

Dwudziestego pierwszego grudnia bigos był już ugotowany przez panią Krysię, zakupy świąteczne zrobione, a pierogi ruskie „w trakcie”. Odebrałam telefon zdziwiona, że dzwonisz o tej porze.

– Musimy porozmawiać, mamo.

– Co się stało, kochanie? – Poczułam, że krew mi się ścina w żyłach, ogarnęły mnie złe przeczucia, choć sobie jednocześnie tłumaczyłam: to nic, to nic, pewno jest w ciąży, źle się czuje.

– Mamo, przygotujcie się na to, że może nie dam rady przyjechać. Źle się czuję. Spędziłam dwie doby w szpitalu, zrobili mi wszystkie badania…

– Co się stało? – Podświadomie wiedziałam, że najgorsze, ale…

– Mam częściowo bezwładną prawą nogę, a prawej ręki w ogóle nie mogę podnieść… Jim myje mnie i ubiera… Mamo, ale nie denerwuj się, jestem pod bardzo dobrą opieką, a do dwudziestego siódmego jeszcze wiele rzeczy może się zmienić.

Najpierw myślałaś, że się przetrenowałaś podczas biegania. Ale gdy na początku grudnia przestałaś władać prawą ręką i nie mogłaś wstać z krzesła, teść zawiózł cię do szpitala, gdzie zrobiono Ci między innymi punkcję lędźwiową i rezonans magnetyczny. Wyniki badań były świetne, tylko rezonans wykazał niewielką zmianę w lewej półkuli mózgowej.

– To nic, głupstwo, mamo, czuję się świetnie. Ci durni lekarze są wprawdzie bardzo mili, ale sami nie wiedzą, co mi jest. Wspomnieli, że to może być glejak. Poszłam na kilka sesji do chińskiego lekarza, on też nie wie, podejrzewa kręgosłup. Jim nie wierzył własnym oczom, gdy już po pierwszym masażu sama wstałam. Chińczyk kazał wyrzucić poduszkę, mam spać na specjalnym wałku, cholernie niewygodnie, ale można się przyzwyczaić. Nic nie mówiłam, nie chciałam cię martwić. Bałam się, że będziesz zła, jeśli nie przyjadę. Mam badania kontrolne w szpitalu dwudziestego siódmego grudnia, ale może wyzdrowieję do tego czasu.

– Siedź na tyłku, jak ci dobrze! Zdrowie jest najważniejsze!

– Nie przesądzajmy sprawy, mamo.

Ale następnego dnia nie byłaś już taka pewna i powiedziałaś, że proces leczenia trochę potrwa, na razie nie jesteś w stanie podróżować.

– Jestem dobrej myśli, mamo. Niczego mi nie brakuje. Nie płacz, nie wariuj, niedługo się zobaczymy. Kocham cię.