swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Zmierzch bożyszcza

Zmierzch bożyszcza

Zobacz na swiatebookow.pl

37,11 zł

Autor: Michel Onfray

Kategoria: nauki humanistyczne

Wydawnictwo: Czarna Owca

ISBN: 9788375544466

Format: MOBI,EPUB

Tagi:


Michel Onfray w sposób bezwzględny rozprawia się z jedną z religii współczesnego świata – z psychoanalizą, a ściślej z freudyzmem. Jego założenie jest proste i brutalne: Freud pragnął stworzyć "naukę", ale mu się to nie udało. Ze skrupulatnością archiwisty Onfray przemierza święte teksty psychoanalizy i wskazuje, w jak wielu przypadkach Freud posuwał się do kłamstwa i fałszerstwa, żeby nadać swojej teorii znamiona naukowości. We Francji książka wywołała burzę polemiki w środowisku obrońców tej nowej wiary. 

„W niniejszej książce staramy się spojrzeć na psychoanalizę w taki sam sposób, jak w Traktacie ateologicznym patrzeliśmy na trzy religie monoteistyczne, czyli jak na rodzaj zbiorowej halucynacji. Właśnie, dlatego dedykuję tę książkę Diogenesowi z Synopy…” 

Michel Onfray 

Michel Onfay urodził się 1 stycznia 1959 roku. Po dwudziestu latach pracy na stanowisku profesora filozofii w liceum porzucił państwową posadę, żeby w 2002 roku stworzyć i prowadzić Uniwersytet Ludowy w Caen. Napisał przeszło pięćdziesiąt książek tłumaczonych na ponad dwadzieścia pięć języków.

cover

tyt_png

Ty­tuł ory­gi­na­łu

Le crépu­scu­le d’une ido­le. L’af­fa­bu­la­tion freu­dien­ne

Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na

prof. dr hab. Mi­ro­sław Loba

Re­dak­cja

Ka­ta­rzy­na Ma­ka­ruk

Pro­jekt okład­ki

Mag­da Kuc

Zdję­cie na okład­ce

Sig­mund Freud with a Ci­gar © COR­BIS/FOTO/CHAN­NELS

Skład

Da­riusz Pi­sku­lak

Ko­rek­ta

Anna Ka­pu­ściń­ska

Co­py­ri­ght © 2010 Edi­tions Gras­set & Fa­squ­el­le

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, War­sza­wa 2012

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-358-2

 

Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Virtualo Sp. z o.o.

Dio­ge­ne­so­wi z Sy­no­py

„Kon­fa­bu­la­cja – opo­wia­da­nie prze­żyć w spo­sób zmy­ślo­ny, czy wręcz kłam­li­wy”

PIER­RE GIL­BERT, Dic­tion­na­ire des mots con­tem­po­ra­ins, Les Usuels du Robert, 1980

To, co nas do na­po­ły nie­uf­ne­go, na­po­ły szy­der­cze­go pa­trze­nia na wszyst­kich po­bu­dza fi­lo­zo­fów, nie po­cho­dzi stąd, iż raz wraz do­strze­ga­my, jacy oni nie­win­ni, – jak czę­sto i jak ła­two mylą się i błą­dzą, krót­ko mó­wiąc, ich na­iw­ność i dzie­ciń­stwo, – lecz stąd, iż nie­dość rze­tel­nie so­bie po­czy­na­ją: wszy­scy bo­wiem ra­zem pod­no­szą wiel­ki i cno­tli­wy ha­łas, sko­ro pro­ble­mat praw­dzi­wo­ści bo­daj tyl­ko z da­le­ka po­ru­szo­ny bywa. Wszy­scy uda­ją, ja­ko­by wła­ści­we swe mnie­ma­nia od­kry­li i osią­gnę­li dro­gą sa­mo­ist­ne­go roz­wi­ja­nia zim­nej, czy­stej, bo­sko po­god­nej dy­alek­ty­ki (tem róż­nią się od mi­sty­ków wszel­kie­go po­kro­ju, któ­rzy są od nich uczciw­si i tęp­si – ci mó­wią o »na­tchnie­niu« –): w isto­cie zaś rze­czy do­dat­ko­wo wy­szu­ki­wa­ny­mi ar­gu­men­ta­mi bro­nią z góry po­wzię­te­go zda­nia, po­my­słu, »pod­szep­tu«, abs­trak­cyj­nie uro­bio­ne­go i prze­sia­ne­go ser­decz­ne­go ży­cze­nia: – wszy­scy są ad­wo­ka­ta­mi, co do tego przy­znać się nie chcą, i to naj­czę­ściej wy­kręt­ny­mi na­wet rzecz­ni­ka­mi swych prze­są­dów, któ­re »praw­da­mi« zo­wią […].

NIE­TZ­SCHE, Poza do­brem i złem, cz. I, § 5.

 

PRZEDMOWA. FREUDOWSKA KOLEKCJA POCZTÓWEK

Z Freudem po raz pierwszy zetknąłem się na z targu w gminie Argentan (departament Orne), gdy miałem jakieś piętnaście lat… Jego wysuszona twarz spoglądała z przykurzonych książek wystawionych po okazyjnej cenie na straganie pewnej antykwariuszki, która – najpewniej całkowicie nieświadomie – była dobrym duchem mojej ponurej młodości. Do dziś pamiętam zakup Trzech roz­praw z teo­rii sek­su­al­nej w czarno-fioletowej obwolucie kolekcji „Idées” wydawnictwa Gallimard. Nadal posiadam to zacne dzieło z ceną napisaną ołówkiem na pierwszej stronie.

Po­mię­dzy so­lid­nie za­da­szo­nym stra­ga­nem, na któ­rym przy­sa­dzi­ste chłop­ki za­opa­try­wa­ły się w biu­sto­no­sze i bie­li­znę wy­szczu­pla­ją­cą, a sto­iskiem z ar­ty­ku­ła­mi me­ta­lo­wy­mi, gdzie po róż­ne na­rzę­dzia przy­cho­dzi­li pa­no­wie wy­ję­ci pro­sto z no­we­li Mau­pas­san­ta, sta­ła ścię­ta na krót­ko ko­bie­ta, któ­ra za­nim znik­nę­ła z mo­je­go ży­cia, sprze­da­ła mi za bez­cen mnó­stwo ksią­żek. Po­chła­nia­łem je łap­czy­wie, jak to du­sza po­grą­żo­na w od­mę­tach cha­osu, łak­ną­ca ja­kich­kol­wiek ob­ja­śnień.

W ten spo­sób pod­no­si­łem się po czte­ro­let­nim po­by­cie w sie­ro­ciń­cu oj­ców sa­le­zja­nów. Nie­któ­rzy z nich byli pe­do­fi­la­mi. Książ­ki wy­ba­wi­ły mnie z tego pie­kła, gdzie nikt nie miał pew­no­ści, czy na­stęp­ne­go dnia nie zo­sta­nie spro­wa­dzo­ny sto­pień ni­żej ku po­hań­bie­niu. Mię­dzy dzie­sią­tym a czter­na­stym ro­kiem ży­cia miesz­ka­łem w pie­cu bu­cha­ją­cym prze­klę­tym ża­rem. Po­tem stop­nio­wo za­czą­łem wra­cać do ży­cia. W pierw­szej kla­sie li­ceum, w 1973 roku, w prze­rwie mię­dzy za­ję­cia­mi sze­dłem na wspo­mnia­ny targ i pa­ko­wa­łem do tecz­ki dzie­ła po­etów, pi­sa­rzy, bio­gra­fów, so­cjo­lo­gów, psy­cho­lo­gów i fi­lo­zo­fów.

W owym czasie odkryłem Ma­ni­fe­sty sur­re­ali­zmu André Bretona, zachwycałem się pisaniem automatycznym, zabawą w cadavre exquis1, poezją uliczną, swobodą formalną i wyzwoleniem duchowym artysty. Swoje prawa wpoili mi Rimbaud i Baudelaire, a prowadzący życie pełne namiętności surrealiści pozwolili ogrzać wątłe nadzieje przy ogniu żarzących się wulkanów.

W sto­sach ksią­żek ku­po­wa­nych i od­sprze­da­wa­nych, by na­być ko­lej­ne, od­kry­łem trzy brył­ki zło­ta: Nie­tz­sche­go, Mark­sa i Freu­da. Nie mia­łem po­ję­cia, że nie­ja­ki Mi­chel Fo­ucault już wcze­śniej, w 1964 roku, wy­ko­rzy­stał te trzy na­zwi­ska w ty­tu­le re­fe­ra­tu wy­gło­szo­ne­go w Roy­au­mont na kon­fe­ren­cji o Nie­tz­schem. Do­zna­łem olśnie­nia, gdy za­kre­śliw­szy ten trój­kąt, spo­strze­głem, że try­ska­ją z nie­go iskry za­pło­no­we współ­cze­snej fi­lo­zo­fii. Błą­dzi­łem po omac­ku, choć dro­go­wska­zy były już po­usta­wia­ne.

W miszmaszu książek często naprawdę kiepskich trafiły się więc trzy filozoficzne perełki: An­ty­chrze­ści­ja­nin Nietzschego, Ma­ni­fest Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej Marksa i Trzy roz­pra­wy z teo­rii sek­su­al­nej Freuda. Te trzy błyskawice wśród czarnych chmur, jakie zebrały się nade mną po opuszczeniu sierocińca, rozpaliły żar, który odtąd stale w sobie noszę. Pierwsza powiedziała mi, że nie jesteśmy skazani na chrześcijaństwo, że świat istniał przed nim i z łatwością można by przyspieszyć chwilę, gdy życie będzie się toczyło bez niego. Druga uświadomiła, że horyzont ludzkości nie kończy się na kapitalizmie i poza nim istnieje inny świat o pięknej nazwie „socjalizm”. Natomiast trzecia pozwoliła odkryć, że seksualność można rozpatrywać w pogodnym blasku amoralnej anatomii, bez Boga i diabła, bez pogróżek, obaw i lęków związanych z chrześcijańskimi represjami natury etycznej. Jako piętnasto- czy szesnastolatek miałem do dyspozycji skład dynamitu wystarczający, żeby wysadzić w powietrze katolicką obyczajowość, podminować machinę kapitalizmu i obrócić w perzynę prześladowczą judeochrześcijańską moralność. Filozofia zatryumfowała, i to na długo!

Zrozumiałem wówczas, że jest ona przede wszystkim sposobem myślenia o życiu i wcielania w życie myśli, prawdą pomocną w sterowaniu egzystencjalną łodzią. Jako taka przyćmiewa na tym nędznym świecie wszystko, co żywi się wyłącznie teorią, słownymi przepychankami, komentarzami, erudycyjnym gadulstwem, pustą argumentacją. Mały chłopiec, który czuł na karku oddech chrześcijańskiej bestii, który zaznał nędzy, bo ojciec rolnik i matka pomoc domowa mimo ciężkiej pracy nie mogli zapewnić rodzinie nic ponad minimum konieczne do przeżycia; chłopiec, który przy konfesjonale musiał spowiadać się z całego życia seksualnego, choć w niczym nie odbiegało ono od normy, i którego uczono, że masturbacja wiedzie prosto w ognie piekielne – ten mały chłopiec rzeczywiście dostrzegł w Nietzschem, Marksie i Freudzie trzech przy­ja­ciół

An­ty­chrze­ści­ja­nin kończy się ogłoszeniem jednostronicowej „Ustawy przeciwko chrześcijaństwu”! Tego potrzebowałem… Pierwszy z jej pięciu punktów brzmi: „Występkiem jest wszelka sprzeczność z naturą. Najwystępniejszym rodzajem człowieka jest kapłan: naucza on sprzeczności z naturą. Kapłana zwalcza się nie argumentami, lecz więzieniem”2. Miałem ochotę uścisnąć dłoń Nietzschemu, temu silnemu człowiekowi, który zwracał godność dziecku po tym, jak próbowano je z niej ograbić. Inny postulat: zrównać z ziemią Watykan i hodować tam jadowite węże! Kolejny punkt głosił: „Kazania o czystości płciowej są publicznym podżeganiem do sprzeczności z naturą. Wszelkie pogardzanie życiem płciowym, wszelkie brukanie go pojęciem nieczystości jest prawdziwym grzechem przeciwko Duchowi Świętemu życia”3. Ów człowiek stał się moim przyjacielem. I nim po­zo­stał.

Równie bliskie były mi słowa Marksa, który w Ma­ni­fe­ście Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej wyjaśnia, iż motorem historii była od zawsze walka klas. Niewielki pomarańczowy tomik z kolekcji wydawnictwa Editions Sociales zawierał naszkicowany ołówkiem schemat: balansowanie na dialektycznej równi między człowiekiem wolnym a niewolnikiem, patrycjuszem a plebejuszem, baronem a sługą, mistrzem cechu a jego członkiem, uciskającym a uciśnionym. Czytałem i czułem, że te słowa są słuszne, gdyż potwierdzało je doświadczenie wyniesione z domu rodzinnego, gdzie ojciec musiał się zadowolić nędznym wynagrodzeniem, bo inaczej nie byłby w stanie zapewnić utrzymania sobie ani swojej rodzinie.

Żad­nych wa­ka­cji, wyjść, żad­ne­go kina, te­atru, kon­cer­tu, mu­zeum, żad­nych re­stau­ra­cji, na­wet ła­zien­ki, tyl­ko je­den po­kój na czte­ry oso­by, to­a­le­ta w piw­ni­cy, rzecz ja­sna żad­nych ksią­żek z wy­jąt­kiem jed­ne­go słow­ni­ka i książ­ki ku­char­skiej odzie­dzi­czo­nych po dziad­kach, nie­wie­le od­wie­dzin, dwo­je czy tro­je przy­ja­ciół ro­dzi­ców – rów­nie ubo­gich. Wie­dzia­łem, że Marks ma ra­cję. Oj­ciec pra­co­wał u wła­ści­cie­la mle­czar­ni i roz­le­głej wil­li, w któ­rej z ko­lei sprzą­ta­ła moja mat­ka. Wie­dzia­łem, że ży­cie w tam­tym domu wy­glą­da in­a­czej, a dzię­ki Mark­so­wi od­kry­łem, że nie jest kwe­stią losu ani prze­kleń­stwa to, że ktoś po­sia­da wszyst­ko lub wie­le, a w każ­dym ra­zie za dużo, pod­czas gdy inni nie mają nic, bra­ku­je im rze­czy naj­po­trzeb­niej­szych i bywa, że cho­dzą głod­ni…

Ta lektura przemieniła mnie w so­cja­li­stę – i nim pozostałem. Szybko odkryłem, że można być socjalistą nie tylko u boku Marksa, lecz także ogólnie pojętych anarchistów, a zwłaszcza Proudhona. Esej Co to jest wła­sność? przeczytany w klasie maturalnej przekonał mnie ostatecznie, że socjalizm wolnościowy kryje w sobie olbrzymi potencjał, że jest – innymi słowy – bogactwem niepokojąco potrzebnym w świecie, w którym wielkość Marksa podważył sam marksizm. Cały czas mam zaufanie do niezwykle bogatej twórczości Proudhona. Nie zapominam jednak, że to dzięki Marksowi po raz pierwszy powąchałem politycznego prochu…

I wreszcie Freud! Pierwsze moje z nim spotkania odbywały się za pośrednictwem marnych lektur (należałoby skądinąd prześledzić ich rolę w tworzeniu legendy i rozprzestrzenianiu bajek i mitów w najmniej oświeconych warstwach społeczeństwa). Mam tu na myśli książkę Pierre’a Daca zatytułowaną Les Triom­phes de la psy­cha­na­ly­se (Tryumfy psychoanalizy) – wydawnictwo przypominające polityczną propagandę. Kupiłem też Psy­cha­na­ly­se de l’hu­mo­ur éro­ti­que (Psychoanalizę humoru erotycznego) – świetną nie ze względu na psychoanalizę, ale raczej erotyczny dowcip… W każdym razie odkryłem to słowo – psy­cho­ana­li­za – które zwabiło mnie wonią siarki, zapachem owocu zakazanego.

Lektura samego Freuda wydała mi się znacznie bardziej wartościowa. Publikacje uczniów, wybory tekstów, liczne komentarze, które zalegały na regałach mojej antykwariuszki, stanowiły łupinę broniącą dostępu do miąższu. Trzy roz­pra­wy z teo­rii sek­su­al­nej były moją pierwszą lekturą Freuda, pierwszą rozmową z człowiekiem, który zdawał się zwracać bezpośrednio do mnie: dzieci to istoty płciowe, masturbacja jest częścią niezbędnego etapu w rozwoju psychicznym człowieka, ambiwalencja w procesie tworzenia tożsamości seksualnej wiedzie przez okazjonalne doświadczenia homoseksualne. Wszystko to rozpaliło moje istnienie, przekreślając za jednym zamachem lata chrześcijańskiej wstrzemięźliwości, zalatujący winem oddech i przegniłe usta księży, które zza drewnianej kratki konfesjonału co tydzień poddawały nas, czyli sześciusetosobową grupę dzieci, przesłuchaniu, żeby wyciągnąć wyznania na temat onanizmu i drobnych nieuczciwości.

Gdy dziś po­now­nie otwie­ram swój eg­zem­plarz Freu­da, od­naj­du­ję na mar­gi­ne­sie uwa­gi po­czy­nio­ne nie­bie­ską kred­ką. Świad­czą o bli­skim związ­ku z tą książ­ką: „kłót­nie ro­dzi­ców, ich nie­uda­ne mał­żeń­stwo skut­ku­ją sil­ną pre­dys­po­zy­cją do za­bu­rzeń sek­su­al­nych i ner­wic u dzie­ci”… Czy kie­dy­kol­wiek zmie­rzo­no siłę wpły­wu idei jed­ne­go fi­lo­zo­fa na całą eg­zy­sten­cję mło­de­go czy­tel­ni­ka? Freud lał wodę oczysz­cze­nia na tłam­szo­ny la­ta­mi umysł. Jego książ­ka zmy­wa­ła pe­wien ro­dzaj bru­du. Te stro­ni­ce uni­ce­stwia­ły noc­ne­go ero­sa, w któ­rym, tra­cąc od­dech, nu­rza­ła się więk­szość z nas. Mó­wi­ły też o tym, że po­zby­cie się lęku przed po­tę­pie­niem w ro­zu­mie­niu chrze­ści­jań­skim nie ozna­cza po­zby­cia się wszel­kie­go lęku, gdyż psy­chi­ka tak­że wy­mie­rza swo­ją karę.

Za­tem Nie­tz­sche, Marks i Freud – trzy la­tar­nie roz­świe­tla­ją­ce wzbu­rzo­ne mo­rze lat mło­dzień­czych, trzy gwiaz­dy po­śród nocy, któ­ra zda­wa­ła się nie mieć koń­ca, trzy ścież­ki wy­wo­dzą­ce z pie­kła. Nie­tz­sche­go czy­ta­łem przez całe ży­cie. Dzi­siaj uśmie­cham się na wi­dok no­ta­tek na mar­gi­ne­sie, któ­re zdra­dza­ją mój ów­cze­sny stan du­szy: fi­lo­zof mi­zo­gin, nie­po­tra­fią­cy roz­ma­wiać z ko­bie­ta­mi, po­chwa­ła siły u isto­ty wy­czer­pa­nej, gwał­tow­ność ła­god­ne­go czło­wie­ka wy­ra­żo­na w ha­słach wo­jen­nych, he­ro­icz­na po­chwa­ła po­ezji ży­cia i nowe moż­li­wo­ści ist­nie­nia. Po­strze­gam go dzi­siaj jako mi­strza ży­cio­wej mą­dro­ści, któ­ry my­ślą chce oca­lić wła­sną skó­rę – jak przy­sta­ło na praw­dzi­we­go fi­lo­zo­fa, czy­li fi­lo­zo­fa aż po ko­niusz­ki pal­ców.

Marksa porzuciłem na rzecz socjalizmu wolnościowego w wydaniu francuskim. Z talentem (podobnym do talentu Freuda) do narzucania własnego prawa całej planecie Marks objął przywództwo nad socjalizmem międzynarodowym za cenę najbardziej hańbiących poczynań. Potępienie wszelkiego socjalizmu poza własnym, szydercze stawianie innych jego odmian w jednym szeregu z najbardziej utopijnymi, ekstrawaganckimi i koślawymi ideami, nienawiść do chłopów i wsi w ogóle, wizja proletariatu jako oświeconej elity i odraza do ludu ukochanego przez Proudhona – wszystko to sprawiło, że zwróciłem się w stronę socjalizmu wolnościowego. Nie zapominam jednak, że właśnie Marksowi zawdzięczam odkrycie tej pięknej mozaiki so­cja­li­zmów.

Moje lek­tu­ry – nie­okieł­zna­ne i sa­mot­ni­cze, żar­łocz­ne i dzi­kie, anar­chi­stycz­ne i in­stynk­tow­ne – spo­tka­ły się na lek­cjach fi­lo­zo­fii z lek­tu­ra­mi upo­rząd­ko­wa­ny­mi, zbio­ro­wy­mi, szkol­ny­mi i pil­ny­mi, do­kład­ny­mi i obo­wiąz­ko­wy­mi. Na po­cząt­ku ostat­nie­go roku li­ceum pro­fe­sor wy­ło­żył kar­ty na stół: na koń­co­wych za­ję­ciach w czerw­cu za­bie­rał za­wsze naj­le­piej pro­wa­dzo­ny ze­szyt naj­pil­niej­sze­go ucznia i z nie­go dyk­to­wał lek­cje w roku na­stęp­nym. Tym spo­so­bem na­sze na­ucza­nie no­si­ło zna­mio­na wszel­kiej po­praw­no­ści, a jed­no­cze­śnie nie­kie­dy na stro­ska­ne du­sze spły­wa­ła ła­ska ożyw­czej my­śli.

Wśród myślicieli, których znajomości wymagał program nauczania, znajdował się również Freud. Pewnego dnia Journal Officiel4 podał do wiadomości listę zagadnień i autorów, które Instytucja postanowiła włączyć do podstawy programowej kursu filozofii. Żeby zdobyć świadectwo maturalne – ten klucz do nowego świata, społeczny talizman – należało napisać rozprawkę zgodnie z zasadami retoryki bądź komentarz do danego tekstu. Co roku pośród dzieł proponowanych abiturientom znajdowały się teksty Freuda…

Mi­ni­ster­stwo Edu­ka­cji Na­ro­do­wej, kra­jo­wi in­spek­to­rzy i ko­hor­ty ich pod­wład­nych, pra­cow­ni­cy mi­ni­ste­rial­ni oto­cze­ni ar­mią eks­per­tów i – nie­odzow­nie – pe­da­go­dzy wy­róż­nie­ni za ule­głość i umie­jęt­ność wtła­cza­nia spo­łe­czeń­stwa we wciąż te same try­by, wszy­scy oni stwo­rzy­li li­stę, na któ­rej Zyg­munt Freud zna­lazł się w to­wa­rzy­stwie fi­lo­zo­fów od an­ty­ku (Pla­ton) do post­mo­der­ni­zmu (Fo­ucault), bę­dą­ce­go w owym cza­sie zja­wi­skiem naj­now­szym.

Ów Freud, którego czytałem wtedy na własne potrzeby, był więc tak­że Freudem zalecanym przez francuskie Ministerstwo Edukacji. Został wybrany spośród tysięcy nazwisk z okresu obejmującego dwadzieścia pięć wieków historii filozofii, a zatem uznawano go za część światowego dziedzictwa myśli. Czyż nie stanowiło to gwarancji doskonałości?

Na liście lektur obowiązkowych nasz profesor umieścił: Pań­stwo Platona, Roz­pra­wę o me­to­dzie Kartezjusza, Umo­wę spo­łecz­nąRoz­pra­wę o po­cho­dze­niu i pod­sta­wach nie­rów­no­ści mię­dzy ludź­mi Rousseau, Uza­sad­nie­nie me­ta­fi­zy­ki mo­ral­no­ści Kanta i To­tem i tabu oraz Wstęp do psy­cho­ana­li­zy Freuda. Pierwszy temat na lekcji filozofii brzmiał: „Freud jest filozofem”; podobnie jak Platon, Kartezjusz czy Rousseau.

Czytałem więc to, co należało. Do zalecanej bibliografii dorzuciłem jeszcze: Dow­cip i jego sto­su­nek do nie­świa­do­mo­ści, Ob­ja­śnia­nie ma­rzeń sen­nychMe­tap­sy­cho­lo­gicz­ne uzu­peł­nie­nie teo­rii ma­rzeń sen­nych. Można było czytać Marksa, nie będąc marksistą, Spinozę, nie będąc zwolennikiem spinozyzmu, czy też Platona, nie będąc platonikiem. Natomiast ten, kto czytał Freuda, nie mógł już wybierać, czy jest freudystą, czy nie, gdyż psychoanaliza jawiła się jako prawda uniwersalna i niepodważalna. Utożsamiano ją z postępem naukowym i tak jak dziś nikt nie podaje w wątpliwość heliocentryzmu, tak wówczas psychoanalizę traktowano nie jako hipotezę autorstwa jednego człowieka czy wymysł filozofa, lecz jako dobro wspólne, prawo uniwersalne. Postrzegano ją w kategoriach odkrycia podobnego do odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Była to dziedzina wiedzy odnosząca się do całości świata w jego najdrobniejszych szczegółach. Ponadto terapia psychoanalityczna leczyła, wręcz uzdrawiała – mówili i pisali o tym sam Freud, jego uczniowie oraz tylu innych poważnych autorów! Administracja i świat wydawniczy przytakiwali. Maturę zdawało się, odtwarzając te piękne, niepodważalne twierdzenia.

W październiku 1976 roku jako siedemnastolatek wstąpiłem na uniwersytet w Caen. Podczas zajęć poświęconych Lukrecjuszowi, prowadzonych przez mojego dawnego mistrza Luciena Jerphagnona, poraził mnie filozoficzny piorun. Odkryłem cały świat, filozofię starożytną, a zwłaszcza jedno dzieło – O na­tu­rze wszech­rze­czy. Lukrecjusz oferował rygorystyczną etykę, surową moralność, hedonistyczną ascezę, cnoty bez Boga, materialistyczny i sensualistyczny sposób myślenia, wizję świata wolnego od bóstw, praktyczną mądrość, egzystencjalne zbawienie bez konieczności teologicznego czy transcendentnego wsparcia. Cnotę bez diabła, bez groźby piekła i obietnicy raju.

Sys­tem punk­ta­cji na stu­diach zmu­szał do za­pi­sa­nia się na fa­kul­te­ty inne niż tyl­ko fi­lo­zo­ficz­ne. Uczęsz­cza­łem za­tem na za­ję­cia z hi­sto­rii sztu­ki i ar­che­olo­gii an­tycz­nej, po­tem na hi­sto­rię sta­ro­żyt­ną. Wy­bra­łem te przed­mio­ty, by móc wejść w głąb olśnie­wa­ją­ce­go świa­ta an­ty­ku. W In­sty­tu­cie Fi­lo­zo­fii pe­wien mło­dy wy­kła­dow­ca, mark­si­sta-le­ni­ni­sta, kry­ty­ko­wał psy­cho­ana­li­zę jako na­ukę bur­żu­azyj­ną. Przez rok cho­dzi­łem na jego wy­kła­dy. Po wa­ka­cjach po­ja­wił się na za­ję­ciach na­wró­co­ny na La­ca­na. Ów rok był cięż­ki dla i tak już prze­trze­bio­nych przez La­ca­na le­wa­ków. Do­cho­dzi­ło do tego jesz­cze ku­szą­ce spoj­rze­nie Sade’a z do­miesz­ką Ba­ta­il­le’a – obaj wy­wra­ca­li kon­fe­sjo­nał… Dzi­siaj jako świe­ży kon­wer­ty­ta, kto­ry prze­szedł na stro­nę świę­te­go Paw­ła, wy­chwa­la za­le­ty swo­jej sek­ty, po­le­wa­jąc ją fe­no­me­no­lo­gicz­nym so­sem… Lu­kre­cjusz, któ­ry za­chę­ca czy­tel­ni­ka, by nie lę­kał się bo­gów, uod­por­nił mnie na po­wa­by la­ca­ni­zmu.

W 1979 roku za­pi­sa­łem się na fa­kul­tet z psy­cho­ana­li­zy. Sala pę­ka­ła w szwach. Pro­fe­sor pro­wa­dził wy­kład dwie go­dzi­ny w ty­go­dniu, póki nie umó­wił się ze sta­rym sta­li­ni­stą – człon­kiem Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go Fran­cu­skiej Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej – że będą przy­cho­dzi­li na zmia­nę raz na dwa ty­go­dnie i pro­wa­dzi­li wy­kła­dy czte­ry go­dzi­ny z rzę­du. Je­den na­uczał o głów­nych ide­ach psy­cho­ana­li­zy, dru­gi o ge­niu­szu Mark­sa i ubó­stwie in­te­lek­tu­al­nym Pro­udho­na! Ko­mu­ni­sta za­po­mi­nał przy­cho­dzić na co dru­gie za­ję­cia, a kie­dy się po­ja­wiał, część cza­su prze­zna­czał na ro­bie­nie fo­to­ko­pii, część zaś na prze­rwy na pa­pie­ro­sa i koń­czył wcze­śniej, tłu­ma­cząc się roz­kła­dem jaz­dy po­cią­gu.

Za­ję­cia z psy­cho­ana­li­zy były przy­go­to­wy­wa­ne so­lid­nie. Pro­fe­sor za­po­zna­wał nas z pod­sta­wo­wy­mi po­ję­cia­mi i przed­sta­wiał ich funk­cjo­no­wa­nie w słyn­nych pię­ciu ana­li­zach Freu­da. Spę­dzi­li­śmy więc rok z Dorą, Ma­łym Han­sem, Czło­wie­kiem od wil­ków, Czło­wie­kiem od szczu­rów i sę­dzią Schre­be­rem, któ­rzy sta­no­wi­li przy­kła­dy hi­ste­rii, fo­bii, ner­wi­cy dzie­cię­cej, ner­wi­cy na­tręctw i pa­ra­noi. Freud za­pew­niał, że oso­bi­ście i z suk­ce­sem le­czył oso­by kry­ją­ce się pod tymi pseu­do­ni­ma­mi. Rzecz zo­sta­ła opo­wie­dzia­na, spi­sa­na i opu­bli­ko­wa­na w po­waż­nych wy­daw­nic­twach. Uczo­no tego na wszyst­kich kur­sach fi­lo­zo­fii w ca­łej Fran­cji i Na­wa­rze. Zna­jo­mo­ści tych przy­pad­ków wy­ma­ga­no na ma­tu­rze, znaj­do­wa­ły się one w pro­gra­mie ofi­cjal­ne­go na­ucza­nia uni­wer­sy­tec­kie­go i uda­ło się z nich na­pi­sać nie­je­den dy­plom, w moim przy­pad­ku – li­cen­cjat z fi­lo­zo­fii…

W tamtym czasie poza analizą pięciu powyższych przypadków przeczytałem: Kul­tu­rę jako źró­dło cier­pień, Psy­cho­pa­to­lo­gię ży­cia co­dzien­ne­go, Przy­szłość pew­ne­go złu­dze­nia, a później L’Au­to­ana­ly­se de Freud (Autoanalizę Freuda) – monumentalną pracę Didiera Anzieu. Tym sposobem w chwili, gdy zostałem nauczycielem filozofii w pewnym liceum technicznym, miałem za sobą lekturę około dwóch i pół tysiąca stron Freuda. Uczyłem, rzecz jasna, na podstawie programu, który wciąż Freuda obejmował. W ciągu dwudziestu lat pracy nauczycielskiej niejednokrotnie zdarzało mi się poprawiać na maturze komentarze do jego tekstu.

Jak wpro­wa­dzić po­ję­cie Świa­do­mo­ści, nie za­ha­cza­jąc o psy­cho­ana­li­zę i nie przed­sta­wia­jąc Freu­dow­skie­go nie­świa­de­go? Jak mó­wić o Ro­zu­mie, Na­tu­rze, Re­li­gii, Wol­no­ści, Hi­sto­rii i in­nych ha­słach pi­sa­nych wiel­ką li­te­rą, ob­ję­tych ofi­cjal­nym pro­gra­mem na­ucza­nia, jed­no­cze­śnie zby­wa­jąc mil­cze­niem za­ło­że­nia psy­cho­ana­li­zy? Czym miał­bym się tłu­ma­czyć, gdy­bym na kur­sie fi­lo­zo­fii prze­szedł mimo Freu­da, freu­dy­zmu i psy­cho­ana­li­zy i po­stą­pił wbrew wy­tycz­nym? Pań­stwo pła­ci­ło mi za re­ali­za­cję pro­gra­mu. Wszyst­ko do­oko­ła – po­waż­ny świat wy­daw­ni­czy, Mi­ni­ster­stwo Edu­ka­cji i ofi­cjal­ny pro­gram na­ucza­nia klas ma­tu­ral­nych – ka­za­ło wie­rzyć w na­uko­we ugrun­to­wa­nie psy­cho­ana­li­zy.

I tak przez dwadzieścia lat na lekcjach filozofii uczyłem tego, co sam w pełni świadomie przyswoiłem: mówiłem o ewolucji seksualnej dziecka od fazy oralnej poprzez sadystyczno-analną do genitalnej oraz o fiksacjach i traumach, jakie mogą się pojawić w czasie tego rozwoju; o powszechnym kompleksie Edypa, seksualnej etiologii nerwic, dwóch topikach aparatu psychicznego, relacji między wyparciem a sublimacją, ale także o technice analizy na kozetce, uświadomieniu wypartej treści jako metodzie znoszenia objawów czy o uwarunkowaniach terapii. Prowadziłem lekcje tak samo jak przy omawianiu pojęć na­tu­ra na­tu­ransna­tu­ra na­tu­ra­ta u Spinozy czy też słynnej alegorii jaskini u Platona…

Niemniej moi uczniowie odbierali je zupełnie inaczej. Zajęcia o imperatywie kategorycznym Kanta czy nadczłowieku Nietzschego nigdy nie wywoływały takiego poruszenia jak zajęcia poświęcone psychoanalizie. Gdy mówiłem o kształtowaniu się osobowości homoseksualnej albo o niuansach kompleksu Edypa, o związku między traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa a zaburzeniami libido, o konieczności przejścia ze strefy łechtaczkowej do waginalnej dla pełnego urzeczywistnienia kobiecej seksualności, gdy poruszałem zagadnienie tak zwanych perwersji, przedstawiałem opór wobec dyskursu psychoanalitycznego jako sygnał, że trzeba samemu położyć się na kozetce, moje słowa nie dotykały jakichś abstrakcyjnych pojęć z korpusu zalecanego przez ministerstwo, tylko życia i biografii każdego ucznia. Psychoanaliza nauczana teo­re­tycz­nie stawała się kon­kret­nie ich psychoanalizą, analizą psyche młodych kobiet i mężczyzn. Wiedziałem, że w systemie Freuda jest coś z czarodziejstwa i że trzeba podchodzić do niego z wielką ostrożnością. Możliwość zostania psychoterapeutą, a zatem magikiem, czarodziejem, guru, całkowicie mnie paraliżowała – kazano nam posługiwać się materiałem nadzwyczaj łatwopalnym w otoczeniu gorących umysłów. Posmakowałem w tamtym czasie niebezpiecznej władzy psychoanalityka, przez co zrodziła się we mnie instynktowna i głęboka podejrzliwość wobec tej kapłańskiej kasty i duchowego panowania jej członków.

Pro­gram obej­mo­wał tak­że mniej mrocz­ne i ma­gicz­ne ob­sza­ry fi­lo­zo­fii. Wię­cej po­go­dy mia­ły w so­bie choć­by ta­kie za­gad­nie­nia, jak po­wią­za­nia mię­dzy sta­nem na­tu­ral­nym a ko­niecz­no­ścią za­war­cia umo­wy spo­łecz­nej u Ro­us­se­au czy róż­ni­ca mię­dzy po­trze­ba­mi na­tu­ral­ny­mi i ko­niecz­ny­mi a na­tu­ral­ny­mi i nie­ko­niecz­ny­mi u Epi­ku­ra. One nie wy­wo­ły­wa­ły ta­kie­go po­ru­sze­nia… Freud naj­pierw wkra­czał w ży­cie mło­dych lu­dzi, po­tem od­cho­dził, po­ja­wiał się po­now­nie w for­mie tek­stu do sko­men­to­wa­nia i zno­wu zni­kał z chwi­lą zda­nia ma­tu­ry, ale po­zo­sta­wa­ło to, co po­ru­szy­ło wraż­li­we du­sze mo­ich uczniów, co w nie wnik­nę­ło, coś, co ich do­tknę­ło. Za każ­dym ra­zem, gdy wkra­cza­łem na grzą­ski te­ren psy­cho­ana­li­zy, ba­łem się, że przy­bli­żam te nie­ufor­mo­wa­ne oso­bo­wo­ści do ciem­nej stro­ny ma­gii, do świa­ta mało ra­cjo­nal­ne­go, nie­po­ko­ją­ce­go i bar­dzo ku­szą­ce­go dla kształ­tu­ją­cych się tem­pe­ra­men­tów…

Po­sta­wi­łem więc na coś, co na­zwał­bym pocz­tów­ka­mi z Freu­da. Czym jest pocz­tów­ka w fi­lo­zo­fii? Kli­szą otrzy­ma­ną za po­mo­cą du­że­go uprosz­cze­nia, iko­ną, pro­stą fo­to­gra­fią, któ­ra sta­ra się opo­wie­dzieć praw­dę o ja­kimś miej­scu lub zda­rze­niu przez od­po­wied­nie uchwy­ce­nie sce­ny, ko­laż, roz­myśl­ne wy­ka­dro­wa­nie ob­ra­zu, któ­re po­zwa­la uwy­pu­klić frag­ment oży­wio­nej ca­ło­ści. Pocz­tów­ka jest su­chym ka­wał­kiem wil­got­nej rze­czy­wi­sto­ści, sce­no­gra­fią, któ­ra za­kry­wa ku­li­sy, cząst­ką świa­ta za­kon­ser­wo­wa­ną i przed­sta­wio­ną w naj­lep­szym oświe­tle­niu, wy­pcha­nym zwie­rzę­ciem, ko­stiu­mem ak­to­ra.

Pocz­tów­ka za­wie­ra cały zło­żo­ny świat w po­sta­ci pro­stej mi­nia­tu­ry. Czym jest w fi­lo­zo­fii? Skró­tem my­ślo­wym, pod­su­mo­wa­niem, stresz­cze­niem w for­mie aneg­do­ty (cy­ku­ta So­kra­te­sa, becz­ka Dio­ge­ne­sa, wznie­sio­ny ku nie­bu pa­lec Pla­to­na, ręka Ary­sto­te­le­sa wska­zu­ją­ca zie­mię, a tak­że Chry­stus na krzy­żu) albo w for­mie teo­rii: so­kra­tej­skie „po­znaj sa­me­go sie­bie”, we­zwa­nie Dio­ge­ne­sa do ży­cia w zgo­dzie z na­tu­rą, pla­toń­ski świat idei etc. Freu­da tak­że moż­na przed­sta­wić w ten spo­sób.

Wie­lu lu­dziom pocz­tów­ka z Freu­da wy­star­cza, rzad­ko się bo­wiem zda­rza, żeby ktoś chciał ogar­nąć sys­tem my­ślo­wy Freu­da w ca­ło­ści i w tym celu zgłę­bił całe jego dzie­ło, i sam do­szedł do za­war­tej w nim dia­lek­tycz­nej wi­zji świa­ta. Lek­cja fi­lo­zo­fii w kla­sie ma­tu­ral­nej i wy­kład w uni­wer­sy­tec­kiej sali dzia­ła­ją jak ma­szy­na do pro­duk­cji pocz­tó­wek. In­ny­mi sło­wy, wy­bie­ra się kil­ka ła­twych do prze­ka­za­nia i sko­men­to­wa­nia ob­ra­zów sta­no­wią­cych pod­sta­wo­we ele­men­ty sys­te­mu. Dys­kurs uni­wer­sy­tec­ki pro­du­ku­je pocz­tów­ki z pocz­tó­wek, po­wie­la­jąc sche­ma­ty w du­żej licz­bie, na du­żej prze­strze­ni i na dłu­go…

Jak wy­glą­da­ją te pocz­tów­ki z Freu­da? Przed­sta­wiam dzie­sięć przy­kła­dów, ale li­sta mo­gła­by być znacz­nie dłuż­sza:

Pocz­tów­ka nr 1:

Freud odkrył nie­świa­do­mość samodzielnie w procesie niesłychanie śmiałej i odważnej au­to­ana­li­zy.

Pocz­tów­ka nr 2:

Lap­sus, czyn­ność po­mył­ko­wa, dow­cip, za­po­mi­na­nie imion wła­snych, prze­ję­zy­cze­nia świadczą o za­bu­rze­niach i dają dostęp do nieświadomości

Pocz­tów­ka nr 3:

Ma­rze­nia sen­ne podlegają interpretacji jako zawoalowany wyraz wy­par­tych pra­gnień i są główną bramą wiodącą do nieświadomości.

Pocz­tów­ka nr 4:

Psy­cho­ana­li­za wywodzi się z obserwacji klinicznych – opiera się na nauce.

Pocz­tów­ka nr 5:

Freud odkrył metodę, która przez te­ra­pię i ko­zet­kę pozwala leczyć zaburzenia psychiczne.

Pocz­tów­ka nr 6:

Uświadomienie podczas ana­li­zy wy­par­tych tre­ści prowadzi do zaniku objawów.

Pocz­tów­ka nr 7:

Kom­pleks Edy­pa, tzn. seksualne pożądanie przez dziecko rodzica płci przeciwnej i postrzeganie rodzica tej samej płci jako rywala, którego trzeba zabić symbolicznie, jest zjawiskiem powszechnym.

Pocz­tów­ka nr 8:

Opór wobec psychoanalizy świadczy o ner­wi­cy u pacjenta.

Pocz­tów­ka nr 9:

Psy­cho­ana­li­za wy­zwa­la.

Pocz­tów­ka nr 10:

Myśl Freu­da kon­ty­nu­uje tra­dy­cję kry­tycz­nej ra­cjo­nal­no­ści cha­rak­te­ry­stycz­nej dla fi­lo­zo­fii oświe­ce­nia

Tak wy­glą­da­ją pocz­tów­ki, na któ­rych opie­ra się pro­gram na­ucza­nia w li­ceum i na stu­diach. Te ha­sła po­wta­rza chó­rem więk­szość śro­do­wisk in­te­lek­tu­al­nych za­przę­gnię­tych do ide­olo­gicz­ne­go płu­ga. Ule­ga­ją one stop­nio­we­mu uprasz­cza­niu i są upo­wszech­nia­ne w for­mie dzie­cin­ne­go ele­men­ta­rza, któ­ry brzmi mniej wię­cej tak: „Za po­śred­nic­twem teo­rii psy­cho­ana­li­zy Freud do­cie­ra do me­cha­ni­zmów ludz­kiej psy­chi­ki pod­le­ga­ją­cej pra­wom li­bi­do, a przede wszyst­kim kom­plek­so­wi Edy­pa… Trak­tu­jąc psy­cho­ana­li­zę jako prak­ty­kę, wy­pra­co­wał on tech­ni­kę, któ­ra po­zwa­la le­czyć za­bu­rze­nia psy­chicz­ne”. Otóż te pocz­tów­ki po­wie­la­ją sche­ma­ty w ne­ga­tyw­nym tego sło­wa zna­cze­niu. In­ny­mi sło­wy, fałsz sta­je się praw­dą wsku­tek wie­lo­krot­ne­go po­wta­rza­nia, po­wie­la­nia i mie­le­nia aż do za­wro­tu gło­wy.

W 2006 roku w książce Con­tre-hi­sto­ire de la phi­lo­so­phie (Kontrhistoria filozofii) zastanawiałem się nad miejscem, jakie Freud zajmuje w historii filozofii. Od 2002 roku wraz z kilkorgiem przyjaciół uczę na Uniwersytecie Ludowym w Caen (UP), uczelni alternatywnej, stworzonej przy użyciu własnych środków. Wykładam tam historię filozofii zapomnianej, podporządkowanej dominującej historiografii, która jest idealistyczna, spirytualistyczna, dualistyczna i – cokolwiek by mówić – chrześcijańska przez to, że dostosowuje się do oczekiwań dominującej religii europejskiej. Nie da się napisać historii dwudziestu pięciu wieków marginalnej i mniejszościowej filozofii, nie wspomniawszy przy tym o freudyzmie.

Na UP nie uczę o tym, o czym (zresztą świetnie) uczą inni, bo albo poświęcam seminaria myślicielom zapomnianym (od Antyfonta z Aten przez – między innymi – Karpokratesa i Bentivengę de Gubbio po Roberta Owena), albo mówię o myślicielach znanych, ale spoglądam na nich z nieoczekiwanej perspektywy (hedonistyczne zgromadzenie polityczne Epikura w jego Ogrodzie, dykcja w Pró­bach, których Montaigne nie pisał, lecz je wypowiadał, Nietzscheańska mądrość egzystencjalna w konstrukcji nadczłowieka itp.). W przypadku Freuda w grę wchodzi, rzecz jasna, ta druga ewentualność. Opierając się przede wszystkim na samodzielnej lekturze, spróbowałem spojrzeć na niego jako na fi­lo­zo­fa wi­ta­li­stę, kontynuatora myśli Schopenhauera i Nietzschego. Obaj wspomniani filozofowie odcisnęli na Freudzie wyraźne piętno, on zaś podejrzanie stanowczo wypierał się jakiegokolwiek ich wpływu. Powtórna lektura Métapsychologie5Poza za­sa­dą przy­jem­no­ści utwierdziła mnie w przekonaniu, że Freud jest witalistą.

Do zajęć na UP przygotowuję się w bardzo prosty sposób: czytam oryginalny tekst in exten­so, gdyż większość pocztówek zrodziło intelektualne lenistwo. Czemu trudzić się nad całym dziełem, skoro żeby otrzymać pensję nauczyciela, dopełnić umowy z wydawcą albo zapewnić sobie miejsce w intelektualnym światku, wystarczy powtarzać w kółko elementarz? Po co wkładać w przygotowania tyle pracy, skoro pewien rezultat można uzyskać już przy niewielkim wysiłku?

Ku­pi­łem ca­łość dzieł Freu­da wy­da­nych prze Pres­ses Uni­ver­si­ta­ires de Fran­ce i prze­czy­ta­łem uważ­nie w po­rząd­ku chro­no­lo­gicz­nym. Prze­wer­to­wa­łem całą ko­re­spon­den­cję, by zba­dać za­gad­nie­nie od stro­ny ku­lis. Do­rzu­ci­łem jesz­cze bio­gra­fie przy­dat­ne w po­szu­ki­wa­niu i sys­te­ma­ty­zo­wa­niu po­wią­zań, na póź­niej­szym eta­pie po­zwa­la­ją­ce umie­ścić myśl czło­wie­ka w kon­tek­ście jego ży­cia pry­wat­ne­go, ro­dzin­ne­go, epo­ki i wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych. Nig­dy nie by­łem zwo­len­ni­kiem ana­li­zy struk­tu­ra­li­stycz­nej, tej re­li­gii tek­stu bez kon­tek­stu, trak­tu­ją­cej każ­dą za­pi­sa­ną stro­nę, jak­by była two­rem czy­ste­go du­cha.

Spisuję nie­tz­sche­ań­ską hi­sto­rię fi­lo­zo­fii, trzymając się ściśle metody filozoficznej nakreślonej w przedmowie do Wie­dzy ra­do­snej. Często ją cytuję i będę do niej wracać jeszcze niejednokrotnie, jak choćby do tych zdań zaczerpniętych z długiego i wspaniałego rozwinięcia: „Nieświadome przebieranie potrzeb fizjologicznych w płaszcze obiektywne, idealne, czysto duchowe sięga zastraszająco daleko – i dość często zapytywałem się, czy na ogół biorąc filozofia nie była dotąd przeważnie tylko tłumaczeniem ciała i złym tłu­ma­cze­niem cia­ła6.

Przedstawiam tu więc nie­tz­sche­ań­ską hi­sto­rię Freu­da, freu­dy­zmu i psy­cho­ana­li­zy: jak to Freud przekuł nie­świa­do­mość (to pojęcie wyszło spod pióra Nietzschego) w doktrynę; jak w doktrynę przerobił też instynkty i potrzeby fizjologiczne człowieka i uwiódł tym całą cywilizację. Mechanizmy konfabulacji pozwoliły Freudowi przedstawić w sposób obiektywny, naukowy bardzo subiektywną treść wywodzącą się z jego biografii. Krótko mówiąc, przedstawiam szkic egzegezy freudyzmu.

Au­dy­to­rium UP – li­czą­ce nie­kie­dy po­nad ty­siąc osób – skła­da się w du­żej czę­ści z lu­dzi świet­nie za­zna­jo­mio­nych z fi­lo­zo­fią. Każ­de spo­tka­nie trwa dwie go­dzi­ny. W cią­gu pierw­szej go­dzi­ny wy­gła­szam re­fe­rat, któ­re­go przy­go­to­wa­nie zaj­mu­je mi oko­ło trzy­dzie­stu go­dzin, w cią­gu dru­giej od­po­wia­dam na py­ta­nia – wszyst­kie za­da­wa­ne na bie­żą­co – ak­cep­tu­jąc ich nie­prze­wi­dy­wal­ność. Oczy­wi­ście nie­któ­re z py­tań słu­cha­cze przy­go­to­wu­ją za­wcza­su, kwe­stie są wte­dy prze­my­śla­ne i – co mnie cie­szy – do bólu szcze­gó­ło­we. Czło­wiek nie wy­cho­dzi na fi­lo­zo­ficz­ną sce­nę bez przy­go­to­wa­nia, a je­śli wy­ko­nał od­po­wied­nią pra­cę, nie ma się cze­go oba­wiać.

Na­le­ży za­tem szcze­gó­ło­wo prze­ana­li­zo­wać cały ma­te­riał. Oto, dla­cze­go, spo­dzie­wa­jąc się dia­lo­gu z prze­ciw­ni­ka­mi psy­cho­ana­li­zy, prze­czy­ta­łem tak­że dzie­ła kry­tycz­ne. Za­bra­łem się do pra­cy z gło­wą peł­ną fał­szy­wych idei, za­czerp­nię­tych od niby-rze­tel­nych hi­sto­ry­ków fi­lo­zo­fii, pu­bli­ku­ją­cych w po­zor­nie god­nych za­ufa­nia cza­so­pi­smach ar­ty­ku­ły, któ­re wy­da­wa­ły mi się po­waż­ne. Ci straż­ni­cy le­gen­dy jed­nym ge­stem od­su­wa­li wszel­ką li­te­ra­tu­rę kry­tycz­ną jako „re­wi­zjo­ni­stycz­ną”, an­ty­se­mic­ką, re­ak­cyj­ną i sym­pa­ty­zu­ją­cą ze skraj­ną pra­wi­cą. Swe­go cza­su ule­głem im i nie za­glą­da­łem do ksią­żek przed­sta­wia­nych jako wy­twór lu­dzi o cia­snych umy­słach.

Ale w koń­cu prze­czy­ta­łem je i okazało się, że mó­wią praw­dę… Ten wniosek zwalił mnie z nóg. Przede wszystkim autorzy owych prac w żadnym stopniu nie byli antysemitami, zostali niesłusznie zaszufladkowani jako „rewizjoniści”, ich poglądy polityczne, choć (najczęściej) niekoniecznie lewicowe, nie czyniły z nich bojowników skrajnej prawicy! Określenie „rewizjonista” pada zawsze w tekście głównym. Na dole strony przypis sygnalizuje, że oczywiście wcale nie chodzi o rewizjonizm tych, którzy zaprzeczają istnieniu komór gazowych… Jasne. Po co w takim razie używać słów, które są co najmniej niejednoznaczne, a w istocie prowadzą do wniosku, że historycy krytyczni, mający czelność przeciwstawiać się psychoanalizie, stoją w jednym rzędzie z rewizjonistami historycznymi, i nie ma żadnego znaczenia, że swoją argumentację podpierają faktami.

Odkryłem wówczas, że histeria prowadzi z historią wojnę, w której ra­cjo­nal­na broń hi­sto­ry­ka jest niewiele warta w porównaniu z nie­ra­cjo­nal­ną wia­rą hi­ste­ry­ka bez wahania sięgającego po najcięższe obelgi (pomówienie o przychylność Hitlerowi!), żeby zdyskredytować przeciwnika i tym sposobem uniknąć rzetelnej dyskusji, rzeczywistej wymiany zdań, poważnej konfrontacji intelektualnej, rozumnej argumentacji, jednym słowem: kulturalnego dialogu…

Ja­kie są za­tem, bez wcho­dze­nia w szcze­gó­ły, głów­ne tezy hi­sto­ry­ków kry­tycz­nych? Ta­kie, że Freud w wie­lu spra­wach kła­mał, prze­krę­cał fak­ty, świa­do­mie two­rzył wła­sną le­gen­dę; że nisz­czył otrzy­my­wa­ne li­sty (a za ży­cia pro­wa­dził oży­wio­ną ko­re­spon­den­cję z ucznia­mi i cór­ką; ten zwy­czaj prze­szedł na jego kon­ty­nu­ato­rów i trwa do dziś); że sta­rał się znisz­czyć też wła­sne li­sty, szcze­gól­nie te do Flies­sa, w któ­rych jawi się jako stron­nik eks­tra­wa­ganc­kich teo­rii – po­cząw­szy od nu­me­ro­lo­gii, po­przez te­le­pa­tię, a na okul­ty­zmie skoń­czyw­szy; że jego twór­czość epi­sto­lar­na zo­sta­ła oczysz­czo­na i prze­pi­sa­na tak, by od­po­wia­da­ła le­gen­dzie, i że po­wszech­nie jest zna­na wy­łącz­nie w tej ha­gio­gra­ficz­nej wer­sji (ostat­nio, w 2006 roku, ko­re­spon­den­cja Freu­da uka­za­ła się po raz pierw­szy w peł­nym wy­da­niu i na tej pod­sta­wie moż­na oce­nić za­sięg wcze­śniej­szych spu­sto­szeń); da­lej, że piew­cy Freu­da na­ło­ży­li bez­względ­ne em­bar­go na dużą część ar­chi­wów, przez co są one nie­do­stęp­ne dla du­że­go gro­na od­bior­ców i po­zo­sta­ną ta­kie przez ab­sur­dal­nie dłu­gi czas – w skraj­nych przy­pad­kach do 2057 roku; wresz­cie, że nie­któ­re z tych do­ku­men­tów udo­stęp­nia się tyl­ko tym ba­da­czom, któ­rzy wy­ka­za­li przed ko­mi­sją ha­gio­gra­ficz­ny za­pał…

Mo­że­my się też do­wie­dzieć, że Freud fał­szo­wał wy­ni­ki ba­dań, wy­my­ślał pa­cjen­tów, po­pie­rał swo­je od­kry­cia nie­ist­nie­ją­cy­mi przy­pad­ka­mi kli­nicz­ny­mi i nisz­czył do­wo­dy tych prze­kła­mań; że jego gor­li­wie bro­nio­ne teo­rie na te­mat ko­ka­iny zo­sta­ły pu­blicz­nie od­rzu­co­ne przez na­ukow­ców i są cał­ko­wi­cie bez­war­to­ścio­we, wo­bec cze­go te­mat po­mi­ja się mil­cze­niem bądź prze­kła­mu­je, a wszyst­ko w tro­sce o chwa­łę ido­la.

Do­daj­my, że wbrew usil­nym, po­wta­rza­nym przez całe ży­cie za­pew­nie­niom Freu­da psy­cho­ana­li­za nig­dy nie wy­le­czy­ła Anny O. ani nie wy­pro­wa­dzi­ła na pro­stą pię­ciu pa­cjen­tów, któ­rych przy­pad­ki są przed­sta­wia­ne jako ar­che­ty­po­we. Stan nie­któ­rych wręcz po­gor­szy­ła… Żeby się o tym prze­ko­nać, wy­star­czy prze­czy­tać wy­zna­nia nie­ja­kie­go Sier­gie­ja Pan­kie­je­wa, zna­ne­go jako Czło­wiek od wil­ków, któ­re­go Freu­da po­noć wy­le­czył. Męż­czy­zna zmarł w 1979 roku w wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch lat, po tym jak przez w su­mie sie­dem­dzie­siąt lat dzie­się­ciu ana­li­ty­ków pod­da­wa­ło go py­scho­ana­li­zie…

Jeśli wierzyć słowom historyków krytycznych, Freud sam zaaranżował mit o genialnym, samodzielnym wynalezieniu psychoanalizy, w rzeczywistości zaś wiele czytał, na potęgę zapożyczał się u autorów dziś nieznanych i przywłaszczył sobie odkrycia bezimiennych. Ponadto, wbrew legendarnej, hagiograficznej wersji, istnieje historyczna i książkowa genealogia myśli Zygmunta Freuda. Aż do dziś jednak robiono wszystko, żeby uniknąć lek­tu­ry hi­sto­rycz­nej, która ukazałaby genezę dzieła, proces powstawania koncepcji, genealogię psychoanalizy.

Cóż więc ro­bić po za­po­zna­niu się z in­for­ma­cja­mi hi­sto­rycz­ny­mi, któ­re ob­ra­ca­ją w proch le­gen­dę? Wszyst­ko znisz­czyć, ni­cze­go nie zo­sta­wiać, ode­słać do la­mu­sa całe dzie­ło Freu­da? Czy wszyst­ko za­cho­wać i uciec się do obe­lgi, za­ne­go­wać hi­sto­rię i od­mó­wić wszel­kiej de­ba­ty z kry­ty­ka­mi mi­strza? W ob­li­czu twar­dych fak­tów, nie­za­prze­czal­nej praw­dy hi­sto­rycz­nej, wo­bec nie­pod­wa­żal­nych in­for­ma­cji ar­chi­wal­nych, a tak­że – idąc da­lej – po­dej­rza­nej prak­ty­ki za­my­ka­nia ar­chi­wów jak dłu­go moż­na uda­wać, że nic się nie sta­ło, i znie­wa­żać hi­sto­ry­ków, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że są zwo­len­ni­ka­mi Hi­tle­ra, bo mają czel­ność do­star­czać do­wo­dów, któ­re są nie w smak straż­ni­kom zło­tej le­gen­dy?

Porównajmy freudystów do Freuda, który w Wi­ze­run­ku wła­snym zżymał się, że jego adwersarze śmieją podważać tezy psychoanalizy, stawiać im opór, nie wierzyć w jego teorie, posuwać się do świętokradczego pomysłu, że psychoanaliza jest „wytworem [jego] spekulatywnej fantazji”7, podczas gdy on zaświadcza o długotrwałej i cierpliwej pracy naukowej. Freud podsumowywał swoich przeciwników, stwierdzając, że wykonali „klasyczny manewr oporny, polegający na niezaglądaniu do mikroskopu, by nie zobaczyć tego, czemu się zaprzeczyło”8. Zapożyczył tę metaforę od Cremoniniego, który nie chciał spojrzeć w lunetę Galileusza, by nie ujrzeć dowodu na rzecz heliocentryzmu. Dziś to freudyści nie chcą patrzeć w historyczny teleskop. Przypominają w tym watykańskich księży, którzy niegdyś starali się uchronić święte teksty przed analizą naukową.

Je­śli cho­dzi o mnie, spoj­rza­łem we freu­dow­ską lu­ne­tę w prze­ko­na­niu, że znaj­dę po­twier­dze­nie jego tez. Nie pod­cho­dzi­łem do nich z ne­ga­tyw­nym na­sta­wie­niem i dość dłu­go trzy­ma­łem stro­nę Freu­da… Tym­cza­sem moim oczom uka­za­ło się dość, bym po­sta­no­wił po­drzeć pocz­tów­ki tyle cza­su wi­szą­ce na mo­jej ta­bli­cy. Ni­niej­szym przed­sta­wiam se­rię kontr­pocz­tó­wek:

Kontr­pocz­tów­ka nr 1:

Freud sfor­mu­ło­wał hi­po­te­zę o nie­świa­do­mo­ści, głę­bo­ko za­nu­rzo­ny w kon­tek­ście hi­sto­rycz­nym; znaj­do­wał się przy tym pod wpły­wem wie­lu lek­tur, zwłasz­cza fi­lo­zo­ficz­nych (z któ­rych naj­waż­niej­sze były tek­sty Nie­tz­sche­go i Scho­pen­hau­era).

Kontr­pocz­tów­ka nr 2:

Róż­ne wy­pad­ki z ob­sza­ru psy­cho­pa­to­lo­gii ży­cia co­dzien­ne­go mają istot­nie ja­kiś sens, ale w żad­nym ra­zie nie znaj­du­ją wy­tłu­ma­cze­nia w per­spek­ty­wie ści­śle li­bi­di­nal­nej, a już na pew­no nie po­przez kom­pleks Edy­pa.

Kontr­pocz­tów­ka nr 3:

Ma­rze­nie sen­ne po­sia­da ja­kieś zna­cze­nie, ale po­dob­nie jak w wy­pad­ku psy­cho­pa­to­lo­gii ży­cia co­dzien­ne­go nie moż­na go wią­zać z czyn­ni­ka­mi ści­śle li­bi­di­nal­ny­mi czy wy­wo­dzą­cy­mi się z kom­plek­su Edy­pa.

Kontr­pocz­tów­ka nr 4:

Psy­cho­ana­li­za po­cho­dzi od psy­cho­lo­gii li­te­rac­kiej, opie­ra się na ma­te­ria­le au­to­bio­gra­ficz­nym swe­go twór­cy i do­sko­na­le po­ma­ga zro­zu­mieć jego i tyl­ko jego.

Kontr­pocz­tów­ka nr 5:

Te­ra­pia ana­li­tycz­na na­le­ży do dzie­dzi­ny my­śle­nia ma­gicz­ne­go – le­czy w ści­słych gra­ni­cach efek­tu pla­ce­bo.

Kontr­pocz­tów­ka nr 6:

Uświa­do­mie­nie wy­par­tej tre­ści nig­dy au­to­ma­tycz­nie nie usu­nę­ło ob­ja­wów ani tym bar­dziej nie wy­le­czy­ło pa­cjen­ta.

Kontr­pocz­tów­ka nr 7:

Kom­pleks Edy­pa nie jest by­najm­niej zja­wi­skiem uni­wer­sal­nym, ilu­stru­je je­dy­nie dzie­cię­ce pra­gnie­nia Zyg­mun­ta Freu­da.

Kontr­pocz­tów­ka nr 8:

Od­rzu­ce­nie my­śle­nia ma­gicz­ne­go wca­le nie ozna­cza, że ko­niecz­nie trze­ba od­dać swój los w ręce cza­ro­dzie­ja.

Kontr­pocz­tów­ka nr 9:

Pod ha­słem wy­zwo­le­nia psy­cho­ana­li­za wy­ko­śla­wi­ła pod­sta­wo­we re­gu­ły psy­cho­lo­gi­zmu, tej świec­kiej re­li­gii bez re­li­gij­no­ści.

Kontr­pocz­tów­ka nr 10:

Freud jest wcie­le­niem tego, co w cza­sach oświe­ce­nia na­zy­wa­no an­ty­fi­lo­zo­fią – fi­lo­zo­ficz­nej for­mu­ły sta­no­wią­cej za­prze­cze­nie fi­lo­zo­fii ra­cjo­na­li­stycz­nej.

Freud nienawidził filozofii i filozofów. Jako nietzscheanista z krwi i kości (choć wypierał się tego określenia) próbował obnażyć nieświadomą motywację myślicieli, żeby ukazać ich intelektualną twórczość jako eg­ze­ge­zę cia­ła! Wypróbujmy więc tę „psychobiografię”, do której nas zachęca w Das In­te­res­se an der Psy­cho­ana­ly­se (Znaczenie psychoanalizy). W jakim celu? Nie po to, by zniszczyć Freuda, wymazać go z pamięci czy też unieważnić, osądzić, upokorzyć albo ośmieszyć, ale by zrozumieć, że jego system był od początku autobiograficzną, osobistą przygodą egzystencjalną, sposobem wykorzystania formuły ontologicznej na własny użytek – po to, by uczynić znośnym życie pełne zaburzeń…

Psychoanaliza – i taka jest teza tej książ­ki – jest uzasadnioną i prawdziwą dziedziną wiedzy dopóty, dopóki odnosi się do Freuda i nikogo poza nim. Pojęcia, które powstały w toku tworzenia tej monumentalnej sagi, były Freudowi potrzebne przede wszystkim do opisania własnego życia, do wprowadzenia porządku we własną egzystencję. Kryptomnezja, autoanaliza, interpretacja marzeń sennych, obserwacja psychopatologiczna, kompleks Edypa, romans rodzinny, wspomnienie przesłonowe, horda pierwotna, ojcobójstwo, seksualna etiologia nerwic, sublimacja – wszystkie te terminy, wraz z wieloma innymi, stanowią założenia teoretyczne całkowicie autobiograficzne. Freudyzm zatem, podobnie jak spinozyzm czy nietzscheanizm, platonizm czy kartezjanizm, augustynizm czy kantyzm, należy traktować jako wizję świata bez pretensji do uniwersalności. Psychoanaliza jest biografią człowieka, który stwarza własny świat, by żyć w nim ze swoimi fantazjami – jak czyni to każdy filozof…

Zakończę tę nietzscheańską analizę Freuda przy pomocy… Nietzschego, który w jednym zdaniu z An­ty­chrze­ści­ja­ni­na dostarcza odpowiedzi na pytanie Co zro­bić z psy­cho­ana­li­zą? Następujące słowa, podszyte wyśmienitym humorem, zawierają przepis na rozwiązanie naszego problemu: „W istocie rzeczy, był tylko jeden chrześcijanin, który umarł na krzyżu”9, pisze ojciec Za­ra­tu­stry… Możemy więc przyłączyć się do nietzscheańskiego śmiechu i dorzucić: „Był tylko jeden freudysta i ten umarł w swoim łóżku w Londynie 23 września 1939 roku”. Nic by się nie stało, gdyby nie to, że obaj – Jezus i Freud – pozyskali sobie uczniów i dali początek religii obejmującej całą planetę. Mam nadzieję, że zostałem dobrze zrozumiany – ta książka ma powtórzyć gest Trak­ta­tu ate­olo­gicz­ne­go na materiale zwanym psychoanalizą.

CZĘŚĆ PIERWSZA
SYMP­TO­MA­TO­LO­GIA
WYKLĘTY, KTO ŹLE O NIEJ MYŚLI

1. PODŁOŻYĆ OGIEŃ BIOGRAFOM

Praw­da bio­gra­ficz­na jest nie­do­stęp­na. Na­wet gdy­by mieć do niej do­stęp, nie da­ło­by się go wy­ko­rzy­stać.

FREUD, list do Marty Bernays, 18 maja 1896 r.

Psychoanaliza staje się treścią mojego życia10.

FREUD, Wi­ze­ru­nek wła­sny

Nie ufaj­my fi­lo­zo­fom, któ­rzy spo­so­bią so­bie na­stęp­ców, a wy­strze­ga­ją się bio­gra­fów, oba­wia­ją się ich do­cie­kań, prze­ciw­dzia­ła­ją im, wy­sy­ła­ją na front za­usz­ni­ków, by przy­go­to­wa­li grunt pod po­wieść ha­gio­gra­ficz­ną, nisz­czą ko­re­spon­den­cję, za­ma­zu­ją śla­dy, palą do­ku­men­ty, za ży­cia two­rzą wła­sną le­gen­dę w prze­ko­na­niu, że ona za­spo­koi cie­ka­wość, ota­cza­ją się stra­żą przy­bocz­ną zło­żo­ną z uczniów i po­słu­gu­ją się nią do two­rze­nia i roz­po­wszech­nia­nia sta­ran­nie przy­go­to­wa­nych świę­tych ob­raz­ków, spi­su­ją au­to­bio­gra­fię, zda­jąc so­bie do­sko­na­le spra­wę, że pro­mień świa­tła rzu­co­ny w wy­bra­ne miej­sce od­wró­ci uwa­gę od ob­sza­rów za­cie­nio­nych, gdzie eg­zy­sten­cjal­ne kłę­bo­wi­sko żmij trwa w złud­nym bez­ru­chu.

Freud na­le­żał do ga­tun­ku tych, któ­rzy chcie­li­by cie­szyć się wy­łącz­nie ja­sny­mi stro­na­mi sła­wy i nie mieć do czy­nie­nia z jej aspek­ta­mi nie­przy­jem­ny­mi. Go­rą­co pra­gnął, by o nim mó­wio­no, ale tyl­ko do­brze i sło­wa­mi, któ­re sam do­bie­rze. Co było wiel­ką pa­sją twór­cy psy­cho­ana­li­zy? By ca­łym ży­ciem udo­wod­nić mat­ce, że słusz­nie uwa­ża­ła go za ósmy cud świa­ta. Mało ro­man­tycz­na rze­czy­wi­stość jest nud­na dla au­to­rów le­gend. Oni wolą nar­ra­cję peł­ną ta­jem­nic, w któ­rej kró­lu­ją wy­obraź­nia, ma­rze­nia i sny. Ład­na, choć zmy­ślo­na hi­sto­ria jest lep­sza niż smut­na praw­da. Fał­szerz upięk­sza, do­ma­lo­wu­je, wpro­wa­dza po­rzą­dek, wy­co­fu­je sło­wa o przy­krych na­mięt­no­ściach (ta­kich jak za­wiść, za­zdrość, nie­go­dzi­wość, am­bi­cja, nie­na­wiść, okru­cień­stwo, py­cha) obec­nych w jego ży­ciu i o ich trium­fie.

Autor Mo­je­go ży­cia i psy­cho­ana­li­zy nigdy nie życzył sobie, żeby na jego dzieło patrzono przez pryzmat biografii, na myśl – przez pryzmat osobistych doświadczeń, na twierdzenia – przez pryzmat życia. W konsekwencji tak jak większość filozofów padł ofiarą idealistycznego założenia, że idee spadają z nieba, zstępują z empireum niczym język ognia i tylko umysł wybrańca dostępuje łaski poznania. Freud pragnął, aby wszyscy otworzyli się na jego słowa. Twierdził, że jest wyzbytym ciała i namiętności człowiekiem nauki, i jako mistyk czystego rozumu dobywał z ukrycia pereł widocznych tylko dla oczu geniusza…

Rzecz ja­sna Freu­da, tak jak wszyst­kich in­nych, ukształ­to­wa­ły lek­tu­ry, wy­mia­na my­śli, spo­tka­nia czy kon­tak­ty z przy­ja­ciół­mi, któ­rzy no­ta­be­ne w wie­lu przy­pad­kach po pew­nym cza­sie za­mie­ni­li się we wro­gów. Uczęsz­czał po­nad­to na wy­kła­dy na uni­wer­sy­te­cie i pra­co­wał w la­bo­ra­to­riach pod okiem opie­ku­nów. Wie­le czy­tał, ujaw­niał nie­wie­le źró­deł, rzad­ko chy­lił czo­ła, a chęt­niej oczer­niał. Pi­sał jed­no, po­tem coś prze­ciw­ne­go i jesz­cze in­ne­go. Spo­ty­kał się z ko­bie­ta­mi, z jed­ną się oże­nił, dys­kret­nie ukrył ka­zi­rod­czy zwią­zek z inną, miał dzie­ci, ro­dzi­nę…

W 1885 roku, na kil­ka dni przed dwu­dzie­sty­mi dzie­wią­ty­mi uro­dzi­na­mi, na­pi­sał do Mar­ty Ber­nays, swo­jej na­rze­czo­nej, dziw­ny list, w któ­rym dał wy­raz wiel­kiej ra­do­ści po znisz­cze­niu śla­dów czter­na­stu lat pra­cy, re­flek­sji i roz­wa­żań. Spa­lił pa­mięt­ni­ki, ko­re­spon­den­cję, wszyst­kie pa­pie­ry z na­uko­wy­mi ko­men­ta­rza­mi. Pu­ścił z dy­mem rę­ko­pi­sy nie­licz­nych jesz­cze prac. Nic nie po­zo­sta­ło. Był wnie­bo­wzię­ty.

Ten mi­nia­tu­ro­wy ho­lo­kaust na za­wsze ukrył przed spoj­rze­niem po­tom­nych świa­dec­two ludz­kiej – w oczach Freu­da praw­do­po­dob­nie zbyt ludz­kiej – na­tu­ry czło­wie­ka, któ­ry od naj­młod­szych lat chciał za­dzi­wić ludz­kość od­kry­cia­mi zdol­ny­mi za­bu­rzyć po­rzą­dek świa­ta. Ja­kie mia­ły być te od­kry­cia? Tego jesz­cze nie wie­dział. Nie wąt­pił jed­nak, że ich do­ko­na, niósł bo­wiem w so­bie świę­ty pło­mień, któ­ry oświe­tlał mu dro­gę. Na ra­zie przy­szły wiel­ki czło­wiek (jak sam o so­bie mówi) wy­obra­żał so­bie minę bio­gra­fów (uży­wał licz­by mno­giej, nie ma­jąc wąt­pli­wo­ści, że bę­dzie ich wie­lu), gdy od­kry­ją jego nie­cny po­stę­pek, i już te­raz śmiał się do roz­pu­ku!

Na razie rozbawiony psotą, jaką sprawił swo­im biografom, nie mógł zaproponować nic godnego upamiętnienia: narodziny 6 maja 1856 roku we Freibergu z ojca Jakuba, handlarza wełną, i matki Amalii; żydowskie pochodzenie obojga rodziców; ówczesne imię – Sigismund; obrzezanie; przeciętne dzieciństwo; zwykła nauka w liceum; lata studiów medycznych, podczas których nigdzie mu się nie spieszyło, bo nie bardzo wiedział, jaką specjalizację wybrać; badania nad seksualnością węgorzy; publikacja o systemie nerwowym minoga; służba wojskowa; tłumaczenie kilku tekstów Johna Stuarta Milla; poznanie narzeczonej; jałowe badania nad kokainą, a zwłaszcza publikacje zawierające ekstrawaganckie, pseudonaukowe twierdzenia na temat narkotyku, który przez niemal dziesięć następnych lat będzie stosował; leczenie pacjentów za pomocą elektroterapii. Nic na tyle ciekawego, by spisywać liczne biografie… Freud ma zatem dwadzieścia osiem lat i poza jak najszybszym zdobyciem światowego rozgłosu w sposób na razie bliżej nieokreślony zależy mu głównie na godziwym zarobku, który pozwoliłby poślubić narzeczoną, zamieszkać w szykownej dzielnicy Wiednia i założyć wspaniałą, dużą rodzinę. Oto obiekt całopalenia i dowcip dla przyszłych biografów.

Epizod z kokainą mógłby częściowo ten gest wyjaśniać. Owładnięty obsesją popularności Freud chwyta się badań nad narkotykiem. Szybko posuwa się naprzód, eksperymentuje na jednej osobie – przyjacielu. Twierdzi, że za pomocą kokainy może go wyleczyć z morfinizmu, lecz przedsięwzięcie kończy się fiaskiem, a przyjaciel staje się kokainistą. I choć Freud dochodzi do wniosku, że efekty nie są takie, jakich się spodziewał, ogłasza sukces, w pośpiechu formułuje wnioski, publikuje je w pewnym przeglądzie i przedstawia kokainę jako lekarstwo na wszystkie właściwie choroby ludzkości. Jak na razie narkotyk leczy jego smutki, zdziesięciokrotnia zdolności intelektualne i seksualne, przynosi ukojenie. Freudowską metodę widać tu w formie skondensowanej: na podstawie jednostkowego (własnego) przypadku wydedukować doktrynę o wydźwięku uniwersalnym. Mówiąc prościej: wziąć swój przy­pa­dek za pra­wo ogól­ne.

Lek­tu­ra ko­re­spon­den­cji z Flies­sem – ma­te­ria­łu dłu­go ukry­wa­ne­go w ar­chi­wach, pier­wot­nie opu­bli­ko­wa­ne­go we frag­men­tach, z po­mi­nię­ciem ustę­pów kon­tro­wer­syj­nych – uka­zu­je Freu­da na bie­gu­nie prze­ciw­nym do pocz­tów­ko­we­go wi­ze­run­ku eks­pe­ry­men­tal­ne­go ba­da­cza, dą­żą­ce­go do od­kryć, któ­rych nie­chyb­nie do­ko­na, po­nie­waż z na­tu­ry jest na­ukow­cem wy­jąt­ko­wym, pre­de­sty­no­wa­nym do rze­czy wiel­kich.

Wi­dzi­my Freu­da błą­dzą­ce­go po omac­ku, nie­pew­ne­go, twier­dzą­ce­go naj­pierw jed­no, a po­tem coś cał­kiem prze­ciw­ne­go, jed­ne­go dnia do­zna­ją­ce­go olśnie­nia i od­kry­wa­ją­ce­go psy­cho­lo­gię na­uko­wą, a na­stęp­ne­go pusz­cza­ją­ce­go z dy­mem to ja­ko­by ge­nial­ne, re­wo­lu­cyj­ne od­kry­cie, któ­re na­wet w jego oczach sta­ło się nie­cie­ka­wą roz­praw­ką. W li­stach do Flies­sa Freud jawi się jako czło­wiek cier­pią­cy na roz­ma­ite do­le­gli­wo­ści: od czy­ra­ka na mosz­nie po na­wra­ca­ją­ce mi­gre­ny, od za­pa­le­nia mię­śnia ser­co­we­go po sil­ny ni­ko­ty­nizm, od nie­spraw­no­ści sek­su­al­nej po za­bu­rze­nia je­li­to­we, od ner­wi­cy po ob­ni­żo­ny na­strój, od źle to­le­ro­wa­ne­go al­ko­ho­lu po ko­ka­inizm, od obaw przed po­cią­ga­mi po strach przed bra­kiem je­dze­nia, od lęku przed śmier­cią po licz­ne cho­ro­bli­we prze­są­dy.

Z korespondencji z Fliessem można wreszcie wydedukować obsesyjne pragnienie sukcesu, pieniędzy i sławy, które na co dzień zżerało Freudowi duszę. Co zrobić, by stać się szanowanym naukowcem? Dwunastego czerwca 1900 roku Freud pisał: „Czy naprawdę wierzysz w to, że kiedyś na ścianie tego domu będzie można wyczytać z marmurowej tablicy: Tu 24 lipca 1895 roku doktorowi Sigmundowi Freudowi objawiła się tajemnica marzenia sennego?”11. Możemy z tego zdania wyczytać dwie informacje: że trawiła go żądza sławy i że był przekonany, iż jego teorie pochodzą z ob­ja­wie­nia, a nie z lektur, dociekań, rozmyślań, konfrontacji z hipotezami innych badaczy, krytycznego spojrzenia na istniejącą literaturę, z dedukcji, obserwacji klinicznych, nagromadzenia cierpliwie prowadzonych eksperymentów…

Tak za­tem przed­sta­wia się im­pe­ra­tyw me­to­do­lo­gicz­ny i w ten spo­sób moż­na tłu­ma­czyć pierw­sze ca­ło­pa­le­nie z 1885 roku: znisz­czyć wszyst­ko, co ujaw­nia­ło­by pro­ces po­wsta­wa­nia dzie­ła, zli­kwi­do­wać wszel­ką moż­li­wość od­two­rze­nia im­ma­nent­nej ge­ne­alo­gii dys­cy­pli­ny, za­mknąć do­stęp do wer­sji wy­da­rzeń in­nych niż wy­bra­na przez Freu­da le­gen­dar­na epi­fa­nia za­miast żmud­nej pra­cy. Jak to się czę­sto dzie­je w po­dob­nych przy­pad­kach, baśń za­czy­na się od cu­dow­nych na­ro­dzin. Psy­cho­ana­li­za? Wy­szła spod bo­skiej ręki Zyg­mun­ta Freu­da w peł­ni uzbro­jo­na, z opusz­czo­ną przy­łbi­cą, po­ły­sku­jąc w słoń­cu Wied­nia koń­ca wie­ku.

Pragnienie, by biografowie nie zajmowali się kulisami jego przedsięwzięcia, doprowadziło Freuda do ukucia teorii na temat niemożności stworzenia biografii. Po tym, jak w liście do narzeczonej śmiał się z figla spłatanego nieistniejącym jeszcze kronikarzom swego życia, wygłosił mowę obronną pro domo sua: „Nie da się być biografem i jednocześnie nie skompromitować się kłamstwem, przemilczeniem, hipokryzją, pochlebstwem, nie podlegać konieczności maskowania własnego braku zrozumienia. Prawda biograficzna jest niedostępna. A nawet gdyby mieć do niej dostęp, nie dałoby się go wykorzystać” (18 maja 1896 roku). Wszystko zostało powiedziane: stworzenie biografii samo w sobie jest zadaniem niewykonalnym, a zatem uczyńmy sprawę faktycznie niemożliwą! I jeszcze ta wieloznaczność: biografia jest nieosiągalna, ale gdyby zyskać do niej dostęp, nie można by go wykorzystać. Dlaczego? Czy w przypadku prezydenta Wilsona Freud odmówił sobie przygody z pisaniem biografii?

Nikt nie wątpi, że biograf wchodzi ze swoim bohaterem w relację wyjątkową; że często się z nim identyfikuje; że życie jest z gruntu złożone i zawikłane; że pewni ludzie rzeczywiście milczą na zbyt wiele tematów, zacierają ślady; że są tacy, którzy za życia tworzą legendę, by przesłonić prawdziwy obraz historii; że świadectwa kontynuatorów przeplatają się z marzeniami, życzeniami, subiektywnymi wspomnieniami; że zawiść i zazdrość są nieobce nawet najbliższym przy­ja­cio­łom, którzy pewnego dnia zostaną powołani na świadków; że teksty autobiograficzne działają niekiedy jak zasłona dymna mająca odwrócić uwagę od istoty rzeczy; że przedsięwzięcie jest trudne i prawie nigdy nie dociera do sedna. Jednak to, że zadanie jest wymagające, nie oznacza, że należy je porzucić. Freud, który zachęcał do psychoanalizy filozofów, miał czelność przepisywać innym leczenie, któremu sam nie chciał się poddać! Choć może nie jako pierwszy… Freud, freudyzm i psychoanaliza nie pochodzą z cudownego objawienia, przedsięwzięcie biograficzne może – i powinno – ukazać ten fakt.

Za­bie­gi Freu­da przy­no­szą sku­tek od­wrot­ny do za­mie­rzo­ne­go. Z pre­me­dy­ta­cją za­cie­rał on ścież­ki i my­lił tro­py, two­rzył teo­rie o nie­moż­no­ści osią­gnię­cia celu, fał­szo­wał wy­ni­ki od­kryć i pod przy­kryw­ką na­uko­wo­ści upra­wiał głów­nie fik­cję li­te­rac­ką, znisz­czył ko­re­spon­den­cję, pró­bo­wał od­ku­pić naj­nie­bez­piecz­niej­sze li­sty, te, któ­re mo­gły przy­ćmić blask le­gen­dy, ale wszyst­ko to ra­zem spra­wia, że za­da­nie sta­je się tym bar­dziej in­te­re­su­ją­ce. Bio­gra­fia in­te­lek­tu­al­na Freu­da mie­sza się z bio­gra­fią in­te­lek­tu­al­ną freu­dy­zmu, któ­ra siłą rze­czy po­kry­wa się z bio­gra­fią in­te­lek­tu­al­ną psy­cho­ana­li­zy.

List Freuda do narzeczonej mówi o kłamstwie, zatajeniu i hipokryzji. To lekko tylko zawoalowane wyznanie człowieka winnego tych właśnie czynów. Legendarna wersja biografii podawana przez hagiografów z Ernestem Jonesem i jego liczącym tysiąc pięćset stron dziełem The life and work of Sig­mund Freud (Życie i twórczość Zygmunta Freuda) na czele de fac­to uniemożliwia napisanie biografii rzetelnej – wiedeński doktor zrobił wszystko, żeby narzucić własną wizję, bajkę, mit i chimery. Biografia Jonesa posłużyła jako matryca dla wielu innych, w których na wyścigi powielano pocztówki z Freudowskiej galerii.

Będę zachowywał równy dystans do hagio- i „patografii”: pierwsza z namaszczeniem podlewa czcigodny krzew, druga zaś najchętniej wyrwałaby go z korzeniami. Obierając pocztówki za punkt wyjścia, chcę pokazać, że psy­cho­ana­li­za to naj­bar­dziej roz­wi­nię­ty sen Freu­da – marzenie, konfabulacja, fantazja, kompozycja literacka, twór artystyczny, konstrukcja poetycka w etymologicznym sensie tego słowa. Spróbuję również pokazać, jak bardzo biograficzne, subiektywne i indywidualne są korzenie freudyzmu mimo aspiracji, by uczynić z niego dziedzinę uniwersalną, obiektywną, naukową. Nie występuję jednak z pozycji moralizatora przekonanego, że Freudowskie kłamstwo (obnażone) oznacza zaraz konieczność całopalenia Freuda, jego dzieł, pracy i uczniów!

Zgodnie z zasadą Spinozy: nie śmiać się, nie pła­kać, nie obu­rzać się, ale ro­zu­mieć, obieram perspektywę nietzscheańską – poza dobrem i złem. Przeprowadzam dekonstrukcję pewnego przedsięwzięcia, podobnie jak można zdekonstruować sonatę Antona Weberna, obraz Kokoschki albo sztukę teatralną Karla Krausa. Freud nie był człowiekiem nauki, nie odkrył niczego uniwersalnego, jego doktryna jest tworem egzystencjalnym skrojonym na miarę osobistych fantazji, obsesji, życia wewnętrznego nękanego i trawionego kazirodztwem. Freud jest filozofem, co stanowi wartość; on sam stanowczo wypierał się tego określenia, a czynił to z gwałtownością człowieka, który gniewną reakcją zdradza swój słaby punkt – miejsce egzystencjalnego bólu.

2. MÓWI: ZNISZCZYĆ NIETZSCHEGO

Mój pier­wot­ny cel – fi­lo­zo­fia. Gdyż tego chcia­łem na po­cząt­ku.

FREUD, list do Fliessa, 1 stycznia 1896 r.

Prze­moż­na chęć wy­zby­cia się wszel­kich bóstw i mi­strzów spra­wi­ła, że to w Nie­tz­schem Freud zo­ba­czył ko­goś, kogo na­le­ży uni­ce­stwić. Po­trak­tuj­my tę nie­zwy­kłą nie­chęć jak za­pro­sze­nie do zba­da­nia prze­wle­kłej i ostrej aler­gii. Dla­cze­go aku­rat Nie­tz­sche? Z ja­kich dzi­wacz­nych przy­czyn? Kogo i przed czym Freud chciał uchro­nić? Ja­kie spra­wy pra­gnął ukryć? Cze­mu tak za­wzię­cie ata­ko­wał fi­lo­zo­fię i fi­lo­zo­fów, do któ­rych prze­cież sam się za­li­cza? Czy ro­bił to wła­śnie po to, by ukryć, że sam jest fi­lo­zo­fem, tyl­ko fi­lo­zo­fem i ni­kim wię­cej? W rze­czy sa­mej dla czło­wie­ka tak spra­gnio­ne­go sła­wy fi­lo­zo­fia jest znacz­nie trud­niej­szą dro­gą do osią­gnię­cia świa­to­we­go roz­gło­su niż od­kry­cie na­uko­we…

Pró­bom prze­su­nię­cia psy­cho­ana­li­zy w dzie­dzi­nę le­gen­dy, ba­śni i mitu to­wa­rzy­szy gwał­tow­ne obu­rze­nie: po pierw­sze tam, gdzie wpływ z ze­wnątrz jest naj­bar­dziej oczy­wi­sty, a po dru­gie na fi­lo­zo­fa wy­gła­sza­ją­ce­go twier­dze­nie, któ­re choć moc­ne i praw­dzi­we, słusz­ne i nie­wzru­szo­ne, to jed­nak nie­zgod­ne z le­gen­dą, mia­no­wi­cie, że wszel­ka fi­lo­zo­fia jest au­to­bio­gra­ficz­nym wy­zna­niem jej au­to­ra, two­rem z cia­ła, a nie ob­ja­wie­niem ze świa­ta nad­przy­ro­dzo­ne­go. Freud kreu­je się na czło­wie­ka nie­pod­le­ga­ją­ce­go wpły­wom, po­zba­wio­ne­go bio­gra­fii i za­ko­rze­nie­nia w hi­sto­rii. Tego wy­ma­ga le­gen­da.

Nasz bohater prowadzi nieustanną walkę z filozofią i filozofami na wzór tych (od Lukiana z Samostaty przez Pascala i Montaigne’a aż po Nietzschego), którzy wpisują się w słynną tradycję drwi­ny z fi­lo­zo­fii bę­dą­cej wła­śnie fi­lo­zo­fo­wa­niem. Jeśli Freud dostał kiedyś Nagrodę Goethego zamiast upragnionego Nobla w dziedzinie medycyny, to dlatego że już za jego życia szanowne gremium stwierdziło, że jego twórczość ma więcej wspólnego z literaturą niż z medycyną!

W mitologii Freuda, pisanej pod jego dyktando, Goethe odgrywa ważną rolę – miał jakoby pchnąć go na tory kariery. Oto Freud znajduje się na życiowym zakręcie: miotają nim wątpliwości, szuka swojej ścieżki, a najbardziej ze wszystkiego pociąga go filozofia; jeszcze nie zdecydował się na karierę medyczną, którą potem określił jako nieporozumienie i drogę obraną przez pomyłkę. W tej właśnie sytuacji właściwy kurs ukazuje mu Goethe. W Moim ży­ciu i psy­cho­ana­li­zie Freud stwierdził, że publiczna lektura rozprawy niemieckiego poety zatytułowanej Na­tu­ra przekonała go do podjęcia studiów medycznych. Można by chyba znaleźć mniej literacki impuls do rozpoczęcia kariery naukowej!

W 1914 roku w pracy Zur Ge­schich­te der psy­cho­ana­ly­ti­schen Be­we­gung (O historii ruchu psychoanalitycznego) Freud przyznał, że owszem, czytał Schopenhauera, ale jego własna teoria wyparcia nie ma nic wspólnego z dziełem Świat jako wola i przed­sta­wie­nie, nawet jeśli zawarta w tym dziele koncepcja przedstawia się tak samo i jest o pół wieku wcześniejsza! Ponadto ten, kto przebrnął przez tysiąc stron Fi­lo­zo­fii nie­świa­do­me­go Eduarda von Hartmanna, może wskazać wiele zbieżności między Freudem a tym niemieckim filozofem, także schopenhauerystą, zwłaszcza w kontekście centralnego zagadnienia determinizmu nieświadomości. Freud zapewniał, że sam, bez niczyjej pomocy, stworzył teorię wyparcia. Potem bardzo się ucieszył, że Schopenhauer potwierdził jego koncepcję.

Re­la­cja Freu­da z Nie­tz­schem ma cha­rak­ter bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny i – praw­dę rze­kł­szy – jest dość neu­ro­tycz­na. We wspo­mnia­nej pra­cy Freud wy­zna­je: „Od­ma­wiam so­bie czer­pa­nia naj­wyż­szej przy­jem­no­ści z dzieł Nie­tz­sche­go, co wy­ni­ka ze świa­do­me­go pra­gnie­nia, żeby w do­cho­dze­niu do za­ło­żeń psy­cho­ana­li­zy nie prze­szka­dza­ły mi żad­ne spo­dzie­wa­ne re­pre­zen­ta­cje”. Oso­bli­we wy­zna­nie! Z ja­kich po­wo­dów od­ma­wiać so­bie przy­jem­no­ści, sko­ro ceni się ją tak wy­so­ko? Po co od­no­sić się do świa­do­mej mo­ty­wa­cji, sko­ro wszyst­ko ma być z za­sa­dy opar­te na nie­świa­do­mo­ści? Czym uspra­wie­dli­wić odej­ście od wła­snej me­to­dy? Cze­mu wresz­cie nie spy­tać wła­snej nie­świa­do­mo­ści, co są­dzi o tym nie­ty­po­wym wy­rze­cze­niu? Co się kry­je pod nie­ja­snym po­ję­ciem „spo­dzie­wa­nych re­pre­zen­ta­cji”?

Freud czy­tał za­tem Scho­pen­hau­era, ale nig­dy nie uległ wpły­wom jego teo­rii, cho­ciaż nie­któ­re są po­dob­ne do jego wła­snych; i jesz­cze nie czy­tał Nie­tz­sche­go, żeby unik­nąć jego wpły­wu! Tyl­ko jak moż­na prze­wi­dzieć ry­zy­ko wpły­wu, je­śli się nie na­bra­ło wcze­śniej pew­no­ści, że tezy się po­kry­wa­ją? Na próż­no wie­deń­ski dok­tor si­lił się na te umy­sło­we akro­ba­cje, gdyż każ­dy czy­tel­nik choć tro­chę obe­zna­ny z fi­lo­zo­fią przy­zna, że freu­dyzm jest oso­bli­wą od­ro­ślą nie­tz­sche­ani­zmu.

Freud znał Nie­tz­sche­go i na­wet je­śli go nie czy­tał, to dużo o nim roz­ma­wiał z ludź­mi, któ­rzy ze­tknę­li się z fi­lo­zo­fem oso­bi­ście, przy oka­zji jego prze­cha­dzek dro­gą z Eze nie­opo­dal Ni­cei. Pod­czas na­uki na uni­wer­sy­te­cie, czy­li w la­tach 1873–1881, Freud usły­szał o Nie­tz­schem na kur­sie fi­lo­zo­fii u Bren­ta­na. W jed­nym z li­stów po­in­for­mo­wał Flies­sa, że ku­pił dzie­ła fi­lo­zo­fa. Jak­że dziw­ne: na­być książ­ki ja­kie­goś fi­lo­zo­fa i nie czy­tać ich, żeby unik­nąć jego wpły­wu! Pi­sał do przy­ja­cie­la: „Mam na­dzie­ję zna­leźć u nie­go sło­wa na okre­śle­nie wie­lu rze­czy, któ­re we mnie po­zo­sta­ją nie­me, ale jesz­cze go nie otwo­rzy­łem. Na ra­zie je­stem zbyt le­ni­wy” (1 stycz­nia 1900 roku). Otóż o Freu­dzie moż­na po­wie­dzieć wszyst­ko, tyl­ko nie to, że był le­ni­wy…

Dwudziestego ósmego czerwca 1931 roku, gdy już zasadniczą część swojego dzieła miał za sobą, napisał do Lothara Bickela: „Odmówiłem sobie studiów nad Nietzschem, chociaż – a nie dlatego że – istniała szansa, że odnajdę u niego przeczucia, na które psychoanaliza znajduje dowody”. Zapamiętajmy tę naukę: filozof ma prze­czu­cia, a psychoanalityk – do­wo­dy. Tak właśnie przedstawia się linia ataku przyjęta przez Freuda w krytyce wszelkiego rodzaju filozofii. W tym małym światku, który jego, lekarza, nie obchodził, ludzie poruszają się w obszarze idei, coś postulują, twierdzą bez poparcia dowodów, wnoszą, tworzą koncepcje, nie troszcząc się o ich związek z rzeczywistością. Natomiast psychoanaliza postępuje inaczej: po okresie obserwacji, badania, systematyzacji przypadków, dedukcji naukowej podaje prawdy niepodważalne.

Zda­niem czło­wie­ka od ko­zet­ki hi­sto­ria ludz­ko­ści po­twier­dza za­tem, że Nie­tz­sche miał je­dy­nie prze­czu­cia, a Freud po­ru­szał się już w świe­cie na­uko­wym, w któ­rym wszyst­ko zo­sta­ło udo­wod­nio­ne. Zo­ba­czy­my, że nie ma gor­sze­go fi­lo­zo­fa niż ten, któ­ry wy­pie­ra się tego mia­na i uwa­ża za na­ukow­ca, a żeby wie­rzyć we wła­sne kłam­stwo, musi fał­szo­wać wy­ni­ki ba­dań, wy­my­ślać wnio­ski i po­da­wać za­wy­żo­ną licz­bę rze­ko­mych przy­pad­ków po­trzeb­nych do two­rze­nia hi­po­te­tycz­nych prawd, któ­re póź­niej zde­ma­sku­je rze­czy­wi­stość. Nie roz­pę­dzaj­my się jed­nak, na­sze ba­da­nie do­pie­ro się za­czy­na…

Zestawienie biografii Nietzschego i Freuda może dostarczyć cennych informacji o obu współczesnych sobie myślicielach. Nietzsche był o dwanaście lat starszy, ale nie miało to większego znaczenia, gdy już obaj znaleźli się na filozoficznej scenie. Nietzsche publikuje swój pierwszy tekst, Na­ro­dzi­ny tra­ge­dii, czy­li hel­le­nizm i pe­sy­mizm (1871); Freud chodzi do liceum. Nietzsche wydaje Nie­wcze­sne roz­wa­ża­nia; Freud zaczyna studia medyczne. Nietzsche kończy tekst o Wagnerze; Freud pracuje w Trieście nad życiem seksualnym węgorzy. Breuer opowiada Freudowi o przypadku Anny O.; ukazują się Wie­dza ra­do­snaTako rze­cze Za­ra­tu­stra; Freud uczęszcza na wykłady Charcota. W niedzielę wielkanocną (!) 1886 roku Freud otwiera gabinet w Wiedniu; do księgarń trafia Poza do­brem i złem. Trzeciego stycznia 1889 roku na turyńskiej ulicy Nietzsche mdleje u kopyt konia i na dziesięć lat pogrąża się w szaleństwie; w tym samym roku Freud doskonali u Bernheima w Nancy swoją (dość kiepską) technikę hipnozy. Ostatnie dziesięć lat życia upływa Nietzschemu w prostracji i milczeniu pod opieką matki, a potem siostry, które zawładnęły nim, żeby wykoślawić jego dzieło oraz myśl i pchnąć w objęcia narodowego socjalizmu. W czasie tych dziesięciu lat śmierci za życia filozofa Freud wydaje teksty o paraliżu histerycznym, afazji, seksualnej etiologii histerii, a więc o zagadnieniach przydatnych do badania przypadku Nietzschego.

A potem mamy ciąg dat symbolicznych. Nietzsche umiera u progu nowego wieku, 25 sierpnia przełomowego roku 1900. W tym też roku ukazuje się Ob­ja­śnia­nie ma­rzeń sen­nych –formalnie, bo dzieło ma opóźnioną datą wydania. Do księgarń trafiło nieco wcześniej, w październiku 1899 roku, ale Freud zażyczył sobie, by nosiło okrągłą, inauguracyjną datę; miało to nadać głębszy sens publikacji. Freud wierzył, że dzięki niej fortuna – w każdym sensie tego słowa – będzie dla niego łaskawa. Nakład wyniósł 600 egzemplarzy, z czego 123 rozeszły się w ciągu pierwszych sześciu lat, a całość zniknęła z półek dopiero po ośmiu. Śmierć Nietzschego, narodziny nietzscheanizmu, nadejście freudyzmu…

Dziesięć lat szaleństwa Nietzschego to czas panowania niezwykłej mody, której Freud nie mógł uniknąć: budowa willi Silberblick i stworzenie w niej archiwum Nietzschego, ukazanie się biografii autorstwa siostry filozofa, reedycja dzieł w formie bardziej dostępnych zbiorów, publikacja książki Lou Salomé, która w jednej perspektywie umieściła życie i twórczość, obecność filozofa w kulturze europejskiej. Ponadto Gustav Mahler i Richard Strauss komponują muzykę na podstawie Za­ra­tu­stry, ludzie zjeżdżają się zewsząd, żeby odwiedzić dom filozofa, a siostra tworzy rytualną scenografię tych odwiedzin. Tak jak kiedyś panowała moda na Schopenhauera, tak teraz nastała moda na Nietzschego, mania końca wieku. Jak Freud miałby nie dać się porwać tej histerii o filozoficznym podłożu?

Filozof od zaledwie ośmiu lat spoczywał na cmentarzu w Röcken, a już Wiedeńskie Stowarzyszenie Psychoanalityczne swoje posiedzenie z 1 kwietnia 1908 roku poświęciło zagadnieniu: „Nietzsche: Co zna­czą ide­ały asce­tycz­ne? Rozprawa trzecia w dziele Z ge­ne­alo­gii mo­ral­no­ści”. Jeśli nawet Freud rozprawy nie czytał, w żadnym razie nie mógł utrzymywać, że nie znał jej tez, zwłaszcza tych, które tak ważną rolę odegrały w jego teorii o cywilizacji powstałej w wyniku stłumienia instynktów… Oto, jak można znać coś, nie poznawszy, wiedzieć i nie wiedzieć jednocześnie, mieć do dyspozycji nietzscheańskie idee, nie przeczytawszy ani linijki tekstów filozofa. O ile w ogóle dać wiarę dziwacznej deklaracji o zakupie książek po to, by do nich w ogóle nie zaglądać.

Po przeczytaniu fragmentu Z ge­ne­alo­gii mo­ral­no­ści prelegent wyłożył swoją tezę, mianowicie że: „System filozoficzny tworzy się z wewnętrznego impulsu i nie różni w sposób znaczny od dzieła sztuki”. To zdanie o Nietzschem jest… nietzscheańskie! W rzeczywistości to samo mówi filozof we wstępie do Wie­dzy ra­do­snej czy na stronach poświęconych kłamstwom filozofów w Poza do­brem i złem, gdzie uderza młotem w kryształ tezy o niebiańskim pochodzeniu idei, by następnie ukuć twierdzenie, że każda myśl pochodzi z ciała.

Re­fe­ren­tem był Hit­sch­mann, któ­ry za­zna­czył, że o bio­gra­fii fi­lo­zo­fa wie­my nie­wie­le. Pod­kre­ślił jed­nak pew­ne fak­ty: dzie­ciń­stwo bez ojca; edu­ka­cja w oto­cze­niu ko­biet; bar­dzo wcze­sna tro­ska o za­gad­nie­nia mo­ral­ne; upodo­ba­nie w ogól­nie po­ję­tej an­tycz­no­ści, zwłasz­cza w fi­lo­lo­gii; sil­na skłon­ność do przy­jaź­ni mię­dzy męż­czy­zna­mi na spo­sób rzym­ski, co w śro­do­wi­sku psy­cho­ana­li­ty­ków za­wsze sko­rych do pa­trze­nia na wszyst­ko przez pry­zmat sek­su­al­no­ści nie­chyb­nie mu­sia­ło ozna­czać skłon­ność do „in­wer­sji”…

Hitschmann zwrócił równocześnie uwagę na kontrast między smutnym i tragicznym życiem filozofa a postulatem radości zawartym w jego dziełach; mówił o sprzeczności, jaka miałaby istnieć między pochwałą okrucieństwa w książkach a zachowaniem pełnym sympatii i empatii, jak o tym zaświadczali wszyscy obserwatorzy, którzy zbliżyli się do Nietzschego; o jego patologicznym stosunku do pisania, który miałby potwierdzać fakt stworzenia Z ge­ne­alo­gii mo­ral­no­ści w ciągu zaledwie ośmiu dni. Dalej wygłosił pobieżne uwagi o winie, dobru, poczuciu winy, ideale ascetycznym i innych odkopanych później w analizie freudowskiej sprawach.

Re­fe­rent za­uwa­żył też rzecz na­stę­pu­ją­cą: Nie­tz­sche nie był świa­dom, że jego dzie­ło wy­wo­dzi się z nie­zre­ali­zo­wa­nych pra­gnień. A kon­kret­nie: gdy­by pro­wa­dził nor­mal­ne ży­cie sek­su­al­ne, praw­do­po­dob­nie nie cho­dził­by do do­mów pu­blicz­nych i – co za tym idzie – nie tru­dził­by się oba­la­niem na pi­śmie lo­gicz­nych za­ło­żeń ide­ału asce­tycz­ne­go… Wpraw­dzie nie wy­po­wie­dział się bez­po­śred­nio na ten bli­ski mu te­mat, ale nie omiesz­kał prze­ka­zać w for­mie teo­re­tycz­nej spo­strze­że­nia, że fi­lo­zof pro­wa­dzi sys­te­ma­tycz­ną ana­li­zę wła­snych sił i sła­bo­ści, na­mięt­no­ści i in­stynk­tów, bra­ków i nad­dat­ków… Hit­sch­mann za­koń­czył na „pa­ra­li­żu”, któ­ry nie po­zwo­lił Nie­tz­sche­mu do­pro­wa­dzić pra­cy do koń­ca…

Po re­fe­ra­cie na­stą­pi­ła dys­ku­sja. Wbrew po­wszech­ne­mu prze­ko­na­niu psy­cho­ana­li­ty­cy wca­le nie na­wo­ły­wa­li do wol­no­ści sek­su­al­nej ani do re­wo­lu­cji na grun­cie oby­cza­jo­wym. Freud się nie wy­chy­lał. Ho­mo­sek­su­al­ność, zbo­cze­nie, oswo­bo­dzo­ne li­bi­do, na­wet ma­stur­ba­cja – oto te­ma­ty, w któ­rych pod przy­kryw­ką za­wo­do­we­go żar­go­nu moż­na od­na­leźć za­trwa­ża­ją­cy miesz­czań­ski kon­for­mizm. We­dług jed­ne­go z uczest­ni­ków spo­tka­nia Nie­tz­sche był „ob­cią­żo­ny” – wy­god­ne okre­śle­nie, któ­re po­zwa­la­ło od­su­nąć na bok fi­lo­zo­fa i jego myśl i sku­pić się na aspek­cie pa­to­lo­gicz­nym. Dia­gno­za brzmia­ła: hi­ste­ria, i spra­wa za­ła­twio­na. Bez ja­kie­go­kol­wiek do­wo­du zgro­ma­dze­nie prze­są­dzi­ło o mo­ty­wa­cji ho­mo­sek­su­al­nej! Zda­niem in­ne­go dys­ku­tan­ta Nie­tz­sche nie był fi­lo­zo­fem, tyl­ko co naj­wy­żej mo­ra­li­stą w du­chu fran­cu­skich mi­strzów, ta­kich jak Ro­che­fo­ucauld albo Cham­fort.

Głos zabrał Adler, który stwierdził: „Nietzsche jest najbliższy naszemu sposobowi myślenia”. Przyszły serdeczny wróg Freuda odważył się nakreślić linię wiodącą od Schopenhauera przez Nietzschego do Freuda… Według Adlera na długo przed powstaniem metody psychoanalitycznej Nietzsche odkrył to, do czego pacjent dochodzi w miarę postępów terapii. W dodatku autor Z ge­ne­alo­gii mo­ral­no­ści dostrzegał związek przyczynowo-skutkowy między stłumieniem libido a wytworami cywilizacji, takimi jak sztuka, religia, obyczaj czy kultura. Wiele jeszcze wody miało upłynąć do publikacji Kul­tu­ry jako źró­dła cier­pień albo Przy­szło­ści pew­ne­go złu­dze­nia, tymczasem Adler już trafił w czuły punkt.

Krop­kę nad i po­sta­wił Fe­dern: „Nie­tz­sche jest tak bli­sko na­szych idei, że po­zo­sta­je je­dy­nie za­sta­no­wić się, czy w ogó­le coś mu umknę­ło”. Da­lej po­peł­nił naj­cięż­szą zbrod­nię prze­ciw Freu­do­wi: „In­tu­icyj­nie an­ty­cy­po­wał nie­któ­re idee Freu­da; jako pierw­szy od­krył zna­cze­nie od­re­ago­wa­nia, wy­par­cia, uciecz­ki w cho­ro­bę, nor­mal­nych i sa­dy­stycz­nych po­pę­dów sek­su­al­nych”. Wy­bacz­cie, że tyl­ko tyle! Przy­najm­niej ten je­den raz rzecz zo­sta­ła na­zwa­na po imie­niu, i to w obec­no­ści mi­strza, któ­ry cały czas za­cho­wy­wał mil­cze­nie. Dla jed­nych sza­lo­ny, dla in­nych pre­kur­sor Freu­da. Trze­ba do­ko­nać wy­bo­ru. Chy­ba że te per­spek­ty­wy na­wza­jem się nie wy­klu­cza­ją, co tak­że na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć…

Freud zabrał głos. Tłumaczył, że zrezygnował ze studiowania filozofii przez an­ty­pa­tię – to jego słowa – do jej abstrakcyjnego charakteru… Ktokolwiek przeczyta Métap­sy­cho­lo­gie albo Poza za­sa­dą przy­jem­no­ści słusznie uzna, że (psychoanalityczny) kocioł przyganiał (filozoficznemu) garnkowi… Freud przyznał się wobec zgromadzonych, że nie zna Nietzschego: „Zdarzało się, że miał pokusę, by po niego sięgnąć, ale tłumiło ją nadmierne zainteresowanie”, donosi redaktor biuletynu „Protokolle der Wiener Psychoanalytischen Vereinigung Band” (Protokoły ze spotkań Wiedeńskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego). Nowy freudowski sofizmat: nie interesować się z powodu nadmiaru zainteresowania…

Rzecz jasna Freud odpowiedział też tym – w pierwszej kolejności Adlerowi – którzy mieli czelność uwierzyć, że istnieją jacyś jego poprzednicy i że to od nich zaczerpnął idee potrzebne do stworzenia własnego projektu. Wytyczne ontologiczne pozostały niezmienne: Freud do wszystkiego doszedł wyłącznie dzięki własnemu geniuszowi, dostąpił łaski, nic – ani nikt – nie miało na niego wpływu. Sekretarz Stowarzyszenia zanotował: „Freud może zapewnić [sic], że idee Nietzschego nie miały żadnego wpływu na jego prace”. Skoro może za­pew­nić, nikt nie będzie na tyle bezczelny, by domagać się dowodów.

Rank, inny słyn­ny psy­cho­ana­li­tyk, roz­wo­dził się nad stłu­mio­nym po­pę­dem sa­do­ma­so­chi­stycz­nym u Nie­tz­sche­go i nad rolą owe­go po­pę­du w po­wsta­niu fi­lo­zo­fii okru­cień­stwa. Z ko­lei Ste­kel, twór­ca okre­śle­nia „ko­bie­ta ozię­bła”, roz­wi­nął tezę, któ­ra po­win­na wy­wo­łać wy­buch nie­po­wstrzy­ma­ne­go śmie­chu, ale za­miast tego – jako że po­wa­ga jest w krę­gach psy­cho­ana­li­ty­ków cno­tą naj­pow­szech­niej­szą – tra­fi­ła słu­cha­czom do prze­ko­na­nia. Ten czło­wiek rze­czy­wi­ście był „skłon­ny uznać za coś na kształt wy­zna­nia fakt, że Nie­tz­sche jest go­tów od­dać się za zia­ren­ka chmie­lu i kam­fo­rę”. Gdzie to mówi? Nie wia­do­mo. W ja­kich oko­licz­no­ściach? Też nie wia­do­mo. Czy­tel­nik nie może oce­nić dia­gno­zy Ste­ke­la, gdyż nig­dzie w pi­smach Nie­tz­sche­go nie na­po­tka wzmian­ki o zia­ren­kach chmie­lu…

Ponieważ zgromadzenie najwyraźniej nie poczyniło postępu w analizie przypadku Nietzschego, filozofowi poświęcono kolejną sesję, która odbyła się 28 października tego samego roku. W menu przewidziano Ecce Homo – wyborna zwierzyna dla tego bractwa. W roli referenta wystąpił Häutler, który wysunął następującą tezę: książka Nietzschego to wymarzony autoportret – co brzmi prawie jak pleonazm… By przypodobać się Mistrzowi – rzecznikowi tezy o tym, że brak poprawy stanu zdrowia wiąże się z korzyścią płynącą z choroby – Häutler stwierdził, że Nietzsche nie chciał wyzdrowieć, gdyż wiedział, że choroba służy mu za impuls do refleksji.

Rozpoczęła się zdumiewająca dyskusja, rządząca się logiką zbiorowej halucynacji w najczystszej formie. Toczyła się po torach sofizmatu, wedle którego Freud słusznie wyparł się wszelkiego skażenia myślą Nietzschego. Oto paralogizm wygłoszony przez Häutlera: „Nietzsche, nie znając teorii Freuda, przeczuł [sic] i przewidział wiele spraw, takich jak: znaczenie zapomnienia, zdolności zapominania, koncepcja choroby jako nadmiernego odczuwania życia etc.”. Pomińmy „etc.” i skupmy się na nadużyciu: Freud prekursorem Nietzschego!

Bo bez względu na chronologię, a wręcz w wyniku przestawienia porządku Freud okazuje się prekursorem Nietzschego! Nie znać Freuda, ale prze­czuć wie­le spraw – coś takiego wymaga niezwykłej giętkości umysłu! Gdyby bowiem Nietzsche, zanim pogrążył się w szaleństwie, miał czytać Freuda, byłyby to co najwyżej dwa albo trzy artykuły o gonadach węgorzy, neuronach raków albo układzie nerwowym ryb – nic, co mogłoby zawierać choćby cień teorii zapominania, nie wspominając już o „etc.”… Oto zatem wbrew elementarnej logice Freud przed­nietz­sche­ań­ski, gdy tymczasem zdrowy rozsądek wskazywałby raczej po prostu na Freu­da nie­tz­sche­ań­skie­go.

Żeby zabić Ojca, którym jest Nietzsche, można go zignorować, zbagatelizować fakt jego istnienia, udawać, że się go nie zna, albo jeszcze gorzej: głosić, że to człowiek całkowicie obojętny, nie miał dla nas żadnego znaczenia. Można też zamordować go symbolicznie poprzez oczerniającą, podstępnie moralizatorską lekturę. Nietzsche staje się wówczas homoseksualistą, dewiantem, bywalcem męskich burdeli, w których nabawił się syfilisu. Brak dowodów na potwierdzenie tych skłonności u filozofa? Wystarczy puścić w obieg kolejny sofizmat: jeśli nic nie wskazuje na inwersję seksualną, to dlatego że została wyparta, jest więc tym bardziej obecna i wywiera tym silniejszy wpływ. W imię zasady: „Jest homoseksualistą, ale zdaje się nim nie być, a to znaczy, że wyparł go i rozmiar owego wyparcia sprawia, że homoseksualizm tym mocniej go dotyka”. Zgodnie z taką dialektyką wszyscy są skazani, nikt się nie wymknie… Wniosek: „Pewna anomalia seksualna jest pewna [sic]”, jak donosi sekretarz. Dowody? Przesłanka większa: Ecce Homo świadczy o ewidentnym narcyzmie; przesłanka mniejsza: narcyzm stanowi jasny objaw homoseksualizmu; wniosek: Nietzsche jest homoseksualistą.

A ho­mo­sek­su­alizm jest zbo­cze­niem… Nie­tz­sche zbo­cze­niec, Nie­tz­sche pła­cą­cy męż­czy­znom w spe­lu­nie, gdzie zła­pał kręt­ka bla­de­go, Nie­tz­sche de­wiant, Nie­tz­sche cier­pią­cy z po­wo­du sek­su­al­nej aber­ra­cji, Nie­tz­sche pa­ra­li­tyk, Nie­tz­sche hi­ste­ryk, Nie­tz­sche od­rzu­ca­ją­cy ko­bie­ty, Nie­tz­sche nar­cy­stycz­ny. Jak taki po­twór mógł­by wy­wrzeć naj­mniej­szy choć­by wpływ na Freu­da?

In cau­da ve­ne­num – ostateczny cios Freud zadał w sposób z pozoru uroczy: mimo wszystko Nietzsche osiągnął rzadko spotykany, jeśli nie najwyższy, poziom introspekcji. W każdym razie nikt jeszcze tak daleko nie dotarł (Czy Freud czytał Augustyna? Albo Montaigne’a? A Rousseau?). Byłby to gest, który miał ocalić sytuację? Nie liczmy na to. Otóż Freud oświadczył, że Nietzsche odkrył jedynie prawdy jednostkowe, indywidualne, które odnoszą się wyłącznie do samego filozofa. Innymi słowy, Nietzsche nie powiedział nic ciekawego. Natomiast on, Freud, objawił prawdy uniwersalne.

Dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego września 1911 roku w Weimarze zebrał się kongres psychoanalityków. Dwóch z nich: Sachs i Jones, złożyło wizytę siostrze Nietzschego. Freud nie sprzeciwiał się tej pielgrzymce do Elżbiety Förster-Nietzsche, choć sam nie udał się do willi Silberblick… Tak więc dwóch apostołów freudyzmu odwiedziło jedną z największych fałszerek wszech czasów! Ta kobieta uczyniła w istocie wszystko, żeby pchnąć brata w objęcia narodowego socjalizmu. Uciekła się w tym celu do fałszerstwa, kłamstwa i niegodziwości takiej jak wydanie Woli mocy – oszustwa w najczystszej formie, mającego stworzyć legendę Nietzschego antysemity, podżegacza wojennego, pruskiego nacjonalisty, wielbiącego okrucieństwo, przemoc i brak litości zwolennika pangermanizmu. Był to w gruncie rzeczy jej własny portret…

Oto ko­bie­ta, u któ­rej stóp freu­dy­ści przy apro­ba­cie sa­me­go Freu­da zło­ży­li ka­dzi­dło i mir­rę. Er­nest Jo­nes przy­niósł sło­wo od kon­gre­su. Przy­znał, że mię­dzy Freu­dem a Nie­tz­schem ist­nie­je bli­skość in­te­lek­tu­al­na. Czyż­by mia­ło dojść do zgo­dy? Czyż­by Freud osta­tecz­nie roz­wią­zał pro­blem swo­je­go fi­lo­zo­ficz­ne­go ojca, czyż­by uznał jego oj­co­stwo? W cza­sie, gdy skła­da­no świę­te cia­ło psy­cho­ana­li­zy przed sio­strą fi­lo­zo­fa, któ­ra umoż­li­wi­ła tę po­kracz­ną ce­re­mo­nię, Freud spo­tkał w We­ima­rze Lou Sa­lo­mé – fan­ta­stycz­ne od­kry­cie fi­lo­zo­fa, au­tor­kę pierw­szej rze­tel­nej książ­ki wska­zu­ją­cej na au­to­bio­gra­ficz­ny i eg­zy­sten­cjal­ny cha­rak­ter twór­czo­ści Nie­tz­sche­go, a za­ra­zem za­przy­się­żo­ną prze­ciw­nicz­kę Elż­bie­ty, któ­rą tam­ta z róż­nych przy­czyn, mię­dzy in­ny­mi z po­wo­du ży­dow­skich ko­rze­ni li­ber­tyń­skiej lu­te­ran­ki od­po­wie­dzial­nej za za­cią­gnię­cie bra­ta nad (uro­jo­ną) prze­paść roz­pa­sa­nia oby­cza­jów, da­rzy­ła śmier­tel­ną nie­na­wi­ścią.

Schur i Jo­nes za­pew­nia­ją o in­te­lek­tu­al­nym po­kre­wień­stwie Nie­tz­sche­go i Freu­da, co ma wiel­kie zna­cze­nie w od­nie­sie­niu do czło­wie­ka, któ­ry tyle uczy­nił, by do­wieść rze­czy prze­ciw­nej. Nie wia­do­mo, co Freud my­ślał o tej ini­cja­ty­wie, czy do niej na­ma­wiał, przy­stał na nią, co o niej wie­dział, cze­go się po niej spo­dzie­wał, czym na­praw­dę się kie­ro­wał, na czym po­le­ga­ła jego stra­te­gia. Trud­no bo­wiem so­bie wy­obra­zić, żeby po­dob­ne wy­zna­nie nie było po­par­te mo­ty­wa­cją wy­star­cza­ją­cą dla uspra­wie­dli­wie­nia ta­kie­go hoł­du in­te­lek­tu­al­ne­go. Za­gad­ka…

Elż­bie­ta För­ster – no­to­rycz­na hi­ste­rycz­ka, an­ty­se­mit­ka pierw­szej wody, ko­bie­ta za­kła­ma­na i nie­go­dzi­wa – mu­sia­ła być zdzi­wio­na hoł­dem, jaki przy­szli jej zło­żyć przed­sta­wi­cie­le tej ży­dow­skiej idei, któ­ra w jej oczach mo­gła ucho­dzić za szczyt mo­ral­nej i in­te­lek­tu­al­nej nie­pra­wo­ści! Freud ze swo­jej stro­ny uwa­żał nad­re­pre­zen­ta­cję Ży­dów w psy­cho­ana­li­zie za kło­pot i wraz z Jun­giem chciał zna­leźć „aryj­skie” (sam użył tego sło­wa) wspar­cie dla no­wej dzie­dzi­ny wie­dzy, któ­ra mia­ła się roz­prze­strze­nić na cały świat. Czy wi­zy­ta u Elż­bie­ty För­ster była ele­men­tem tego pla­nu? Tego nie wie nikt…

Pod koniec życia, doczekawszy się światowego uznania, Freud napisał w liście do Arnolda Zweiga (11 maja 1934 roku): „Za czasów mojej młodości [Nietzsche] uosabiał dla mnie tego rodzaju szlachetność, która znajdowała się całkowicie poza moim zasięgiem. Jednemu z moich znajomych, doktorowi Panethowi, udało się nawiązać z nim kontakt w Engadynie i zwykł pisać mi na jego temat mnóstwo rzeczy”. Co kryje się pod sformułowaniem „mnóstwo rzeczy”? Prawdopodobnie to, czym wówczas Nietzsche się zajmował: przewartościowanie wartości, utożsamienie ciała z wielkim rozumem, To (główna idea drugiej topiki Freuda) jako instancja determinującą świadomość, władcza natura woli mocy, krytyka dominującej moralności judeochrześcijańskiej i jej roli w wywoływaniu powszechnego wówczas poczucia niepewności i seksualnej mierności; niewykluczone, że była też mowa o tezach Z ge­ne­alo­gii mo­ral­no­ści na temat winy i jej poczucia, złej woli i innych spraw, które w nieco przerobionej postaci znalazły się we Freudowskich analizach.

Ten sam Ar­nold Zwe­ig po­dzie­lił się z Freu­dem za­mia­rem na­pi­sa­nia tek­stu o upad­ku Nie­tz­sche­go. Do­łą­czył brud­no­pis z proś­bą o opi­nię. W od­po­wie­dzi Freud za­czął na­ma­wiać go, żeby po­rzu­cił ten pro­jekt. Na­wią­zu­jąc do tego, Er­nest Jo­nes stwier­dził, że Freud do­ra­dził Zwe­igo­wi, by zre­zy­gno­wał, „cho­ciaż przy­zna­wał, że nie po­tra­fi po­wie­dzieć, z ja­kich po­wo­dów”. Moż­na so­bie wy­obra­zić, że słyn­na szla­chet­ność Nie­tz­sche­go była dla mło­de­go Freu­da tym, czym wi­no­gro­na dla lisa z baj­ki La Fon­ta­ine’a. Nie mo­gąc do­się­gnąć wi­no­gron, lis od­wró­cił się od nich pod pre­tek­stem, że są zbyt zie­lo­ne… Czy Nie­tz­sche ucie­le­śniał ide­ał Ja zbyt wy­gó­ro­wa­ny dla ucznia nie­zdol­ne­go osią­gnąć ten sam po­ziom, ucznia, któ­ry uległ sła­bo­ści i znisz­czył to, co ko­cha? Kusi mnie ta hi­po­te­za…