swiatebookow

Zachłanni

Magdalena Żelazowska,

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować. Tytułowi „zachłanni...

Sortuj:
Żywoty świętych Pańskich

Żywoty świętych Pańskich

Zobacz na swiatebookow.pl

21,60 zł

Autor: Ks. Władysław Hozakowski

Kategoria: religia

Wydawnictwo: Armoryka

ISBN: 978-83-7950-264-6

Format: EPUB,MOBI

Tagi:


Żywoty świętych Pańskich. Na podstawie kalendarza kościelnego z uwzględnieniem dzieła ks. Piotra Skargi T.J. oraz innych opracowań i źródeł na wszystkie dni całego roku ułożył: Ks. Władysław Hozakowski. „Żywoty świętych to element hagiografii, na który składają się zarówno pisma zawierające anegdoty, elementy narracji, jak i wartościowe opracowania biografistyki. Żywotopisarstwo łączy w sobie biografie świętych (Vitae), opisy ich męczeństwa (Acta martyrum, Passiones), informacje o działalności (Exempla) i pośmiertnym kulcie (vita poshuma). Od czasu pierwszych wyznawców żywoty zawierały informacje o cudach, które uwierzytelniały kult, dowodząc, że święty stał się przyjacielem Boga. Przykładami takiego ujęcia były pisma Atanazego, Hieronima, Sulpicjusza Sewera, a później Grzegorza Wielkiego i Grzegorza z Tours.” (http://pl.wikipedia.org/wiki/Żywoty_świętych)

STYCZEŃ

Dnia 1. stycznia

 

Uroczystość Imienia Jezus. (Przypada na II. niedzielę po 3 Królach)

 

Uroczystość dzisiejsza poświęcona jest czci Najświętszego Imienia JEZUS. Imię to najświętsze i wymaga największego poszanowania. Święte, bo imię samego Boga-Człowieka, który niebo opuścił, ciało ludzkie wziął i zstąpił na ziemię dla naszego zbawienia. Jest to więc imię samego Boga. Jezus znaczy tyle co Bóg-Odkupiciel, Zbawiciel. W tym Imieniu więc zawarty jest cały ogrom miłości i poświęcenia Chrystusa dla ludzkości. W nim zawarte są wszystkie słowa i uczynki, modlitwy i umartwienia, jakie Syn Boży ponosił dla nas. Ono przypomina nam pot i krew najświętszą, rany i boleści, męki i krzyż Zbawiciela. Wszystko, co Syn Boży uczynił dla nas od żłóbka do grobu przypominamy sobie i staje nam przed oczami duszy, kiedy wymawiamy to najsłodsze Imię Jezus. 

Jezus to imię najświętsze, bo przez samego Boga w wieczności nadane jest Synowi Bożemu: ˝Nazwane jest imię Jego Jezus, które było nazwane od anioła, pierwej, niźli się w żywocie poczęło˝ (Łukasz 2, 21). Kiedy zbliżał się czas odkupienia ludzkości, sam Bóg Ojciec posłał do Panienki, którą od wieków wybrał na matkę Swego Syna, Archanioła Swego Gabryela i rzekł przez usta posłańca Swego do Maryi: ˝Oto poczniesz w żywocie i porodzisz syna, a nazwiesz imię Jego Jezus.˝ (Łuk. 1, 31.) 

Wielkie to imię dla niezgłębionego znaczenia swego, wielkie, bo przez Boga samego dane. Lecz jak wielkie tak również potężne i mocne w działalności Swej. Święty Paweł mówi, że na Jego wezwanie wszelkie się zgina kolano, niebieskie, ziemskie, i podziemne. Sam Zbawiciel zapewnia nas, że: ˝Jeźli o co prosić będziecie Ojca w imię moje, da wam˝ (św. Jan 16, 23). ˝W imię moje, mówi Zbawiciel (św. Marek 16,17,18), czarty będą wyrzucać, nowemi językami będą mówić, węże brać będą, i choćby co śmiertelnego pili, szkodzić im nie będzie.˝ Mocą tego Imienia leczyli Apostołowie chorych i liczne cuda czynili, jak nam opowiadają dzieje apostolskie. 

Dzieci tego świata zwykłe obchodzić dzień Imienin swych, poświęcając czci własnego imienia czas i zabawę. Kiedy zbliży się dzień imienia ojca lub matki spieszą dobre dzieci, by obchodzić ten dzień wspólnem świętem familijnem, by przez to dać dowód wdzięczności i miłości ku rodzicom i przypomnieć sobie ich dobrodziejstwa. To też słuszną i godziwą rzeczą było, by Kościół Boży ustanowił dzień uroczysty, w którymby obchodził pamiątkę Imienia najlepszego Ojca, w którymby w szczególny sposób dał wyraz najgłębszego szacunku, jaki się należy temu najświętszemu i najdoskonalszemu Imieniu Jezus. 

Przez kilka wieków łączył Kościół Boży uroczystość Imienia Jezus z uroczystością Obrzezania Pańskiego. Tak było aż do wieku 15. Naonczas żył we Włoszech gorliwy misyonarz, a gorący czciciel Imienia Jezus, św. Bernardyn z Sieny. Ten przechodząc w szerz i dłuż Włochy, miewał żarliwe nauki i gorącemi słowami nawoływał do pokuty. A chcąc lud tem skuteczniej pobudzić do żalu i miłości ku Jezusowi, zwykł był na osobnej tabliczce wypisywać Imię Jezus, i pokazując je ludowi, wpajać w niego cześć do Imienia Jezus. Stolica Apostolska pochwaliła to postępowanie i zaleciła rozszerzanie czci Imienia Jezus. Zajął się tem Franciszkanin, Bernard z Brustis. Ten ułożył osobne modlitwy kościelne dla kapłanów i osobną Mszę św. ku czci Imienia Jezus, którą ojciec św. Klemens XIII. zatwierdził. Było to w roku 1530. 

Odtąd obchodził zakon Franciszkanów uroczystość Imienia Jezus osobnem świętem dnia 14.stycznia. Wnet zawiązywały się bractwa Imienia Jezus, obdarzone przez papieży licznemi odpustami. Papież Inocenty XIII. (w roku 1721) nakazał uroczystość Imienia Jezus obchodzić w całym Kościele. Jako dzień święta naznaczył drugą niedzielę po 3 Królach. 

Podczas gdy inne uroczystości i święta Pana Jezusa przypominają nam poszczególne tajemnice z życia Pana i Zbawiciela naszego, uroczystość Imienia Jezus łączy w sobie pamiątkę wszystkich dobrodziejstw i całej miłości Jezusa ku nam. Obchodzimy więc to święto z szczególną czcią, przypominając sobie wszystko to, co Syn Boży uczynił dla nas i dla naszego Zbawienia. 

 

Nauka 

 

Święto Imienia Jezus przypomina nam obowiązek poszanowania, jakie się temu najświętszemu Imieniu należy. Przypomina nam w szczególny sposób drugie przykazanie Boże. ˝Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno˝. Jak często grzeszymy przeciwko temu przykazaniu. Przypomnę tylko niepotrzebne wymawianie tego najświętszego Imienia w gniewie, złości, niecierpliwości, bez wszelkiej potrzeby z grzesznego przyzwyczajenia. Wymawiajmy często imię Jezus, lecz wymawiajmy je w pobożności, w potrzebach, w pokusach. ˝Jedząc, pijąc, podróżując,˝ mówi św.Chryzostom, ˝wymawiaj Imię Jezus.˝ Czyń wszysto w imieniu Jezusa, a wszystkiego dokonasz. Wymawiając z wiarą imię Jezus, odpędzisz choroby, i szatana odegnasz od siebie. ˝W Imię Jezus nawrócił się świat i niebo się otworzyło.˝ ˝Imię Jezus,˝ mówi św.Bernardyn, ˝daje nam pociechę w cierpieniu, a gdy ono przygniata nas najokropniej, wtedy jak najgłośniej wzywajmy Jezusa.˝ ˝Jak tylko wymówię Imię Jezus,˝ mówi św.Bernard, ˝zaraz dobre myśli powstają w mej duszy.˝ Używajmy imienia Jezus jako pozdrowienia katolickiego. ˝Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus,˝ oto pozdrowienie katolickie, zaprowadzone przez Kościół, zaopatrzone w odpusty. 

 

Uroczystość Obrzezania Pańskiego 

 

˝A gdy się spełniło ośm dni,˝ tak pisze św.Łukasz (2,21), ˝iżby obrzezano dzieciątko, nazwane jest imię Jego Jezus, które było nazwane od Anioła pierwej, niźli się w żywocie poczęło˝. Pierwszy dzień w roku poświęcony jest pamiątce obrzezania dzieciątka Jezus. 

Kiedy Pan Bóg powołał w Starym Zakonie Abrahama i potomstwo jego wybrał sobie na lud swój, z którego miał się narodzić Chrystus Pan, wtenczas to postanowił i nakazał obrzezanie jako zewnętrzny znak przynależności do ludu wybranego. Z chwilą obrzezania przechodziło dziecko z obozu pogaństwa na łono ludu żydowskiego, stawało się członkiem ludu Bożego. Obrzezanie było więc w Starym Zakonie aktem przyjęcia do prawdziwej wiary, znakiem przymierza między prawowiernym Izraelitą a Bogiem, zatwierdzeniem owego wielkiego przyrzeczenia, które kiedyś dał Pan Bóg Abrahamowi. 

Lecz oprócz tego miało obrzezanie w Starym Zakonie jeszcze inne, głębsze znaczenie. Wiemy, że w Starym Zakonie były pewne obrządki ustanowione przez samego Boga, które pomagały żydom do wewnętrznego usprawiedliwienia się przed Bogiem, a nawet usprawiedliwiały i uświęcały wewnętrznie przez wiarę i ufność w przyszłego Mesyasza. Takich znaków zewnętrznych, które były przedobrażeniem Sakramentów nowozakonnych, ustanowił Pan Bóg w Starym Zakonie cztery: Baranek Wielkanocny, jako figura Najświętszego Sakramentu, święcenie kapłanów, jako przedobrażenie Sakramentu kapłaństwa, rozmaite oczyszczenia, kąpiele przepisane obrządkami, jako figura Sakramentu pokuty i wreszcie obrzezanie jako przedobrażenie Sakramentu chrztu św. i wewnętrznego usprawiedliwienia się i uwolnienia od grzechu pierworodnego. Obrzezanie więc, jak pisze papież Inocenty IV, odpuszczając winę grzechu pierworodnego, było zewnętrznym wyrazem wiary w przyszłe zasługi Chrystusa Pana, który przez mękę i krew swoją zmazał winę grzechu pierworodnego. Obrzezanie więc przypominało nędzę grzechu pierworodnego i potrzebę oczyszczenia się z takowego przez obrządek starozakonny. 

Pan Jezus, aczkolwiek bez grzechu, bo za sprawą Ducha św. w przeczystem łonie dziewiczej swej Matki poczęty, jednak poddał się prawu obrzezania. Św. Bernard, rozważając tajemnicę obrzezania Chrystusowego, powiada, że ono wzywa nas do podziwiania pokory Jezusowej, który będąc przeczystym, poddaje się prawu oczyszczenia z grzechów przepisanemu przez zakon, że ono wzywa nas do miłości ku Chrystusowi, który pierwsze krople krwi swej najświętszej przelewa już jako niemowlę dla ludzkości, jako zadatek przyszłej krwawej swej męki, że ono wzywa nas do naśladowania Chrystusa Pana w poddawaniu się pod przykazania prawa zakonnego. 

Zaiste przedstawia nam dzisiaj ta dziecina Boża wzór najgłębszej pokory. Przez narodzenie swoje poniżył się Pan Jezus tak dalece, że wziął ciało skończonego stworzenia, podległe zepsuciu, przez obrzezanie staje się podobnym grzesznikom, poniża się tak dalece, że bierze na siebie skalanie i brzydotę grzechu pierworodnego, staje się członkiem skażonej ludzkości w oczach świata. Ten, w którego piękność wpatrują się Anieli, sam się policza między stworzenia zeszpecone grzechem. 

Z miłości ku nam zapragnął Zbawiciel od wieków cierpieć za nas i tę mękę rozpoczyna już jako dziecko, przelewając pierwsze krople swej najdroższej krwi. Już w obrzezaniu spełnił Pan Jezus właściwie swe posłannictwo, bo pierwsze te krople krwi Boga-Człowieka starczyły do odkupienia ludzkości. 

Lecz inne jeszcze były powody, dla których Pan Jezus poddał się starozakonnemu prawu obrzezania. Św.Tomasz z Akwinu podaje ich kilka. Najpierw, by pokazać światu, że prawdziwe ciało ludzkie wziął na siebie, a nie, jak to później twierdziło wielu sekciarzy, że miał ciało pozornie tylko ludzkie. Dalej, by pokazać żydom, że jest prawdziwym Mesyaszem, pochodzącym z rodziny Abrahamowej, i by nie dać zgorszenia żydom przez zaniedbanie obowiązków, jakie nakładało prawo zakonne. 

Przez obrzezanie stał się członkiem ludu wybranego, poświęcił się służbie Boga, ludzkości i prawa Mojżeszowego, a za to odebrał imię Jezus, czyli Bóg-Zbawiciel, Odkupiciel. 

 

Nauka 

 

Stoimy dzisiaj na progu nowego roku. Ilekroć patrzymy w tę wschodzącą zorzę roku nowego, tyle razy z tęsknotą zwracamy się do roku ubiegłego, przypominamy sobie przeżyty czas, który nigdy już nie wróci, przebiegamy myślą ubiegłe chwile, zapominamy o chwilach smutku, a przypominamy sobie tylko dni szczęścia. 

A kiedy patrzymy w dal i wpatrujemy się w niepewną, ciemną przyszłość, pytamy się, cóż ona nam przyniesie? Oto nastrój dnia dzisiejszego. Tak rok rocznie z tkliwością i smutkiem stojąc nad grobem roku starego, żegnamy schodzącego przyjaciela, a z obawą i strachem witamy rok nowy. A tymczasem niknie rok po roku, jak niknie fala za falą wichrem gnana, niknie i pędzi na oceanie czasu ku brzegom wieczności. Dziesiątki lat gonią drugie dziesiątki, gnane wichrem czasu, a koło nas wszystko się zmienia. Czas nowych przynosi nam ludzi, stwarza nowe otoczenie, nowe położenie, inne potrzeby, nowe generacye. Czas wszystko zmienia, bo czas to zmiana rzeczy. Nowe kolebki ściele niewiasta, co było dzieckiem, w męża urasta, co było mężem, głowa siwa, co było starcem, mogiła pokrywa. Na drzewie bytu wszechrzeczy liść opada po liściu, gnije, marnieje i znika. Na kolumnie nieśmiertelności stoi dusza ludzka, bezsilnie dmie o nią wicher czasu, bezsilnie chuczą fale czasu rozbijając się o nią, na próżno szaleje nad nią zachłanna burza zniszczenia, spiżowa, niezmienna wśród burz zniszczenia i czasu stoi dusza ludzka, a nad nią chorągiew z napisem ˝nieśmiertelna˝. 

 

Święta Eufrozyna, dziewica (Około r. 430) 

 

Długi czas małżeństwo bogobojnego Pafnucego za czasów cesarza Teodozego II. było bezdzietnem, aż zmiłował się Bóg nad prośbami i modlitwami, dał mu córkę, którą nazwano Eufrozyną t.j. wielką radością. Dzieweczka dwunastuletnia służbie Bożej z lubością się poświęcała, a już zupełnie jej się oddała, kiedy jako ośmnastoletnia dziewica miała sposobność poznać życie klasztorne. Odtąd wyrzekła się ponęt świata, klejnoty swe przeznaczała na wsparcie ubogich, sama zaś ubierała się w włosiennicę - najmilszą zaś jej zabawą były najczęstsze rozmowy duchowne. 

Rady udzielone jej przez pewnego duchownego nakłoniły ją do opuszczenia domu rodzicielskiego, aby nie narażać się na pokusy sprzeniewierzenia się szczeremu postanowieniu wyłącznej służby Bożej; wiedziała bowiem dobrze, że ojciec ciągle myślał, aby ją wydać za mąż, kiedy ani przypuszczał, jak wręcz przeciwnymi myślami żyła ukochana jego córka. Aby tem snadniej się ukryć, a mianowicie uniknąć jakichkolwiek poszukiwań w klasztorach żeńskich, męskie przywdziała szaty, a natchniona z Bożej łaski siłą męską zwalczyła wrodzoną panieńską bojaźliwość, udając się w świat szeroki - dla Boga. 

Opatrzność niebios zaprowadziła ją do pustelniczego klasztoru starca pobożnego; prosiła gorąco o przyjęcie, oświadczając, że obrzydzenie przed mamidłami ziemskiemi, i troska o swe zbawienie, nakazały jej szukać przytułku i doskonałości chrześcijańskiej z daleka od ludzi. Starzec widząc w młodzieńcu, bo takim się Eufrozyna przedstawiała, przypisując sobie imię Smaragda, dobre chęci i wrodzoną pobożność zgodził się na przedłożoną prośbę, a celem łatwiejszego postępu w doskonałości cnót oddał dziewicę pod nadzór Agapiusza, mistrza w życiu duchownem, obumarłego zupełnie tak namiętnościom ciała jak zwodniczym pozorom dóbr świata. 

Przy obfitej łasce Bożej, przy uczciwych własnych chęciach, przy kierownictwie Agapiusza Eufrozyna takie zrobiła postępy w świątobliwości, że przewyższyła wkrótce wszystkich braci zakonnych. Nie obyło się bez długich i ciężkich walk z podnietami złego ducha. Wobec pokory, roztropności Eufrozyny szatan rozbudzał w niej przyrodzone popędy i uczucia, któremi chciał złamać i zniszczyć dobre jej postanowienia i zdobyte skarby duchowe. Przypominał więc smutek, jaki sprawiła ojcu swem odejściem bez wieści, przypominał jej bogactwa i zbytki w domu rodzicielskim, przypominał jej ponętę małżeństwa z urodziwym młodzieńcem, któremu ojciec ją przeznaczał; przypominał też wesołość towarzyszek młodości wobec zamkniętego życia klasztornego. Najgorszą pokusą i największym wszakże niebezpieczeństwem były rozbudzone przez złego ducha skłonności w innych zakonnikach; postać Eufrozyny nieraz była powodem do złych myśli albo i pożądliwości. Ale i tutaj Bóg złemu zaradził, jak dał Eufrozynie moc do zwalczenia jej własnych pokus. Kiedy bowiem zakonnicy przedłożyli swe niepokoje przełożonemu, usunęła się wszelka sposobność do pokus, bo odtąd Eufrozyna w osobnej miała przebywać celi, a wyłączne o niej starania miał mieć jedynie doświadczony Agapiusz. Cela odosobniona nie była więzieniem dla świętej dziewicy; przeciwnie była środkiem do posłuszeństwa i coraz większego skupienia duchowego. 

Tymczasem ojciec zrozpaczony tajemnem zniknięciem swej córki wysłał na wszystkie strony sługi swe, aby ją jak najrychlej przywiedli do domu; nadaremne były wszelkie starania, ślady za sobą Eufrozyna dobrze zatarła. Rozżalony ojciec w płaczu szukał pociechy, lecz wszystko w domu przypominało mu niezapomnianą stratę. Nakoniec zwrócił się do klasztornej pustelni, aby tam wezwać braci zakonnych, by u Boga modlitwami się za niego wstawiali, a przywrócenie córki mu wybłagali. Bracia zakonni litością pobudzeni ostrzejsze nałożyli sobie umartwienie, ale śladu zaginionej córki Bóg nie zechciał wskazać. Rozumieli więc, że córka z woli Bożej dom musiała opuścić ojcowski, że więc i opieka Boża nad nią zawisła; nie wątpili, że inaczej Pan niebieski zmiłowania swego byłby nie odmówił i nasunął drogę, kędy należałoby szukać, gdyby Opatrzność córkę nie była skłoniła do opuszczenia rodziców. 

Otuchą zakonników uspokojony ojciec zaprzestał dalszych zabiegów w szukaniu córki. Przychodził jednak często do klasztoru, aby serce swe na rozmowach pobożnych uweselić i niejako starej straty swej zapomnieć. Przy takiej sposobności dowiedział się, że w klasztorze przebywa młodzieniec, w kwiecie wprawdzie młodości, ale mistrz w życiu duchownem, który pomimo dostojnego rodu i bogactw wszystko był porzucił, aby jedynie Bogu służyć. Na prośby przywołano młodego zakonnika, aby podnieść na ducha strapionego, chociaż już uspokojonego doznaną stratą ojca. Spotkanie Eufrozyny, bo o nią to chodziło, z ojcem mimowoli w córce uczucie serdecznej tak dalece rozbudziło miłości dziecięcej, że ledwie ją opanowała, nie mogąc wszakże powstrzymać serdecznych łez. Ojciec zaś córki nie poznawał, bo twarz jej zmieniły umartwienia, posty, długie modlitwy, czuwania. 

Odtąd już w pokoju Eufrozyna dalsze pędziła życie duchowne; strawiła na nim już 38 lat, kiedy przeczuwać zaczęła blizki koniec swej ziemskiej pielgrzymki. Wtedy wezwała ojca, wyznała mu, że jest jego tak długo szukaną córką; że nie z braku miłości ojcowskiej dom opuściła, ale z nadmiaru miłości Bożej. Prosiła go też, aby zajął się pochowaniem jej ciała, a przy tej przysłudze miał sposobność stwierdzenia swej miłości, którą tak długo musiał w sercu taić. Córka umarła, ojciec zaś w pierwszej chwili odsłonionej tajemnicy bezprzytomny, żałosnemi nad ciałem Eufrozyny zawodził skargami, że tak samotne musiał pędzić życie, kiedy z miłości do córki sam byłby się poświęcił życiu zakonnemu. Przyrodzenie, wołał, płakać mnie każe nad poniesioną podwójnie stratą, bo w życiu i śmierci; ale właśnie ta śmierć świątobliwa za twe życie bogobojne, córko, zakazuje się smucić. Spraw Boże, abym w radości niebieskiej Jezusa jak najrychlej oglądał umiłowane swoje dziecię. 

Zdumienie też ogarnęło zakonników, kiedy dowiedzieli się tajemnicy. Cześć dla zmarłego Eufrozyny, współbrata - dziewicy cudem niezwykłym jeszcze więcej się podniosła, bo kiedy jeden z zakonników dotknął się niepochowanego jeszcze jej ciała, natychmiast odzyskał wzrok stracony na jedno oko. 

Ojciec z zakonnikami pochował Eufrozynę; sam zaś wstąpił do klasztoru i życia dokonał bogobojnego w tej samej komórce i na tejże samej rogoży, kędy przebywała i sypiała tak długo opłakiwana córka. 

 

Nauka 

 

Skarbem duszy jest Chrystus, a drogą do Niego powołanie do życia bogobojnego. Kto jemu się poświęci, a rozbrat uczyni ze światem, ten skarbu tego nie utraci. Nie wszyscy do zakonnego przeznaczeni życia, jak Eufrozyna; ale czując wolę Bożą i jej siłę nieprzepartą skarbu bronić i chronić mamy, chociażby z poświęceniem węzłów krwi i powinnowactwa. Właśnie względy na rodzinę są nieraz przeszkodą zupełnej służby Bożej, bo każą ziemskiemi zajmować się sprawami, kiedy łaska Boża wskazuje na sprawy niebieskie. 

Postępowanie Eufrozyny przez utajenia swego pochodzenia i swej płci nie było kłamstwem ani karygodnem podejściem; prowadzona natchnieniem Bożem postąpiła tak, jak postąpić miała z woli Boga. W zwykłym wszakże życiu nie możnaby pochwalić takiego zachowania; zrozumiałem jest jedynie tam gdzie bezpośrednio Opatrzność niebios kieruje, jak właśnie w rozwoju życia duchowego Eufrozyny. 

Świeci przykładem cnót swych św.Eufrozyna, mianowicie pohamowaniem języka i posłuszeństwem. Gorzała miłością córka do ojca, ale przemogła miłość Chrystusa, stąd żadnej ojcu nie dała o sobie wieści. Ujrzała ojca, w łzach tonęła, a jednak słowami ani siebie nie zdradziła ani Bogu się nie sprzeniewierzyła. Wzorem Eufrozyna dla tych, co umartwiają się postami, modlitwami, a jednak przyrodzonemi się powodują uczuciami. Jaśnieje Eufrozyna i posłuszeństwem, kiedy prawie całe życie z woli przełożonych spędzić musiała na osobności. Miej więc posłuszne i powolne serce wobec rozporządzeń swych przełożonych; nie wymawiaj się od spełnienia woli starszych; posiadając posłuszeństwo posiadasz w zarodku wszystkie cnoty. Bo posłuszeństwo, powiada jeden święty: szczepi wszystkie cnoty, a zachowuje zaszczepione. 

 

Inni święci z dnia 1. stycznia: 

 

Św. Agrypin, biskup z Autun. - Św. Klarus, opat. - Św. Fulgenty, biskup z Ruspe. - Św. Grzegorz, ojciec św. Grzegorza z Nazianzu. - Św. Odylo, opat. - Św. Seweryn, męczennik. - Św. Wilhelm, opat. 

 

Dnia 2. stycznia

 

Święty Makary z Aleksandryi. (+ 394.)

 

Makary urodził się w Aleksandryi około roku 300. Ubodzy ale bardzo pobożni rodzice nauczyli go już w dziecięcym wieku prawdziwej bogobojności, a przedewszystkiem wyrobili w młodym chłopcu zamiłowanie do pracy. To też przepędził Makary cały czas młodzieńczego wieku na ciężkiej pracy. Skończywszy lat trzydzieści poznał w sobie gorące pragnienie służenia Bogu na samotności. Bo wiedział dobrze że nigdzie nie przemawia głos natchnień i łaski Bożej tak silnie do duszy jak na osobności. Udał się na puszczą. 

W onym czasie rozszerzało się życie pustelnicze coraz więcej, zapoczątkowane dobrym przykładem św. Pawła, pierwszego pustelnika, i św. Antoniego opata, pierwszego założyciela wspólnego życia zakonnego. Mianowicie w niższym Egipcie kwitło życie pustelnicze; były tam aż trzy puszcze zaludnione pustelnikami. Najwięcej zamieszkaną była puszcza Cellulacima zwana, gdzie celka przy celce zbudowana przez pustelników była mieszkaniem życia bogomódlców. 

Tam dotąd udał się też św. Makary, gdzie wnet zasłynął swem umartwieniem i zwalczaniem złych skłonności natury ludzkiej. Św. biskup Palladiusz, który napisał życie Makarego, powiada o nim, że przez pierwsze siedm lat swego pustelniczego życia nic więcej nie jadł jak jarzynę surową bez wszelkiej przyprawy. Później jadał tylko chleb moczony w wodzie i to raz na dzień; w czasie wielkiego postu brał tylko raz na tydzień pokarm. Chcąc się umartwić jak najwięcej, nadrobił sobie, by czasem za wiele na raz nie zjeść, chleba w dzbanie z ciasną szyjką, i jadł tyle, ile mógł z niego raz garścią wyjąć. Później sam o sobie opowiadał, że czasem nie mało w garść chleba zagarnął, ale z ciasnej szyjki wszystkiego wydobyć nie mógł. 

Takim był post ścisły św. Makarego przez całe życie. W podobnie ostry sposób umartwiał i inne złe skłonności. Do największych umartwień należy brak snu; odmawiał go więc sobie jak najbardziej. Mówi nam żywot jego, że razu pewnego przez dwadzieścia dni i nocy nie wchodził do mieszkania, by za dnia słońce, a w nocy zimno nie pozwoliło mu usnąć. Lecz sam mówi o sobie, że gdyby nie był zaprzestał, byłby usechł z bezsenności. 

Mimo takiego ostrego życia trapiły go pokusy ciała. Kiedy razu pewnego natarła na niego pokusa tak ostro, że aż się przestraszył, postanowił wyleczyć się z tet brzydkiej namiętności. W niższym Egipcie są puszcze bagniste, nad któremi unoszą się komary wielkości naszych ós, a mają one żądła tak ostre, że ukąszenie ich równa się ukąszeniu pszczoły. Nawet gruboskórne zwierzęta uciekają z tych miejsc, nie mogąc znieść tych ukąszeń. Nad takie bagno udał się Makary wystawiając ciało swe na kąszenie owych ós, by przez to poskromić pożądliwość ciała. Sześć miesięcy przebył tam wystawiony na największe męczarnie. Gdy wrócił nie poznano go, bo całe ciało wyglądało, jakby się był trądem zaraził. 

Kiedy Pan Bóg wsławił życie jego pustelnicze cudami, przyszła mu pokusa szatańska, by udać się do Rzymu i tam czyniąc cuda sławnym się stać na całym świecie. Święty poskromił tę pokusę w ten sposób. Wziął dwa wory piasku, włożył je na ramiona i tak całą noc chodził po puszczy. Kiedy nad ranem spotkał go pewien braciszek, pytając się, co to miało znaczyć, św. odpowiedział: Widzisz, to moje ciało, to osieł nikczemny i leniwy, a chce mu się biegać po świecie; niechże więc biega, aż się nabiega. 

Z takiem umartwieniem łączył Makary gorliwą miłość Bożą, głęboką pokorę i wielkoduszną cierpliwość. Lecz z dnia na dzień rozchodziła się sława jego świętego życia szeroko po świecie. To przeszkadzało świętemu w jego pokorze. Dlatego postanowił opuścić swą puszczę i udać się na miejsce, gdzieby go nikt nie znał. Na puszczy, zwaną Tebaną, znajdowało się tysiąc czterysta zakonników, którzy pod przewodnictwem św.Pachomiusza wiedli żywot bardzo ostry. Do nich udał się Makary. W odzieniu zwykłego wyrobnika zakołatał do św.Pachomiusza, prosząc o przyjęcie. Ten zrazu nie chciał go przyjąć, bo nieznany przybysz miał wtenczas już lat sześćdziesiąt; twierdził więc, że nie wytrzyma trudów i umartwień życia zakonnego. Na prośby przyjął go. Lecz kiedy nadszedł czas wielkiego postu, a zakonnicy jedli tylko co drugi lub trzeci dzień, ogarnęło wszystkich wielkie zdziwienie, kiedy patrzeli na Makarego. Ten bowiem cały czas wielkiego postu pozostawał na jednym miejscu, nie usuwając się od pracy; a co do posiłku, raz na tydzień zjadał kilka listków surowej sałaty. Poznano, że to mąż, który chyba już dawno ćwiczył się w podobnem życiu. Bóg objawił też św. Pachomiuszowi, że ów nieznajomy to nikt inny jak Makary, którego imię głośne było w swiecie pokutniczym. Makary widząc się poznanym, bał się, by go nie poważano, opuścił co prędzej to miejsce i udał się w góry Nitryi, by być zupełnie odciętym od świata. 

Lecz Pan Bóg chciał inaczej. Słysząc patryarcha aleksandryjski o cnotach wielkiego pustelnika, powołał go do siebie i udzielił mu święceń kapłańskich, by w ten sposób już nietylko własną, ale i inne dusze tem lepiej mógł prowadzić do Boga. Bo aczkolwiek święty jak najpilniej szukał samotności, jednak wielu przychodziło do niego, by pod jego przewodnictwem słyżyć Panu Bogu. Widząc w tem wolę Bożą, objął Makary pieczę nad temi duszami i pouczał je we wszystkiem, co by mogło prowadzić do najwyższych cnót. A ponieważ nie samem słowem, lecz przedewszystkiem przykładem swym świętym prowadził, stał się wnet mistrzem życia duchowego. Modlitwa, umartwienie, wstrzemięźliwość, milczenie i praca, oto ćwiczenia, które wypełniały życie jego zakonników. 

Najbardziej polecał modlitwę. Kiedy pewien młodszy zakonnik skarżył mu się, że nie czuje błogości i słodyczy w modlitwie, lecz trapi go oschłość i oziębłość, rzekł do niego: ˝Nie możesz się modlić duchem, klęcz przynajmniej ciałem; powiedz Panu Jezusowi: Panie, dla ciebie strzegę tych ściań.˝ 

Pan Bóg dał mu łaskę cudów. Razu pewnego przyprowadzono do niego pewnego kapłana, który miał głowę całą ranami pokrytą; ciało gniło bowiem tak, że w kawałkach odpadało od czaszki, którą można było widzieć doskonale. Kapłan ten dopuścił się ciężkiego grzechu i w nim odprawił Mszę św.; za to tak strasznie go Bóg ukarał. Makary widząc to duchem jasnowidzenia, powiedział nieszczęśliwemu powód jego nieszczęścia i uleczył go, lecz wtenczas dopiero, kiedy mu przyrzekł, że już więcej świętych obrządków sprawować nie będzie. 

Makary dożył długiego wieku. Umarł spokojnie na swej pustyni w roku 394. Kościół Boży obchodzi jego pamięć dnia 2.stycznia. 

Oprócz św. Makarego Aleksandryjskiego zwanego młodszym, czci jeszcze kościół święty innego Makarego zwanego starszym, albo od od miejsca jego urodzenia Egipskiego. Był on również pustelnikiem i wiódł życie bardzo ostre; umarł w r. 391. 

 

Nauka 

 

Z życia św. Makarego widzimy, że pokusa czepia się dusz nawet najbardziej pobożnych, i najbardziej umartwionych. A mianowicie dotyczy to pokus przeciwko świętej cnocie czystości. Lecz z tego samego widzimy również, że pokusa sama nie jest grzechem, i chociaż jest najsilniejszą, zawsze zostaje pokusą. Pokusa dopiero wtenczas staje się grzechem, gdy człowiek na nią zezwala, t.j. gdy ją przyjmuje choćby na chwilkę tylko. ˝Pożądliwość, skoro jest przyjęta, rodzi grzech.˝ Niechby to służyło ku nauce i uspokojeniu duszom tkliwym, czułym, bojaźliwym, które w pokusie widzą grzech, boją się jej jako grzechu, i czują się pokusą zaniepokojone, myśląc, że zgrzeszyły. Często ludzie bojaźliwi czują się odepchnięci od Boga przez pokusy i mówią: jak ja takie brzydkie mogę mieć pokusy, jakim ja muszę być zepsutym. Nie prawda, pokusa choby najbrzydsza nie jest znakiem twego zepsucia, jest ona tylko wynikiem zepsutej natury ludzkiej, skażenia przez grzech pierworodny. Toż widzisz, że taki święty pokutnik, jakim był św. Makary, miał tak wielkie pokusy ciała, że aż tak ostrych używał środków, by je poskromić. Lecz z drugiej strony pamiętać nam trzeba, że pokusy to walka złych popędów w duszy z dobrymi. W walce trzeba walczyć, bo inaczej niema zwycięstwa. I tu znowu masz przykład w św. Makarym, który choć święty, tak bardzo walczył, że na takie męczarnie wystawił swe ciało. ˝Módlcie się, byście nie weszli na pokuszenie˝, to znaczy, byście nie ulegli w pokusach. 

 

Inni święci z dnia 2. stycznia:

 

Św. Adalardus, opat z Corbei. - Św. Aspazy, biskup z Melmu. - Św. Castula, m. w Rzymie. - Św. Gundrada, dziew. z Poitiers. - Św. Izydor, biskup m. z Antyochii. - Św. Martynian biskup. - Św. Sylwester, książe sycylijski. - Św. Teodor, biskup z Marseille. 

 

Dnia 3. stycznia

 

Święta Genowefa, dziewica, patronka Paryża. (422-512.)

 

Genowefa urodziła się w wiosce Nanterre pod Paryżem w roku 422. Rodzice, Sewer i Geroncya, byli zamożnymi kmiotkami. Szczególnie matka jej była znaną z głębokiej czci ku Matce Boskiej. Jako dzieweczka wiejska pasła Genowefa owce swych rodziców; stąd też widzimy ją na obrazkach po części przedstawioną jako pastuszkę. Inne zaś obrazki przedstawiają ją jako dziewicę trzymającą w prawej ręce dwie gałązki palmowe i klucze, w lewej zaś gorejącą świecę. Ta gorejąca świeca w jej ręku, to oznaka jej gorącej modlitwy i żarliwego pragnienia połączenia się z Bogiem. Bo już jako dziecko tak była przepełniona tęsknotą nieba, że nie mogła w górę patrzeć bez wylewania łez za ową niebiańską przyszłą swoją ojczyzną. 

Genowefa bardzo wcześnie zaczęła swą służbę Bożą. Jeszcze nie miała siedmiu lat, a już widziano w niej jakieś anielskie skupienie i skromność, dojrzały rozum i wielką nabożność. 

Zdarzyło się razu pewnego, że św.Herman, biskup antyziodoreński przejeżdzając w ważnej sprawie Kościoła do Anglii, zatrzymał się na noc w rodzinnej wiosce naszej świętej. Ponieważ sława tego wielkiego biskupa znaną była w całym kraju, zbierały się wielkie rzesze ludu, by z jego rąk odebrać błogosławieństwo. Między temi rzeszami byli też rodzice św.Genowefy z swoją jedynaczką. Święty biskup, widząc dzieweczkę, w duchu jasnowidzenia poznał w niej przyszłą wielką świętą; przygarnął dziecko do siebie i rzekł do rodziców: ˝Błogosławieniście wy, którzyście takie zrodzili dziecko, wychowujcie je jak najlepiej, bo oto stanie się wielkie przed Panem, a świętością życia swego wydrze tysiące z szpon szatańskich.˝ Potem zwróciwszy się do dzieweczki, rzekł: ˝Powiedz mi córko, chcesz ty słyżyć Panu Bogu jako Oblubienica Pana Jezusa i Jemu całe swe serce poświęcić?˝ ˝Błogosławionyś ty Ojcze˝, zawołało z radością i uniesieniem dziecko, ˝bo to, czego ty odemnie żądasz, jest przecież najgorętszem pragnieniem mej duszy; ja niczego więcej nie żądam; proś za mną Boga, by mi dał Swą łaskę ku temu.˝ ˝Ufaj córko˝, odrzekł św. biskup, ˝wytrwaj w swem postanowieniu i w swej wierze, a Bóg dobry doda siły twemu życzeniu˝. Długo modlił się św.Herman, trzymając swe biskupie ręce nad główką niezwykłego dziecka; potem dał dzieweczce medalik z wizerunkiem Ukrzyżowanego i rzekł: ˝Noś ten upominek na piersiach swych i pamiętaj o mnie; odtąd wzgardź ozdobami złota i drogich kamieni, któremi zdobią się inne dziewice, bo kto ziemską zdobi się chwałą, ten traci u Bogu blask cnót, które wiecznie trwają.˝ 

Odtąd zmieniło się usposobienie dziewczynki jeszcze bardziej; i można było widzieć, że życie jej było życiem duszy wybranej przez Boga, oderwane od świata, a zwrócone do tego, co boskie, co wieczne. Bóg wsławił też jej dziecięce życie cudem. Razu pewnego prosiła Genowefa swą matkę, by ją wzięła do kościoła; ta opierała się prośbie dziecka, a kiedy dzieweczka prosić nie przestawała, zniechęcona jej naleganiem matka, uderzyła ją w twarz. Natychmiast oślepła nieszczęśliwa niewiasta. Blizko dwa lata używała niewidoma wszelkich środków, by odzyskać wzrok, lecz na próżno. Wtenczas ufna w wiarę swej córki, kazała jej iść do zdroju, zaczerpać wody i pokropić siebie znakiem krzyża świętego. Genowefa uczyniła, jak jej matka kazała, i ta natychmiast przejrzała. 

Skończywszy lat czternaście, udała się do Paryża i tam przyjęła z rąk biskupa razam z dwoma innemi dziewicami suknią zakonną, ślubując dozgonną czystość. Ponieważ podówczas zakonnice nie mieszkały jeszcze wspólnie w klasztorze, udała się Genowefa do domu rodzicielskiego, by tam w modlitwie i umartwieniu służyć Panu Bogu. Jej życie dziewicze podobne było więcej do życia anioła niźli człowieka. W umartwieniu ciała przewyższała wielu pustelników. Od piętnastego roku życia jadała tylko dwa razy na tydzień, t.j. w czwartek i niedzielę, a pokarmem jej był chleb jęczmienny i troszkę surowej fasoli. Z soboty na miedzielę czuwała zawsze całą noc na cześć Boga-Rodzicy, przysposabiając się w ten sposób do Stołu Pańskiego. W jasnowidzeniach widziała stan sumienia innych ludzi, grzeszników nawoływała do pokuty, pobożnych do wytrwania. Nic nie bolało ją tan, jak grzechy ludzkie, które obrażały Jezusa, tak przez nią ukochanego. To też postanowiła przepraszać Pana Boga za grzechy ludzkości. Najwięcej obrażano Pana Boga w czasie zapustnym owymi wyuzdanemi zabawami karnawałowemi. Dlatego właśnie w tym czasie podwajała swoje modły i umartwienia. Od Uroczystości Trzech Króli aż do Wielkanocy zamykała się w ciasnej celce, pokutując za grzechy świata, prosząc Boga o odwrócenie kary od grzeszników i o łaskę Komunii Wielkanocnej dla błądzących. 

Po śmierci rodziców przeniosła się do Paryża; tu zamieszkała u swej matki chrzestnej. Wnet zasłynęła swemi darami czynienia cudów i przepowiadania przyszłości. Lecz to właśnie rozbudziło w ludziach niedobrych zazdrość i nienawiść; posądzano ją, że jest w zmowie ze złym duchem, oskarżono ją o czarodziejstwo, obwiniano ją i posądzano o najgorsze występki, aż wreszcie doszło do tego, że jako czarownica miała być straconą. Lecz Pan Bóg radzi o swej czeladzi. 

W tym właśnie czasie w r.451 nawiedził Pan Bóg Francyą ciężkiem doświadczeniem. Attyla bowiem, król pogańskiego ludu Hunnami zwanego, zdeptawszy i zniszczywszy dziką swoją hordą prawie całą Europę, zwrócił się do Francyi, idąc z wojskiem czterokroćstotysiącznym wprost na Paryż. Za nim pozostawały tylko zgliszcza, trupy i nieszczęście, przed nim szedł strach i zgroza, zamęt i bezradność dzieci, kobiet i mężczyzn. Mieszkańcy Paryża czuli się za słabi, by stawić opór; postanowili opuścić miasto i szukać ocalenia w ucieczce. Wtenczas to Genowefa, widząc niechybną zgubę Paryżan, wystąpiła przed przestraszonymi mieszkańcami i duchem jasnowidzenia obdarzona przez Boga, rzekła: ˝Nie uciekajcie, bo właśnie to miejsce, dokąd się chcecie udać, zniszczy Attyla doszczętnie. Do Paryża nie przyjdzie, jeżeli modlitwą i postami staniecie się godnymi zmiłowania Bożego˝. Skutek tego ostrzeżenia i tej przepowiedzi był ten, że niewiasty poczęły się modlić, wierząc w przepowiednią, lecz mężczyźni nie zważali na jej słowa; przeciwnie ogłosili ją jako zdrajczynią, która chciała w ten sposób oddać miasto nieprzyjaciołom. I byłaby pewnie niechybnej uległa śmierci, gdyby Pan Bóg nie był jej obronił. Bo właśnie w chwili największego niebezpieczeństwa przybył archidyakon, przysłany przez biskupa Hermana, przynosząc od niego dary dla Genowefy i wpływem swoim umiał powstrzymać szalejących gniewem mieszkańców Paryża. w tym czasie zboczył Attyla nagle z drogi wiodącej do miasta i udał się do tych miejsc, do których mieszkańcy wystraszonego miasta chcieli uciekać. Spełniła się więc przepowiednia Genowefy. Z radością wielką wśród okrzyków tysiącznego ludu uznano prorokinią jako sługę Bożą i wybawczynię Paryża. Sława jej świętości rosła z dnia na dzień. 

Inny znowu raz, kiedy król Klodwig z wielką liczbą wojska obległ Paryż, powstał w mieście wielki głód, który tysiące rzucał na pastwę śmierci. Wtenczas to chodziła Genowefa od miasta do miasta i zbierała żywność, którą na jedenastu wielkich statkach przywiozła do stolicy. W ten sposób uratowała miasto od śmierci głodowej. To też czcił ją nietylko lud, ale nawet królowie i książęta. Biskupi i kapłani polecali jej modłom swych wiernych, udając się pod jej możną pomoc. Childeryk, król Franków, aczkolwiek poganin, w takiej ją miał czci, że niczego jej nigdy nie odmawiał. Na jej prośby ułaskawiał skazanych na śmierć i wypuszczał więźniów. Pan Bóg wsławiał ją coraz większymi cudami. Na jej modły uleczył Pan Bóg dwunastu trędowatych, kulawi i chromi zyskali zdrowie swych członków, ślepi wzrok. Pewne dziecko, które przed chrztem wrzucono do studni, odzyskało życie. 

Genowefa dożyła ośmdziesięciu lat. Kiedy dojrzał złoty kłos jej zasług, wyrosły na niwie umartwień i świętości życia, zesłał Pan Bóg na nią spokojną i szczęśliwą śmierć. Umarła dnia 3. stycznia r. 512. Pochowano ją w Paryżu, gdzie później po nad jej grobem wzniesiono wspaniałą świątynią pod jej wezwaniem. 

Św.Genowefa jest patronką Paryża. 

 

Nauka 

 

Jak świętem pragnieniem nieba przepełnioną była św.Genowefa, widzimy stąd, że patrząc w niebo nie mogła się wstrzymać od łez. Ucz się i ty zwracać duszę swoją ku Bogu, tęsknić za niebem. Toż niebo, to nasza ojczyzna niebieska, to miasto naszej wiekuistej szczęśliwości. Jak wygnaniec, który z krainy wygnania wraca do domu ojców swych pod strzechę rodzinną, w duszy ma obraz swego miejsca rodzinnego i rozważa te chwile szczęścia, które go czekają, kiedy skończywszy swą podróż dobiegnie do kresu i spocznie przy sercu matki, ojca, lub braci swych, tak i my jako podróżni idziemy z krainy wygnania, z tego padołu płaczu do miasta wiekuistej szczęśliwości, do Jeruzalem Nowego Zakonu. A tem miastem przyszłej szczęśliwości, to niebo ta ojczyzna nasza. Toż z niej wyszliśmy, kiedy Bóg duszę naszą stworzył i włączył w ciało nasze; do niej mamy pójść po śmierci. A w tej ojczyźnie, w tem mieście rodzinnem naszem czeka na nas najlepsza i najukochańsza Matka, Najświętsza Marya Panna, czekają na nas nasi braciszkowie, aniołki Boże, i te dusze naszych krewnych, znajomych, które zeszły z tego świata i już z Bogiem królują. Czyliż więc razem ze świętą Genowefą nie będziemy tęsknili za tą przyszłą ojczyzną swoją? ˝Toż przecież oko nie widziało, i ucho nie słyszało, i w serce ludzkie nie wstąpiło, co nagotował Bóg tym, którzy go miłują˝. O jak obrzydliwą jest ta ziemia, ta kraina nieszczęścia, boleści, śmierci i niezadowolenia, jeżeli wejrzymy w niebo, tę krainę szczęścia i ukojenia, spokoju, zadowolenia i wiecznego życia. 

Myśl więc często o niebie i odrywaj duszę swą od tej ziemi. 

 

Inni święci z dnia 3. stycznia:

 

Św. Anterus, papież-męczennik. - Św. Florencyusz, biskup z Vienne, męczennik. - Św. Gordiusz, kapitan rzymski, męczennik z Cezarei, za czasów cesarza Dyoklecyana. - Św. Łucyan, biskup z Sycylii. - Św. Zozimus, pustelnik z Cylicyi, za czasów cesarza Dyoklecyana. 

 

Dnia 4. stycznia

 

Święty Tytus, biskup. (Żył około r.70.)

 

Święty Tytus żył około roku 70. Urodził się według św.Chryzostoma w Koryncie, mieście położonem w Grecyi, z pogańskich rodziców. Już w młodości swej wiódł życie bardzo pobożne, skomne a przdewszystkiem, co u pogan rzadko się zdarzało, okazywał wielkie zamiłowanie do cnoty czystości. 

Kiedy św. Paweł przybył po raz pierwszy do Koryntu, by głosić wiarę Chrystusa Pana, zwrócił od razu uwagę na młodego poganina, który podpadł mu swą gorliwością w słuchaniu słowa Bożego i życiem bogobojnem. To też Tytus był jednym z pierwszych, którzy uwierzyli w Ukrzyżowanego i prosili św. Apostoła o łaskę chrztu św. Paweł św., widząc szczere chęci młodzieńca, który pragnął pójść za Jezusem, ochrzcił go. 

Skoro tylko woda chrztu św. obmyła duszę jego z grzechów i zlała na niego łaskę Bożą, zapalił się Tytus wielką gorliwością o zbawienie nie już duszy własnej tylko, ale i dusz biźnich, pomny na głęboką zasadę, że kto za duszę bliźniego się poświęci, łacniej własną swą duszę zbawi. To też bardzo pilnie nawracał swych rówieśników i znajomych do wiary Chrystusowej. 

Widząc tę gorliwość św. Paweł, pokochał go szczerze i uczynił go towarzyszem swych podróży. Odtąd widzimy św. Tytusa jako nieodstępnego przyjaciela i ucznia św. Pawła. Apostół narodów nazywa go w listach swych ˝ukochanym swoim synem˝. Nietylko pracę apostolską i trudy podróży, ale i niebezpieczeństwa i prześladowanie, na jakie był narażony św.Paweł, gdy między poganami głosił wiarę Zbawiciela, dzielił św. Tytus z wielkim apostołem narodów. Na jakie trudy narażony był św.Paweł, sam nam powiada, w drugim swym liście do Koryntian (Rozdz. 11, 11. 24-28): ˝Od żydów wziąłem po pięć kroć, po czterdzieści plag bez jednej. Trzykroć byłem bity rózgami, raz byłem ukamieniowany, trzykroć się z okrętem rozbiłem, przez dzień i przez noc byłem w głębinie morskiej. W drogach częstokroć, w niebezpieczeństwach rzek, w niebezpieczeństwach rozbójników, w niebezpieczeństwach od rodziny, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustyni, w nibezpieczeństwach na morzu, w nibezpieczeństwach między fałszywą bracią. W pracy, w kłopocie, w niespaniu częstem, w głodzie i w pragnieniu, w postach częstych, w zimie i w nagości˝. Te wszystkie trudy apostolstwa dzielił św. Tytus jako nieodstępny towarzysz z św. Pawłem. 

Kiedy św.Paweł w roku 51 udał się na pierwszy sobór do Jerozolimy, gdzie apostołowie zgromadzeni radzili nad nauką wiary i obyczajów, wziął ze sobą św. Tytusa. Nie wiedziano wtenczas, czy ci, którzy z pogaństwa nawrócili się do wiary Chrystusowej, mieli być obrzezani według prawa Mojżeszowego. Stąd domagano się obrzezania Tytusa. Jedni z apostołów domagali się wypełnienia zewnętrznych przepisów Starego Zakonu. Inni zaś, a mianowicie św. Paweł i z nim św. Tytus, opierali się temu. Postanowiono, że obrządki prawa Mojżeszowego, jako figury i przedobrażenie Zakonu Nowego, w Kościele katolickim nie obowiązują. 

Później widzimy św. Tytusa razem z św.Pawłem w Efezie, gdzie pilnie bardzo głosił słowo Boże z apostołem narodów. Naonczas szerzyło się wielkie zepsucie między chrześcijanami w Koryncie. Przedewszystkiem srożył się tam grzech kazirodztwa. Św. Paweł posłał tamdotąd św. Tytusa, by on swoją nauką i gorliwością nawrócił grzeszników. Tytus spełnił swoją misyą z największą gorliwością. Nauką swoją i kazaniami sprowadził grzesznych na drogę chrześcijańskiej moralności, a nadto nawrócił wielu pogan do prawdziwej wiary. Dobrocią serca swego tak pozyskał Koryntian, że prosili go, by ich już więcej nie opuszczał. 

Lecz święty, posłuszny wezwaniu swego mistrza, opuścił ich miasto i udał się do Macedonii, gdzie św.Paweł podówczas opowiadał słowo Boże. Wnet stał się pobyt Tytusa znowu niezbędnym w Koryncie, gdzie mieszkańcy w dawne popadli grzechy. Posyłając go tamdotąd, dał mu św. Paweł list, w którym upominał Koryntian i zachęcał do dobrego. W tym liście tak pisze św. Paweł o Tytusie: ˝A dzięki Bogu, który dał toż staranie o was do serca Tytusowego..., że pilniejszym będąc swej chęci, udał się do was˝. 

W roku 63 udał się św.Paweł znowu z swym nieodstępnym towarzyszem na wyspę Kretę, głosząc tam po raz pierwszy słowo Boże. Lecz ponieważ wnet musiał tę wyspę opuścić, by udać się do innych kościołów, wyświęcił św. Paweł Tytusa na biskupa i zostawił go na Krecie, powierzając jego pasterskiej pracy cały ten nowonawrócony kraj. Tutaj pracował św. Tytus z niestrudzoną gorliwością. Zakładał nowe biskupstwa, budował kościoły, wyświęcał biskupów i kapłanów. Św. biskup miał wiele trudów i mozołów w czasie swego urzędowania; bo Kreteńczykowie byli narodem bardzo złym i przewrotnym. Sam św. Paweł pisze o nich: ˝Kreteńczykowie zawsze są kłamliwi, złe bestye, brzuchowie, leniwi. I to świadectwo jest prawdziwe, dla której przyczyny ostrzej ich karz, aby zdrowi byli i w wierze wytrwali˝. (List do Tyt. 1. 12.) Mimo to wytrwał św. biskup przez 38 lat w swym urzędzie, pracując z niestrudzoną gorliwością. Raz tylko, może w roku 66, opuścił św. Tytus Kretę i udał się na wezwanie św. Pawła do Dalmacyi, gdzie pierwszy zaniósł światło ewangelii św. 

Pan Bóg wsławił życie i pracę apostolską swego wiernego sługi i pracownika licznymi cudami, które dopomagały mu do szerzenia nauki chrześcijańskiej. Kiedy doszedł do późnej starości, bo dożył 94 roku życia, odwołał go Pan Bóg do siebie po wieczną nagrodę. Aniołowie ukazali mu się w godzinę śmierci, zapraszając go do chwały wiekuistej. Po zgonie widziano koronę świetlaną na jego skroniach. Według zdania św. Chryzostoma wytrwał św.Tytus aż do śmierci w dozgonnej czystości, która była jego ulubioną cnotą. To też przez całe swoje życie do niej nakłaniał swych podwładnych, ucząc ich, że czystość to podstawowa cnota wszystkich innych cnót. 

 

Nauka

 

Życie św. Tytusa poucza nas o gorliwości jaką winniśmy mieć wobec dusz braci swych. Oncałe swe życie poświęcił zbawieniu dusz bliźnich. A przedewszystkiem starał się o zbawienie dusz swych podwładnych. Pragnieniem jego było doprowadzić wszystkie dusze, które Pan Bóg pieczy jego powierzył, do Boga. Ucz się stąd, jaką pieczołowitością otaczać winieneś te dusze, które Bóg ci powierzył. Mianowicie wy ojcowie i matki, pamiętajcie o tem, że dusze dzieci waszych dał wam Pan Bóg na to, byście je kiedyś Bogu oddali w tej czystości życia, w jakiej je w chwili chrztu świętego odebraliście. Wyście włodarzami dusz swych dzieci. Kiedyś powie Pan Bóg do was. Zdajcie sprawę z włodarstwa swego. Co powiesz Panu Bogu, jeżeli zaniedbasz te dusze, albo, co gorzej, przykładem złym nie dla Boga, ale dla piekła je wychowasz? Takim złym przykładem sa grzechy twoje, które popełniasz w obecności swych dzieci, te kłótnie domowe, klątwy, zgorszenia, namowy do kradzieży i do innych grzechów. Kto się poświęci za duszę bliźniego, łacniej własną duszę zbawi, głosi głęboka zasada. Lecz ten sam Pan Jezus powiedział: ˝Biada światu dla zgorszenia˝. Rozważ to dobrze! 

 

Inni święci z dnia 4. stycznia:

 

Św. Celsus, biskup z Trewiru. - Św. Dafroza, żona św. Flawyana. - Św. Grzegórz, biskup z Langres. - Św. Libencyusz, arcybiskup z Bremeny. - Św. Neofita, dziew.-męcz. - Św. Rygobert, arcybiskup z Rheims. 

 

Dnia 5. stycznia

 

Święty Szymon Słupnik. (+ 459.)

 

Św. Szymon urodził się w miasteczku Sizan położonem w Syryi, w roku 391. Ojciec jego był owczarzem, stąd też i Szymon pasł owce w wieku dziecięcym. 

Mając lat trzynaście, usłyszał razu pewnego w kościele z ust kaznodzieji te słowa Ewangelii św.: ˝Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni˝ (Mat. 5, 5). Te słowa głęboko utkwiły w sercu chłopca. Wychodząc z kościoła spytał się pewnego starca, co trzeba czynić, aby dostąpić pocieszenia i błogosławieństwa Bożego. A ten mu tak powiedział: ˝Modlitwa, pokora, łzy i cierpliwość w znoszeniu prześladowania, oto droga do tej niebieskiej pociechy, a na samotności kwiat cnoty najpiękniej kwitnie˝. Słysząc te słowa, chłopiec wrócił się natychmiast do kościoła, tam długo krzyżem leżał przed Najświętszym Sakramentem wsłuchując się w słowa natchnienia i głosu Bożego. Pan Bóg wskazał mu też drogę zbawienia. 

Wstał i prosto z kościoła poszedł na pustynią i tam przebył siedem dni bez wszelkiego pożywienia na modlitwie i łzach. Potem poszedł do klasztoru, którego przełożonym był św.Heliodor; rzucił się do kolan opata i błagał o przyjęcie. Po długim namyśle przyjął go święty opat. Tu w tym klasztorze przebył św.Szymon dziesięć lat. Surowość życia, jaką budował współbraci zakonnych, była niesłychaną. Pokarm brał tylko raz na tydzień, na modlitwie trwał noce całe. Chcąc ciało swe tem więcej umartwić, owinął się grubym ostrym powrozem z palmowych włókien, ściskając się nim tak silnie, że po dziesięciu dniach wtłoczył się mu zupełnie w ciało, pokrywając je głębokimi ranami. Bracia zakonni spostrzegli ślady krwi, jakimi święty znaczył miejsca, na których przebywał, i donieśli o tem przełożonemu. Ten dowiedziawszy się powodu, kazał natychmiast zdjąć powróz z ciała Szymona. Lecz tak się już był wcisnął w ciało, że tylko z największą trudnością można go było wyjąć, przyczem powstały głębokie ropiące się rany. Święty nie leczył ich i żadną miarą nie można go było do tego nakłonić. Św.Heliodor, widząc takie praktyki i nadzwyczajne umartwienia, obawiał się, by ten duch niesłychanych umartwień nie przeszedł na innych zakonników i im więcej nie szkodził jak pomógł; dlatego wydalił Szymona z klasztoru. 

Święty chwalił Boga za to wygnanie, widząc w niem wolę Najwyższego i z błogosławieństwem opata opuścił klasztor. Udał się na puszczą do podnóża góry Telanisa. Tu zbudował sobie domeczek z kamieni, które sam pozbierał; mieszkał w nim trzy lata. Kiedy nadszedł wielki post, postanowił za przykładem Mojżesza i Eliasza, przez całe czterdzieści dni nic nie jeść i nie pić. Spowiednik jego, niejaki Bassus, pozwolił mu na to niezwykłe dzieło umartwienia, jednak pod tym warunkiem, że święty weźmie ze sobą dziesięć chlebów i wiadro wody, by nie kusił Pana Boga. Szymon usłuchał. Lecz po upływie postu znaleziono chleb i wodę nietkniętą. Szymon zaś leżał na ziemi bez mowy i bez władzy, nawpół umarły. Bassus podał mu Komunią świętą i natychmiast wstał Szymon posilony na duchu i ciele i przyjął pokarm. Od onego czasu co rok tak pościł, nie jedząc ani pijąc, a trwało to dwadzieścia i ośm lat. 

Sława jego świętości i surowości życia rosła coraz więcej; stąd bardzo wiele ludzi przybywało, by go widzieć i podziwiać. To właśnie było powodem, że Szymon opuścił swoją chatkę i udał się na szczyt góry. Tu wybudował sobie nowy domek, lecz bez dachu, tak że był wystawiony na wszystkie zmiany powietrza. Chcąc zmusić się do tego, by nie opuszczać nigdy swego mieszkania, kazał się żelaznym łańcuchem przykuć do skały. Lecz kiedy mu Meleciusz, biskup antyocheński, zwrócił uwagę na to, że nie łańcuch, lecz wola i łaska Boża przykuwa człowieka, kazał się odkuć. 

Wnet i tutaj rozeszła się sława jego; zewsządprzychodziły wielkie tłumy różnych ludzi do niego, przychodzili chrześcijanie i poganie, by usłyszeć od niego słowa nauki i pociechy w utrapieniach i nieszczęściach i by uzyskać przez jego modlitwy uzdrowienie w chorobach. Ismaelici, Persowie, Ormianie, Gallowie, Anglicy, ludzie z różnych i dalekich krajów dążyli do niego, nie mówiąc już o Włochach, u których cześć świętego tak była rozpowszechnioną, że jego obraz można było widzieć prawie w każdej chatce włoskiej. Każdy chciał choć dotknąć się szat jego. 

Wtedy to obmyśliła pokora świętego nadzwyczajny i niesłychany dotąd sposób życia. Aby ujść rzeszom tylu ludzi, którzy przeszkadzali mu w życiu bogobojnem, wybudował sobie słup najpierw sześć, potem dwanaście, a wreszcie czterdzieści stóp wysoki, u góry tylko trzy stopy szeroki, zaopatrzony w niską poręcz i umieścił się na nim. Na tym słupie przeżył czterdzieści lat. Był wystawiony na wszelkie zmiany powietrza, deszcz, słońce i niepogody. NIe widziano nigdy, by siedział lub leżał, bo szerokość słupa na to nie pozwalała, zawsze stał a jednak nie wydawał się nigdy strudzonym. Raz na tydzień przyjmował Najświętszy Sakrament i raz tylko brał do siebie pokarm, który składał się z soczewicy moczonej w wodzie. Całą noc i pierwszą część dnia trwał na modlitwie, zawsze zapatrzony w niebo, wznosząc złożone ręce do góry. Największe cierpienia znosił niezachwianie. Przez długi czas miał na nodze ropiącą się ranę, której nigdy nie opatrywał. 

Dwa razy na dzień miewał nauki do licznego tłumu, który zbierał się pod słupem. Słowa jego miały siłę nadzwyczajną. Najwięcej upominał słuchaczy, aby odrywali serce od rzeczy ziemskich, a zwracali umysł do Boga. Skutek nauk jego był ten, że tysiące pogan nawracało się do wiary, tysiące obojętnych i grzesznych chrześcijan umacniało się w wierze i obyczajach. Pan wzmacniał też słowa jego licznemi cudami. 

Wielu bowiem zyskało zdrowie i uleczenie z nieuleczalnych kalectw i chorób. Tak n.p. prosił go razu pewnego pewien rotmistrz saraceński, by uzdrowił jego krewnego, który był powietrzem rażony. Święty kazał go przyprowadzić i radził mu, by wyrzekł się wiary pogańskiej. Kiedy ten okazał gotowość do przyjęcia wiary Chrystusowej, zapytał go święty: ˝Wierzysz w Boga Ojca i Jedynego Syna Jego i Ducha św.?˝ A kiedy ten odpowiedział: Wierzę, rzekł mu Szymon: ˝Jeżeli wierzysz, wstań.˝ I wstał powietrzem rażony, a na dowód uzdrowienia wziął owego rotmistrza na barki swe i zaniósł do domu w oczach tysiącznego tłumu, który chwalił moc Bożą. Wiele innych cudów czynił święty. Miał też dar proroctwa. Tak n.p. przepowiedział na dwa lata przedtem głód i morowe powietrze. Przepowiedział klęskę szarańczy, która jednakże żadnej szkody w zbożu uczynić nie miała, tylko na łąki zapaść miała. Przepowiednia spełniła się zupełnie. Cesarz Teodozyusz II., który się modlitwom jego polecił, odniósł świetne zwycięstwo nad Persami; sam je modlitwom świętego przypisywał. Królowa Ismaelitów, która lata całe była niepłodną, udała się do jego wstawiennictwa i porodziła syna 

Zakonnikom, mieszkającym w tej okolicy, nie podobał się nadzwyczajny sposób życia Szymona. Bali się czy to czasem nie sprawa szatana. Postanowili więc wysłać dwóch braci do świętego z tem poleceniem, by wystawili na próbę jego posłuszeństwo i pokorę. Mieli polecenie nakazać świętemu, by zszedł ze słupa. Jeżeli okaże gotowość opuszczenia swego miejsca, mieli to uważać za znak pokory i rozkazać mu, by został nadal. Lecz jakie było zdziwiemie owych kapłanów. Skoro w imieniu zakonników kazali mu opuścić słup, ten bez wahania gotował się do zejścia. Poznali zakonnicy, że nie duch szatana, lecz duch Boży był w świętym i kazali mu zostać, mówiąc: Zostań na swojem miejscu, bo posłuszeństwo twe świadczy o czystości twej intencyi. Spełniaj więc dalej wolę Bożą. Zresztą Pan Bóg sam okazał cudami, którymi go wsławiał, że przyjemnym Mu był sposób życia św. Szymona. 

Wreszcie spodobało się Panu Bogu odwołać sługę swego po wieczną nagrodę. Pewnego dnia Szymon przyjąwszy Komunią św., schylił się według zwyczaju swego do modlitwy i oddał ducha swego Bogu. Przez trzy dni nikt nie przeczuwał śmierci świętego, myśląc, że pogrążonym jest w modlitwie. Dopiero trzeciego dnia, kiedy zapach zaczął się rozchodzić od jego ciała i zauważono, że twarz jego rozpromieniała jasnością niebiańską, przekonano się, że nie żyje i zdjęto go ze słupa. 

Umarł dnia 2.stycznia roku 459 mając lat 69. Z największą czcią pochowano święte szczątki w obecności patryarchy anty ocheńskiego, sześciu biskupów i licznego wojska cesarskiego. Święte szczątki złożono w Antyochyi. Nad grobem jego działy się liczne cuda. Później zbudowano nad grobem wspaniałą świątynię. 

Kościół Boży czci jego pamięć dnia 5 stycznia. 

Na wschodzie wielu pobożnych zakonników poszło za sposobem życia św. Szymona i doszło do wielkiej świętości Na zachodzie wiódł podobny sposób życia pewien zakonnik imieniem Wulfilaicus pod Trewirem. Lecz biskupi zakazali później naśladowania tego bądź co bądź dziwnego sposobu życia. 

Żywot św. Szymona trzeba więcej podziwiać jak chcieć go naśladować. Jest on dowodem, jak daleko postąpić może człowiek przy sile woli i łasce Bożej. 

 

Nauka

 

Życie świętego Szymona daje nam jasny dowód na to, ile może silna wola człowieka złączona z głosem łaski Bożej. Dobra wola, to gotowość serca, pójść za głosem natchnienia Bożego natychmiast, bez wielkiego namysłu. Dobra wola nie zważa na względy świata, nie pyta się słabej natury ludzkiej, która siłą swej ciężkości dąży do wygód i unika umartwień. Dobra wola słyszy głos Boży i idzie za nim. Tak czynił św. Szymon. Głos Boży wołał: Błogosławieni, którzy płaczą, a on za tym głosem poszedł. Kazał mu Bóg pójść do klasztoru, poszedł, kazał mu opuścić klasztor, opuścił go, kazał mu zamieszkać na gołej skale, zamieszkał; kazał mu pójść na słup wysoki, poszedł z prostotą dziecka. Czyś ty chodził zawsze za głosem Bożym? A któryż jest środek do bezwzględnego wypełniania woli Bożej? Środek najlepszy można ująć w to hasło: Nie zważaj na świat, bój się tylko siebie samego, swych własnych niedoskonałości! Patrz na św. Szymona! Bojąc się siebie, uciekł przed światem do klasztoru. Bojąc się siebie, poszedł na puszczą, przykuł się do skały, zamieszkał na słupie, bojąc się pychy własnej. Pan Jezus wzywa nas do tej bojaźni słowami: ˝Jeżeli oko twoje cię gorszy, wyrwij je, jeżeli ręka twoja cię gorszy, odetnij ją˝. Nie bój się więc świata i nie zważaj na to, co świat powie, lecz bój się siebie samego, t.j. natury swej zepsutej, która ciągnie do złego. 

 

Inni święci z dnia 5. stycznia:

 

Św. Emiliana, dziew. - ŚŚw. Feliks, Januarya, Celifloria i Anastazya, męczennicy w Afryce. - Św. Flamidyan, m. w Katalonii. - Św. Gaudenty czyli Radzim, arcybiskup gnieźnieński, brat św. Wojciecha. - Św. Telesfor, papież-męczennik. 

 

Dnia 6. stycznia

 

Uroczystość Świętych Trzech Króli

 

W dniu 6.stycznia obchodzi Kościół św. Uroczystość Trzech Króli. Gdy się tedy narodził Jezus w Betlejem-Judy, - tak pisze św.Mateusz Ewangelista (Mat. 2, 1-12), - za dni Heroda króla, oto Mędrcy ze wschodu słońca przybyli do Jerozolimy mówiąc: ˝Gdzie jest, który się narodził król żydowski? Albowiem widzieliśmy gwiazdę Jego na wschód słońca i przybyliśmy pokłonić się Jemu˝. A gdy usłyszał król Heród, zatrwożył się i całe miasto Jeruzalem z nim... . I zebrawszy wszystkich starszych kapłanów i doktorów ludu, dowiadywał się od nich, gdzie się miał Chrystus narodzić. A oni mu rzekli: w Betlejem Judzkiem... . Wtedy Heród wezwawszy potajemnie Mędrców, pilnie wywiadywał się od nich o czasie, w którym im się ukazała gwiazda, i posłał ich do Betleem. Oni wysłuchawszy króla, odjechali. ˝A oto gwiazda, którą byli widzieli na wschód słońca, szła przed nimi, aż przyszedłszy stanęła, gdzie było dziecię. A ujrzawszy gwiazdę, uradowali się radością bardzo wielką i wszedłszy w dom znaleźli Dziecię z Maryą Matką Jego, i upadłszy na kolana pokłon oddali jemu, i otworzywszy skarby swoje, ofiarowali mu dary: złoto, kadzidło i myrę˝. 

Temi słowami opisuje ewangelista św. całe to zdarzenie, które Kościół Boży czci dzisiejszą Uroczystością Trzech Króli albo ˝Objawienia Pańskiego˝. Uroczystość ta jest jedną z nastarszych i największych uroczystości roku kościelnego. Nazywa się uroczystością ˝Objawienia Pańskiego˝, bo przypomina nam, że Pan Jezus przyszedłszy na świat, objawił się ludom pogańskim. 

W pełności czasu przyszedł na świat Pan Jezus, Zbawiciel świata, urodził się w Betleem. Potrzeba było, aby ludzkość poznała swego Zbawiciela. Tej samej nocy, w której się narodził, objawił się żydom. Do pastuszków bowiem posłał Aniołów swych, którzy oznajmili im narodzenie Mesyasza. Ci poszli i tej samej nocy pokłon mu oddali. Lecz zbawienie było przeznaczone nietylko dla ludu żydowskiego, ale dla wszystkich ludów. Było więc wolą Opatrzności Boskiej, by i ludy pogańskiego kraju poznały i przyjęły swego Zbawcę. 

Leżał daleko na wschód słońca wiele mil od Betleem. Jak się ten kraj nazywał, napewno nie wiemy. Najprawdopodobniej była to według starych tradycyi Arabia albo raczej Persya. Tam może mieszkali potomkowie Saby, wnuka Noego. O nich to przepowiedział Dawid i prorok Izajasz: ˝Królowie Arabscy i Saba przywiosą upominki... przyjdą z Saby, złoto i kadzidło przynosząc, a chwałę Pana opowiadając˝ (Ps. 71, 10 - Izaj. 60, 6.) 

Ludy te miały pewne wyobrażenie o przyjściu Mesyasza. U wszystkich bowiem ludów pogańskich znachodzimy ślady pierwszego proroctwa mesyańskiego, które Pan Bóg dał pierwszym rodzicom w raju, przyobiecując zesłać Zbawiciela; aczkolwiek się te proroctwa zatarły w pogaństwie co do swej jasności, jednak pozostawiły po sobie jakieś wspomnienia. Pierwotne tradycye o przyszłym Zbawicielu prawdopodobnie mniej się zatarły u owych ludów Saby niż u innych ludów pogańskich. Ponieważ nadto mieszkali w krajach sąsiednich ziemi obiecanej i mogli mieć też styczność z żydami rozrzuconymi w czasach niewoli, odświeżały się w nich nadzieje w przyszłego Zbawiciela. Oprócz tego istniała co do przyjścia Zbawiciela osobna przepowiednia pogańskiego proroka Balaama, który przepowiedział, że ˝ukaże się gwiazda Jakóbowa i powstanie różdżka (t.j. król) z Izraela˝. Jeśli znane były te słowa ludom pogańskim, to może i wiedzieli, że kiedyś ukaże się gwiazda, która miała wskazać narodzenie króla, któryby nad światem zapanował. 

Lud, mianowicie perski, miał swych uczonych, którzy znali się doskonale na naukach tak świeckich jako i świętych. Ci uczeni zwali się wprost mędrcami. Takich mędrców uznawał lud jako królów; stąd też widzimy, że tradycya nazywa owych trzech mężów, którzy poszli do Betleem, raz mędrcami, raz królami. Między naukami, jakiemi się odznaczali, pierwsze miejsce miała astronomia czyli nauka o gwiazdach, która na wschodzie miała bardzo wielkie znaczenie. Tacy astronomowie czyli gwiaździarze, właśnie z gwiazd przepowiadali przyszłość i przyszłe losy swego kraju. 

Nagle na horyzoncie wschodnim ukazała się jakaś dziwna gwiazda; była ona przedziwnego blasku i zupełnie dotąd nieznaną. Między mędrcami wschodu było wedle tradycyi trzech, mieszkających daleko od siebie, nazwiskiem Kaspar, Melchior i Baltazar. Ci widząc to przedziwne i niezwykłe zjawisko na niebie, tknięci łaską Bożą wpadli na myśl, że to owa gwiazda, która oznajmiła światu narodzenie króla żydowskiego. Wiedzieli może też, że ten król to oczekiwany Mesyasz. Wzmocnieni łaską Bożą postanawiają pójść i pokłonić się Jemu. Nie znają drogi, nie wiedzą, gdzie się ten Mesyasz urodził, idą na zachód, gdzie leży ziemia żydowska. Nie wiedzą, jak daleko będzie im trzeba pójść drogą, wiedzą, że ich czekają niebezpieczeństwa, lecz to im nie przeszkadza. Zabierają bogate dary, by złożyć je w ofierze Nowonarodzonemu i puszczają się w drogę. 

W tem o dziwo widzą, że gwiazda, która ukazała się w ich ojczyźnie, zaczyna się poruszać na niebie przed nimi; poznali, że mają przewodnika; a dziwny to był przewodnik ten przewodnik niebieski, przez Boga im przysłany w nagrodę za ich wiarę i gotowość. Tak prowadziła ich gwiazda przez dalekie kraje nieznane, aż zaprowadziła ich do Jeruzalem, które było stołecznem miastem żydowskiem. Tu stanął przewodnik. Z wielką radością wchodzą mędrcy do miasta. Są przekonani, że są u celu swej podróży, że za chwilkę będą się mogli pokłonić Nowonarodzonemu. Bo gdzieżby się miał być urodzić król żydowski, jak nie w stołecznem mieście Jerozolimie? Pytają więc przechodniów o dom, o miejsce, w którem się znajduje królewska dziecina. ˝Gdzie jest ten, który się urodził, król żydowski, bo widzieliśmy gwiazdę jego na wschodzie i przyszliśmy pokłonić się jemu˝. Lecz jak wielkie było ich zdziwienie, kiedy poznali, że w Jerozolimie nic nie wiedzą o narodzeniu króla żydowskiego. Mieszkańcy Jerozolimy bowiem z zdumieniem wielkiem otaczali nieznanych mężów, przyglądając się im, jak to się dzieje, kiedy obcy ludzie przybędą z nieznanych krajów. Tem więcej zaś dziwili się ich pytaniu. 

Wiadomość o nieznanych ludziach i ich niezwykłem pytaniu rozeszła się wnet po całem mieście i dotarła na dwór królewski. Naonczas siedział na tronie żydowskim Heród Wielki, groźny i znienawidzony tyran, który całą rodzinę poprzednich królów żydowskich z rodu dawnego wymordował z obawy przed utratą tronu. Wiedział on bowiem, że według przepowiedni miał się niebawem urodzić nowy król żydowski z rodu królewskiego. W tym celu usuwał nawet wszystkich swych krewnych, by ubezpieczyć sobie tron. 

Dowiedziawszy się, że nieznajomi jacyś ludzie szukają nowonarodzonego króla, kazał ich wezwać do siebie, by się od nich wywiedzieć szczegółów o Nowonarodzonym. Zwołał też uczonych pisma i kazał im badać, gdzie według przepowiedni miał się narodzić ów król. Ci oznajmili mu, że według przepowiedni proroka Micheasza król ów miał się narodzić w Betleem. Tamdotąd wysłał Heród mędrców, by poszli, pokłonili się Nowonarodzonemu, a potem wróciwszy pouczyli go bliżej o narodzeniu niebezpiecznego pretendenta do korony. Chciał bowiem pójść i zamordować Jezusa. 

Mędrcy dowiedziawszy się w ten sposób, że ów król urodził się w Betleem, poszli. Kiedy wyszli po za Jerozolimę, oto ukazała się znowu owa gwiazda wskazując im dalszą drogę. Za tym cudownym przewodnikiem doszli do Betleem. Gwiazda stanęła nad stajenką. Pełni wiary i ufności weszli do środka. Tam ukazał się ich oczom dziwny widok. W ubogiej niskiej stajni znaleźli młodą niewiastę, przy niej mężczyznę w podeszłym wieku, a na sianie w żłóbku jakąś małą dziecinę. Oświeceni łaską Bożą poznają, że ta dziecina to ów wielki król, Jednorodzony Syn Boga, który dla odkupienia ludzkości przyszedł na świat, że to ten nowonarodzony król żydowski, do którego przyprowadziła ich gwiazda. Poznali, że ta niewiasta, to matka tego dziecka,Marya. 

W tej chwili padli na ziemię i w największej czci oddali tej dziecinie pokłon, jaki się Bogu należy. A otworzywszy skarby, które ze sobą przywieźli, ofiarowali Nowonarodzonemu złoto, kadzidło i myrę. Ofiarowali złoto, bo złoto należy się królowi, kadzidło, bo kadzidło należy się Bogu. Myrę używa się do balsamowania ciał po śmierci; ofiarowując więc myrę, złożyli dowód wiary na to, że ten Bóg, który z nieba zstąpił, przyjął prawdziwe ludzkie ciało. 

Posileni błogosławieństwem Syna Bożego, uradowani na duchu, postanowili wrócić do swej ojczyzny, by swemu ludowi głosić Nowonarodzonego. Chcieli tą samą drogą wrócić, którą przybyli, a przedewszystkiem wstąpić do Heroda, by go uwiadomić o swej radości. Nie znali oni bowiem Heroda i jego niecnych planów. Wtem ukazał im się Anioł Pański i objawił im podstęp Heroda, który czychał na życie Jezusa. Kazał im ominąć Jerozolimę i inną drogą wrócić do ojczyzny. Tak też uczynili. 

Wróciwszy do swej ojczyzny, opowiadali, co widzieli, i głosili wiarę w Chrystusa. Pobożne podanie niesie, że zrzekli się nawet swych tronów, by tem swobodniej się poświęcić pracy apostolskiej. Doczekali się bardzo podeszłego wieku. Kiedy po śmierci Pana Jezusa św.Tomasz przyszedł w ich strony, by głosić tam słowo Boże, zastał ich jeszcze, jak niesie legenda, przy życiu, wyuczył ich prawd wiary, ochrzcił, wybierzmował i wyświęcił na kapłanów a następnie na biskupów. 

Ciała ich przeniesiono z Persyi do Konstantynopola, potem za staraniem św.Heleny do Medyolanu. Kiedy Fryderyk Rudobrody, cesarz niemiecki, zdobył w roku 1163 Medyolan, uwiózł święte szczątki Mędrców i złożył je w Kolonii, gdzie dotąd spoczywają. 

 

Nauka

 

Rzadko która uroczystość podaje tyle nauk, jak Uroczystość Trzech Króli. Każde nieomal zdarzenie, jakie napotykamy w życiu tych Trzech Medrców, obfituje w bogate myśli, które umysł nasz naprowadzają na rzeczy wiary. Przyjrzyjmy się ich powołaniu: Tylu innych gwiaździarzy widziało tak, jak trzej królowie, gwiazdę Chrystusową, znało tak, jak oni, przepowiednie o przyszłym Mesyaszu. A jednak tylko ci trzej idą za głosem wewnętrznym natchnienia Bożego, opuszczają domy swe i w daleką puszczają się drogę, by pójść do Jezusa. Czemu? Bo współpracowali z głosem natchnienia, nie ociągali się, bo poszli za głosem Bożym. Czy ty tak samo słuchasz głosu natchnień Bożych? Czy opuszczasz miejsca grzechu, skoro Bóg woła do ciebie, czy idziesz do Boga? Patrz dalej na trudy podróży! Nie szczędzą trudów, by tylko widzieć Jezusa. I ty masz widzieć Jezusa po śmierci w niebie, a jednak boisz się trudów podróży do nieba i wolisz zostać w domu niewoli grzechów. Patrz na ich wiarę. W podłej szopie widzą płaczące dziecię, klękają przed niem i pokłon mu oddają jako Bogu. Jaka silna niezachwiana wiara; wierzą, że gwiazda ich nie zawiodła. Ucz się stąd wierzyć we wszystko, co gwiazda wiary ci objawia; choć to na pozór nie podobnem ci się wydaje, wiedz, że u Boga wszystko jest podobnem, bo On wszechmocny. Uroczystość dzisiejsza przypomina nam powołanie pogan do wiary Chrystusowej. I naród nasz był pogańskim, nim został powołany do wiary prawdziwej. Patrz, tysiące jeszcze dzisiaj rodzą się z pogańskich rodziców i w pogaństwie umierają. Czy to nie łaska Boża, żeś się urodził z chrześcijańskich rodziców na łonie Kościoła św., a przez to masz łatwą sposobność zbawienia? Dziękuj Bogu gorąco za tę łaskę bodaj największą i ofiaruj Mu za to z trzema królami złoto miłości, kadzidło modlitwy i myrę umartwień żywota. 

 

Inni święci z dnia 6. stycznia:

 

Św. Albert, benedyktyn. - Św. Anastazy, męczennik. - Św. Bazylisa, dziewica i męczenniczka.- Św. Macra, dziew.-męczenniczka z Rheims. - Św. Melaniusz, biskup z Rennes. - Św.Wiltruda, przełożona zakonu benedyktynek w Bergen. 

 

Dnia 7. stycznia

 

Święty Łucyan, kapłan-męczennik. (+ 312.)

 

Łucyan urodził się w mieście Samozacie, położonem w Syryi. Rodzice jego byli chrześcijanami. Żył w drugiej połowie trzeciego wieku. Mając lat dwanaście, utracił ojca i matkę i stał się jedynym spadkobiercą ich wielkiej fortuny. 

Lecz nie w dobrach tego świata szukał szczęścia. Sprzedał przeto cały majątek rodzicielski i rozdał go ubogim. Sam zaś udał się do Edessy. Tam żył sławny naonczas uczony opat Makaryusz. U niego znajomił się młody Łucyan z prawdami życia chrześcijańskiego i z życiem doskonałości chrześcijańskiej. Życie jego było nader ostre. Wina nie pijał, raz tylko na dzień jadał, a czasem pościł przez cały tydzień. Większą część życia spędzał na modlitwie. Najwięcej kochał milczenie, bo wiedział, że w milczeniu Pan Bóg najsilniej przemawia do duszy. 

Najulubieńszem jego zajęciem było studyum Pisma św. i ksiąg pisarzów kościoła. To też w krótkim czasie zdobył sobie taki zasób wiedzy i tyle znajomości prawd wiary świętej, że nietylko sam uchodził za jednego z najuczeńszych ludzi swego czasu, lecz mógł nawet stanąć do walki z największymi nieprzyjaciółmi Kościoła św.. Pismo św. zawsze miał na ustach; zapytany w rzeczach wiary, odpowiadał słowami Pisma św., przez co nauka jego nabierała siły przekonania i powagi. 

Pisaniem ksiąg pobożnych zarabiał sobie na życie, a z tego, co zarobił, główną część dawał ubogim. 

Naonczas słynną siedzibą nauki i sztuki była Antyochya. Tam założył św.Paweł jedną z największych gmin chrześcijańskich, tam też była po Rzymie najsławniejsza stolica biskupia. Tamdotąd zaprowadziła Opatrzność Boska świętego Łucyana, by użył swych nauk na pożytek kościoła św.. W Antyochyi założył Łucyan sławną szkołę, w której zbierał młodzież, by uczyć ją prawd wiary św.. Uczył bezpłatnie; bo celem jego było wychować pobożnych chrześcijan, którzyby zwalczając miłość własną i złe skłonności, stali się silnymi obrońcami Kościoła św. i jego świętej nauki. 

Najważniejszem dziełem jego życia była praca nad Pismem św. Nowego i Starego Zakonu, aby usunąć błędy, które się z biegiem czasu przez winę i przez umyślne fałszowanie ze strony heretyków zakradły. W tym celu porównał biblią grecką z tekstami innemi i usunął wszystko to, co się nie zgadzało wedle zdania jego z brzmieniem Pisma św.. 

Głęboka nauka, bezinteresowność wykładów prawd wiary św. i jego łagodne ojcowskie postępowanie z ludźmi zjednały mu wnet miłość i przywiązanie wszystkich wiernych tak, że lud nazywał go swym ojcem i obrońcą. Patryarcha antyocheński widząc zalety gorliwego, świętego i uczonego męża, wyświęcił go na kapłana. 

Były to czasy prześladowań Kościoła św.. Naonczas panował na zachodzie cesarz Dyoklecyan, sławny z swej nienawiści ku chrześcijanom, a na wschodzie nie mniej zacięty wróg Chrystusowy, cesarz Maksymyan. Ten trzymał się tej zasady, żeby wytępić wszystkich przewódzców chrześcijaństwa. Myślał bowiem, że gdy padną pasterze, padną też i owce. Tak n.p. zamordował Antyma, biskupa nikomedyjskiego, i Piotra, biskupa aleksandryjskiego. Od pewnego kapłana apostaty, imieniem Pankracy, dowiedział się, że jednym z najgorliwszych przewódzców wiary św. w Antyochyi był św.Łucyan. Niezwłocznie kazał go pojmać i przyprowadzić do Nikomedyi. 

W drodze do tego miasta stracenia napotkał święty kilkunastu żołnierzy chrześcijańskich, którzy pojmani za wiarę i skazani na stracenie, w mękach swych zaparli się Chrystusa i już co jeno mieli ofiarować bogom pogańskim. Widząc to święty Łucyan, zatrzymał się u nich i siłą swej wymowy i przykładem nieustraszonego męstwa zjednał niedoszłych męczenników napowrót dla Chrystusa. Nie hańba to i sromota, tak mówił do nich, iż wy, rycerze, którzy gotowi jesteście codzień wylać krew swoją za cesarza, pana ziemskiego, nie macie tyle odwagi, by wylać krew za Chrystusa, Pana Nieba! Dla próżnej sławy i żołdu marnego nastawiacie gardła swoje w walce z nieprzyjacielem, a dla Pana, który krew swą wylał za was, dla nieba, które jest szczęściem wiecznem, nie macie tyle odwagi, by narazić życie swoje? Wstydźcie się dzieci i niewiast, które pokazują wam drogę męczeństwa. Słysząc to żołnierze, ochotnie sięgneli po palmę męczeństwa. 

Skrępowanego Łucyana przywiedziono do Nikomedyi i stawiono przed tyranem Maksymyanem. Ten słysząc poprzednio, że z twarzy Łucyana bije taka jasność i taki majestat, że niepodobna, patrząc na niego i słuchając słów jego, nie stać się chrześcijaninem, bał się, by się czasem nie nawrócił i dlatego kazał go stawić za zasłonę i w ten sposób z nim rozmawiał. Zrazu słodkiemi obietnicami, potem strasznemi groźbami nakłaniał go do odstępstwa od wiary, lecz święty na wszystko jedną tylko miał odpowiedź: ˝Jestem chrześcijaninem, niczego więcej nie chcę, niczego nie pragnę i niczego się nie boję˝. Cesarz rozgniewany groził mu najsroższemi karami, jeżeli mu nie da innej odpowiedzi, lecz święty na wszelkie groźby powtarzał tylko jedno: ˝Chrześcijaninem jestem˝. 

Wtedy kazał go cesarz okropnie ubiczować, a gdy to nie pomogło, kazał ciało jego rozciągnąć na torturach tak, że wszystkie kości wyszły ze stawów. Lecz Łucyan na wszystkie męczeństwa odpowiadał ustawicznie: Chrześcijaninem jestem. Wtedy kazał Maksymyan rozdarte i poszarpane w kawały ciało męczennika złożyć w kaźni na ostrych skorupach i pilnie strzedz, by nikt nie podawał mu ani pokarmu ani napoju. Oprócz tego kazał obok leżącego i skrępowanego sługi Bożego położyć najpiękniejsze pokarmy i napoje i go często pytać, czyby nie chciał życia swego ratować. Lecz święty na wszystkie pytanie odpowiadał tą samą odpowiedzią. ˝Jestem chrześcijaninem˝. Tak przeleżał święty w najokropniejszych katuszach czternaście dni. 

Razem z nim było uwięzionych wielu chrześcijan. Tych umacniał święty słowem i przykładem w świętem męczeństwie. Nadeszła uroczystość Trzech Króli. Współwyznawcy obawiali się, że Łucyan nie przeżyje tego dnia; dlatego zebrawszy się i otoczywszy go kołem, prosili go, by podał im Ciało i Krew Pańską jako zadatek męczeństwa. Leżąc skrępowany na swym ostrem łożu, kazał sobie Łucyan podać wino i chleb i rzekł: Ołtarzem to pierś moja, a świątynią jesteście wy. Potem odprawił Najświętszą ofiarę Mszy św., podał wiernym Ciało i Krew Pańską i dodawał im otuchy do męczeństwa. Wzruszający to był widok. Na obrazkach widzimy też św.Łucyana sprawującego na piersiach swych Najśw. Ofiarę, otoczonego gronem więźniów chrześcijańskich. 

Piętnastego dnia posłał cesarz sługę swego do więzienia, by się przekonał, czy święty jeszcze żyje. Łucyan powiedział mu te słowa: Idź, powiedz cesarzowi, że jestem chrześcijaninem. Tego samego dnia umarł. Inne podanie niesie, że Maksymyan rozgniewany tą odpowiedzią do ostateczności, kazał go ściąć. 

Lecz jeszcze po śmierci mścił się srogi prześladowca nad ciałem męczennika. Kazał je pociąć w kawały i wrzucić do morza. Cudownym sposobem wyrzuciło je morze na brzeg, a wierni z największą czcią zebrali święte szczątki i pochowali je pod miejscowością Drepane w Bytynii. Później wybudowała cesarzowa Helena, matka Konstantego Wielkiego, nad jego grobem wspaniałą świątynię. 

Święty zakończył swój żywot dnia 7.stycznia roku 312. 

 

Nauka

 

Nic tak bardzo nie pociąga nas do Boga, nic tak bardzo nie odwodzi nas od grzechu, jak czytanie pobożnych książek. Święty Augustyn, czytając żywoty Świętych Pańskich, wszedł w siebie, zastanowił się nad swem życiem i widząc przykłady Świętych Pańskich, powiedział sobie: Mogli ci, mogli owi, czemu nie ty Augustynie? I zaprzestał życia złego i wszedł na drogę dobrego. Lecz pomiędzy wszystkiemi książkami pobożnemi pierwsze ma miejsce Pismo św.. Patrz na żywot św.Łucyana. Z Pisma św. czerpał on swoją wiedzę, słowami Pisma św. umacniał się w wierze, i niemi nawracał innych. Nic tak prędko nie pobudza do dobrego, nic tak cierpliwym nie czyni, uczy Skarga, jak nauka Pisma św.. Bo ona uczy miłości, gasi świeckie i cielesne pragnienia. ˝Dziwna to rzeka, to Pismo św., mówi św.Grzegórz, tak miałka, iż w niej baranek, t.j. prosty i nieuczony brodzić może; tak głęboka, iż w niej wielbłąd, t.j. uczony zatopić się może. Ono głębokością straszy, hojnością karmi, łagodnością syci˝. Według nauki Kościoła św. nie wolno nam czytać Pisma św. t.j. biblii każdej, wolno tylko czytać takie wydanie, które Kościół św. dla wiernych do użytku podaje. Zato zaleca nam Kościół św. czytać historyą biblijną, t.j. wyciąg najpiękniejszych miejsc z Pisma św. tak Starego jak Nowego Zakonu. Uczmy dzieci nasze tej historyi biblijnej. Starajmy się o to, by w każdym domu katolickim obok katechizmu była historya św.. Bo gdzie tych dwóch książek niema, tam braknie ducha pobożności i miłości Boga. 

 

Inni święci z dnia 7. stycznia:

 

Św. Amadeusz, kardynał. - Św. Anastazy, arcybiskup z Sens. - Św. Klerus, dyakon i m. z Antyochyi. - Św. Kryspin, biskup z Pawii. - ŚŚw. Feliks i January, męczennicy z Heraklei. - Św. Wydukind Wielki, książe saksoński. 

 

Dnia 8. stycznia

 

Święty Seweryn, Opat, patron Austryi. (Około r. 482)

 

Było to w połowie wieku piątego. Był to czas, w którym olbrzymia budowa państwa rzymskiego rozsypywała się skutkiem najazdów dzikich, barbarzyńskich ludów, którzy nowe i świeże przynosząc zasoby życia, wypierały zniewieściały i przeżyty lud rzymski z jego odwiecznych siedzib. Stara i przeżyta kultura wiecznego państwa cofała się przed naporem ludów, żyjących bez wielkiej kultury, lecz posiadających energią i wytrwałość. W roku 455 umarł Attyla, zwany biczem Bożym, król Hunów, który z swemi dzikiemi hordami pierwszy wpadł na strupieszałe państwo rzymskie, niosąc przed sobą postrach i trwogę, pozostawiając po za sobą zgliszcza i gruzy. Po jego śmierci napadały dzikie te hordy na miasta i wsie, obracając je w perzynę. Najgorszej było w prowincyach rzymskich położonych nad Dunajem. Tam napadał jeden szczep barbarzyński po drugim. Alemani, Rugowie i Herulowie pustoszyli jedni po drugich ten nieszczęśliwy kraj, zostawiając po sobie ruiny i rzeki krwi. 

W tych smutnych i ciężkich czasach zesłała Opatrzność Boża męża odwagi i pokoju, który poświęceniem swem i miłością bliźniego kojił rany, dodawał otuchy, zajmował się rannymi, leczył ciała, ale zarazem i dusze. Tym mężem opatrznościowym był święty Seweryn. Była to wysoka, poważna postać. Szlachetne rysy twarzy zdradzały jego wysokie pochodzenie. Cichość i łagodność przebijały się w spokojnem zawsze obliczu; lecz po za tą słodyczą i pokorą widniała energia, gdzie chodziło o rzeczy Boże i pomoc dla biednych i nieszczęśliwych. 

Gdzie się rodził, skąd pochodził, o tem nikt nie wiedział! Święty nie zdradzał się z tem nigdy. Zapytany razu pewnego, skąd pochodzi, odpowiedział: ˝Ojczyzną moją jest niebo, bo do niego idę˝. Wymowa i rysy twarzy wskazywały jednakże na jego afrykańskie pochodzenie. Z sposobu życia widać było, że święty długie lata przebył na puszczy pod przewodnictwem mistrzów życia duchownego. Prawdopodobnie przeżył młodość swoją w jednym z klasztorów na wschodzie. 

Miejscem jego działalności był Noryk, kraina położona nad Dunajem, stanowiąca dzisiaj część Austryi i Bawaryi. Tamdotąd przybył widocznie przez samego Boga przysłany, by opowiadać słowo Boże między ludami już nawróconymi. Umacniał w wierze, bronił życia i imienia mieszkańców przed napadami dzikich hord i nawracał zwycięzców, którzy, będąc aryanami, jako tacy słynęli z swej nienawiści do wiary Chrystusowej i z swego okrucieństwa. 

Wiódł żywot bardzo ostry. Nosił zawsze długi płaszcz na gołem ciele, głowy nigdy nie przykrywał, zimą i latem chodził boso, co, zważywszy na ostry klimat, było nadzwyczajnem umartwieniem; bo w tych stronach bywają jeszcze po dziś dzień tak wielkie mrozy, że rzeki dla lodów po kilka miesięcy są niespławne. Św. Seweryn jadał tylko raz na dzień i to po zachodzie słońca. W wielkim poście raz tylko na tydzień używał pokarmu. Snu zażywał mało, spał na gołej ziemi. 

Cały dzień, o ile się nie modlił, poświęcał służbie bliżniego. Jego życie było jednym aktem miłosierdzia chrześcijańskiego. Usługiwał chorym, wspierał ubogich, pocieszał nieszczęśliwych. Najbardziej zajaśniał swiętą cnotą pokory; zawsze uważał się za sługę sług Chrystusowych. Godności biskupiej, ofiarowanej mu kilkakrotnie, nie przyjął z pokory. Lud nie zwał go inaczej, jak swym apostołem, nie dlatego, że przyniósł mu światło wiary św. lecz dlatego, że z apostolską gorliwością umacniał go w wierze. 

Swą pierwszą działalność rozwinął w mieście Asturis, leżącem na pograniczu Panonii. Tam żył lud bardzo zepsuty. Święty z gorliwością Chrystusową opowiadał słowo Boże i wzywał do pokuty. Lecz napróżno. W duchu proroczym, widząc nieszczęście, które przyjść miało na kraj, błagał i upominał, przepowiadając zaślepionemu ludowi karę Bożą. Lecz lud śmiał się z proroctwa. Wtenczas opuścił św.Seweryn ten kraj. Następnego dnia ziściła się przepowiednia. Barbarzyńcy napadli na miasto i w perzynę ję obrócili. 

Św. Seweryn udał się do miasta Komagenis. I tam był lud popsuty. Lecz kiedy święty, widząc znowu w duchu proroczym blizki najazd nieprzyjaciela, wskazywał na klęskę i nawoływał do pokuty, uwierzyli mieszkańcy tego miasta, pouczeni smutnym przykładem mieszkańców Asturis, jego słowom proroczym. Seweryn odprawiał uroczyste nabożeństwa pokutne, a lud w trwodze zbierał się tłumnie i zapełniał domy Boże, prosząc Pana zastępów o odwrócenie nieszczęścia. I wysłuchał Pan Bóg błagania mieszkańców. Bo kiedy nieprzyjaciel wtargnął do miasta, powstało takie trzęsienie ziemi, że barbarzyńcy przerażeni uciekli z tych stron. W ciemności nocy powstał między nimi popłoch tak wielki, że jedni napadali i w pień wycinali drugich. 

Ocaliwszy od nieszczęścia Komagenę, udał się Seweryn do miasta zwanego Fawiana, dzisiejszego Wiednia. Tam ocalił mieszkańców od śmierci głodowej. Była bowiem ostra zima; rzeki na kilka miesięcy stanęły i nie można było na zwykłej drodze sprowadzać żywności. Nieszczęśliwi udali się z prośbą do świętego, by ich obronił od śmierci głodowej. I rzeczywiście na prośby jego zesłał Pan Bóg odwilż niesłychaną w tym czasie; rzeki stały się spławne. 

W Wiedniu zamieszkał święty stale. Niedaleko miasta zbudował klasztor, w którym zgromadziło się wnet wiele bogobojnych osób, by pod przewodnictwem Seweryna wieść życie zakonne. Święty przodował wszystkim pobożnem swem życiem w cnotach. 

Wielkim był dar proroctwa, którym Pan Bóg obdarzył swego sługę. Tak n.p. przepowiedział on Odoakrowi, wodzowi Herulów, całą jego przyszłość. Książe ten, chcąc się udać do Rzymu, by zająć miasto i dla szczepu swego założyć nową ojczyznę, odwiedził Seweryna i prosił go o błogosławieństwo na wyprawę. Seweryn przepowiedział, że Pan Bóg mu pobłogosławi, że wielkie zdobędzie skarby i żestanie się panem Rzymu. Proroctwo się ziściło. Odoaker zajął wieczne miasto, zrzucił z tronu ostatniego cesarza rzymskiego, Romulusa Augusta i osiadał jako władca na tronie wiecznej Romy. Kiedy książe, wdzięczny świętemu za błogosławieństwo, prosił go, by objawił swe życzenie, a gotów będzie dla niego wszystko uczynić, Seweryn prosił go, by mu wydał jednego z jeńców. 

Bo też nie małą troską świętego było wybawianie jeńców i wygnańców z niewoli i leczenie rannych na polach bitew. Ich to nawracał gorliwie do wiary, wracając im wolność i zdrowie; zwyciężca nad głodem przez posty i umartwienia, odczuwał głód z zgłodniałymi jeńcami; nie czując sam mrozu i zimna, odczuwał przecież z innymi zimno i mróz, widząc ich nagich i zziębłych. 

To anielskie obchodzenie się z nieszczęśliwymi zjednało mu serca wszystkich, nietylko biednych, ale i możnych tego świata. Był n.p. w wielkiej czci u króla Alemanów, który go obdarzał wielkimi względami i pieniędzmi; święty obracał te dary na rzecz nieszczęśliwych. 

Król Rugów również okazywał mu swą cześć i wdzięczność. Kiedy zbliżał się koniec życia Seweryna, zawołał do siebie króla wraz z jego żoną Gizą, a położywszy rękę na serce królewskie, rzekł do królowej. ˝Gizo, miłujesz ty tę duszę więcej niźli złoto i skarby?˝ A kiedy ta zaręczyła, że męża swego nad wszystko miłuje, rzekł Seweryn: ˝Tedy przed śmiercią proszę was obojga raz jeszcze, w imię Boga wystrzegajcie się gwałtów i okrucieństwa˝. Król był bowiem z natury okrutnikiem. 

Dwa lata przed śmiercią przepowiedział święty Seweryn dzień swego zgonu. Przepowiednia spełniła się zupełnie. Dnia 5. stycznia 482 roku zasnął w Bogu ten wielki mąż, który całe życie swe położył dla dobra swych bliźnich. Sześć lat po śmierci przeniesiono ciało jego do Włoszech i pochowano je w wiosce Lucullano pod Neapolem. Ciało było jeszcze zupełnie nietknięte i wydawało przecudną woń. Później wzniesiono ponad zwłokami piękny kościół. 

Kościół obchodzi pamięć św. Seweryna dnia 8. stycznia. 

 

Nauka

 

Pan Bóg często zsyła nieszczęścia, by przez nie odwrócić nas od grzechów i nauczyć nas miłości Bożej. Tak dzieje się w życiu publicznem i w życiu narodów, tak dzieje się w życiu jednostek. Kiedy Pan Bóg zsyła nieszczęścia, zawsze w nim i zsyła swą pomoc, która z nieszczęść wybawia. Patrz na mieszkańców Noryku! Zesłał Pan Bóg na nich zaburzenia wojenne, smutne i ciężkie czasy, lecz w tych nieszczęściach zesłał im męża, który ich z tych z trudnego położenia miał wyprowadzić; lecz zarazem i równocześnie miał ich wyprowadzić z grzechów i niewiary. Mieszkańcy miasta Komagenis usłuchali świętego męża, który wzywał ich do pokuty, zbierali się na modlitwach pokutnych, a przez to ocaleni zostali od nieszczęścia i nawrócili się. Mieszkańcy Asturis zaś głuchymi byli na głos proroka i męża Bożego, zostali w grzechach, ale też i w nieszczęściu. Ilekroć Pan Bóg zsyła na ciebie, miły czytelniku, nieszczęścia, choroby lub krzyże, patrz, i słuchaj, czyli w tym nieszczęściu nie przemawia do ciebie Pan Bóg głosem natchnień. Jeżeli słyszysz ten głos słuchaj i idź za nim. Patrz na św.Ignacego Loyolę! Pan Bóg zesłał na niego chorobę, w chorobie zesłał mu książkę pobożną, która była początkiem jego nawrócenia. - Módl się w chorobach i nieszczęściach, a one będą początkiem twego nawrócenia. Bo w chorobach przemawia głos Boży tak czule do duszy, że budzi się w niej przywiązanie i miłość Boża, a przez to odradza się dusza na drodze cnoty. Módl się w chorobach! 

 

Inni święci z dnia 8. stycznia:

 

Św. Adelajda, mniszka. - Św. Apolinary, biskup z Hierapolis. - Św. Dominika, dziewica z Konstantynopola. - Św. Maksym, męczennik, z Solnogrodu. - Św. Stefan, biskup z Bourges. - Św. Teofil, dyakon, męczennik. 

 

Dnia 9. stycznia

 

Święty Julian i towarzysze jego. (Około r. 313.)

 

Św. Julian urodził się w Antochyii, mieście położonem w Syryi, w połowie trzeciego wieku. Rodziców miał bogatych, rodu szlacheckiego. Był jedynakiem. Troskliwie wychowany nauczył się oprócz nauk świeckich także miłości Bożej. A pokochał Pana Boga tak, że Jemu poświęcił życie swoje, uczyniwszy ślub dozgonnej czystości. Bo wiedział, że czystość najwięcej Pan Bóg kocha z wszystkich cnót. Bo czystość, to lilia cnót. 

Kiedy doszedł do lat młodzieńczych,nalegali rodzice, by się ożenił; chcieli bowiem, by ród ich nie wygasł, a że był jedynakiem, martwili się, widząc, że Julian niema ochoty do stanu małżeńskiego. Młodzieniec nie zdradził się z swym ślubem, z drugiej strony nie chciał odmówić rodzicom, których kochał. W tym celu prosił o siedm dni namysłu. W tym czasie modlił się gorąco do Pana Boga, prosząc o radę i wskazówkę z nieba. Jako też pocieszył go Bóg; głosem wewnętrznego natchnienia objawił mu Pan Bóg, że ma słuchać rodziców, pojąć żonę, a resztę pozostawić Panu Bogu. 

Była w Antyochii również urodziwa jak pobożna panienka, jedynaczka, córka bogatych rodziców, imieniem Bazylisa. Do niej skłoniło się serce młodzieńca i wnet połączyły się te dwa szlachetne dusze węzłem chrześcijańskiego małżeństwa. Kiedy po uczcie weselnej poszli oblubieńcy do swego pokoju, by wspólnie odmówić modlitwy wieczorne, nagle przepiękna woń lilii i róż rozeszła się po całym mieszkaniu. A że to było zimą, dziwiła się Bazylisa temu dziwnemu zjawisku i pytała, coby to znaczyło. Julian opowiedział jej o swym ślubie dozgonnej czystości, o woli Bożej, by pojął żonę, i o tem, że Pan Bóg kazał zdać się na wolę Swoją. Ta woń, powiada, pochodzi od Chrystusa, który między liliami pasie baranki swe i jest miłośnikiem czystości. Jezus - tak mówił dalej - gotuje osobne miejsce tym, którzy z niewiastami się nie złączyli. Słysząc to Bazylisa, padła na kolana i w ręce oblubieńca swego złożyła ślub dozgonnej czystości. W tem jasność niebiańska napełniła pokój, ukazał się Pan Jezus i przyrzekł świętym małżonkom swą pomoc do wypełnienia tego trudnego postanowienia. 

Odtąd żyli Julian i Bazylisa jak brat ze siostrą, miłując się w Chrystusie i dla Chrystusa. 

Naonczas ogłosił Dyoklecyan, namiętny prześladowca chrześcijan, w państwie swem prawo, zakazujące wyznania wiary chrześcijańskiej pod karą śmierci. Popłoch wielki stał się między wiernymi. Wielu opuściło domy, zagrody majętności swe i błądząc szukali schronienia, pociechy i pomocy. 

W tym czasie umarli rodzice naszych świętych małżonków; dziedzictwem stali się bardzo majętnymi. Otworzyli tedy swe gościnne domy dla błąkających się i potrzebujących chrześcijan, przygarniali do siebie przelęknione owieczki Chrystusowe. Podzielili się pracą. Julian mieszkał z mężczyznami w jednym, Bazylisa z dziewicami w drugim domu. Tak powstały dwa klasztory pod przewodnictwem dziewiczych małżonków. Pan Bóg pobłogosławił cudownie to małżeństwo ewangeliczne duchowem potomstwem; mówią bowiem legendy, że towarzysze Juliana doszli do liczby dziesięciu tysięcy, a towarzyszki Bazylisy do liczby tysiąca. Cnoty zakonne i miłość Boża kwitły w tych zgromadzeniach pod przewodnictwem Juliana i Bazylisy. 

W onczas posłał Dyoklecyan Marcyana jako namiestnika swego do Antyochyi; wydał rozkaz, by wszyscy mieszkańcy publicznie wyznali wiarę swoją. Strach padł na chrześcijan, bo takie rozporządzenie było początkiem okrutnego prześladowania. Bazylisa bała się jako dobra matka o swe zgromadzenie i prosiła Pana Boga, by zabrał jej córki do siebie. ˝Zabierz do siebie, o Panie, Swe córki z tego padołu płaczu i nie pozwól, by wpadły w ręce nieprzyjaciół˝, tak modliła się święta niewiasta. Bóg wysłuchał jej prośby, objawił jej, że wpierw, nim przyjdzie niebezpieczeństwo, zabierze jej siostry do siebie. Tak się też stało. Zanim poganie napadli na klasztor, choroba zaraźliwa zabrała wszystkie zakonnice. Na końcu, przeżywszy wszystkie, umarła Bazylisa. 

Do pierwszych, którzy według rozkazu namiestnika mieli wyznać publicznie swą wiarę, należał Julian i jego towarzysze. Wezwany, by ofiarował bogom pogańskim, odrzekł święty: ˝Mam Boga swego w niebie, który mi przykazał, bym Jemu Samemu ofiarę czynił, a bałwochwalstwem się brzydził˝. Słysząc to Marcyan, kazał spalić klasztor i wszystkich zakonników w nim. Pobożna legenda niesie, że na tem miejscu słyszano przez długie lata w czasie, w którym dawniej odmawiali zakonnicy swe pacierze, prześliczne śpiewy. 

Marcyan pragnął Juliana odwieść od wiary; w tym celu kazał go przywiązać do czterech słupów i kijami niemiłosiernie bić. Zdarzyło się, że kij pękł w ręku jednego oprawców; wpadł odłam mu w oko, które wypłynęło. Marcyan miłował bardzo tego oprawcę i popadł dlatego w okropny gniew, wymyślając na świętego. Wtedy rzekł Julian: Zwołaj swych kapłanów pogańskich i każ im się modlić do swych bogów, niech oni przywrócą wzrok ślepemu. A jeżeli oni tego nie uczynią, ja do mego Boga o to modlić się będę. Marcyan zgodził się na to. Tedy zeszli się kapłani pogańscy i składali ofiarę w celu uproszenia cudu. Wtem stała się rzecz nadzwyczajna. Pięćdziesiąt bałwanów srebrnych i złotych spadło na ziemię i potrzaskało się na kawały. Marcyan pomawiał Juliana o czary i szydząc z Boga chrześcijan, nakazał świętemu, by się modlił o uzdrowienie oprawcy. Julian przeżegnał oko siepacza znakiem krzyża św.; odzyskał wzrok, i zaczął chwalić głośno Boga chrześcijańskiego. Marcyan popadł w taki bniew, że uleczonego przebił na miejscu mieczem; Juliana zaś kazał zaślepiony tyran wodzić po wszystkich ulicach miasta i katować jak najokrutniej. Przytem polecił pachołkowi wołać: Tak karze się tych, którzy bogami gardzą i cesarza nie słuchają. Myślał niemądry starosta, że w ten sposób odstraszy pogan od przyjmowania chrztu chrześcijańskiego; nie wiedział, że widok katowanego sługi Bożego, który takie czynił cuda, przysporzy tylko chrześcijanom nowych wyznawców. Jako się też niebawem o tem przekonał. Własny jago syn, imieniem Celzus, widząc męczennika, pobiegł do niego, i przyczepiwszy się, zawołał głośno: Wielkim jest Bóg chrześcijański, i ja w Niego wierzę i dla Niego jestem gotów umrzeć. 

Marcyan kazał oderwać syna od męczennika; lecz kto tylko się szaty świętego dotknął, został jakby niemocą rażony. Nie wiedząc, co począć, udał się Marcyan do cesarza o radę. Tymczasem kazał wrzucić Juliana razem z swym własnym synem do smrodliwego więzienia. Stróżowało ich dwudziestu żołnierzy. Ci, widząc jasność, jaka biła od męczenników, przyjęli wiarę Chrystusową. 

Cesarz kazał męczenników spalić. Przygotowano stos, włożono na niego Juliana i zapalano. Marcyan nie mógł się przezwyciężyć, by spalić syna swego i podsunął kogoś innego. Kiedy płomienie nie jęły się św. Juliana, żona Marcyana, imieniem Maryonilla, na widok nowego cudu uwierzyła w Chrystusa. Tego już było Marcyanowi za wiele; szalejąc w złości, kazał Juliana, swego syna, swoją żonę i owych dwudziestu żołnierzy ściąć mieczem. 

Było to dnia 9. stycznia, roku 313. 

Opowiada nam historya, że Marcyana roztoczyły robaki na żywym ciele. 

 

Nauka

 

Święci Julian i Bazylisa są wzorem chrześcijańskiego małżeństwa. Małżeństwo to roślina rajska, ręką samego Boga zasadzona w raju. Jeżeli się spytamy, co to jest małżeństwo, to odpowiedź na to brzmi: Jest to dozgonne połączenie dwóch osób wolnych, mężczyzny i niewiasty, w celu wzajemnego uświęcenia się, pomagania sobie wspólnie do osiągnięcia nieba, wspierania się w potrzebach życia, jako też w celu rodzenia dzieci i ich dobrego wychowania. Małżeństwo ustanowione przez Boga w raju miało dwie główne właściwości, jedność t.j. wykluczenie wielożeństwa i nierozerwalność, t.j. raz zawiązane mogło być rozerwane tylko przez śmierć jednego z małżonków. A trzy są cele małżeństwa: 1) zgodne święte pożycie i wzajemna pomoc, 2) rodzenie dzieci, 3) wychowanie dzieci. Przez grzech upadła ludzkość, poniżyło się małżeństwo. Na miejsce nierozerwalności małżeństwa nastąpił rozwód, na miejsce jedności nastąpiło wielożeństwo. 

W pełności czasu przyszedł Pan Jezus, by naprawić to co grzech zepsował. Przywrócił jedność i nierozerwalność małżeńską. A wiedząc, że do świętego, zgodnego, dobrego pożycia, do pomagania sobie w środkach do celu, jako i do wychowania dzieci potrzebna jest łaska osobna, którą nazywaną łaską stanu, przywiązał Pan Jezus do małżeństwa chrześcijańskiego łaskę, złączył ją z pomnożeniem łaski uświęcającej. W ten sposób wyniósł Boski Zbawiciel małżeństwo chrześcijańskie do godności Sakramentu. Małżeństwo więc zawarte prawnie, t.j. wobec własnego proboszcza i dwóch świadków jest sakramentem, więc rzeczą świętą. Na zapytanie, co jest małżeństwo chrześcijańskie, trzeba odpowiedzieć: ˝Jest to Sakrament, przez który dwie wolne osoby, mężczyzna i niewiasta, między sobą związek małżeński zawierają i od Pana Boga odbierają łaskę wiernego wypełnienia obowiązków stanu swego aż do śmierci!˝ A obowiązkami stanu małżeńskiego są: święte, zgodne pożycie, rodzenie i wychowywanie dzieci. Ktoby jednego z tych obowiązków nie spełniał, popełnia grzech, który może być bardzo ciężki. 

Małżeństwo, w którym małżonkowie chcą żyć w dozgonnej czystości, jak Julian i Bazylisa, nazywa się małżeństwem ewangelicznem. Dozwolone jest tylko za zgodą obojga małżonków, a potrzeba do tego szczególnej łaski Bożej; stąd można je więcej podziwiać jak naśladować. 

 

Inni święci z dnia 9. stycznia:

 

Św. Adryan, opat z Canterbury. - Św. Marcelin, biskup z Ankony. - Św. Marcyanna, dziew.-męcz. z Cezarei. - Św. Mauroncy, opat. - Św. Paschazya, dziew.-męczenniczka z Dijon. - Św. Piotr, biskup z Sebaste. 

 

Dnia 10. stycznia

 

Święty Wilhelm, biskup z Bourges. (1135-1209)

 

Święty Wilhelm urodził się wroku 1135. Pochodził z znakomitej hrabiowskiej rodziny, zamieszkałej na zamku Artel, w Belgii. W wczesnym wieku oddali go rodzice jego wujowi, który był archidyakonem katedry swezoneńskiej, na wychowanie. A że to był mąż uczony i bogobojny, wychowywał siostrzeńca swego w cnotach i zaszczepiał w nim zamiłowanie do nauki. 

Już jako chłopiec okazywał Wilhelm pociąg do życia skromnego i do służby Bożej. Zabawy i wesołość życia nie miały nigdy powabu dla niego. Skończywszy nauki, wstąpił do stanu duchownego. Możni i wpływowi rodzice wyrobili mu wnet wysokie dostojeństwa kościelne. Został kanonikiem swezoneńskim i paryskim. Lecz nie długo wytrwał na tych stanowiskach. Czuł bowiem, że te godności nie zbawią jego duszy. A o duszę najbardziej mu chodziło. Postanowił więc porzucić wszystko i wstąpić do klasztoru. Życie zakonne bowiem odpowiadało jego usposobieniu, w nim pragnął służyć Bogu. 

Wstąpił do klasztoru Cystersów, odbył roczny nowicyat i złożył śluby zakonne. Wiódł życie bardzo ostre; najwięcej pragnął służyć Bogu ćwiczeniem się w cnocie pokory. Bo wiedział, że jak cnota czystości ujarzmia ciało i przygniata pragnienia ciała, tak cnota pokory ujarzmia duszę i przygniata w niej wszystko, co się nazywa samolubstwem lub miłością własną. Uważał się zawsze za najniegodniejszego; przed najmłodszym braciszkiem uniżał się i starał się zawsze usłużyć wszystkim. Żywot wiódł bardzo ostry; postami i umartwieniami przodował wszystkim. 

Wnet też cnoty i sposób życia zwróciły na niego uwagę przełożonych. Wkrótce został wyniesiony do godności przeora, którą piastował w kilku klasztorach kolejno. Kiedy umarł arcybiskup w Bourges, ofiarowano mu rządy tejże stolicy. Lecz święty ani słuchać nie chciał o tem. Przeciwnie bronił się jak mógł. Pragnął życia klasztornego, odosobnionego od świata, a nie dostojeństw i godności biskupich. Gdy nie pomogły protesty jego, chciał się obronić ucieczką. Dopiero za wyraźnem życzeniem stolicy apostolskiej przyjął biskupią mitrę. Jako biskup starał się słowem i przykładem wzmacniać poddanych swych w wierze i miłości Bożej. Sam zwiedził wszystkie kościoły swej achidyecezyi. Wszędzie głosił słowo Boże, stawiał wiernych wobec prawd odwiecznych, wobec kary za grzechy i sprawiedliwości Bożej. Kazaniami swemi, a mianowicie swemi naukami o rzeczach ostatecznych nawracał tysiące dusz do Boga. 

Pomimo swej godności zachował skromność i ubóstwo zakonne. Habitu zakonnego nie zdejmował. Dom jego był zawsze otwarty dla biednych, którzy w nim mieli ojca i brata. Co dzień usuwał się na dłuższy czas na samotność, by, wolny od trosk pasterzowania, trwać na modlitwach i rozmyślaniach. Większą część nocy przepędzał zawsze na modlitwie. Przy tem wszystkiem był zawsze swobodny, wesoły i uśmiechnięty tak dalece, że wesołość jego raziła nawet ludzi zbyt surowych. Lecz ci nie wiedzieli, że pobożność polega na wewnętrznym skupieniu ducha i oddaniu go Bogu, że wesołość i swoboda to cecha dusz dziecięcych, czystych, spokojnych. 

Przedziwną nabożnością otaczał Najśw. Ofiarę Mszy św.. Jeżeli zważę na to, zwykł był mawiać, że Pan Jezus co dzień ofiaruje się na Ołtarzu jako baranek na zabicie Ojcu swemu Niebieskiemu, to odczuwam tę samą boleść, jak gdybym był na Kalwaryi i stał pod krzyżem umierającego Zbawcy. To też rzadko kiedy sprawował Najświętszą Ofiarę Mszy św. bez łez w oku, a szacunek do Najświętszej Ofiary Mszy św. wpajał przy każdej sposobności w serca swych wiernych. 

Mimo swej głębokiej pokory okazywał wielką energię i stanowość, gdzie chodziło o prawa i przywileje Kościoła świętego. Kiedy król Filip August, powodowany chciwością, zaczął uszczuplać prawa Kościoła, święty tak mężnie i stanowczo wystąpił przeciw niemu, że nie cofnął się nawet, gdy został zagrożony konfiskatą dóbr biskupich. Ta stanowczość właśnie pozyskała króla dla świętego Wilhelma i odtad żyli w najlepszej zgodzie. 

Był to czas, w którym herezya Albigenzów szerzyła się w południowej Francyi. Niewiara i niemoralność podały sobie ręce by walczyć wspólnie przeciw Kościołowi św.. Wreszcie bezbożnicy chwycili nawet za broń i ogniem i mieczem niszczyli kościoły i klasztory. Wtych trudnych dla Kościoła czasach rwał się każdy, któremu chodziło o dobro Kościoła, do walki przeciw tej herezyi. To też i Wilhelm, aczkolwiek herezya nie zagroziła jeszcze jego dyecezyi, mimo podeszłego swego wieku, postanowił pójść i głosić słowo Boże, by powstrzymać kacerstwo. Lecz Pan Bóg dał mu poznać, że zbliża się koniec jego. Popadł w silną febrę śmiertelną. 

Cztery dni przed śmiercią, a było to właśnie w Uroczystość Trzech Króli, zerwał się z łoża; by po raz ostatni opowiadać ludowi swemu słowo Boże. Wśród licznie zgromadzonych wiernych mówił o przygotowaniu się na śmierć. Potem objawił ludowi, że po raz ostatni przemawia do nich, pożegnał się czule jak matka umierająca żegna się z dziećmi swemi i wśród głośnego płaczu i łkania zszedł z ambony. Wróciwszy do mieszkania, przyjął Sakrament ostatnich olejów św., ubrał się w szaty biskupie tak jak do Mszy św., kazał się położyć na ziemię, posypaną popiołem, wziął do ręki brewiarz, by rozpocząć jutrznię. Lecz skoro tylko wymówił pierwsze słowa modlitwy, dusza jego opuściła na zawsze ciało, by tam na górach św. Syońskich modlić się dalej przed Panem. 

Było to dnia 10. stycznia r. 1209. Lud tłumnie spieszył do katedry, by ciału świętego oddać cześć przynależną św. relikwiom. Mówią niektóre podania, że w dniu śmierci Wilhelma unosiła się nad pałacem arcybiskupim jasna jak słońce gwiazda, jakby na znak świętości zmarłego biskupa. Dziewięć lat po śmierci policzył go papież Honoryusz III. w poczet świętych. 

 

Nauka

 

Czytamy w żywocie św. Wilhelma, że płakał, kiedy sprawował Ofiarę Mszy św.. Rozumieć to powinien każdy chrześcijanin. Bo potrzeba sobie tylko uprzytomnić, co to jest Ofiara Mszy św., a wnet znajdziemy i my powód do łez i płaczu nad grzechami swemi i swoją niewdzięcznością ku Panu Bogu. Ofiara Mszy św. bowiem jest to tą samą Ofiarą co ofiara na krzyżu. Jak na krzyżu ofiarował się Pan Jezus, cichy baranek Ojcu swemu Niebieskiemu za grzechy ludzkości, tak i w każdej Mszy św. ofiaruje się ten sam Pan Jezus Ojcu Swemu Niebieskiemu za grzechy nasze. Do istoty ofiary potrzebne są trzy rzeczy: 1) przedmiot ofiarny, 2) zniszczenie czyli śmierć, 3) kapłan, który ofiaruje. Te trzy rzeczy widzimy tak samo na krzyżu, jako i w ofierze Mszy św.. Barankiem ofiarnym na krzyżu jest Pan Jezus, tak samo i we Mszy św. jest Pan Jezus owym barankiem ofiarującym się pod postacią Chleba i Wina w Najświętszym Sakramencie. Na krzyżu umarł Pan Jezus; więc było zniszczenie, i we Mszy św. dopełnia się śmierć mistyczna przez podwójną konsekracyę chleba i wina, która jest wyobrażeniem oddzielenia krwi od ciała w śmierci Jezusa. Na krzyżu był Pan Jezus tym kapłanem, który sam siebie Bogu ofiarował. We Mszy św. ten sam Pan Jezus ofiaruje się przez ręce kapłana odprawiającego Mszę św.. Jedna jest tylko różnica między Ofiarą Krzyżową a Ofiarą Mszy św., t.j. na krzyżu rzeczywiście płynęła Krew Najświętsza, t.j. ofiarował się Pan Jezus w sposób krwawy, a we Mszy św. ofiaruje się w sposób niekrwawy, bo krew płynie w sposób mistyczny. A teraz powiedz sam, gdybyś stał pod krzyżem na Golgocie i patrzał na umierającego Zbawiciela, nie płakałbyś z żalu i smutku? A gdy jesteś obecny tej samej ofierze podczas Mszy św., czy zachowujesz konieczną powagę? 

 

Inni święci z dnia 10. stycznia:

 

Św. Agaton, pap. - Św. Floryda dziew. z Dijon. - Św. Gonzalwy, Dominikanin z Portugalii. - Św. Tekla, dziew. z Lentini. - Św. Piotr Ursuleusz. 

 

Dnia 11. stycznia

 

Święty Teodozy, opat-pustelnik. (424-529)

 

Teodozy urodził się w Kappadocyi w roku 424. Wychowany bogobojnie w domu rodzicielskim, jako chłopiec odznaczał się życiem pobożnem i znajomością w służbie kościelnej. Szczególne zamiłowanie miał do tajemnic Pisma św.. To też jako młodzieniec czytał już za pozwoleniem starszych księgi Objawienia św. w kościele w czasie publicznych nabożeństw. 

Nadszedł czas wyboru stanu. Młodzieniec pokazywał skłonność do życia doskonałego i służby Bożej. Pełen ufności w Opatrzność Bożą opuścił ojca i matkę i rodzinne swe strony i udał się do Ziemi świętej. Tu na tem miejscu, gdzie Pan Jezus żył i cierpiał, chciał usłyszeć głos powołania Bożego. Droga do Ziemi św. prowadziła przez Syryą, gdzie to naówczas żył ów sławny i świątobliwy Szymon Słupnik. (Patrz na jego żywot, dnia 5.stycznia). Do niego postanowił się udać Teodozy. Skoro Szymon ujrzał z wysokości swego słupa nadchodzącego młodzieńca, zawołał głośno: Oto idzie mąż Boży, który niech będzie błogosławiony. Potem przyjął go do siebie jak najmiłościwiej, pouczał go i przepowiedział mu dalsze życie. 

W Jerozolimie modlił się Teodozy do Pana o wskazówkę, dokąd się ma udać. Pan Bóg wysłuchał modłów i posłał go do pewnego pustelnika, nazwiskiem Longin, który mieszkał w zwaliskach jakiejś starej wieży. Tu poddał się pod duchowne przewodnictwo owego starca i nauczył się surowości życia i prawdziwej doskonałości. 

Na prośby pewnej pobożnej niewiasty, która niedaleko Betleem wybudowała świątynię pod wezwaniem Matki Boskiej, objął służbę przy tym kościele, lecz bojąc się pochwał ludzkich, które zbyt często na niego spadały, uciekł i osiadł w jakiejś skalistej jaskini na szczycie wysokiej góry. Tutaj został i żył przez lat trzydzieści. Oczywiście było to życie zupełnie oderwane od świata, życie pustelnicze, ale zarazem zadziwiająco ostre. Jadał tylko surowe jarzyny, korzonki leśne i owoce; przez trzydzieści całych lat nie widział chleba. Modlił się dzień i noc tak żarliwie, że łzy nie ginęły na licach jego. Często noce całe spędzał na modlitwie, nie kładąc się wcale do snu. 

Sława jego świątobliwości rozchodziła się daleko po Ziemi świętej, zapalała wielu młodzieńców do naśladowania jego życia. Teodozy przyjmował ich do siebie i razem z nimi mieszkając, uczył ich życia pustelniczego. Lecz liczba tych młodzieńców wzmagała się z dnia na dzień, a Teodozy widząc w tem wyższą wolę Bożą, postanowił opuścić swą pustelnią i założyć klasztor, w ktorymby wielu młodzieńców mogło służyć Panu Bogu. 

Na równinie niedaleko Betleem zbudował ogromny klasztor. Ze wszech stron cisnęła się teraz młodzież w owe mury zaciszne, by pod przewodnictwem tak sławnego mistrza duchownego zdobywać cnoty i doskonałości. Z wszystkich krajów przychodzili młodzieńcy, ubodzy i bogaci, prostaczkowie i synowie możnych rodziców, ludzie różnych stanów, wojskowi, rzemieślnicy i rolnicy, wszyscy zbierali się w jednym celu, by służyć Bogu, a wszyscy łączyli się jednym wspólnym węzłem miłości bliźniego i Boga. To też taka miłość i zgoda zapanowała w owym klasztorze, że coraz to innych pociągała do wstąpienia do owego zgromadzenia miłości. 

Ponieważ byli tam ludzie różnych narodowości, przeto pobudował Teodozy cztery kościoły, by zakonnicy wszyscy w swoim własnym języku mogli wielbić Pana Boga. Na Mszę św. schodzili się natomiast razem do jednego kościoła. Oprócz tego obejmował klasztor trzy szpitale, w których chorzy, opętani i pielgrzymi znajdowali opiekę i schronienie. Najbardziej zajmował się Teodozy chorymi i nieszczęśliwymi. Zawsze pamiętał o słowach Zbawiciela: Coście jednemu z tych maluczkich uczynili, mnieście uczynili. Dlatego też własnoręcznie mył rany najobrzydliwsze i całował je, widząc w nich rany Zbawiciela. Noce całe spędzał na pielęgnowaniu tych biednych przybyszów. Czasem znowu licznych pielgrzymów, którzy przybywali zwiedzać Ziemię Świętą, przyjmował w klasztorze, zaspokajając ich głód hojnością pobożnych dobroczyńców. 

Oprócz kościołów i zakładów dobroczynnych pobudował Teodozy wiele zakładów rękodzielniczych, które miały dostarczyć klasztorowi wszystkiego, co dla życia i utrzymania było potrzebne. Bo święty nie chciał mieć styczniści ze światem i chciał wszystkie zapotrzebowania klasztoru zaspokoić w obrębie murów klasztornych. Stąd poszło, że klasztor tem wyglądał jakby całe odrębne miasto, w którym jedni się modlili, drudzy pracowali jako rzemieślnicy lub rękodzielnicy. Wszystkich łączyła wspólna reguła zakonna. 

Jedną z głównych praktyk życia zakonnego była ustawiczna pamięć na śmierć. Święty wiedział bowiem, że rozmyślanie o śmierci broni od grzechu. ˝Pamiętaj na ostatnie rzeczy twoje, a na wieki nie zgrzeszysz˝ (Ekkl. 7,40). To też wewnątrz klasztornych zakładów kazał wybudować wielki grobowiec. Około niego zbierali się co dzień zakonnicy na rozmyślania o śmierci. Razu pewnego, gdy zebrani stali około grobowca, zapytał się święty: A kto też z nas pierwszy spocznie w tym grobie? Na te słowa padł jeden z zakonników, imieniem Bazyli, do nóg Teodozego i rzekł; Ojcze, ja chcę pierwszy umrzeć, proszę cię o błogosławieństwo. Święty udzielił mu błogosławieństwa, a Bazyli wkrótce umarł, choć dotąd był zupełnie zdrowy. Cud ten podniósł bardzo sławę świętego opata. 

Mimo rozległych swych obowiązków, jakie nakładało nań zarządzanie tak wielkim klasztorem, zachowywał święty zawsze największy spokój i skupienie. Żył jakby w największej samotności. Łagodność i dobroć jego jednała mu serca wszystkich zakonników. Te zalety świętego opata spowodowały patryarchę jerozolimskiego do oddania Teodozemu zarządu nad wszystkimi zakonami w całej Palestynie. 

Przedziwną była głęboka wiara Teodozego w Opatrzność Bożą. Potrzeby tak wielkiego zakonu, a mianowicie dobroczynność, jaką okazywał śwoęty dla biedaków i pielgrzymów, wymagały wielkich nakładów. Święty nie zważał nigdy na to, że dochody klasztoru nie wystarczają na wyżywienie. Razu pewnego zabrakło pożywienia tak dalece, że nie było już mąki do pieczenia opłatków potrzebnych do Mszy św.. Zakonnicy uwiadomili o tem świętego, który odpowiedział na to słowami Pisma św.: Nie troszcie się o to, cobyście jedli, albo cobyście pili. Ten Bóg, który kiedyś żywił Izraelitów na puszczy, który kilkorga chlebami nakarmił tysiące ludu, On i o nas nie zapomni. Bo ani wszechmoc, ani dobroć Jego się dotąd nie zmniejszyły. Po kilku godzinach pojawiło się nagle kilku nieznanych ludzi, którzy przynieśli taką ilość pokarmu, że starczyło na kilkanaście dni. Wiele podobnych wypadków opowiadają legendy z życia św. Teodozego. 

Szerzyła się naonczas sekta Eutychyanów. Założycielem tej sekty był niejakiś Eutyches. Wychodząc z dobrego założenia, że w Chrystusie Panu są dwie natury, t.j. Boska i ludzka, zaczął jednak badać stosunek jednej natury do drugiej i doszedł do wniosku, że natura ludzka jest w stosunku do nieskończonej natury Boskiej tak małą, że ginie w niej tak jak kropla wina spadająca w morze ginie w nim zupełnie. Skutkiem tego twierdził, że wszystkie czynności w Chrystusie Panu pochodzą tylko z natury Boskiej, czyli zaprzeczył w zasadzie działalności natury ludzkiej w Chrystusie i doszedł do wniosku, że właściwie jest w Chrystusie tylko jedna natura Boska. Herezya ta została potępioną na soborze chalcedońskim w roku 451. Ówczesny cesarz Anastazy sprzyjał tej herezyi, wypędzał prawowiernych biskupów i osadzał na ich miejscu biskupów heretyckich. 

Zależało mu bardzo na tem, aby pozyskać dla herezyi Teodozego, którego wpływ mógłby się wiele przyczynić do rozszerzenia błędu. W tym celu posłał wiele złota do klasztoru Teodozego. Święty rozdał złoto ubogim. A kiedy cesarz posłał Teodozemu błędne wyznanie wiary do podpisu, opat zwołał swych zakonników, oświadczył się przciw herezyi i postanowił raczej życie swe położyć, niż stanąć po stronie cesarza. Mimo podeszłego wieku, bo miał podówczas lat 94, opuścił wnet mury klasztoru, aby po całej Palestynie w gorących słowach nakłaniać do zachowania prawdziwej wiary Chrystusowej, głosząc, że ktoby nie uznawał soboru chalcedońskiego i jego orzeczeń, jest wyklęty z kościoła. 

To mężne wystąpienie świętego starca umocniło lud w prawdziwej wierze, ale zarazem ściągnęło gniew cesarza na mężnego obrońcę Chrystusowego. Został skazany na wygnanie; lecz nie długo trwało to wydalenie, bo nagle umarł Anastazy rażony piorunem, a następca jego Justyn odwołał świętego z wygnania. 

Jeszcze jedenaście lat kierował Teodozy pobożnem zakonem w największej gorliwości i miłości. Dożył lat 105. Wtenczas to zesłał Pan Bóg na niego bardzo ciężką chorobę, w której święty sługa Boży cierpiał ogromnie. Pomimo to wśród największych cierpień modlił się ustawicznie. Dnia 11. stycznia r. 529 powołał go Pan Bóg do siebie. Pochowano go w owym grobowcu, który był pobudował w swym klasztorze. 

 

Nauka

 

Jedną z najgłówniejszych reguł, jakie św. Teodozy zalecał swym zakonnikom, była ustawiczna pamięć na śmierć. I w rzeczywistości niema zbawienniejszego rozważania nad rozważanie o śmierci. ˝Postanowiono człowiekowi raz umrzeć, a potem sąd˝. Gdyby ludzie częściej myśleli o śmierci, z pewnością mniejby grzeszyli. 

Dziwna to rzecz, każdy z nas wie o tem dobrze, że kiedyś umrze, a jednak tak mało o tej śmierci pamięta. A przecież wszystko, co jest na tem świecie, przypomina nam tę smutną straszną prawdę, która ostrością miecza powinna przeszywać serca nasze, i napełniać nas drzeniem i strachem. Patrz po za siebie: Ci, z którymi kiedyś jako dziecko się bawiłeś, a może grzeszyłeś, gdzież oni są? Stoisz, starcze, na polanie tego świata samotny jak ów dąb, który kiedyś stał wśród lasu. Patrz wkoło siebie: Nowe kolebki ściele niewiasta; co było dzieckiem, na męża urosło; co było mężem, dziś głowa siwa; co było starcem, mogiła pokrywa. Za każdym miastem żywych znajduje się miasto umarłych, droga do niego dobrze wydeptana, znać często tam chodzą. Patrz na te mogiły, słuchaj, co mówią: Byliśmy, czem jesteście, będziecie, czem jesteśmy. Otwórz tę mogiłę, tam leży człowiek przed kilku dniami pochowany. Przypatrz mu się. Zgnilizna i pastwa dla robaków. Patrz na ową mogiłę, tam leży człowiek dawno już pochowany, lat czterdzieści. Kupa kości. Patrz, tyle zostanie z ciebie. Tyle zostanie z twej urody, z twego majątku, z dostojeństw, honorów... . Będziecie, czem jesteśmy. Co nam dziś, wam jutro. Rozważ to dobrze. 

 

Inni święci z dnia 11. stycznia:

 

Św. Aleksander, biskup z Fermo. - Św. Baltazar, jeden z trzech królów. - Św. Honorata, dziewica z Pawii. - Św. Hortenzyusz, biskup. - Św. Hyginus, pap.-m. - Św. Paulin, patryarcha z Akwilei. - Św. Salwiusz, m. z Afryki. - Św. Salwiusz, biskup z Amiens. - Św.Witalis, mnich i m. z Aleksandryi. 

 

Dnia 12. stycznia

 

Św. Arkadyusz, męczennik. (Około r. 312)

 

Święty Arkadyusz żył na końcu trzeciego wieku. Z jego życia nie znamy wiele szczegółów. Wiemy tylko, że pochodził z znakomitej rodziny, że był młodzieńcem znanym i poważanym dla swego bogactwa. Był jednym z najgorliwszych wyznawców Chrystusowych. Mieszkał w Cezarei, mieście położonem w Maurytanii. 

Były to czasy najwyższych prześladowań chrześcijańskich. Cesarz Dyoklecjan wydał rozkaz, aby zmuszano wszystkich do ofiarowania pogańskim bogom. Chciał bowiem przez to stwierdzić, którzy z mieszkańców wyznawali wiarę chrześcijańską. Rozkaz casarski wypełniano w całej grozie w Maurytanii. Tam kazał namiestnik cesarski sporządzić dokładny spis wszystkich mieszkańców, aby w oznaczonym czasie składali ofiary bożkom. Jeżeli który wahał się ofiarować, zmuszano go do tego najsroższymi karami. I w rzeczywistości wielu chrześcijan zaparło się wiary, wielu zaś innych poniosło chlubną śmierć męczeńską, zadawaną im z największym okrucieństwem. 

Przyszła kolej na Arkadyusza, stawić się przed namiestnikiem i ofiarę złożyć. Nie czując się na siłach, by przetrzymać męczeństwo, uszedł po za miasto; na osobności chciał się przygotować do mężnego wyznania Chrystusa Pana i sobie wyprosić u Boga siłę i moc do męczeństwa. Poleciwszy dom swój krewnemu, powiedział mu, że w ważnym interesie wyjeżdża. Gdy Arkadyusz nie stawił się w oznaczonym czasie, by ofiarować bogom, kazał namiestnik cesarski zająć dom jego, i w kajdanach przyprowadzić go przed sąd. Żołnierze nie znalazłszy Arkadyusza, zburzyli dom jego, a krewnego ujęli i stawili przed namiestnikiem, który kazał go wtrącić do więzienia i tak długo w nim trzymać, póki nie zdradzi miejsca pobytu Arkadyusza. 

Gdy się Arkadyusz dowiedział, że krewny jego cierpi w więzieniu za niego, poszedł natychmiast do namiestika, by uzyskać uwolnienie uwięzionego. Sługa cesarski wypuścił na wolność krewnego Arkadyusza i jemu samemu obiecał ułaskawienie, mimo że ucieczką zawinił wobec prawa, żądał jednakże, by Arkadyusz ofiarował bogom. Lecz wyznawca rzekł z oburzeniem: Chrześcijanin nie ofiaruje nędznym bożkom. Dla Chrystusa żyję i dla niego chcę umierać. Wtenczas kazał sędzia przynieść narzędzia męczeńskie, myśląc, że sam ich widok ustraszy mężnego chrześcijanina. Arkadyusz zaś, widząc tortury, rzekł najspokojniej: Gotów jestem; mam się rozbierać? Na te słowa zapalił się sędzia gwałtownym gniewem i dał oprawcom rozkaz, by świętego powolnem męczeństwem jak najokrutniej zadręczyli na śmierć. Rozpoczęły się tak straszne katusze dla św.młodzieńca, o jakich mało nam opowiadają akta męczenników. 

Rzuciwszy go na ziemię, zaczęli oprawcy odcinać mu powoli jeden członek po drugim, potem ręce aż pod łokieć, potem przy samym ramieniu. Załatwiwszy się z rękoma, zabierają się do nóg i tu znowu odcinają palec po palcu, potem nogi aż pod kostki, potem pod kolano, aż nie odjęli mu zupełnie obydwóch nóg. Został tylko tułów bez rąk i nóg. Święty nie wydał ze siebie ani jednego jęku boleści. Pływając w własnej krwi, wołał do Boga: ˝O Panie i Boże mój, Ty mi dałeś członki, Tobie je ofiaruję. Ty oddasz je mi w dniu zmartwychwstania. O szczęśliwe członki, które dostąpiłyście tej godności, że dla Boga cierpicie. Teraz odjęte od ciała mego, już nie do niego, lecz do Boga należycie˝. 

A zwróciwszy się do oprawców, rzekł: ˝Widzicie teraz, jak niecne są bogi wasze, jak wielkim jest mój Bóg, który mi w tej strasznej męce dodaje siły i pociechy. Wierzcie mnie umierającemu. Bogi wasze są tylko ułudą. Odstąpcie więc od nich. Jest jeden Bóg, który mnie pociesza; dla Niego umierać, to prawdziwe szczęście˝. Po tych słowach modlił się głośno za tyrana, który mu te cierpienia zgotował. 

Nie było widza, któreby oko nie było załzawione, kiedy patrzał na męczarnie i męstwo wiernego sługi Chrystusowego. Nawet oprawcy płakali z wzruszenia. Lud zaś zaczął się burzyć i głośno szemrać. Widząc to namiestnik cesarski, kazał męczennikowi przebić łono, a gdy jeszcze żył, kazał go ściąć. Było to dnia 12. stycznia roku 312. 

 

Nauka

 

˝Błogosławione członki, które dostępujecie tej godności, że Bogu składacie z siebie ofiarę˝, tak modlił się umierający męczennik. Jaka stąd dla nas nauka? Ciało swoje i członki wszystkie mamy od Boga. Bóg nam je dał, aby wiernie służyły Panu Bogu i dopomagały nam do zbawienia. Z ich czynności zdamy kiedyś rachunek przed Bogiem. I biada wtenczas tym członkom, jeżeli zamiast ku zbawieniu, służyły nam ku potępieniu. Biada oku, jeżeli było drzwiami, przez które nieczystość wchodziła do duszy naszej. Biada rękom, jeśli były narzędziami nieczystych uczynków. Biada nogom, jeżeli nas zamiast na miejsce służby Bożej niosły na miejsce grzechu. Biada językowi, jeżeli był powodem grzechów różnych jak klątwy, mów nieczystych, obmowy, oszczerstwa, kłótni i obelg. Biada uszom naszym, jeżeli służyły do słuchania rozmów niedobrych. Kiedy kapłan umierającemu udziela Sakramentu ostatnich Olejów świętych, wtenczas czyniąc św. olejem znak Krzyża św. na członkach, mówi: Przez to święte pomazanie i przez najlitościwsze miłosierdzie swe niech ci Bóg odpuści, co zgrzeszyłeś przez usta, oczy, ręce, nogi i powonienie. Stańmy się przez dobre używanie członków i zmysłów swych godnymi najlitościwego miłosierdzia Bożego w ciągu życia całego, a wtenczas staniemy się godnymi tego miłosierdzia i w godzinie śmierci swej. 

 

Inni święci z dnia 12. stycznia:

 

Św. Cezarya, dziew. - Św. Nazary, mnich hiszpański. - Św. Probus, biskup z Werony. - Św. Tacyana, m. w Rzymie, za panowania Aleksandra Sewera. - Św. Fergeolus, biskup i męczennik z Grenoble. - Św. Wiktoryan, opat. 

 

Dnia 13. stycznia

 

Święty Gotfryd z zakonu Premonstratenzów (+ 1127)

 

Święty Gotfryd żył na końcu jedynastego wieku. Był on hrabią; mieszkał w rodzinnym swym zamku Kappenberg w Westfalii. Pochodził z bardzo dostojnej rodziny, bo wywodził przodków swych od Karola Wielkiego, cesarza niemieckiego. Jako młodzieniec wstąpił do wojska cesarskiego i dosłużył się wnet wysokiego stopnia. 

Mimo swego wysokiego stanowiska wojskiego zachował w sercu głęboką pobożność i poczucie sprawiedliwości. Nigdy nie znosił, aby komu się stała niesłuszność. Jeżeli spostrzegł, że żołnierze jego wyrządzili komu krzywdę, ostro karał i kazał krzywdę natychmiast wynagradzać. Kiedy razu pewnego dowiedział się, że jeden z podwładnych mu naczelników wojskowych zabrał pewnemu kmiotkowi bydło, kazał mu natychmiast zwrócić przedmiot grabieży. Czuł się bowiem odpowiedzialnym przed Bogiem za grzechy i niesprawiedliwości swych podwładnych. Lubo więc przestrzegał jak najbardziej wszelkiego porządku, ustawicznie trapiła go myśl, że kiedyś na sądzie Bożym będzie odpowiadał jako dowódca za wybryki swych żołnierzy. Dlatego prosił Pana Boga, aby go uwolnił od tej odpowiedzialności za grzechy cudze. 

Naonczas przybył do stron rodzinnych Gotfryda sławny i pobożny zakonnik św.Norbert, założyciel wielu klasztorów. Znakomitemi naukami swemi pociągał tysiące za sobą, ucząc pogardy świata i dóbr doczesnych, a prowadząc do życia pobożnego i umartwionego. Wielu też słuchając jego nauk opuszczało świat i zamykało się w klasztorach, by pod przewodnictwem takiego mistrza życia duchowego wieść żywot poświęcony Bogu. Słysząc te nauki, Gotfryd postanowił porzucić służbę wojskową, opuścić życie światowe i pójść za przykładem innych. 

Przedewszystkiem chciał poświęcić swój majątek na budowę klasztorów. Zamiar jego napotkał na wielkie trudności. Potrzebował bowiem zezwolenia swego brata Otona i żony jego Juty, a nie mógł go dostać. Gotfryd modlił się gorąco do Boga, by odmienił ich serca. I taka gorąca była jego prośba, że nietylko dali swe przyzwolenie, ale sami wstąpili do klasztoru. Teraz mógł Gotfryd spełnić najgorętsze życzenie swej duszy, przywdział suknią zakonną a majątek swój cały poświęcił dla dobra zakonu. Zamek jego rodzinny Kappenberg zamienił się na pobożny klasztor, w którym wielu zakonników chwaliło Pana Boga; oprócz tego wybudował w dawniejszych swych włościach dwa wielkie klasztory. 

Lecz teść jego, hrabia Fryderyk z Arensbergu, niechętnie patrzał na te darowizny. Chciał on bowiem zachować majątek dla rodziny. To też sprzeciwiał się niepojętej dlań hojności Gotfryda wszelkiemi siłami. A kiedy celu dopiąć nie mógł, chciał świętego ująć i wrzucić do więzienia. Nim jednak wypełnił swój zamiar, umarł nagłą śmiercią. Kiedy bowiem siedział w towarzystwie swych krewnych przy stole, bluźniąc Panu Bogu i odgrażając się Gotfrydowi, i lżąc go strasznemi słowami, nagle, jak mówi legenda, rozstwarło się jego łono, z którego wypadły jelita na ziemię. Wszyscy obecni oniemieli z przerażenia, widząc w okropnej śmierci hrabiego jak najoczywistszy palec Boży. 

Teraz mógł Gotfryd spokojnie wieść swój żywot zakonny. Z początku mieszkał w nowo urządzonym klasztorze w Kappenberg. Lecz później posłał go św. Norbert do klasztoru w Premontre. Święty okazywał bardzo wielką gorliwość we wszystkim, co odnosiło się do służby Bożej i życia doskonałego. 

Kiedy po śmierci biskupa magdeburskiego, święty Norbert objął pasterzowanie nad tem biskupstwem, powołał Gotfryda do siebie, by światłą swą radą był mu pomocnym w wypełnianiu obowiązków. Lecz Gotfryd, który był nawykł do samotnego życia klasztornego, nie mógł się przyzwyczaić do nowego sposobu życia i zachorzał. Św. Norbert odesłał go więc na powrót do klasztoru, ale i tam nie odzyskał już zdrowia. 

Kiedy widział, że bracia zakonni w smutku otaczali jego łoże boleści, rzekł do nich: Dziękujcie Bogu, że zsyła mi ostatnią godzinę, że powołuje mnie od pracy do wiecznego spokoju, od trudów do wiecznej szczęśliwości. Jedna tylko droga prowadzi do ostatecznego celu, a tą drogą jest śmierć. Przyjąwszy z pobożnością wielką ostatnie Sakramenta św., prosił braci zakonnych o przebaczenie, jeżeli w czem uchybił i zawinił wobec nich. Potem rzekł: Oto widzę posłańców Bożych, którzy wychodzą mi na przeciw, witajcie mi słudzy mego Stwórcy. Z temi słowami na ustach zakończył swój żywot. Było to dnia 13. stycznia roku 1127. Tej samej godziny ukazał się swej krewnej, imieniem Gerberga, przełożonej zakonu w Monasterze, w blasku niebieskim. Ciało jego pochowano w Kappenbergu w klasztorze przez niego założonym. 

 

Nauka

 

Św. Gotfryd wyrzekł się świata z obawy, by Pan Bóg go nie karał za grzechy podwładnych, czyli, by go nie karał za grzechy cudze. I słusznie; bo chrześcijanin nietylko winien się obawiać własnych grzechów swych, lecz powinien zważać również na to, by się nie stał winnym grzechów, które inni popełniają. A jak możemy się stać winnymi grzechów cudzych? Katechizm wylicza nam sposoby, przez jakie możemy się przyczynić do grzechów swych współbraci: Radzić do grzechu, rozkazywać drugiemu grzeszyć, zezwalać na grzech drugiego, pobudzać do grzechu, pochwalać grzech drugiego, umiłować grzech cudzy, grzechu nie karać, stawać się uczestnikiem grzechu i uniewinniać grzech cudzy. Jeżeli się kto w którykolwiek z wymienionych tych sposobów stanie winnym grzechu bliźniego, odpowie zań przed Bogiem, jak za swój własny. Stąd modli się Dawid psalmista do Boga: Występki, któż rozumie? Od skrytych moich oczyść mnie i od cudzych sfolguj słudze twemu (Ps. 18. 13). Pismo św. uczy nas, że Pan Bóg karze nas za grzechy bliżnich, któreśmy zawinili. O tyle odpowiadamy za grzechy cudze, o ileśmy się stali przyczyną grzechu. Kto więc rozkazuje innemu grzeszyć, tak samo, a nawet może więcej grzeszy jak ten, który rozkaz jego wypełnia. Kto radzi do grzechu, o tyle jest winien, o ile rada jego wpłynęła na uczynek grzeszny. Kto pochwala grzech cudzy, o tyle przynajmniej winien, o ile bliźni dla pochwały nie naprawia się, lecz trwa w stanie grzechu. Może i my będziemy kiedyś odpowiadali przed Bogiem za grzechy cudze? 

 

Inni święci z dnia 13. stycznia:

 

Św. Agrycyusz, biskup z Trewiru. - Błog. Berno, opat z Cluny. - Św. Dezygnatus, biskup z Utrajektu. - Św. Glafyra, dziewica-męcz. - Św. Heldemar, pustelnik. - Błogosławiona Juta, wdowa. - Św. Leoncyusz, biskup z Cezarei w 4.wieku. - Św. Potytus, chłopiec-męczennik. - Św. Wiwancyusz, pustelnik z Burgundyi. 

 

Dnia 14. stycznia

 

Święty Hilary, biskup z Poitiers. (+ 367)

 

Święty Hilary urodził się pod koniec trzeciego wieku w Piktawyi (Poitiers), w mieście położonem w dzisiejszej Francyi, dawniejszej Galii. Pochodził z rodu wysokiego; rodzice jego byli bardzo zamożni, lecz żyli w pogaństwie. Kształcony w sławnych naonczas szkołach w Rzymie i w Grecyi zdradzał już jako chłopiec niepospolity talent. W krótkim czasie zdobył sobie wielką wiedzę w prawdach przyrodzonych i filozoficznych. A im więcej wrodzonemi siłami swego rozumu badał stosunek człowieka do stworzenia do Bóstwa, tem więcej dochodził do przekonania, że musi być jeden Bóg, który wszystko stworzył, utrzymuje i wszystkiem rządzi, od którego wszystko jest zależne. Wzniósłszy się więc swym rozumem do pojęcia Boga, dopełnił poznania prawd odwiecznych przez czytanie Pisma św. i innych chrześcijańskich książek; najmilszem jego zajęciem pozostało czytanie Pisma św.. Tu bowiem znalazł tyle potwierdzenia i urzeczywistnienia tego, co duch jego przeczuwał i do czego tęsknił, że wkrótce uznał wiarę katolicką za jedynie prawdziwą. Oświecony łaską Bożą przyjął uroczyście chrzest św.. Wzmocniony darem Ducha św. w wierze świętej okazywał taką gorliwość i głęboką naukę w rzeczach Bożych, że zawstydzał chrześcijan od dziecięctwa służących Bogu. Wpływ jego na pogan i niewierzących był ogromny, bo siłą rozumu i logiki przekonywał ich o potrzebie wiary i o fałszach pogaństwa; a ponieważ był bardzo gorliwy w szerzeniu wiary św. i szukaniu dusz w błędach pogrążonych, nawracał bardzo licznych pogan. Bóg błogosławił też jego pracy, uzacacniając jego naukę cudami. 

Nim jeszcze przyjął chrzest św., pojął był za namową swych rodziców żonę i miał z nią córkę, imieniem Apra, która została później świętą. Przyjąwszy chrzest św., wiódł za zgodą żony żywot zupełnie zakonny, oderwany od świata, oddając się umartwieniu, postom i modlitwie. Sposobił się w ten sposób do święceń kapłańskich. Żona jego, którą również był nawrócił do wiary św., wstąpiła do zakonu. 

Około roku 353 umarł ówczesny biskup w Poitiers. Naonczas szerzyła się w Galii herezya aryańska; tysiące odpadały od prawdziwej wiary, idąc za ową błędną nauką, zwiedzeni podstępem i fałszem; dlatego potrzeba było na stolicy biskupiej męża nietylko silnej wiary, ale przedewszystkiem wielkiej nauki i wymowy, któryby powstrzymał falę herezyi, jaka z całą siłą rozlewała się po kraju. Nic dziwnego, że oczy wszystkich, tak ludu jak i duchowieństwa, zwróciły się na Hilarego, którego wymowa i głęboka wiara i nauka znane były powszechnie. Hilary opierał się i ani słuchać nie chciał o godności biskupiej. Wkońcu widząc wyraźną wolę Bożą, przyjął wybór i został wyświęcony na biskupa. Żona jego umarła w klasztorze krótko przedtem. 

Wstąpiwszy Hilary na stolicę biskupią, wytężył wszystkie swe siły ku temu, by bronić swe owieczki przed trucizną aryańskiej nauki. A nie było to łatwo, zwłaszcza że wielu kapłanów, nawet biskupów Galii już było zarażonych błędami i fałszami. Do owych odpadłych od wiary biskupów należał przedewszystkiem możny i wielki wpływem biskup Saturnin z Arelatu (Arles). On to wystąpił przeciwko św. Hilaremu z całą zaciekłością, a mając za sobą cesarza Konstancyusza II, znanego obrońcę aryanizmu i prześladowcę chrześcijan, łatwo zdołał ubezwładnić swego przeciwnika. Sprawił bowiem wpływem swym, że cesarz skazał Hilarego na wygnanie. Wywieziono go do Frygii w Małej Azyi. Cztery lata został tam święty biskup na wygnaniu; lecz czas ten zużył na chwałę Trójcy Przenajświętszej, dla której cierpiał. Tu bowiem napisał przeciw aryanom dwanaście książek o tajemnicy Trójcy Przenajświętszej, w których dobitnie dowodzi, że Syn Boży jest równoistotny z Ojcem i Duchem św. i dlatego jest prawdziwym Bogiem od wieków tak jak Ojciec i Duch św., że aczkolwiek w czasie wziął ciało ludzkie, nie przestał być Bogiem. Wywody przesłał Hilary cesarzowi Konstancyuszowi. Na wygnaniu nawrócił też święty wielu aryanów. Pan Bóg wspierał nauki i gorliwość jego cudami; powiadają, że wskrzesił umarłego na prośbę ludu. 

W sprawie herezyi odbyły się dwa sławne synody, jeden w Rimini, w roku 359, dla kościoła zachodniego, drugi w Seleucyi, dla kościoła wschodniego. Synody te miały na celu porozumienie się katolików z aryanami w rzeczach spornych. W Rimini zwyciężyli aryanie zupełnie; świat cały, pisze św.Hieronim, ze zdziwieniem spostrzegł, że był aryańskim. Lecz inaczej stało się w Seleucyi; tamdotąd bowiem przybył Hilary. Potęga jego słowa i siła wymowy sprawiła zupełnie zamieszanie między biskupami aryańskimi, którzy zapędziwszy się w dyspucie, wywołanej przez św.Hilarego, okazali rozdwojenie w swem własnem wyznaniu. Pobici zupełnie, połączyli się aryańscy biskupi z heretykami soboru Rimińskiego i udali się do Konstantynopola, by u cesarza wymódz przewagę ostrzejszego postępowania przeciwko katolickim biskupom. Z nimi poszedł Hilary. Śmiało stanął nieustraszony obrońca katolicyzmu przed samym cesarzem i wręczył mu memoryał, w którym spisał wszystkie punkta sporne, prosząc cesarza, by wyznaczył dzień, w którymby publicznie mógł się rozprawić z głównymi przedstawicielami aryanizmu; obecnym miał być cesarz sam, by poznać, po której stronie jest słuszność. Zadrzeli biskupi aryańscy, bojąc się nauki i wymowy słynnego pogromcy kacerzy. Aby go się pozbyć z Konstantynopola, namówili cesarza, by ułaskawił Hilarego i pozwolił mu wrócić do Piktawyi. Powrót świętego biskupa był pochodem tryumfalnym przez całą Galią; cały kraj płakał z radości, gdy po czterech latach wygnania wrócił prawowity pasterz. Św. Marcin, późniejszy biskup z Tours, towarzyszył św. Hilaremu w powrocie do ojczyzny. 

Wróciwszy do swych owieczek, wzmacniał święty biskup z podwojoną gorliwością wiarę i moralność w sercach swych poddanych. Napisał kilka innych jeszcze cennych książek, w których broni wiary prawdziwej przeciwko aryańskiej nauce. Kiedy cesarz Konstancyusz II. coraz bardziej prześladował chrześcijan prawowiernych, uciemiężał biskupów i duchowieństwo, wtenczas to napisał św. Hilary ów sławny list do cesarza, w którym mniejwięcej tak się odezwał: ˝Gdyby mi Bóg wszechmocny kazał był wyznawać wiarę świętą za czasów Nerona i Decyusza, byłbym nie ustraszył się tortur, pomny, że Izajasz był na wpół przepiłowany. Przeciw otwartym nieprzyjaciołom byłbym miał odwagę wystąpić otwarcie, bo oni otwarcie ogniem i mieczem zmuszali do wyrzeczenia się wiary. Lecz i teraz gotów jestem do walki, bo mamy do czynienia z również zawziętym wrogiem, chociaż ukrytym, z antychrystem Konstancjuszem. Jak więc Jan św. Herodowi, tak ja tobie mówię: ˝Nie godzi się tego˝˝. Po takim liście spodziewał się Hilary śmierci męczeńskiej, lecz Bóg chciał inaczej, bo cesarz umarł, nim jeszcze doszedł list do rąk jego. 

Z odwagą i umiejętnością pracował Hilary nad tem, by pozyskać biskupów dla prawdziwej wiary. Pan Bóg błogosławił jego zbożnej pracy, bo nietylko prawie wszystkich biskupów Galii udało mu się nawrócić, ale także i inni biskupi aryańscy w wielkiej liczbie wracali na łono Kościoła. Lat kilka pracował jeszcze św. biskup nad dobrem swej dyecezyi w spokoju. W r. 367 powołał go Bóg po koronę chwały wiekuistej; było to dnia 13. stycznia. Wielu papieży i soborów świętych nadawało mu nazwę doktora Kościoła. Papież Pius IX. nadał mu w roku 1852 tytuł ˝nauczyciela całego Kościoła˝. 

 

Nauka

 

Św. Hilary zawdzięcza swe nawrócenie czytaniu Pisma św. i innych pobożnych książek treści religijnej. Bierz się więc i ty do książek pobożnych, bo po słuchaniu słowa Bożego nic zbawienniej nie działa na duszę jak czytanie pobożne. Na odwrót, niema nic niebezpieczniejszego dla duszy, jak książki złe i nieobyczajne. Dlatego też Kościół Boży zakazał pod karą wykluczenia z Kościoła czytania książek przeciwnych wierze, a pod grzechem śmiertelnym nie wolno ci czytać książek niemoralnych, nieczystych i nieobyczajnych, bo one podkopują wiarę i moralność, budzą nieczystość i rodzą wątpliwości w wierze. Bacz pilnie na to, by w domu twym nie było książek złych, a mianowicie wy, matki chrześcijańskie, uważajcie na to, by dzieci wasze nie czytały książek, dostarczanych przez ludzi zepsutych. Jeżeli nie wiesz, czy książkę taką czytać wolno, spytaj się swego duszpasterza, on cię objaśni. Nie wolno czytać żadnej książki treści religijnej, jeżeli na pierwszej stronie niema pozwolenia biskupa, które władza duchowna nadaje słowami: ˝Wolno drukować˝, lub ˝Imprimatur˝. Jeżeli tych słów nie znajdziesz na książkach treści religijnej, odrzuć je. Nie czytaj również gazet złych, w których znajdziesz zaczepki na Kościół i duchowieństwo. Odrzucaj lub spal zaraz książki, zeszyty, gazety lub odezwy, które przynoszą ci w dom ludzie nieznani, skoro budzą słuszne wątpliwości. 

 

Inni święci z dnia 14. stycznia:

 

Św. Feliks, kapłan-męczennik. - Św. Firmin, biskup z Mande. - Św. Makryna z Pontu. - Bł. Odoryk, kapłan, misyonarz, - Św. Teodul, syn św.Nila. - Św. Fulgenty, biskup Kartageny. 

 

Dnia 15. stycznia

 

Święty Paweł, pustelnik. (+ 343)

 

Święty Paweł, pierwszy eremita czyli pustelnik, urodził się w Tebaidzie w górnym Egipcie około roku 230. W piętnastym roku życia utracił rodziców; przez śmierć ich został spadkobiercą wielkiego majątku. Nie przywięzywał wszakże duszy swojej do dóbr tego świata. Pragnął innych skarbów, których nikt nie skradnie; skarbów które po śmierci nie stracą na wartości, bo pragnął skarbów nieba. Spokój jego życia przerwało srogie prześladowanie chrześcijan przez cesarza Decyusza. Zmuszano wiernych do odszczepieństwa od wiary, do składania bogom pogańskim ofiar wyszukanymi środkami męczeństwa i tortur. Młody Paweł, który odebrał bardzo głębokie wychowanie religijne, nie chciał zdradzić Jezusa, bo Go kochał całem sercem; z drugiej zaś strony nie ufał sobie, czy przetrwa katusze; dlatego nie chcąc się narażać na odstępstwo, postanowił ratować się ucieczką. Ukrył się u siostry swej, która miała majętność na wsi. Szwagier jego był poganinem. Istniał zaś za czasów prześladowania chrześcijan zwyczaj, że ci, którzy wydali chrześcijanina, odbierali od cesarza w nagrodę znaczną część majątku zdradzonego ucznia Jezusowego; resztę brało państwo. Aby zagarnąć więc część majątku Pawła, wskazał jego kryjówkę niedobry szwagier. W czas jednakże młodzieniec zdążył uciec. 

Udał się na puszczę tebajską. Tam zamierzał zostać aż do końca prześladowania. Lecz Pan Bóg chciał inaczej; bo kiedy Paweł szedł dalej a dalej w głąb puszczy, znalazł jaskinią, której wejście było założone wielkim kamieniem; kiedy usunął kamień, ujrzał dość wielkie mieszkanie wykute w skale, a za niem wolne miejsce, przykryte gałęziami rozłożystego drzewa palmowego, które tworzyło jakoby namiot; niedaleko był zdrój czystej wody. Widząc to Paweł, zrozumiał odrazu, że Pan Bóg dla niego przeznaczył to miejsce. Dawno miał przecież pociąg do życia samotnego i cichego z dala od zgiełku i gwaru świata. Teraz obudziło się w nim pragnienie, w tej jaskini zamieszkać i życie poświęcić Panu Bogu, na wyłączną służbę Jemu się oddać. Miał wszystko, co mu do życia było potrzeba; owoce z owej palmy mogły mu dostarczać pożywienia; miał czystą wodę; liście palmy mogły mu służyć za odzienie. To też rozczulony tym widocznem zrządzeniem Bożem padł na kolana i zawołał: ˝Boże Eliasza i Jana Chrzciciela, pierwszych mistrzów życia pustelniczego, bądź przy mnie, przyjmij mnie osieroconego w obronę Swoją, uczyń mnie z aniołami Swemi uczestnikiem chwały Swej tu na ziemi, w duchu czystym i w ciele niepokalanem; straży Swej i opieki Swej nie usuwaj odemnie˝. Temi słowami ofiarował życie swe całe Panu Bogu. Miał wtenczas lat dwadzieścia trzy. W obranej jaskini przemieszkał kilkadziesiąt lat. A jak to życie jego było pełne umartwień, postów i modlitwy, widzimy stąd, że św. Hieronim, który napisał żywot tego pierwszego pustelnika, powiada: ˝Jakie było życie, trudno wyrazić, na sądzie Bożym dopiero jawnem będzie˝. Dwadzieścia lat żywił się wyłącznie owocem palmowym; po tym czasie uschnęło drzewo. Wtedy to pokazał Pan Bóg, jak pamięta o tych, którzy go kochają; bo oto codzień pod wieczór zsyłał Pan Bóg kruka, który przynosił mu pół chleba. 

Przeżył święty pustelnik dziewięćdziesiąt lat w swej pieczarze, nie widziany od nikogo. Lecz Pan Bóg nie chciał, aby taki skarb został ukryty przed światem. W tej samej puszczy, na kilka dni drogi od pustelni Pawła, mieszkał podówczas jeszcze jeden mąż Boży, z dala od świata pędząc życie zaciszne. Tym mężem był św.Antoni (porównaj życie jego, napisane na dzień 17. stycznia). Na niego to, podeszłego wiekiem, zesłał Pan Bóg pokusę, że niema na całym świecie pustelnika i pokutnika jemu podobnego, któryby w doskonałości mógł się z nim równać. Święty opierał się tej pokusie jak mógł, lecz nie ustępowała. Gdy pewnej nocy silniej niż zwykle uderzyła, a święty modlił się o zwycięstwo do Boga, usłyszał głos z nieba, który mówił do niego: ˝Żyje inny, doskonalszy od ciebie, idź, szukaj go w głębi puszczy, a znajdziesz go˝. Nazajutrz rychło rano zerwał się Antoni i puścił się w drogę, ufny, że Opatrzność Boża, która wskazała mu owego męża, wskaże mu też jego mieszkanie. I nie omylił się; trzeciego dnia bowiem znalazł jaskinię, w której mieszkał święty Paweł. Nie chciał zrazu wpuścić przychodnia do swego ukrycia; skoro Antoni padł jednak na kolana i gorąco prosił o przyjęcie, oświadczając równocześnie, że żywy nie odejdzie; że tak długo będzie klęczał przed wejściem, póki nie zostanie wpuszczony albo ducha nie wyzionie, św. Paweł ustąpił przybyszowi. 

Wtenczas uściskali się obaj święci serdecznie jak dwaj starzy przyjaciele, po imieniu się nazywając i dziękując Bogu za to, że pozwolił im się poznać. Zaczęła się rozmowa: ˝Po cóż˝, rzekł św. Paweł, ˝tak daleko się trudziłeś? Oto widzisz przed sobą złamanego starca, siwy włos i człowieka, który wnet w proch się rozsypie. Powiedz mi też, mówił dalej, co się dzieje na świecie, czy nie ustało jeszcze prześladowanie chrześcijan, jaki cesarz zasiada na tronie, czy ludzie tam w świecie jeszcze budują takie domy warowne, jakby na wieki chcieli w nich mieszkać?˝ Św. Antoni jak umiał odpowiadał na te pytanie. W tem nadleciał kruk, który codzień nosił świętemu Pawłowi pożywienie; o dziwo, nie przyniósł pół chleba, jak zwykle, ale cały chleb. ˝Patrz˝, powiada Paweł, ˝dobry i miłosierny Bóg przysyła nam pożywienie. Tyle lat przynosił mi ten posłaniec Boży pół chleba, dziś dla gościa przysporzył Pan Bóg posiłku˝. Zaczął się miły spór między obojga świętymi, kto z nich ma chleb łamać i dzielić. Antoni chciał zostawić pierwszeństwo Pawłowi jako starszemu i doskonalszemu, przytem jako gospodarzowi, Paweł zaś Antoniemu jako gościowi. Wreszcie ustąpił Antoni i Paweł łamał chleb i dla swego gościa. Posiliwszy się, napili się wody ze żródła a chwaląc Boga, noc całą trwali na modlitwie i pobożnych rozmowach. Nazajutrz rano rzekł św. Paweł: ˝Ja już dawno wiedziałem, że ty tu na puszczy mieszkasz, teraz przysłał cię Bóg do mnie, byś pogrzebał ciało moje, gdyż zbliżył się dzień mej śmierci˝. Słysząc to św.Antoni, zaczął rzewnie płakać i jął prosić św. Pawła o przyczynę u Boga, by mogli razem pójść do nieba; lecz św. Paweł rzekł: ˝Bóg chce, abyś jeszcze został na tym świecie dla pożytku swych uczniów, których masz prowadzić drogą cnoty˝. Nie chcąc zasmucać gościa swego widokiem śmierci, wysłał go Paweł do pustelni po płaszcz, który biskup św. Atanazy był kiedyś podarował św. Antoniemu. 

Św. Antoni puścił się natychmiast w drogę; skoro przybył do swego klasztoru, wybiegli mu uczniowie jego naprzeciw, pytając się z trwogą, gdzieby był przebywał tak długo. Nie zwracając uwagi na pytania, święty zabrał płaszcz i wracał czem prędzej do św.Pawła. Kiedy się zbliżał do pieczary, widział, jak dusza św. pustelnika w wielkim blasku w otoczeniu proroków i apostołów św. unoszona przez aniołów wzbijała się ku niebu. Wobec oczywistej utraty przyjaciela, zaczął gorzko płakać. Wszedłszy do wnętrza jaskini, ujrzał ciało Pawła, klęczącego nieruchomo na ziemi; oczy wzniesione miał ku niebu, ręce złożone w modlitwie; już przypuszczał, że Paweł modli się w zachwyceniu, lecz wnet się przekonał, że duch przyjaciela dawno już uszedł do nieba. Antoni pocieszył się jak mógł, zmówił psalmy święte i hymny, włożył na martwe ciało świętego ów płaszcz, który był przyniósł i wyniósł je z jaskini, by je pochować. Nie mając ze sobą narzędzi do wykopania grobu, był w wielkim kłopocie, jak sobie poradzić. Wtem nadbiegły dwa ogromne lwy z lasu, ułożyły się w smutku przy umarłym i lizały święte zwłoki potem łapami wygrzebały dół tak głęboki, że wystarczył zupełnie do pochowania ciała. Antoni widział w tem nowy dowód opieki Bożej; pobłogosławił lwy, złożył do grobu św. szczątki pustelnika wśród modlitw i płaczu. Płaszcz, który św. Paweł zrobił z liścia figowego, zabrał Antoni ze sobą i nosił go jedynie w największe uroczystości. 

Św. Paweł umarł dnia 10. stycznia roku 343 w 113. roku życia. 

 

Nauka

 

Św. Paweł wiódł żywot bardzo ostry. Jadał tylko owoc palmowy i chleb, pił samą tylko wodę, a dożył jednak 113 lat. Również św.Antoni pustelnik samym chlebem i wodą się żywił, jadł tylko parę razy na tydzień, a dożył jednak 105 lat. Wyrok to potępienia dla tych, co nadużywają pokarmu i picia a posty znieważają i z nich szydzą! Doświadczenie uczy, że ludzie, którzy hołdują obżarstwu i pijatyce, prędko i często nagłą rychłą umierają śmiercią. Stąd widzisz, jak słusznem jest stare przysłowie: ˝Post nie schudzi, jałmużna nie zuboży, a modlitwa nie znudzi˝. Posty więc nigdy zdrowiu nie szkodzą, to potwierdzi każdy lekarz. Nikt od ciebie nie wymaga, abyś ciało swe dręczył jak św. Paweł pustelnik, lub św.Antoni i inni pustelnicy. Ale Kościół św. wymaga od ciebie pod grzechem śmiertelnym, abyś zachował przynajmniej te posty, które nakazuje, jako to piątki, wigilie świąt, suche dni i czterdziestodniowy post oraz środy adwentowe. ˝Dla obżarstwa wielu ich pomarło, kto mierny żyje, przyczyni żywota˝. (Eccl. 37, 34.) 

 

Inni święci z dnia 15. stycznia:

 

Św. Bonitus, biskup z Clermont. - Św. Efizyusz, żołnierz, m. za panowania cesarza Dyoklecyana. - Św. Jan Kalybita, wyznawca. - Św. Izydor, eremita z Egiptu. - ŚŚw. Maura i Bryta, dziewice z Tours. - Św. Maksym, biskup z Nola. - Św. Sekundyna, dziewica-męczenniczka z Anagni. 

 

Dnia 16. stycznia

 

Święty Marceli, papież-męczennik. (304-309.)

 

Święty Marceli był papieżem. Panował od roku 304 do 309. Był następcą Marcelina. O młodości jego i pochodzeniu, nic nie wiemy. 

Czasy jego przypadają na panowanie Dyoklecyana i Maksymiana, a więc na czasy najsroższych prześladowań chrześcijańskich. Z największym okrucieństwem ścigano wtenczas uczniów Chrystusa. Stawiano ich przed sądy, bo nie chcieli składać ofiary bogom. Opornych spotykały najwyszukańsze męczeństwa; przeważnie rzucano ich dzikim zwierzętom na pożarcie. Obecni na widowiskach poganie przypatrywali się z dziką lubością mękom, jakie za wiarę swą ponosili chrześcijanie. Najbardziej zwracało się podówczas prześladowanie przeciwko kapłanom, którzy mimo grożącego niebezpieczeństwa z wielką gorliwością i narażeniem życia spełniali swe obowiązki, podtrzymywali ducha męczeńskiego, dodawali otuchy i pociechy. 

Do takich najdzielniejszych sług Bożych, znanych powszechnie z gorliwości i nieustraszonego męstwa, należał Marceli. To też po śmierci papieża Marcelina lud i duchowieństwo jednocześnie obrało gorliwego kapłana papieżem. Chwilowo panował wtenczas względny spokój; chwilowa nastąpiła przerwa w prześladowaniu dlatego, że sesarz Maksymian zajęty był wojnami i współzawodnikami swymi, którzy rościli sobie prawo do korony cesarskiej. Z tego spokoju skorzystał Marceli. Zaprowadzał porządek w stosunkach kościelnych, który coraz więcej zanikał dla niepokojów i zawichrzeń, jakie z prześladowania powstawały. Od lat bowiem całych musieli się papieże ukrywać, a z ukrycia nie mogli należycie rządzić Kościołem. Panowali zwykle bardzo krótko; wyśledzeni kończyli śmiercią męczeńską. To też wszyscy nieomal papieże owych czasów byli świętymi męczennikami. 

Marceli podzielił całe miasto Rzym na dwadzieścia okręgów czyli parafii, ustanowił nad każdym okręgiem stełych kapłanów, którzy w tym okręgu mieli pracować. Lud zaś tylko w tych okręgach miał przystępować do Sakramentów św. i otrzymywać wszelkie posługi religijne. To zarządzenie bardzo się przyczyniło do prawidłowego sprawowania obrządków, w ciężkich zwłaszcza czasach prześladowań. Oprócz tego jedną z największych trudności nastręczało grzebanie ciał św. męczenników. Było nieraz potrzeba wiele zachodów, aby wydobyć święte szczątki z rąk pogańskich i je należycie pochować. Za staraniem Marcelego darowała pewna bogata pani, imieniem Pryscyla, piękny cmentarz na drodze Salaryi. Inna zaś pani, imieniem Lucyna, ofiarowała swój ogromny majątek Kościołowi na opędzenie potrzeb. 

W czasie srogich prześladowań zdarzało się często, że chrześcijanie nie mieli dosyć męstwa, by oprzeć się żądaniom nieprzyjaciół; składali więc ofiary bożkom pogańskim, a tem samem wypierali się jawnie wiary św.. Podlegali według praw Kościoła publicznej pokucie, która była bardzo ostra. Niektórzy nie chcieli poddawać się karze; inni, nawet i kapłani namawiali wprost do takiego nieposłuszeństwa. Przeciwko tym wydał Marceli jak najostrzejsze przepisy. 

Kiedy cesarz Maksymian był poskromił swych nieprzyjaciół, a przez to osiągnął spokój na zewnątrz, zwrócił się całą potęgą przeciwko Kościołowi Bożemu. I znowu zaczęły się jak najstraszniejsze prześladowania. Jednym z pierwszych, których schwytano i stawiono przed sąd, był Marceli. Tyran domagał się od niego, by ofiarował bogom pogańskim. Lecz papież nietylko z świętym oburzeniem odparł pokusę, ale nawet na krok nie ustąpił w sprawach zarządu Kościołem. 

Tedy skazał go cesarz na straszną karę. Aby biskupa rzymskiego jak najbardziej zohydzić, kazał go publicznie ubiczować, a potem zlecił mu spełnianie bardzo podłej czynności. Musiał bowiem pracować jako zwykły niewolnik w stajniach, w których się znajdowały dzikie zwierzęta, przeznaczone na igrzyska ludowe. Święty papież musiał więc oprzątać te dzikie bestye, doglądać je, podawać żer. Marceli z modlitwą na ustach sprawował te posługi, podwajał swą gorliwość w postach i umartwieniu. Po niejakim czasie udało się kapłanom wydobyć papieża z tej nędzy. A ponieważ nie mogli go usunąć po za mury miasta, bo bram wszelkich strzegli dzień i noc żołnierze, umieścili go w domu owej pobożnej niewiasty Lucyny. Chętnie oddała swój dom na usługi papieża, ciesząc się, że może Głowę Kościoła gościć u siebie. Wnet też zamienił się jej dom na prawdziwy kościół, bo wierni licznie się zbierali około swego najwyższego pasterza, słuchając z ust jego nauk i uczestnicząc w ofierze Mszy św.. Na prośby Lucyny Marceli uroczyście poświęcił dom jej na świątynię Bożą. 

Wnet wykryli prześladowcy miejsce pobytu papieża i miejsce schadzek chrześcijan. Kazał zamienić cesarz dom Lucyny na stajnią dla dzikich zwierząt, Marcelego zaś zamknął w nim i skazał go ponownie na doglądanie dzikich bestyi. Wśród głodu, wśród zimna, prawie bez odzienia, spełniał święty papież posługi niewolnika przez pewien czas. Wreszcie opadły siły jego, zachorzał ciężko, a Pan Bóg powołał go do Siebie po wieczną nagrodę. Było to dnia 16. stycznia 309. roku. Ciało jego pochowano na cmentarzu Pryscyli. 

 

Nauka

 

Św. Marceli wydał kilka bul, czyli orzeczeń urzędowych, co do nauki i obyczajów całego Kościoła. Między nimi pierwsze ma miejsce bula, wydana do biskupów antyocheńskich, w której dowodzi pierwszeństwa biskupa rzymskiego nad wszystkimi biskupami całego Kościoła katolickiego. Jest to artykułem wiary naszej świętej, że każdorazowy biskup miasta Rzymu jest głową całego Kościoła, jako prawowity następca Piotra św.. Bo Pan Jezus uczynił Piotra św. głową Kościoła, a zapowiedział to słowami: ˝Tyś jest opoką, a na tej opoce zbubuję Kościół mój, a bramy piekielne nie zwyciężą go˝. Piotr św. umarł jako biskup Rzymu. Każdorazowy więc następca jego wchodzi we wszystkie prawa i przywileje, jakie miał Piotr św., a więc musi być również głową całego Kościoła, czyli papieżem. Ktoby zatem biskupa rzymskiego nie uznawał papieżem, wykluczony jest z łączności z Kościołem św., bo jest schyzmatykiem i nie posiada prawdziwej wiary. 

 

Inni święci z dnia 16. stycznia:

 

Św. Honorat, biskup z Arles. - Św. Liberta, dziewica. - Św. Pryscyla, matrona rzymska za czasów św. Marcelego papieża. - Św. Tycyan, biskup z Oderzo. - Św. Waleryusz, biskup z Sorrento. 

 

Dnia 17. stycznia

 

Święty Antoni, pustelnik. (+ 356)

 

Św. Antoni urodził się w Koman w górnym Egipcie w roku 251. Pochodził z bardzo wysokiej rodziny, która jednakże niemniej słynęła pobożnością jak zamożnością i bogactwem. Gdy miał ośmnaście lat, stracił rodziców i został sam jeden z siostrą swoją. Ponieważ jako dziecko odebrał bardzo pobożne wychowanie, dlatego i w dojrzalszym wieku miał wybitną skłonność do życia bogomyślnego, w niem znajdował zadowolenie i szczęście. 

Razu pewnego, przyszedłszy do kościoła, usłyszał, jak kaznodzieja głosił słowa, zapisane u Mateusza św., w rozdziale XIX., które Pan Jezus wyrzekł do bogatego młodzieńca: ˝Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj co masz i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź i pójdź za mną˝. Te słowa tak uderzyły Antoniego, że odtąd już o niczem innem nie myślał, jak o dosłownem ich wypełnieniu. 

Wróciwszy do domu, sprzedał cały swój majątek, który był odziedziczył po rodzicach, nakłonił siostrę do wstąpienia do klasztoru, rozdał swe zasoby między ubogich, by wolny od trosk doczesnych w dobrowolnym ubóstwie poświęcić życie swoje wyłącznie dla Boga. 

Poszedł na puszczę do pewnego sławnego sługi Bożego, aby od niego nauczyć się najdoskonalszej służby Bożej. Potem wybrał sobie na mieszkanie odludną i ciemną jaskinią; tu rozpoczął życie bardzo twarde. Św. Atanazy Wielki, który napisał żywot św.Antoniego, powiada nam, że święty młodzieniec nigdy przed zachodem słońca nie jadał, żywił się tylko chlebem i wodą, a czasem cztery dni pokarmu nie brał do ust. Nieustanną modlitwą ćwiczył duszę. Ziemia była łożem, na którem sypiał, z włosiennicą nigdy się nie rozstawał. 

Zazdrosnem okiem patrzał szatan na życie młodzieńca, którego Bóg do wielkich sposobił rzeczy. I zaczął go kusić. Najpierw przedstawiał mu wygody życia, które byłby mógł mieć, gdyby nie był rozdał majątku swego; budził w nim tęsknotę do życia dawnego i podsuwał żal za pieniędzmi, które był rozdał. Święty podwojonemi postami i modlitwami odpędzał pokusy chciwości i wygód ciała. Inny raz draźnił go znowu szatan zmysłowością; znak krzyża św. zwyciężał wszakże pokusy. 

Lecz im więcej postępował święty przez walki na drodze świętości, z tym większą zaciekłością rzucał się szatan na niego. Opowiadają o tych pokusach rzeczy nadzwyczajne: Oto razu pewnego napadli szatani w wielkiej liczbie na pustelnika i pobili go tak, że kilka dni leżał jak nieżywy. Inny raz znowu napadli go szatani w postaci dzikich zwierząt i innych potworów, a w piekielnym hałasie grozili zawaleniem murów jaskini; lecz święty nie uląkł się i tej napaści. Wiedział, że jeżeli od Boga mocy nie mają, żadnej mu nie zdołają wyrządzić szkody. Znakiem krzyża św. rozpędził szatanów. Wtem jasność z nieba napełniła jaskinią i niebiański spokój ogarnął duszę świętego. W smudze światła ukazał mu się Pan Jezus: ˝Gdzieżeś był, mój Jezu˝, woła święty, ˝gdy mnie tu tyle nieprzyjaciół napadło?˝. ˝Antoni˝, odpowiedział głos niebieski, ˝byłem w tobie i wspierałem cię, a żeś mężnie walczył, więc cię zawsze wspierać będę˝. 

Tak walczył Antoni przez dwadzieścia lat z szatanami i jego pokusami. Wyswobodziwszy się z pod ich wpływów, postanowił jeszcze ostrzejsze wieść życie. A ponieważ przez długie lata pobytu w owej jaskini tak był zasłynął życiem, że wielu i uczonych i prostaczków przychodziło do niego, jedni po poradę, drudzy po pociechę, postanowił opuścić pieczarę i ruszyć głębiej na puszczę, by się zupełnie usunąć od ludzi. Udał się na drugą stronę Nilu i zamieszkał na odludnej górze w gruzach starego zamczyska. 

Węże i żmije były tutaj jego towarzystwem; nigdy nie schodził z swej góry i nie stykał się z ludzmi; pokarm przynosił mu towarzysz od czasu; składał się z chleba i wody. Tak odcięty od świata przeżył Antoni w dobrowolnym więzieniu znowu dwadzieścia lat wśród postów ustawicznych i modłów. 

Lecz dziwnem zrządzeniem Bożem rozgłos pustelnika rozszerzał się z roku na rok. Antoni dał życiem swem dowód, jak wielką jest siła dobrego przykładu. Coraz więcej przybywało do niego ludzi chorych na duszy i na ciele; uzdrawiał ich, ale zarazem tak przykuwał do siebie, że go opuścić nie chcieli; pragnęli opuścić świat i razem z nim zamieszkać na postach i na modlitwach zdala od ludzi. 

Nowi towarzysze postawili sobie na puszczy domki, w których pod przewodnictwem świętego pragnęli wieść wspólny żywot dla Boga. Tak powstały pierwsze klasztory; a święty Antoni jest ów mąż wielki, który położył podwaliny do wspólnego życia zakonnego; to założyciel zakonów. I dlatego też daje mu Kościół św. przydomek ˝Wielkiego˝. Z wszystkich stron świata przybywali pobożni do Egiptu na puszczę św.Antoniego, by pod jego kierownictwem ćwiczyć się w bogobojności. To też wkrótce nie wystarczył pierwszy klasztor pod Fajum; więc budowano inne koło wielkich miast, albo i na odludnych miejscach; jeszcze za życia św. Antoniego cała pustynia tebajska zapełniła się klasztorami i mnichami. Do kilkanastu tysięcy dochodziła liczba owych zakonników mieszkających w kilkudziesięciu klasztorach. Antoni był ich duszą. Odwiedzał je kolejno, nauczał, przełożonych ustanawiał a już najwięcej budował wszystkich swoim przykładem. Obok modlitwy, postów i umartwienia była głównem zajęciem tych zakonników praca. 

Pod koniec życia, znużony pracą, zapragnął znowu samotności. W tym celu udał się w głąb puszczy ku Morzu Czerwonemu i u stóp góry zwanej Kolzyna, założył sobie nowe mieszkanie. Była to skromna chatka, którą sobie sam wybudował; by go tu nikt nie odnalazł. Lecz zwiódł się; i tu znaleziono mistrza duchownego, i wkrótce powstał koło chatki wielki klasztor; ową górę zowią dziś ˝górą św.Antoniego˝. 

Srożyła wówczas się herezya aryanów, którą wprowadził przewrotny kapłan Aryusz do Aleksandryi; przeczyła Bóstwu Chrystusa Pana i tysiące wiernych oderwała od Kościoła. Ów Aryusz, chcąc pozyskać jak najwięcej wiernych dla siebie, odwoływał się w swej błędnej nauce na św.Antoniego, który rzekomo ją miał popierać. Doniósł o tem św.Antoniemu jego przyjaciel św.Atanazy. W świętem oburzeniu opuszcza Antoni swoją górę i idzie pieszo do Aleksandryi, by kłam zadać nauce i twierdzeniu heretyka. Wzruszający był widok, kiedy ów starzec stoczteroletni pojawił się na ulicach Aleksandryi; wszystko wybiegło, by widzieć tego męża Bożego, który tyle lat strawił na postach i umartwieniach, a którego sława głośną była na całym świecie. Pełen powagi i zapału wygłosił święty starzec wspaniałe kazanie, w którem zaprzeczył nauce Aryusza i dał wyraz swej głębokiej wierze w Bóstwo Chrystusa. Skutkiem tego setki aryanów, a mianowicie wielu uczonych powróciło na łono Kościoła prawdziwego. Zatrzymywany uszedł Antoni przecież na puszczę, bo jak ryba bez wody, tak mnich zdaniem jego bez ciszy klasztornej żyć nie może. 

Zbliżał się koniec życia św. męża. Czując się blizkim śmierci, jeszcze raz zwiedził ukochane swoje klasztory, a potem zamknął się w swej pustelni na górze i już nikogo nie przyjmował prócz dwóch towarzyszy, imieniem Makary i Amatas. Pan Bóg objawił mu dzień śmierci. Zawołał nieodstępnych swych współbraci i ostatniego udzielił im błogosławieństwa. Zwróciwszy z anielskim uśmiechem swe oczy do Boga, ujrzał aniołów, którzy z niebios zstępowali, by wprowadzić duszę św. Antoniego do wiecznej chwały. Umarł dnia 17. stycznia roku 356. 

Na wyraźne życzenie zmarłego, pochowali bracia zakonni drogie szczątki swego mistrza na miejscu nikomu nie znanem. Dwieście przeszło lat pozostało miejsce grobu tajemnicą okryte; dopiero w r. 561 został grób świętego cudownie przez Boga wskazany; przeniesiono relikwie święte do świątyni Aleksandryjskiej, później do Konstantynopola; dziś spoczywają we Francyi w mieście Arles. 

Na obrazach przedstawiają św. Antoniego ze świnką na znak owych pokus nieczystych, które święty tak doskonale zwalczał. Św. Antoni opat-pustelnik jest patronem zwierząt domowych. 

 

Nauka

 

Przykazanie miłości bliźniego: ˝Będziesz miłował bliżniego swego, jak siebie samego˝, nasuwa nam się pytanie, któreż jest pierwsze zadanie miłości wobec własnej naszej duszy? Oto zbawić ją, ratować od złego. A któreż będzie najprzedniejsze zadanie nasze względem bliźniego? Oto streścić je można i ująć w hasło: Bracie, ratuj duszę bliżniego swego. Ratować duszę, to znaczy wyciągać ją z grzechów, bronić od złego. A jak to zadanie najlepiej i najkorzystniej wypełnić można? Patrz na św.Antoniego opata: Dwadzieścia lat modli się w jaskini swej za grzeszników, a z modłami łączy posty i umartwienie żywota. Czyń ty podobnie. Jeżeli brat twój jest grzeszny, nie chodzi do sakramentów św., módl się za niego, bo jest to rzeczą stwierdzoną, że Pan Bóg na modły pobożnych daje łaski nawrócenia grzesznikom. Drugim sposobem ratowania duszy bliżniego jest dobry przykład. W jaskini modli się i umartwia się św. Antoni, niewidzialny od ludzi, a jednak siła przykładu pociąga tysiące grzeszników i czyni ich bogobojnymi. Czyń i ty podobnie, bo daleka nieraz droga przez naukę, krótka przez przykłady. Bądź dobrym przykładem dla grzesznych, a przez to przyczynisz się do ich zbawienia. 

 

Inni święci z dnia 17. stycznia:

 

Św. Brytwald, biskup z Anglii. - Św. Myldgita, dziewica i zakonnica. - Św. Neniusz, opat z Irlandyi. - Św. Richmir, opat. - Św. Sulpicyusz Pius, arcybiskup z Bourges. 

 

Dnia 18. stycznia

 

Święta Pryska, dziewica-męczenniczka (Około r. 50)

 

Św. Pryska żyła w najpierwszych początkach chrześcijaństwa. Była jeszcze dzieckiem, skończyła ledwie lat trzynaście, kiedy korona męczeńska ozdobiła jej skronie wiecznem blaskiem chwały niebieskiej. Dzieje jej życia zaczynają się od chwili jej męczeństwa. Zresztą nic o niej nie wiemy; nie znamy nawet jej pochodzenia. 

Było to za czasów cesarza rzymskiego Klaudyusza. Właśnie był odniósł świetne zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi swymi; z wdzięczności ku bogom składał w Rzymie, w swej stolicy, wielkie ofiary. Każdy mieszkaniec Rzymu był pod karą śmierci zobowiązany brać w nich udział. Chrześcijanie nie chcieli uczestniczyć w pogańskich obrządkach. Rozgniewany oto cesarz, kazał ich wtrącać do więzienia i karać jak najostrzej. 

Do tych nieszczęśliwców prześladowanych należała także i Pryska, bo i ona nie chciała składać ofiary bogom. Cesarz kazał ją był ująć i zaprowadzić do świątyni Apolina na ofiarne obchody. Dzieweczka stanowczo i mężnie oparła się woli cesarza. ˝Chrześcijanką jestem˝, tak mówiła śmiało, ˝Pan Bóg sam godzien jest, aby Mu ofiarowano, a tym Bogiem jest Bóg chrześcijan. Wasi bogowie nie są prawdziwymi bogami, jedno mamidłami szatana˝. Na te słowa jako rzekomo bluźniercze, oprawcy bili ją tak dotkliwie po twarzy, że krew jej płynęła uszami i nosem. Kiedy święta mimo to nie chciała ofiarować, zaprowadzono ją do więzienia. Tu ukazał jej się Pan Jezus, przepowiedział jej, że jeszcze wiele dla Niego cierpieć będzie, że jednak wkońcu zwycięży. Niedługo potem zaprowadzona znowu przed Klaudyusza, jak przedtem, tak i teraz niezłomnie wyznawała wiarę Chrystusa. Obnażono więc świętą panienkę i biczowano ją publicznie; Pryska przecież dalej wyznawała i chwaliła wśród swych cierpień Boga; oblaną na dobitek od stóp do głów wrząsym tłuszczem wrzucono znowu do więzienia, gdzie trzy dni i trzy noce przebyła w największych boleściach bez pokarmu i napoju. 

Skazana na pożarcie przez lwy, wielkim zajaśniała cudem. Dziki zwierz bowiem nie tknął dziecka, przeciwnie łasił mu się, jakoby czcił w dzieweczce męstwo i stałość. Klaudyusz pienił się z gniewu i z złości. Kazał Pryskę napowrót wrzucić do więzienia, gdzie znowu przez trzy doby przeżyła bez pokarmu. Stałość jej miały przełamać tortury. Rozdzierano święte ciało panienki w kawały żelaznymi hakami i grzebieniskami. ˝Chrześcijanką jestem˝, tak powtarzała w czasie największych bolów, ˝gotowa jestem znosić raczej jak największe cierpienia, niż Chrystusa opuścić˝. 

Kiedy wszystkie wyszukane męczarnie nie zachwiały wiary w dzieweczce, kazał Klaudyusz ją spalić. Wnet przygotowano wielki stos, związano mężne dziecko, wrzucono na gorejący stos. Pan Bóg znowu uczynił cud, bo płomienie nie jęły się ciała Pryski, która w pośród ognia płomieni śpiewem chwaliła Boga. Wtedy ogłosił ją Klaudyusz czarownicą; z obawy, by nowe cuda nie zachwiały wiary w ludzie pogańskim, kazał Pryskę ściąć. 

Było to dnia 18. stycznia, roku 50 po Chrystusie. 

 

Nauka

 

Podziwiać trzeba trzynastoletnie dziecko, które tak okropne męczarnie znosiło mężnie i niezachwianie. Lecz wiedzieć nam także trzeba, że dziecko to nie byłoby zniosło własnemi siłami takich katuszy, gdyby Pan Bóg w dobroci swej nie był św.Pryski wsparł szczególną Laską do wytrwania w męczeństwie. Tak jest, każda choćby najmniejsza czynność człowieka zależna jest od dwóch pierwiastków; od naszej woli i pracy, oraz od pomocy Bożej. Bez uczciwej woli i pracy nic uczynić nie możemy. A już przedewszystkiem nic nie możemy uczynić w sprawie swego zbawienia. Pracować nam trzeba, działać, uczyć się, trudzić, aby cel ten osiągnąć. A myliłby się, ktoby sam nic dla swego zbawienia uczynić nie chciał, jeno liczył na Pana Boga, na działalność Boską. Bóg mógł cię bez ciebie stworzyć, ale bez ciebie nie może cię zbawić. Chcesz więc być zbawionym, to trzeba ci na to zbawienie pracować, spełniać w tym celu wolę Boga. Z drugiej zaś strony myliłby się tak samo, ktoby myślał, że sam własnemi siłami może się zbawić. Kto tak myśli, bluźni i grzeszy zuchwale przeciwko Panu Bogu. Sami z siebie bowiem siłami przyrodzonemi nic uczynić nie możemy w sprawach nadprzyrodzonych. Łaską dopiero Bożą przeniknięte nasze uczynki wartości nabierają nadprzyrodzonej, a tem samem zdobywają nam wedle obietnic Jezusa nadprzyrodzone zbawienie w wieczności. Pracuj więc nad swem zbawieniem, a równocześnie proś Boga o łaskę i pomoc. 

 

Tego samego dnia.

 

Pamiątka założenia Stolicy Piotrowej w Rzymie (Około r. 43.)

 

Boski zbawiciel przyszedł na ten świat, by nas zbawić. Sam przecież miał odejść do Ojca i opuścić ziemię, na której przez kilka lat działał. Stąd była potrzeba, by środki zbawienia zostawił i zachował na wszystkie czasy dla przyszłych pokoleń. Złożył zaś Pan Jezus te środki zbawienia w Kościele świętym. Ten Kościół swój oparł na dwunastu filarach, na dwunastu apostołach. 

Lecz między nimi wyszczególnił jednego, św. Piotra. Kiedy się swarzyli apostołowie między sobą, który z nich przedniejsze będzie zajmował miejsce w Królestwie Bożem, Pan Jezus nie zaprzeczył, że kto pokorniejszy, ˝większym jest w królestwie niebieskim˝ (Mat. 18, 1). Na innym miejscu zaś wyraźnie powiada do Piotra: ˝Paś baranki moje, paś owce moje˝ (św.Jan. 21, 15-17), to znaczy, że Pan Jezus dał Piotrowi władzę nietylko nad wiernymi całego świata, lecz także i nad kapłanami i biskupami wszystkimi. Najwyraźniej zaś oznaczył Pan Jezus Piotra św. przyszłą opoką całego Kościoła, kiedy powiedział do niego: ˝Tyś jest opoką, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie zwyciężą go... i tobie dam klucze królestwa niebieskiego, a cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebiesiech˝. Temi słowami oznaczył więc Pan Jezus Piotra, a w jego osobie wszystkich jego następców, główną podstawą całego chrześcijaństwa, a raczej głową Kościoła. 

Założywszy na wschodzie pierwsze gminy chrześcijańskie i utrwaliwszy je rozwojem stałej hierarchii, opuścił Piotr św. po siedmioletnim pobycie w Antyichii kościół tamtejszy i przeniósł się do Rzymu. Rzym był naonczas największym i najpiękniejszym miastem całego świata. Był osią życia całej kuli ziemskiej. Z niego rozchodziła się oświata na cały świat, tam jednoczyły się nici polityki wszechświatowej. Do Rzymu przybył i Piotr św., by w środowisku świata założyć stolicę religii powszechnej czyli katolickiej. 

W pielgrzymim płaszczu, z kosturem w ręku, przybył tamdotąd książe Kościoła w roku 42. Pierwsze przyjęcie znalazł w domu senatora Korneliusza Pudensa, który ustąpił pałacu swego na nabożeństwa chrześcijańskie; nadto miał oddać Piotrowi swoje krzesło senatorskie, by z niego nauczał. To krzesło, na którym wedle podania nauczał pierwszy papież, jeszcze dzisiaj widzieć można przy pewnych uroczystościach. Znajduje się w kościele św.Piotra. 

Piotr założył w Rzymie biskupstwo jako siedlisko swej apostolskiej działalności. Jako biskup rzymski, a pierwszy apostół miał władzę na cały świat, czyli władzę papieską. Stąd też wynika, że każdy następca św. Piotra jako biskupa rzymskiego czyli każdy biskup rzymski jest następcą Piotra św. we wszystkiem czyli w wszystkich władzach i przywilejach przekazanych księciu apostołów przez Jezusa. 

Tę uroczystość założenia katedry św. Piotra w Rzymie, czyli przybycia św. Piotra do Rzymu, obchodzi Kościół święty w dniu dzisiejszym. Uroczystość ustanowił papież Paweł IV, w roku 1558, wyznaczając na świąteczną pamiątkę dzień 18. stycznia. 

 

Inni święci z dnia 18. stycznia:

 

ŚŚw. Archelais, Tekla i Zuzanna, dziew.-męczenniczki. - Św. Asteryusz, m. z Ostyi. - Św. Atenogenes, m. z Pontu. - Św. Liberata, dziewica z Como. - Św. Sulpicyusz, biskup z Mastricht. - Św. Wolfryd, biskup-męczennik z Szwecyi. - Św. Woluzyan, biskup z Tours. - Św. Wirmin, m. z Anglii. 

 

Dnia 19. stycznia

 

Święty Kanut, król-męczennik (+ 1086)

 

Kanut IV., król duński, Urodził się w połowie jedynastego wieka. Ojcem jego był Seweryn II. Widząc w dziecku następcę swego na tronie, kazał Kanuta wychować jak najbogobojniej, bo wiedział, że tylko król, który przykładem swym przyświeca ludowi, może zbawienny wpływ wywierać na swych poddanych. To też oddał go w ręce pobożnych i światłych nauczycieli. 

Kanut odznaczał się od najmłodszych lat czystością obyczajów i surowością życia. Zbytki, jakie zwykle panują na dworach królewskich, wzbudzały w nim odrazę. W modlitwie i miłosierdziu względem biednych znajdował zaspokojenie swego młodocianego serca. Obok pobożności zdradzał Kanut już w wczesnym wieku męstwo i zdolności do sztuki wojennej. To też powierzał mu ojciec bardzo nieraz niebezpieczne wyprawy, które Kanut podejmował ku chwale swej ojczyzny. Tak oczyścił nadbrzeża Danii od niebezpiecznych naonczas rozbójników morskich, którzy byli prawdziwą klęską ojczyzny. 

Po śmierci Swenona II. r. 1075 miał prawo do korony. Lecz magnaci duńscy znając go z surowości życia i bezstronnej sprawiedliwości, a mianowicie z uległości względem Kościoła, obawiali się, by nie położył końca ich luźnym obyczajom i gwałceniu praw ludu. Dlatego obrali królem brata jego, Haralda. Kanut boleśnie odczuł wprawdzie krzywdę lecz nie myślał zdobywać tronu, mimo że bardzo wielkie stronnictwo ofiarowało mu pomoc; poszedł dobrowolnie na wygnanie do Szwecyi do króla Halstana. Ilekroć razy pod słabym panowaniem Haralda nieprzyjaciele kraj napadali, a Harald nie mógł zażegnać niebezpieczeństwa, wracał Kanut do ojczyzny, stawał na czele wojska i zawsze zwycięsko odpierał napastników. 

Po śmierci brata r. 1080 powołał go lud jednogłośnie z Szwecyi na króla i osadził na tronie. Kanut pojął za żonę pobożną Adelę, córkę Norberta, hrabiego Flandryi. Z nią spłodził syna Karóla, zwanego za życia Dobrym, który później został świętym. Św. Kanut osiadłszy na tronie po gnuśnym swym bracie, zastał ogromne rozprzężenie w kraju. Magnaci uciskali lud, sprawiedliwość i sądy były stronnicze i przekupne, Kościół był ciemiężony, stan duchowny poniżony. Święty zabrał się z całą energią do naprawy stosunków. Najpierw starał się o wprowadzenie sprawiedliwości w sądach, pousuwał stronniczych urzędników, ukrócił ostrymi przepisami swawolę magnatów. Aby przyjść w pomoc biedzie ludności, darował jej daniny przeznaczone na utrzymanie dworu królewskiego. Własnym kosztem postawił wiele zakładów, dobroczynnych przytułków dla biednych i chorych, mnóstwo domów sierót. 

Przedewszystkiem starał się o przywrócenie należytego wpływu Kościoła w swym państwie. W tym celu nadał biskupom godność książęcą, którą stawiał ponad godność książąt świeckich. Widząc, że stan duchownych nie miał u ludu dostatecznego poważania ani też środków na odpowiednie utrzymanie, wyjął duchownych z pod władzy świeckiej, pozostawiając jedynie biskupom prawo karania i sądzenia kapłanów; przytem nakazał oddawać Kościołowi daniny i karał ostro tych, którzy się od tego uchylali obowiązku. 

Wszelkie sprawy państwowe załatwiał sam. Czasu wolnego nie używał na zabawy, gry lub łowy; spędzał go na modlitwie lub czytaniu pobożnem. Widziano go całe godziny klęczącego przed wizerunkiem Ukrzyżowanego. Szczególną miał cześć do Matki Boskiej. Chwałę Maryi szerzył w całem swem państwie. Stąd też nakazał obchodzić wszystkie święta Przeczystej Dziewicy. Pościł tak ostro. że czasami całemi dniami nie brał do ust pokarmu. Pod szatą królewską nosił ustawicznie włosiennicę i biczował się często. Zbudował w całym kraju wiele klasztorów i kościołów, w krajach podbitych zaprowadzał hierarchią kościelną, urządzał parafie i ustanawiał kapłanów. 

Pomimo purpury miłował pokorę i ubóstwo. Razu pewnego złożył u stóp Ukrzyżowanego w mieście stołecznym swego państwa Roskild, drogocenną koronę, którą królowie duńscy tylko przy największych nosili uroczystościach, mówiąc: Godziwą jest rzeczą, aby to, co najdroższem jest w państwie, służyło ku ozdobie miejsca świętego, nie zaś do podsycania próżności i pychy żywota. 

Ujęcie w karby swawoli magnatów jako i pobożność króla i hojność jego względem Kościoła rozbudziły przeciw niemu wielką nieprzyjaźń w kołach możnych. Jak lud go kochał i szanował, tak go nienawidzili śmiertelnie panowie; uknuli nawet spisek na jego życie. 

Roku 1066 podbił był Wilhelm, książe normandzki, Anglią. Anglicy uciemiężeni prosili r. 1085 Kanuta o pomoc. Posłał im znaczne wojsko, na którego czele postawił brata swego Olausa, który nienawidząc Kanuta, zbuntował szlachtę i na czele swego wojska rozpoczął krwawą wojnę domową. Król zebrał wiernych rycerzy, przygniótł bunt, ujął Olausa i osadził go w warownym zamku. Nie pragnąc zemsty, darował Kanut rokoszanom winę; by jednak Bogu spłacili i złożyli haracz pokutniczy, nałożył na nich daniny kościelne. Kiedy udało się Olausowi ponownie stanąć na czele zbuntowanego wojska, zaczął nową wojnę domową. Kanut mógł był uśmierzyć bunt przemocą; pozwolił się jednak uwieść fałszywym przysięgom wierności i pozostał prawie bezczynny w mieście Odensee. Buntownicy skorzystali z tego, obsadzili wyspę, by zamordować króla. Kanut widząc bliski koniec, udał się do kościoła św. Albana, padł tam na kolana przed ołtarzem i modlił się gorąco, gotując się na śmierć. Wnet wtargnęli buntownicy do wnętrza świątyni, rzucając kamieniami na modlącego się króla, który schyliwszy głowę ku stopniom ołtarza, ofiarował życie swe Bogu, wołając głośno: ˝O Panie, z radością serca składam życie swoje Tobie jako ofiarę. Umieram za to, że broniłem Twego Kościoła i Twej czci. Przyjm łaskawie ofiarę i spraw, aby nieprzyjaciele moi kiedyś poznali krzywdę, którą mi wyrządzają, i by żałowali za swe grzechy tak szczerze, jak ja im przebaczam˝. Ledwo wymówił pobożny król te słowa, a oto przystąpił do niego jeden z rokoszan, i przebił go włócznią. Było to 10. lipca roku 1086. Kościół obchodzi pamięć św. Kanuta dnia 19. stycznia. 

 

Nauka

 

Św. Kanut,potęzny władza, okazywał zawsze największy szacunek kapłanom i starał się o to, by podwładni jego czcili i szanowali stan duchowny. Tego szacunku dla duchownych uczyć się może niejeden od świętego króla. A trzeba nam wiedzieć, że czci tej powinnej domaga się sam Bóg. Czcij Boga z wszystkiej duszy swej, mówi Pismo św., i czcij kapłanów. (Ekl. 7,33.) Kapłan to zastępca Chrystusa Pana w urzędzie ofiarnika, nauczyciela i króla. Przecież do apostołów powiedział Zbawiciel: ˝Jako mnie posłał Ojciec, tak ja posyłam was˝, ˝kto was słucha, mnie słucha˝. Następcami apostołów są biskupi, lecz i kapłani odebrali od samego Jezusa cząstkę władzy Chrystusowej na ziemi. 

Mówić w drwinach o kapłanach, wyrażać się o nich żle, krytykować, gdzie nie należy ich życie i postępki, odbierać im dobre imię przez obmowę, a nawet przez oszczerstwo, to grzechy ciężkie. ˝Kto wami gardzi, mówił Pan Jezus, mną gardzi˝. Toż kapłani to twoi najlepsi przyjaciele, dobroczyńcy, doradzcy, nauczyciele i pomocnicy w biedach. 

 

Inni święci z dnia 19. stycznia:

 

ŚŚw. Maryusz, Marta, Audyfaks i Abachum, męczennicy rzymscy. - Św. Abundancya, dziewica. - Św. Amoniusz, biskup z Tortony. - Św. Arseniusz, arcybiskup z Korfu. - Św. Dagobert, biskup z Bourges. - Św. Eufrazyna, dziewica, męczenniczka z Nikomedyi. - Św. Remigiusz, arcybiskup z Rouen. - Św. Wolstan, biskup z Worcester. 

 

Dnia 20. stycznia

 

Święci Fabian i Sebastyan, męczennicy. (Około r. 250 i r. 288.)

 

- Św. Fabian 

 

Święty Fabian był papieżem; rządził Kościołem Bożym od roku 236 do 250. Należał do najsławniejszych papieży trzeciego wieku. Był z pochodzenia rzymianinem. Kiedy po śmierci papieża Antera przystąpiono do wyboru nowego następcy Piotra św., miał się ukazać w powietrzu nad Fabianem śnieżno biały gołąb i spuścić się na jego głowę. Był to znak szczególnej łaski Bożej; obrano więc Fabiana papieżem. Już św.Klemens papież podzielił był Rzym na kilka obwodów jednego subdyakona, któryby pilnie spisywał historyą św. męczenników, aby pamięć ich życia i śmierci świętej nie zginęła dla potomności. Św. Fabian powiększył liczbę tych tak zwanych notariuszy, aby w czasie coraz to większych i liczniejszych prześladowań tem pilniej mogli spisywać akta św. męczenników. Już apostołowie święci ustanawiali dyakonów, by ci pieczę mieli nad ubogimi i rozdawali godnym wsparcia jałmużnę kościelną. Św. Fabian podzielił Rzym na siedm obwodów, ustanowił nad każdym pewną liczbę dyakonów, by tem pewniej i łatwiej mogli sprawować swój urząd. Jak nam mówi brewiarz rzymski, on to postanowił, by święte oleje święcili biskupi w dzień Wielkiego Czwartku podczas Mszy św.. Jeszcze dziś zachowuje Kościół Boży ten przepis: w każdym kościele katedralnym święci biskup podczas Mszy święty Olej i święte Krzyzmo w Wielki Czwartek. 

Czternaście lat rządził św. Fabian Kościołem Bożym. W tych czasach żył Kościół w ukryciu, chroniąc się przed prześladowaniem pogańskich Rzymian. Najznojniejszem było życie ówczesnych papieży, którzy ukryci przed światem rządzić musieli, a z drugiej strony musieli się starać o to , by nie narazić życia swego i przez to nie wprowadzać Kościoła w groźniejsze jeszcze położenie. Wszyscy też papieże tych pierwszych wieków prędzej czy później ginęli śmiercią męczeńską. Takiej śmierci doczekał się też i św. Fabian. Za panowania cesarza Decyusza zdobył koronę męczeńską pod mieczem kata dnia 20. stycznia roku 250. 

 

- Św.Sebastyan

 

Święty Sebastyan urodzony w Narbonne, mieście położonem w dzisiejszej Francyi, a wychowany w Medyolanie, żył w drugiej połowie trzeciego wieku za czasów cesarza Dyoklecyana i Maksymiana. Pochodził z pobożnych i zacnych rodziców, od których odebrał staranne i bardzo wzorowe wychowanie. Już jako młodzieniec przgnął być pomocą prześladowanym współwyznawcom wiary Chrystusowej. A że w Medyolanie nie prześladowano chrześcijan, postanowił r. 283 pójść do Rzymu, gdzie naonczas więziono, katowano i męczono jak najokropniej wierne sługi Chrystusowe. Aby tem łatwiej mieć przystęp do więzień i miejsc katuszy, w których dręczono chrześcijan, wstąpił do wojska rzymskiego, okryty płaszczem casarskiego żołnierza chciał pocieszać, utrwalać w wierze, albo i bronić św. męczenników. Ponieważ był młodzieńcem przedziwnej urody, wielkiej zdolności i męstwa, polubił go cesarz i wyniósł do godności dowódcy swej gwardyi pałacowej. Stanowiska i możnego wpływu swego używał na to, by służyć Chrystusowi. Nawracał pogańskich żołnierzy do wiary, niestałych w wierze namacniał, odwiedzał więźniów i niósł im pomoc materyalną i duchowną; tym, którzy mieli iść na stracenie, dodawał otuchy i męstwa. 

Pomiędzy innymi schwycono dwóch braci, Marka Marceliana, wrzucono do więzienia za wiarę Chrystusową i skazano na śmierć. Byli Rzymianami i pochodzili z bardzo wysokiego rodu, stąd ociągał się wyrok śmierci; dano im trzydzieści dni namysłu, by w tym czasie porzucili Chrystusa i ofiarowali pogańskim bogom. Chcąc ich odwieść od wiary, zwołano ich ojca, matkę, dzieci, krewnych i przyjaciół, którzy byli poganami, by ci swemi przedstawieniami, płaczem i narzekaniem pobudzili skazanych do porzucenia Chrystusa. Męczennicy przechodzili ciężką próbę; Stary ojciec, Trankwilin, zaklinał synów na wiek swój, prosząc, by go nad grobem nie opuszczali; matka, imieniem Marcya, domagała się ze łzami w oczach prawa swego i powinności synowskiej; dzieci malutkie rączki swe podnosiły i płacząc i do nóg się ścieląc ojcom swym prosiły, by ich nie opuszczali, nie czynili sierotami; żony błagały, by ich nie zostawiali wdowami, krewni, przyjaciele zaklinali ich na przyjaźń i węzły bliskiej krwi. Już ulegali prośbom i narzekaniom wyznawcy Chrystusowi; już gotowi prawie byli wyrzec się wiary, by otrzymać wolność. 

Dowiedział się o tem św. Sebastyan. Natychmiast udał się do więzienia i w słowach najczulszych błagał i zaklinał, by nie porzucali korony męczeńskiej, którą, jak mówił, już widział na ich skroniach. ˝Dziwiłbym się wam bardzo˝, rzekł do nich, ˝żołnierze Chrystusowi, gdyby dziecięce i niewieście łzy serca wasze, w których Chrystus mieszka, zwyciężyć miały. Długie i sromotne więzienie, bolesne męki nie zdołały was nakłonić do odstępstwa, a słowa ludzi, którzy nie wierzą w życie pozagrobowe, miałyby was do odstępstwa nakłonić? Czyż ten nędzny żywot doczesny ma w sobie coś tak ponętnego, abyście dla niego opuszczali Jezusa, który wam gotuje niewymowne szczęście? Ani ucho przecież nie słyszało, ani oko nie widziało, ani serce nie pojęło tego, co Bóg zgotował ludziom, którzy Go miłują. Wszystko na tym świecie się zmienia, wszystko jak cień i dym znika. Oto już prawie w ręku zapłatę trzymacie, już u drzwi wiecznej chwały stoicie. Nie cofajcie się! Pomnijcie, że Pan Jezus mówi: Kto więcej miłuje ojca, matkę, syna i córkę niźli mnie, nie jest mnie godzien. Kto mnie się zaprze przed ludźmi, tego ja się zaprę przed Ojcem swoim w niebiesiech. Ilu świętych w niebie, tylu krewnych waszych; ilu przykładem swoim ku Bogu pociągniecie, tylu synów i dzieci po sobie zostawicie˝. 

Podczas tych słów św.Sebastyana, taka światłość niebieska z twarzy jego biła, że zdumieli się wszyscy obecni poganie. Żona Nikostrata, w którego domu się to działo, imieniem Zoe, niema od sześciu lat, padła do nóg św.Sebastyana, dając przez to wyraz swej wierze. Święty Sebastyan pomodlił się nad nią, i natychmiast odzyskała mowę. 

Pokonany cudem mąż jej Nikostratus, uznał również wiarę chrześcijańską i prosił o chrzest. Lecz Sebastyan wezwał go, aby wpierw wszystkich innych więźniów w domu swym przywiódł; naukami wtedy swemi Sebastian nawrócił wszystkich więźniów pogańskich, a chrześcijańskich utwierdził w wierze. Wobec cudów Sebastyana nad chorymi i niemocnymi wielu innych jeszcze zostało wyznawcami Jezusa. Do nich należeli także Trankwilin i Marcya, rodzice Marka i Marceliana, oraz ich krewni i przyjaciele, którzy przedtem chcieli wyznawców Chrystusowych odwieść od wiary. Takim sposobem nawrócił św. Sebastyan odrazu sześćdziesiąt i cztery osoby, którym przyzwany kapłan Polykarp udzielił chrztu świętego. 

Po pewnym czasie zawołał wielkorządca miasta Rzymu, Kromacyusz, Trankwilina, pytając się, czy synowie jego już wyrzekli się Chrystusa i czy już złożyli ofiarę bogom. Sędziwy starzec odrzekł, że synowie jego chcą umierać za Chrystusa, a on, ojciec nowonawrócony, razem z nimi. Wszczęła się rozmowa między wielkorządcą poganinem a nowym wyznawcą Chrystusowym; owocem jej było nawrócenie Kromacyusza; tknięty łaską Bożą przyjął naukę Jezusową i przyjął chrzest św. wraz z synem Tyburcem z rąk św.Sebastyana. Tymczasem prześladowanie przybierało coraz groźniejsze i większe rozmiary; wielu chrześcijan musiało szukać schronienia po za miastem. Przyjmował ich i gościł Kromacyusz w swej wili, dając im bezpieczne mieszkanie. Wzywali do siebie Sebastyana, albo i kapłana Polykarpa, by przybyli do nich, ich oświecali w wierze i przykładem swym utwierdzali. Lecz ani Sebastyan ani Polykarp nie chcieli opuścić Rzymu; pragnęli na polu walki zdobyć sobie koronę męczeńską. Dopiero papież Gajus nakazał Polykarpowi, udać się do domu Kromacjusza. Św. Sebastyan został w Rzymie. 

W prześladowaniu znaleźli w Rzymie śmierć męczeńską Marek i Marcelian, ich rodzice Trankwilin i Marcya oraz Nikostrat i żona jego Zoe. Wkrótce też przyszła kolej na Sebastyana. Pewien zaprzaniec i odstępca od wiary zdradził cesarzowi Dyoklecyanowi, że Sebastyan wyznaje wiarę Chrystusową. Rozgniewany cesarz kazał natychmiast zawołać świętego i z oburzeniem największym rzekł do niego. ˝Co ciebie do tego obłędu przywiodło, iż bogom moim ofiarować nie chcesz, a w Ukrzyżowanego wierzysz? Wielce ciebie czciłem, bo powiernikiem tajników swoich cię uczyniłem; czemuś tak niewdzięcznym i nieposłusznym?˝ Na to odrzekł Sebastyan: ˝Pókim nie znał Boga i prawdy, bogom drewnianym i kamiennym razem z tobą służyłem; skorom poznał Jezusa, prawdę odwieczną, nie mogę już bogami uznawać tych posągów drewnianych ręką ludzką uczynionych? Wyrzecz się, cesarzu, tej służby niemądrej, a wierz w Boga prawdziwego. Nigdy się twej służby nie wyrzekłem, lecz rozkazy Boga mego świętsze mi są niźli twoje, cesarzu˝. 

Słysząc to cesarz, zapalił się ogromnym gniewem i w tej samej chwili dał żołnierzom, którym dowodził Sebastyan, rozkaz, by wodza swego przywiązali do drzewa i strzałami z łuków na śmierć go ubili. Żołnierze spełnili rozkaz cesarza i pozostawili martwe na pozór zwłoki Sebastyana. 

Tej samej nocy przyszła pobożna matrona Irena, wdowa po dopiero co zamordowanym męczenniku Kastulu, by świętemu męczennikowi oddać ostatnią przez pochowanie przysługę. Kiedy się schyliła, by ucałować święte rany męczennika, spostrzegła z radością, że ciało jego było jeszcze ciepłe, i że serce jeszcze drgało. Zaniesiony do domu Ireny, św.Sebastyan pod troskliwą opieką przyszedł do siebie. Chrześcijanie prosili świętego, by uszedł z Rzymu; odpowiedział: ˝uczynię, co Bóg każe˝. Po długiej modlitwie o Boże oświecenie udał się święty Sebastyan pod świątynię pogańską, do której z wielkim orszakiem zbliżał się celem ofiar cesarz w otoczeniu tysiącznego ludu. Nagle, wystąpił Sebastyan i rzekł do niego: ˝Przestań, cesarzu, prześladować chrześcijan i wierzyć kapłanom pogańskim, którzy cię oszukują, bo tylko wierność chrześcijan jest niewzruszoną˝. Przeląkł się cesarz na widok Sebastyana, którego uważał za umarłego, a święty dodał: ˝Tak, Bóg, który ponownie dał mi życie, przysłał mnie do ciebie, bym przed ludem całym oświadczył, że ci, których prześladujesz, są niewinni˝. Rozgniewany cesarz kazał Sebastyana tak długo bić pałkami, aż by ducha nie wyzionął. Śmierć św. Sebastyana przypadła na rok 288. Święte ciało męczennika wrzucono do ścieków miejskich. Pobożna niewiasta Lucyna pouczona widzeniem, odnalazła zwłoki i pogrzebała je w katakombach. 

Później wzniesiono nad grobem św.Sebastyana kościół pod jego wezwaniem. 

Za przyczyną św. Sebastyana zostali Rzymianie kilka razy uwolnieni od zarazy, stąd czci go Kościół św. jako patrona od morowego powietrza i zaraźliwych chorób. 

Kościół Boży naznaczył dzień 20. stycznia jako dzień jego pamiątki. 

 

Nauka

 

Św. Sebastyan żył na dworze cesarskim między poganami, a jednak nie dał się ani złym przykładom, ani namowami odwieść od wiary; pozostał pobożnym chrześcijaninem, a nawet sam nawracał do wiary i umacniał innych w prawdzie. Jeżeli, miły czytelniku, jesteś zmuszonym żyć między ludźmi niewierzącymi, szydzącymi sobie z wiary świętej, jeżeli razem z nimi musisz mieszkać lub pracować, patrz na wzniosły przykład św. Sebastyana. Nie daj się bluźnierstwem i drwinami z wiary i świętych obrządków odwieść od swych obowiązków katolickich; przeciwnie staraj się o to, byś życiem swem przykładnem pociągał złych do dobrego, niewierzących do wiary. Strzeż się poufałości i przyjaźni z ludzmi zepsutymi; Nie mów: wielu innych źle żyje, i ja mogę tak żyć! Powiada Pismo św.: ˝Nie pójdziesz za gromadą ku źle czynieniu˝ (II. Mojż. 23. 2). ˝Chcesz być zbawionym z małą liczbą wybranych, żyj z nimi˝, mówi św. Chryzostom. 

 

Inni święci z dnia 20. stycznia:

 

Św. Klemens, kapłan z Lyonu. - Św. Eutymiusz, opat z Palestyny. - Św. Fechinusz, opat z Irlandyi. - Św. Neofitus, męczennik. 

 

Dnia 21. stycznia

 

Święta Agnieszka, dziewica-męczenniczka. (+ 304.)

 

Św. Agnieszka urodziła się w Rzymie około roku 290 jako córka bardzo zamożnych rodziców stanu szlacheckiego. Była panienką przedziwnej piękności. Lecz piękniejszą jeszcze od jej ciała była jej duszyczka, którą już w dziecięctwie ukochała całem sercem najpiękniejszą z wszystkich cnót t.j. święte dziewictwo. To też już jako dziewczynka dziesięcioletnia złożyła Panu Jezusowi ślub dozgonnej czystości. 

Piękność Agnieszki rozpaliła wnet serca młodzieńców najwyższych rodów gorącą miłością; wielu znich starało się o jej rękę. Miała wtenczas lat trzynaście. Między młodzieńcami, którzy pragnęli ją poślubić, żył największą nadzieją syn prefekta rzymskiego Symfroniusza. Z bogatymi darami i drogiemi klejnotami udał się młodzieniec do rodziców Agnieszki, przekładając swe zamiary. Wskazywał na swe bogactwa, wysokość swego rodu, i gorącą, prawdziwą miłość. Lecz Agnieszka, która poświęciła się Boskiemu Oblubieńcowi, ze wzgardą odepchnęła klejnoty i uczucia ziemskiego oblubieńca. ˝Uprzedził cię˝, mówiła, ˝już kto inny, twoja zacność i stan twój nigdy Mu nie dorówna. Skarby, które mi dać przyobiecał, przenoszą wszelką cenę. Krzywdy więc takiej nie mogę Mu uczynić, abym ku innemu serce swe zwrócić miała, bo jego uroda, zacność, moc i piękność wyższe są ponad wszystko. A Jego wspaniałości Aniołowie się dziwują. Co większa, gdy go miłuję, czystą jestem, gdy z nim się łączę, dziewicą być nie przestaję; gdy za małżonka Go mam, nigdy wdową nie będę˝. 

Głęboki, ciężki smutek owładnął złamanem sercem dumnego młodzieńca; zawód boleśnie go dotknął. Dowiedział się o tem Symfroniusz i ponownie się zwrócił do rodziców Agnieszki, prosząc o rękę panienki dla syna. Lecz święta dziewczynka była niezłomną w swych postanowieniach. Symfroniusz podrażniony w swej dumie rodowej badał, ktoby to mógł być owym oblubieńcem, który przewyższać miał zacność jego rodu. Jeden z dworaków wytłómaczył mu tajemnicę. Agnieszka, mówił, jest chrześcijanką i rozumie, że Chrystus, którego chrześcijanie za Boga uznają, ma być jej oblubieńcem. 

Usłyszawszy to Symfroniusz, zyskał pozór, by ze zemsty za odmowę wtrącić Agnieszkę do więzienia na mocy praw państwowych. Myślał, że młoda panienka przed trybunałem ulęknie się groźby, odstąpi od Chrystusa, powolniejsza więc będzie wobec zamiarów jego syna. Stanęła dziewczynka przed sądem prefekta rzymskiego, który zrazu łagodnością i czułemi obietnicami, potem groźbami nakłaniał ją do ofiarowania bogom pogańskim. Lecz święta z wielką stałością i oburzeniem oświadczyła, że nic ją nie zdoła odłączyć od Chrystusa. Wtenczas kazał sędzia rozłożyć przed nią tortury, żelazne ostrza, i inne straszne narzędzia katowskie, któremi zwykle męczono na śmierć chrześcijan; groził śmiercią okrutną. Widok ten nie zrobił na świętej żadnego wrażenia; przeciwnie ze spokojem powtarzała, że chętnie umrze dla Chrystusa. Wobec takiej stałości Symfroniusz, rzucając się z wściekłości, zawołał: ˝Jeżeli śmierci się nie boisz, to w domu hańby zmuszę cię do sprzeniewierzenia się swemu Oblubieńcowi˝. ˝Nie boję się˝, rzekła panienka, ˝twej groźby. Ten, który ma pieczę o czystość swych oblubienic, sprawi przez anioła Swego, że ciała mego, które Bogu ofiarowałam, nic skalać nie zdoła; anioł Boży będzie moją obroną˝. Na rozkaz sędziego natychmiast zdarto szaty z Agnieszki, by ją bezwstydnie przez ulice miasta poprowadzić do domu rozpusty. Wstydliwość dziewicy cudem się zachowała, bo sprawił Pan Bóg, że włosy bujne Agnieszki takiej nabrały długości, że ją całą okryły jakby suknią od stóp do głów. 

Przyprowadzona na miejsce hańby, taką jaśniała światłością, że podobną była do anioła Bożego. Święta Agnieszka gorąco dziękowała Panu Bogu za cud, którym uzacnił jej czystość. Widząc jasność i niebiański urok panienki, nikt z rozpustników nie śmiał się do niej przybliżyć. Wielu z nich się nawróciło i zostało chrześcijanami. Tylko syn Symfroniusza, szydząc z cudu, poważył się dotknąć wszetecznie anielskiej dziewczynki, lecz karą Bożą nagle nawiedzony, jakby piorunem rażony padł trupem na ziemię. 

Tłumy ludu zebrały się przed domem hańby na wieść o cudzie. Przybył też i Symfroniusz; widząc martwe ciało swego syna szalał ze złości, bo mniemał, że Agnieszka czarami zabiła mu dziecko. Święta mówiła: ˝Nie ja, tylko Ten, który brzydzi się nieczystością a broni niewinności okazał Swą moc˝. ˝Jeżeli twój Bóg jest tak mocny˝, rzekł Symfroniusz, ˝spraw, aby syn mój ożył˝. ˝Chociaż niedowiarstwo twoje niegodne jest łaski Bożej˝, rzekła święta, ˝czas jest, by Chrystus Pan i Bóg mój był wsławiony˝. Po tych słowach padła na kolana i modliła się gorąco, by Bóg przywrócił życie zmarłemu; podnosząc się, dotknęła martwego ciała młodzieńca; wstał żywy i zdrowy. Tchnieniem łaski Bożej pobudzony zawołał głośno: ˝Jeden jest Bóg prawdziwy, Bóg chrześcijański, a bogowie, których wy chwalicie, są ułudą i urojeniem˝. 

Wielki cud stał się głośnym w całem mieście. Kapłani pogańscy zatrwożyli się, bo się obawiali, aby to zdarzenie nie podkopało wiary w bogów, stąd zbuntowali lud, i głośno się domagali śmierci owej rzekomej czarownicy. Symfroniusz wdzięczny za doznaną pomoc Bożą, chciał Agnieszkę uwolnić; ale lud zagroził mu niełaską cesarza. Nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności, zdał więc sąd towarzyszowi nazwiskiem Aspaziuszowi, który skazał Agnieszkę na spalenie. Zbudowano stos z drzewa i złożono nań świętą panienkę. Rozniecił się ogień. Agnieszka wśród płomieni wzniosła oczy ku niebu i wyciągnąwszy ręce ku Bogu, modliła się głośno: ˝Do Ciebie się udaję, wszechmogący Boże, bom przez świętego Syna Twego uszła groźby bezbożnego tyrana; z obrzydliwości wszeteczeństwa wybawiona, oto idę nieskalana do Ciebie, któregom zawsze miłowała, szukała i pragnęła˝. Nowym cudem niespodzianym płomienie ognia rozdzieliły się, nie dotykając ciała panienki; wkońcu zgasły zupełnie. 

Wtedy Aspaziusz dał rozkaz katowi, by ścięciem głowy zadał śmierć Agnieszce. Kiedy oprawca zbliżył się do klęczącej dziewczynki, by spełnić rozkaz, wzruszony jej przedziwną pięknością i młodym wiekiem, zadrzał i zawahał się. ˝Nie zwlekaj˝, rzekła Agnieszka, ˝niech zginie to ciało, które oczom podobać się może; niech Ten, który mnie ukochał, posiądzie mnie na zawsze˝. Były to jej ostatnie słowa. Dusza wyzwolona z pętów ciała wzniosła się ku niebu, uwieńczona podwójną chwałą czystości i męczeństwa. Było to 21. stycznia 304. roku. 

Z wielką czcią pochowali rodzice święte ciało panienki i płacząc długo, czuwali nad grobem swej córki. Schodziło się też zwłaszcza w nocy wielu chrześcijan, by nad grobem mężnej dziewczynki modlić się o wytrwanie w wierze. Napadli ich wtenczas to poganie, ukamienowali św. Emerencyanę, przyjaciółkę św. Agnieszki. Bóg pocieszył rodziców; kiedy bowiem modlili się nad jej grobem, ujrzeli nagle wielką jasność, a w niej wielki poczet panien w dziwnie pięknych szatach z wieńcami na głowach. Między niemi była Agnieszka, która tak się odezwała: ˝Nie żałujcie mnie jako straconej, ale z radości mej weselcie się, bo wraz z temi wszystkiemi towarzyszkami święte znalazłam pomieszczenie w chwale wiekuistej; z Tym złączona jestem w niebie, któregom z całego serca miłowała na ziemi˝. 

Później Konstancya, córka cesarza Konstantego, uwolniona cudownie nad grobem św.Agnieszki od wrzodów nieuleczalnych, a przez to nawrócona do wiary św. chrześcijańskiej, wzniosła wspaniałą świątynię, która po dziś dzień stoi pod wezwaniem św. Agnieszki. 

 

Nauka

 

Rzadko który żywot Świętych Pańskich tak przedziwnie nas podnosi na duchu, jak dzieje św. panienki Agnieszki. O bo też niema cnoty tak pięknej, tak wzniosłej i aniejskiej, jak cnota czystości: ˝O jak piękny jest, mówi Mędrzec Pański (4,1-2) czysty rodzaj z jasnością! Nieśmiertelna jest pamiątka jego; gdyż i u Boga znajoma jest i u ludzi. Gdy przytomna jest, naśladują ją, i pragną jej, gdy odejdzie; i na wieki koronowana tryumfuje, niepokalanego bojowania zapłatę wygrywając˝. Patrz na panienkę czystą! oczy spuszczone skromnie, ręce złożone, postawa wstydliwości pełna, jakiś niebiański promień jasności pada na czoło i na oblicze niewinne, jakobyśmy patrzeli na postać nadziemską. Czystość to żródło cnót; gdzie ona jest, tam dusza się modli żarliwie, tam cichość, słodycz, pokora; gdzie jej brak, tam niema modlitwy, tam hardość, opryskliwość, pycha i niedbalstwo w rzeczach wiary. Matko! niech te objawy będą probierzem dla ciebie, kiedy sądzić będziesz o stanie duszy swego syna, swej córki; z pewnościa nigdy się nie omylisz. Chwałę i nagrodę dziewictwa opisuje św. Jan w Objawieniu: Na niebiańskich wzgórzach syońskich idą stoczterdzieścicztery tysięce; w białych szatach, wieniec na skroni, z palmą w ręku śpiewają pieśń, której nikt inny śpiewać nie może, na cześć Baranka; to rodzaj ˝czystych rąk˝, i ˝nieskalanego serca˝. 

 

Inni święci z dnia 21. stycznia:

 

Św. Awitus, biskup z Auvergne. - Św. Bibian, biskup szkocki. - Św. Epifaniusz, biskup z Pawii. - Św. Ermemburga, ksieni na wyspie Tanet w Anglii. - Św. Eustazyusz, m. z Nikomedyi. - Św. Fruktuozy, biskup z Tarragony. - Św. Patroklus, m. z Troyes. - Św. Publiusz, biskup z Aten. 

 

Dnia 22. stycznia

 

Święty Wincenty, męczennik. (Około r. 304)

 

Św. Wincenty, pochodzeniem Hiszpan z Oski urodził się koło roku 270. W młodym wieku oddali go rodzice na wychowanie biskupowi Waleremu z Saragosy. U niego nauczył się młody chłopiec Swiątobliwości życiai nauk Bożych. Kiedy doszedł do lat dojrzalszych, wyświęcił go biskup na dyakona. Ponieważ Walery był już w bardzo podeszłym wieku, a przytem się zająkał, zlecił młodemu słudze Bożemu urząd kaznodziejski. Wszędzie przemawiał Wincenty za swego biskupa, a głosił słowo Boże z takim zapałem, że wielu pogan nawrócił do wiary. 

Był to czas srogich prześladowań pod panowaniem Dyoklecyana i Maksymiana. Aby i w Hiszpanii, która należała do cesarstwa rzymskiego, wytępić imię Chrystusa, posłał Dyoklecyan tamdotąd Dacyana, człowieka z natury okrutnego i chciwego. Dacyan osiadł jako namiestnik w Walencyi; tutaj pławił się wprost w krwi chrześcijańskiej; zasłynął wnet smutną chwałą jednego z najzaciętszych prześladowców Chrystusowych. Dowiedziawszy się, że w mieście Cezaraugusta, dzisiejszej Saragosie, biskup Walery i młody a gorliwy jego przyboczny kaznodzieja szerzą naukę Jezusa, posłał swych zbirów i kazał ich przywieść do siebie. 

Rozpoczynając sąd, rzekł Dacyan do biskupa: ˝Wyrzeczcie się zabobonu i urojeń; ofiarujcie bogom naszym, inaczej krwią swą przypłacicie opór˝. ˝Pozwól ojcze˝, odezwał się Wincenty, ˝że ja za ciebie odpowiem, jakom dotąd za ciebie głosił imię Chrystusa˝. A zwróciwszy się do tyrana, rzekł: ˝Przeciwko Bogu w Trójcy jedynemu, który ci urząd i godność dał, walczysz? Sam cześć zabobonom oddajesz, a nas do tego chcesz nałaniać?˝ 

Słysząc to Dacyan, zawrzał gniewem; kazał biskupa odprowadzić; skazując go na wygnanie, zwrócił całą swą złość na Wincentego. Naprzód kazał go przywiązać do pala i biczować. Wkrótce Wincenty zalał się cały krwią, jakby się odział szatą purpurową; siepacze rozrywali ciało w kawały i strzępy. 

Dacjan poznał, że wten sposób nie złamie woli młodzieńca; chwycił się więc namowy: ˝Żal mi˝, powiada, ˝twej młodości i twych zdolności, tyś powołany do wysokich stanowisk, ulituj się sam nad sobą˝. Święty odrzekł: ˝Nie proszę cię o miłosierdzie nad sobą; nie ulegnę też gwałtom mi zadawanym, czyń, co w twej mocy˝. Pobudzony do najwyższej wściekłości, kazał go tedy Dacyan przybić do krzyża i rozpalonymi żelazami przypiekać mu skrwawione ranami ciało; święty pozostał niewzruszony. Kazał go więc srogi tyran rozciągnąć na torturach tak silnie, że ścięgna się rwały i kości pękały; nadto kazał pod nim rozpalić ogień, kłaść dalej na rany rozpalone żelazo, a rany posypywać solą. Wszystko było napróżno; święty chwalił Boga i wskazywał na bezsilność tyrana, który większych mąk obmyślić już chwilowo nie zdołał. 

Zawiedziony w swych nadziejach, kazał go Dacyan wrzucić do smrodliwego więzienia i złożyć na ziemi, zasłanej ostremi skorupami. Pan Bóg, który patrzał łaskawie z nieba na swego męczennika, cudem go pocieszył; nagle niebiańska jasność napełniła całe więzienie. Wielka liczba aniołów przystąpiła do świętego, pocieszając go, a skorupy, na których leżał, zamieniły się w kwiaty przedziwnej woni. Ze zdumieniem przychodzili poganie, nawracali się na widok cudu. Dacyan zaś z obawy, aby chrześcijanie nie czcili męczennika po śmierci jako świętego, postanowił utrzymać go przy życiu. W tym celu kazał go natychmiast wynieść z więzienia, położyć go na miękie łoże i starannie opatrzyć rany. Zbliżyła się chwila śmierci, święty oddał Bogu ducha dnia 22. stycznia r. 304. 

Lecz nie dość było tyranowi mścić się nad swoją ofiarą za życia. Nie chcąc, by chrześcijanie zabrali święte ciało i uczcili je przynależnym pogrzebem, kazał wyrzucić je daleko na pole bagniste. Postawił straż, by strzegła zwłok przed chrześcijanami. Bóg ponownym cudem uzacnił wybranego sługę swego; zesłał bowiem kruka, który odpędzał zwierzęta i ptaki drapieżne, broniąc w ten sposób świętych szczątków. Kiedy dowiedział się o tem Dacyan, kazał ciało męczennika wrzucić do morza. Obciążono kamieniami i wrzucono je w głębokości morskie, kamienie się urwały, ciało zaś wyrzuciła woda na brzeg morski. 

Wtedy to dopiero chrześcijanie pochowali święte szczątki męczennika z największą czcią. Później wzniesiono na miejscu grobu św. Wincentego wspaniałą świątynię. 

 

Nauka

 

Cudownie strzegł sam Pan Bóg ciała świętego Wincentego po śmierci; stąd dla nas nauka, że i my mamy cześć oddawać szczątkom zmarłych sług Bożych. Świętemi relikwiami są albo resztki ciał świętych Pańskich, albo rzeczy, które życie świętych uzacniło, bądź to dlatego, że przez nich były używane, jak n.p. ich szaty, bądź to dlatego, że miały styczność z ich ciałami n.p. narzędzia ich męki i t.d.. Kościół Boży, idąc za wyrażną wolą Bożą, zawsze czcił relikwie swych świętych. Jeśli bowiem świat szanuje i poważa to wszystko, co się odnosi od wielkich mężów, bohatyrów, obrońców ojczyzny lub innych sławnych mężów, czemu Kościół Boży niema czynić to samo, kiedy chodzi o ludzi wielkich i zasłużonych wobec Boga i wiary? Takimi wielce zasłużonymi ludzmi wobec Boga i nieba, są Święci Pańscy, którzy w cnotach swych i umartwieniach największe toczyli walki, bo walki z sobą i nieprzyjacielem duszy. Kościół Boży w wielkiej czci ma relikwie świętych; ciała Świętych Pańskich chowa w ołtarzach i nad nimi każe odprawiać Msze św., nie wolno kapłanowi odprawić Ofiary Najświętszej na ołtarzu, w którym niema relikwii. Oprócz tego składa odrobinki ciał świętych w relikwiarzach, i przywiązuje do czci im oddawanej wiele odpustów. W myśl więc i wedle nauki Kościoła nie usuwaj się od czci szczątków świętych sług Bożych. Jeżeli masz w domu jakie relikwie, chowaj je w największym poszanowaniu, chroń je od zepsucia, a Bóg wysłucha modlitwy twej łacniej za przyczyną tych świętych, których szczególniejszym będziesz czcicielem. 

 

Inni święci z dnia 22. stycznia:

 

Św. Blezyla, wdowa w Rzymie. - Św. Dominik, opat z Sora. - Św. Gaudencyusz, biskup z Nowary. - Św. Irena, wdowa po św. Kastulusie. - Św.Manuel, arcybiskup. - Błog. Teodolynda, księżniczka bawarska. - Św. Walter, z zakonu Cystersów w Brabancie. 

 

Dnia 23. stycznia

 

Święty Jan Jałmużnik, patryarcha Aleksandryi. (559-619.)

 

Św. Jan, dla swego miłosierdzia Jałmużnikiem zwany, urodził się w Amatus na wyspie Cyprze w roku 559. Ojciec jego był zawiadowcą, a reczej namiestnikiem tejże wyspy. 

Już jako chłopiec okazywał Jan skłonność do miłosierdzia i miłość szczególną ku ubogim. Kiedy miał lat piętnaście, ukazała mu się, tak mówi legenda, we śnie panienka przedziwnej piękności i rzekła do niego: Jestem pierwsza między córkami króla wielkiego; jeśli pozyskasz moją przyjaźń, zjednam ci łaskę u władzcy swego. Dla mnie to On z nieba na ziemię zstąpił i ciało wziął ludzkie. Obudziwszy się ze snu, Jan przyszedł do przekonania, że owa panienka piękna, która Boga spowodowała do Wcielenia, to ˝Miłosierdzie miłościwe˝. Aby Bogu podziękować za łaskę oświecenia, poszedł do Kościoła, gdzie napotkał żebraka na wpół nagiego. Jan zdjął suknię swą i dał ją żebrakowi. Nagle przystąpił do niego młodzieniec, który wcisnął mu w rękę worek pieniędzy, mówiąc: Weź to, przyjacielu. Zdumiony datkiem, chciał go zwrócić, kiedy usłuszał głos nadziemski: Wróci ci się stokrotnie, co dla imienia mego opuścisz; posiądziesz życie wieczne. Odtąd nabrał młody Jan szczególniejszej gorliwości w rozdawaniu jałmużny. 

Idąc za wolą rodziców, pojął żonę, która go obdarzyła dwojga dziećmi. Kiedy jednak śmierć osierociła go zupełnie, postanowił życie swe poświęcić wyłącznie na służbę Bożą. Rozdał cały swój majątek wielki ubogim i wstąpił do stanu duchownego. Wnet zajaśniał cnotami tak wybitnemi, że po śmierci patryarchy aleksandryjskiego, został wyniesiony na jego następcę r.608. Niechętnie przyjął ofiarowaną mu godność. 

Gorliwy pasterz starał się zawsze i wszędzie o doskonałość swych owieczek i bronił je od złego. Przedewszystkiem starał się zaszczepić w ich serca bojaźń Bożą, bo wiedział, że bojaźń Boża podwaliną życia pobożnego. Bardzo ostro występował przeciwko nienależytemu zachowaniu się w Kościele, tu strofował bez względu na stan i wiek. A było i podówczas wielu takich, którzy w swej niedbałości nie chcieli uszanować miejsca świętego. Kiedy razu pewnego spostrzegł, że gromada młodzieńców, zamiast słuchać słowa Bożego, rozmawiała przed kościołem, poszedł do nich, usiadł między nimi i rzekł: Gdzie są owce, tam musi być i pasterz; nie chcecie słuchać słowa Bożego w kościele, słuchajcie go tutaj. Zaczął do nich mówić o rzeczach wiary. Napomnienie odniosło pożądany skutek. 

Jednym z głównych przedmiotów jego nauk była groza śmierci. Sam często myślał o końcu swym. Kazał sobie wymurować grób, ale nie pozwolił go wykończyć. Codzień przychodził do niego jeden ze sług i mówił: ˝Grobu nie jeszcze dokończyłeś, czas na to największy, bo śmierć zbliża się jako złodziej˝. 

Najprzedniejszym zadaniem zycia jego była troska ubogich. Skoro tylko został biskupem, kazał spisać wszystkich biednych w całem mieście, aby nikt nie został bez wsparcia i opieki. Każdemu wyznaczył jałmużnę, którą zaufani jego codzień rozdawać musieli. A było spisanych coś 7500 biednych. Nazywał ich ˝panami swymi˝ bo od nich, mówił, zależne moje zbawienie. Dwa razy w tygodniu, w środę i piątek, sam siadał przed podwojami kościoła, by każdy z żebraków mógł swobodnie zbliżyć się do niego i przedłożyć swe prośby. Kiedy razu pewnego zwrócono mu uwagę na to, że nie godzi się tak pospolitować biskupowi, rzekł: Jeżeli my biedni grzesznicy bez poprzedniego zawiadomienia możemy zbliżyć się każdej chwili do Boga i przedstawić mu swe prośby, dla czegoż nie mają się zbliżać bracia nasi bezpośrednio do nas? Taką miarą, jaką my mierzymy, i nam będzie namierzono. Kiedy się zdarzało, że jaki ubogi nie ośmielił się przybliżyć do niego, by prosić o jałmużnę, ogarniał go smutek i mawiał: Dziś biedny Jan nic nie zyskał, ani nie miał sposobności, by za swe grzechy złożyć ofiarę Panu Bogu. 

Zbudował święty biskup wiele szpitali, domów chorych i przytułków dla bezdomnych, wspierał biednych kapłanów i wiele biednych rodzin. Na uwagę, że za wiele rozdaje, zwykł był odpowiadać: Wszystko co mam, należy tylko do Boga. Co odebrałem na włódarstwo swoje, muszę Mu oddać przez ubogich. Uczył przecież Zbawiciel: Coście jednemu z tych maluczkich uczynili, mnieście uczynili. Nigdy się też nie obawiał o wyczerpanie zasobów. A rozdawał ogromne sumy. Pan Bóg zsyłał mu też w cudowny sposób dobrodziejów, którzy na jego ręce składali znaczne datki pieniężne. Czem więcej rozdawał, tem więcej dostawał. 

Z wielkich dochodów swego biskupstwa dla siebie nic nie zatrzymywał. Przeciwnie żył w największym ubóstwie i umartwieniu. Razu pewnego jeden z przyjaciół kupił mu bogate pokrycie na łoże z tem wyraźnem zastrzeżeniem, by go biskup używał dla siebie. W nocnej porze sługa podsłyszał Jana, jak narzekał, że pozwolił się skusić i pozwala sobie na takie zbytki. O ja grzeszny, tak mówił do siebie, ja tu zbytkuję, a tylu biednych braci Chrystusowych cierpi głód i zimno. Wielu cieszyłoby się, gdyby się mogli pożywić tem, co spada z mego stołu, a ja mam posiłku pod dostatkiem, mam swe mieszkanie wygodne, i sypiam jeszcze pod tak drogiem pokryciem. Nazajutrz rano sprzedał je, a pieniądze rozdał ubogim. 

Jak wielką była szczodrobliwość, taką była i jego pokora, cichość serca i zamiłowanie do pokoju. Kiedy ukarał pewnego duchownego; przerwał Mszę św., gdy sobie przypomniał, że karą rozbudził gniew, padł do nóg winowajcy i błagał o przebaczenie. Wzruszony tą pokorą, ukarany przestępca ucałował stopy świętego biskupa i stał się odtąd mistrzem pokory. Gdy krewny skarżył się biskupowi, że pewien handlarz go zelżył, przyobiecał św.Jan, że odwetem całe miasto dziwić się będzie. Kazał go zawołać i darował mu obfitą daninę kościelną. I w rzeczywistości całe miasto dziwiło się temu czynowi. 

Św.Jan Jałmużnik umarł w podróży do Konstantynopola na wyspie Cyprze w roku 619 w 60. roku życia. Relikwie jego spoczywają w Presburgu na Węgrzech, dokąd się z Konstantynopola dostały za czasów Macieja Hunyada. 

 

Nauka

 

Katechizm wylicza trzy najprzedniejsze dobre uczynki, którymi możemy sobie zaskarbić zasługi dla nieba: Modlitwa, post i jałmużna. Wzorem mołosierdzia przez jałmużny jest św.Jan z Aleksandryi; słusznie nosi przydomek Jałmużnika. Cały swój majątek rozdał ubogim, wszystkie swe dochody przeznaczył dla biednych. Kiedy umierał, ostatni pieniądz, jaki miał przy sobie, dał żebrakowi. Sam cierpiał biedę przez całe życie, a jednak życie jego nie było bez celu, wypełnił zadanie mu wyznaczone i poszedł do nieba po wieczną nagrodę. Gdyby Jan był strwonił swój majątek na zabawy, na zbytki, a może nawet na grzeszne rozrywki, czy byłby świętym? Zapewne nie. ˝Nie przypominam sobie, mówi św.Hieronim, abym kiedy był czytał, że umarł niedobrą śmiercią, kto ćwiczył się w uczynkach miłości i miłosierdzia; bo taki ma zbyt wielu przyjaciół, którzy modlą się za niego; niemożliwą jest rzeczą, aby Pan Bóg nie wysłuchał modlitwy tylu proszących˝. ˝Cokolwiek uczynicie jednemu z tych maluczkich˝, mówi Pan Jezus, ˝mnieście uczynili˝. ˝Idźcie precz odemnie w ogień wieczny˝, powie kiedyś Pan Jezus, ˝albowiem byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie, byłem głodnym, a nie nakarmiliście mnie˝. A kiedy się zapytają potępieni: Panie, kiedyś był nagi, głodny? Myśmy Ciebie nie widzieli! - wskaże nam na biednych. Jałmużna nie zuboży, jak modlitwa nie znuży, a post nie schudzi. 

 

Tego samego dnia.

 

Zaślubiny św. Józefa z Najśw. Maryą Panną (Święto kościelne dnia 23. stycznia.)

 

Inni święci z dnia 23. stycznia:

 

Św. Bernard, arcybiskup z Vienne. - Św. Klemens, biskup z Ancyra, męczennik. - Św. Kortylia, dziewica-męczenniczka w Rzymie. - Św. Emerencyana, dziewica-męczenniczka w Rzymie. - Św. Euzebiusz, opat z Syryi. - Św. Ildefons, arcybiskup z Toledo. - Św. Raymund z Pennaforte. 

 

Dnia 24. stycznia

 

Święty Tymoteusz, biskup-męczennik (+ roku 97)

 

Św. Tymoteusz urodził się w Lystra w Azyi mniejszej. Ojciec jego był poganinem, matka, imieniem Eunice, była żydówką. Ojciec wcześnie umarł. Tymoteusz odebrał więc swe wychowanie od matki. Kiedy św. Paweł razem z Barnabą przyszedł do Lystra, zamieszkał u owdowiałej już matki Tymoteusza. Wtenczas to odebrał Tymoteusz razem ze swą matką chrzest św. z rąk św. apostoła. Pokochał św.Paweł serdecznie młodziuchnego Tymoteusza i zaopiekował się nim jak synem, ucząc go prawd wiary św. i miłości Boga. Gdy mu wypadało opuścić Lystra, by w dalszą udać się drogę, polecił św. Paweł ukochane chłopię mistrzom życia duchownego, którzy go mieli uczyć Pisma św. i objawienia Bożego. Sam św. Tymoteusz świadczy o sobie, iż od młodości święte przyswoił sobie nauki. Kiedy apostół narodów po kilku latach z towarzyszem swym Silasem, wrócił znowu do Lystra, zastał już Tymoteusza statecznym młodzieńcem, ugruntowanym doskonale w tajemnicach wiary św., rokującym nadzieję wielkich cnót. Z radością patrzał mistrz na swego duchowego syna, który nietylko w mieście samem, ale i w dalszych okolicach znanym był z swej gorliwości i poświęcenia dla Chrystusa. 

Wtenczas to uczynił go św.Paweł wspólnikiem swym w pracy apostolskiej; św. Tymoteusz został się nieodstępnym towarzyszem wielkiego apostoła w podróżach misyjnych, nosząc światło Ewangelii św. po całym świecie. Wiele uciążliwych podróży podejmował św. Tymoteusz razem z swym mistrzem i ojcem duchownym, dzieląc z nim prześladowania i cierpienia, znosząc wespół z nim ubóstwo apostolskie, potwarz, głody, posty, nawet niebezpieczeństwa, o których to pisze św.Paweł w swych listach do wiernych. ˝O błogosławiono szkoło, pisze Skarga, do której się ten młodzieniec dostał, o błogosławiony młodzieńcze, któryś na takiego mistrza trafił; błogosławione serce twe, które tak mile naukę przyjmowało, i lata twoje, któreś na tem strawił, i niewinność dziecięctwa twego, którąś na tę apostolską pracę ofiarował˝. Do wielu miejscowości, do których św. Paweł sam pójść nie mógł, posyłał Tymoteusza jako swego pomocnika i zastępcę w głoszeniu słowa Bożego. 

Jak wielką była miłość i przywiązanie, które wielki apostół żywił do swego ulubionego ucznia, przekonać się można z pochwał, jakich mu nie szczędzi w swych listach. Tak n.p. pisze św. Paweł w liście do mieszkańców Filipi iż ˝jeko syn ojcu, tak mu służył w Ewangelii˝. ˝Nie mam żadnego, tak pisze na innem miejscu, tak ze mną jednomyślnego, któryby się tak szczerze o was starał˝. Nazywa go bratem swoim i synem swoim najmilszym, zowie go ˝skarbnicą nauki swej˝ i ˝duszą swoją˝. Gdzie było potrzeba naprawy, umocnienia w wierze, tam posyłał Tymoteusza. ˝Posłaliśmy Tymoteusza˝, pisze do Tesaloniczan (I. Tess. 3. 2), ˝brata naszego i sługę Bożego w ewangelii Chrystusowej, aby was potwierdził i napominał z strony wiary waszej; aby żaden sobą nie trwożył się w tych uciskach˝. 

W młodym jeszcze wieku odebrał św. Tymoteusz z rąk swego mistrza święcenia biskupie, został biskupem w Efezie około r. 64. Tu przebywał naonczas Jan św. Ewangielista. Św.Tymoteusz pokochał bardzo ukochanego apostoła Chrystusowego i stał się jego przywiązanym uczniem. Póki Jan św. był obecny w Efezie, zarządzał sam wszystkimi kościołami całej Azyi. Tymoteusz był mu pomocnikiem. Dopiero po wygnaniu św. Jana na wyspę Patmos objął Tymoteusz rządy arcypasterza i samodzielnie sprawował swój urząd. Św. Paweł, który nie przestał się opiekować swym uczniem, napisał do nowego biskupa Efezu dwa listy, jeden z Macedonii, a drugi z Rzymu. W nich poucza Tymoteusza pilnie o obowiązkach pasterskich, dodając mu bodźca do współpracowania z łaską Bożą i do dalszej gorliwości. 

Było to krótko przed śmiercią, kiedy napisał św. Paweł drugi list do swego ulubieńca, bo w nim przepowiada blizki zgon swój a zarazem wzywa go bezwłocznie do siebie. 

Po śmierci św. Pawła kierował Tymoteusz jeszcze trzydzieści lat powierzonymi sobie owieczkami. Wielka gorliwość i niczem nieustraszona odwaga zdobyła mu koronę męczeńską. W Efezie wielu było jeszcze pogan. Kiedy obchodzili uroczystość bogini Diany w sprosności i nieczystości, nie szczędząc przytem ofiar z życia ludzkiego, wystąpił Tymoteusz jawnie przeciwko takiemu bałwochwalstwu. Poszedł na owe obrzędy, stanął wśród podnieconych pogan i pełen gorliwości i zapału gromił publicznie ich zaślepienie, głosząc naukę Chrystusa Pana. W namiętności swej rzucili się poganie z wściekłością na św. biskupa, powalili go, włóczyli po ziemi, zasypując go ciskanymi kamieniami. Nadbiegli chrześcijanie, wydarli z rąk pogańskich ofiarę; zanieśli Tymoteusza na jedną z gór okolicznych, gdzie święty skonał, pełen radości, że dla imienia Chrystusowego może cierpieć i umierać. Było to 24. stycznia r. 97 po Chrystusie. 

Z czcią największą pochowali wierni drogie ciało swego biskupa blizko Efezu; później wzniesiono nad jego grobem kościół; tu spoczywały święte relikwie aż do roku 356. W tym bowiem roku przeniósł je Konstancjusz, syn Konstantyna Wielkiego, do Konstantynopola i złożył je w kościele świętych Apostołów. 

 

Nauka

 

Czytamy w życiu św. Tymoteusza, że był słabowitego zdrowia; dla choroby sam św.Paweł w pierwszym do niego liście zakazał mu używać wody, a zalecał pokrzepianie nadwątlonych sił winem. Św. Chryzostom w uwagach nad tem miejscem listu św. Pawła, pyta się, czemu to apostół, który dotknięciem szaty swej leczył, nie uzdrowił cudownie swego przyjaciela i syna duchowego, doradzając mu środków wzmacniających. I sam na to pytanie odpowiada: Stało się to, pisze, dlatego, aby każdy z nas w cierpieniach swych wspomniał sobie na przykłady Świętych Pańskich, którzy byli ukochanymi dziećmi Boga już na tym świecie, a jednak znosić musieli krzyże i cierpienia, które im Opatrzność Boża nakładała. Bo sprawiedliwych karze Pan Bóg za grzechy już tu na ziemi, by ich mniej karać w czyścu. A grzechy ma każdy, bo ˝i sprawiedliwy siedmkroć na dzień upada˝. Tymoteusz więc miał cierpieć, a nie doznać cudu, aby zachowaniem swym, bólem i dolegliwością pełnić w cichości wolę Bożą. Często słyszeć można, jak ludzie sarkają i skarżą się na Pana Boga, mówiąc: tyle już cierpiałem, a jeszcze nowe krzyże zsyła na mnie Bóg; za cóż ja cierpię? Milcz, można mu odpowiedzieć, bo nie znasz dróg Opatrzności Bożych; Opatrzność Boża, oparta na sprawiedliwości Bożej, przeznacza każdemu to, co się mu należy; co Bóg zrobi, jest dobre. 

 

Inni święci z dnia 24. stycznia:

 

Św. Artemiusz, biskup z Clermont. - Św. Benignus, archidyakon i męczennik z Benewentu. - Błog. Bertram, opat. - Św. Efrem, biskup i Euzebia, dziewica-męczenniczka. - Św. Makary, opat. - Błog. Paula Gambara, wdowa. - Błog. Rajnald, rycerz z Ankony. 

 

Dnia 25. stycznia

 

Nawrócenie św. Pawła. (Roku 34.)

 

Szaweł, który później nisił imię Pawła, przyszedł na świat kilka lat po narodzeniu Pana Jezusa w mieście Tarsus w Cylicyi. Pochodził z rodziny żydowskiej z pokolenia Benjamin. Lata dziecięce spędził w mieście rodzinnem, gdzie też pierwsze odebrał nauki. Powiadają, że później posłano go do sławnych szkół w Aleksandryi i Atenach, gdzie miał słuchać nauk w greckim języku. Pewną zas rzeczą, że dłuższy czas przebywał w Jerozolimie, gdzie uczył sławny mistrz, nazwiskiem Gamaliel. Do niego udał się Szaweł, by przyswoić sobie nauki starozakonne, poznać Pismo św., tradycyę i obrządki i zwyczaje. U stóp Gamaliela więc zdobył Szaweł nietylko głęboką naukę i znajomość prawa Mojżeszowego, lecz także przywiązanie serdeczne do Starego Zakonu; uczucie to zrodziło w nim nieprzejednane uprzedzenie, wprost nienawiść ku wszystkiemu, co było sprzeczne z prawem starozakonnem. Wszystko, co nie odpowiadało prawu Mojżesza, uważał za zdradę prawa Bożego, za pohańbienie woli Najwyższego. Stąd uważał za rzecz godziwą i świętą ścigać wyznawców Nowego Zakonu Chrystusowego. 

Sądząc tedy, że o świętą sprawę, bo o zagrożoną wiarę ojców swoich walczy, rzucił się jak wilk drapieżny na owieczki Chrystusowe, pragnąc ich krwi i śmierci. Wpadał do domów chrześcijan, okuwał ich w kajdany i wrzucał do więzienia. Śledził wiernych Jezusa, gdzie mógł. Z domu podążał do domu, z synagogi do synsgogi. To też wnet stało się imię jego strasznym nietylko w Palestynie, ale i po za granicami kraju; na samo imię Szawła drżał niejeden chrześcijanin. 

Dowiedziawszy się, że w Damaszku wzrosła liczba chrześcijan, udał się Szaweł do arcykapłanów, wyjednał sobie pozwolenie i upoważnienie piśmienne do uwięzienia rzekomych zaprzańców prawa Mojżeszowego. Pełen dzikiej nienawiści ruszył w otoczeniu żołnierzy do Damaszku, by tam wytępić imię chrześcijan. A gdy jechał, mówią dzieje apostolskie (9, 3-21), stało się, że gdy się zbliżał do Damaszku, z prędka zewsząd oświeciła go światłość z nieba; a padłszy na ziemię, usłyszał głos mówiący: ˝Szawle, Szawle, czemu mnie prześladujesz˝? Który rzekł: ˝Ktoś jest Panie˝? A on: ˝Jam jest Jezus, którego ty prześladujesz, trudno jest tobie przeciw ościeniowi wierzgać˝. A drżąc i zdumiewając się, rzekł: ˝Panie, co chcesz, abym czynił˝? A Pan do niego: ˝Wstań, a wnijdź do miasta, a tam ci powiedzą, co będziesz miał czynić˝. A mężowie oni, którzy z nim byli, stali zdumiawszy się, głos wprawdzie słysząc, lecz nikogo nie widząc. I wstał Szaweł z ziemi; a otworzywszy oczy nic nie widział. A prowadząc go za ręce, wwiedli do Damaszku. I był tam trzy dni nie widząc, i nie jadł ani pił. A uczeń niektóry był w Damaszku imieniem Ananiasz, i rzekł Pan do niego w widzeniu: ˝Ananiaszu˝! A on rzekł: ˝Otom ja, Panie˝! A Pan do niego: ˝Wstań, a idź na ulicę, którą zowią Prostą, a szukaj w domu Judy Szawła imieniem Tarseńczyka, albowiem oto się modli˝. - A widział (Szaweł w widzeniu) męża Ananiasza imieniem wchodzącego, i ręce nań wkładającego, aby wzrok odzyskał. - I odpowiedział Ananiasz: ˝Panie, słyszałem od wielu o tym mężu, jako wiele złego czynił świętym Twym w Jeruzalem. I tu ma moc od najwyższych kapłanów związać wszystkich, którzy wzywają imienia Twego˝. A Pan rzekł do niego: ˝Idź, albowiem ten mi jest naczyniem wybranym, aby nosił imię moje przed narody i królami i syny izraelskimi. Bo ja mu ukażę, jako wiele potrzeba mu cierpieć dla imienia mego˝. I poszedł Ananiasz, i wszedł do domu; a włożywszy nań ręce, rzekł: ˝Szawle, bracie, Pan mnie posłał, Jezus, który ci się ukazał w drodze, którąś szedł, abyś przejrzał, a był napełnion Duchem świętym˝. A natychmiast spadły z oczu jego łuski i zaś przejrzał; a wstawszy, ochrzcon jest. A wziąwszy pokarm posilił się. I był z uczniami, którzy byli w Damaszku, przez kilka dni. I natychmiast w bożnicach opowiadał Jezusa, że ten jest Synem Bożym. I zdumiewali się wszyscy, którzy słuchali i mówili: Iżali to nie ten, który burzył w Jeruzalem tych, którzy wzywali tego imienia, i tu na to przyszedł, aby je powiązawszy wiódł do przedniejszych kapłanów. A Szaweł wzmacniał się daleko więcej i zawstydzał żydów, którzy mieszkali w Damaszku, twierdząc, iż ten jest Chrystus. Oto dosłowne opowiadanie Pisma św. o nawróceniu Szawła. 

Żydzi w Damaszku dyszący zemstą, postanowili usunąć nowego ucznia Chrystusowego. W tym celu obsadzili silnymi strażami bramy miasta i strzegli we dnie i w nocy, by nie uszedł. Chrześcijanie przecież zdołali go w nocy spuścić w koszu poza mury miasta i ułatwić mu ucieczkę. Udał się św. Paweł później do Jerozolimy i tam połączył się z apostołami Chrystusowymi, by wspólnemi siłami rozpocząć działanie apostolskie. 

Święto nawrócenia Szawła obchodził Kościół Boży począwszy od ósmego wieku w dniu 25. stycznia. Do roku 1524 była ta uroczystość obowiązująca prawie w całym Kościele świętym. 

 

Nauka

 

Historya nawrócenia Szawła poucza nas o ważności natchnienia Bożego. Pod wpływem bowiem szczególniejszej łaski zmieniło się nagle usposobienie św.Pawła. Z prześladowcy został gorliwym wyznawcą Jezusa. Ileż to razy w życiu naszem oświecił nas Pan Bóg światłem swych natchnień! Jak często, kiedyś jako grzesznik zaślepiony szedł drogą grzechu, ukazał ci się w świetle łaski Bożej obraz piekła, wieczności, i życia pozagrobowego! Czyś ocknął się w świetle tego natchnienia? Ileż to razy, kiedy sumienie twoje było zbrukane grzechem, usłyszałeś głos z nieba, który napominał ciebie: Czemu mnie prześladujesz? Czyś poszedł za tym głosem? Ileż razy wołało sumienie: Wstań, idź do spowiedzi św., pojednaj się z Bogiem! 

Jak często przez usta swych rodziców, przyjaciół, kapłanów wołał do ciebie ten sam Jezus, który wołał do Szawła: ˝Wstań, wstań z grzechów˝! Czyś wstał? Może dawno już grzęźniesz w grzechach, chcesz powstać, robisz dobre postanowienia, a jednak nie podnosisz się z upadków! Patrz na Szawła! Wstań i ty jak Szaweł, z ziemi, to znaczy z przywiązania do ziemi, t.j. z uciech ziemskich, cielesnych, z przywiązania do dóbr tego świata. Wstań! Nie ociągaj się! Nie mów, ja taki grzeszny, mnie trudno wstać, ja już nie mogę, mnie już Bóg nie odpuści grzechów, za długom grzeszył, za wiele złego, już dla mnie za późno. Patrz na Szwła! Z najzaciętszego wroga imienia Chrystusowego w jednej chwili nawrócił się; z grzesznika zatwardziałego stał się wiernym uczniem Chrystusowym, a nawet apostołem Chrystusowem. Podziwiaj miłosierdzie Boże, które w jednej chwili grzesznika przemienia na przyjaciela Chrystusowego, z prześladowcy czyni męczennika, z bluźniercy wyznawcę, z faryzeusza apostoła, z błądzącego czyni nauczyciela, z wilka owcę. Padnij i ty, jak Szaweł rażony silnem natchnieniem głosu Bożego, na kolana, wołaj miłosierdzia i przebaczenia, a wstań - nawrócony. 

 

Inni święci z dnia 25. stycznia:

 

Św. Ananiasz, uczeń Pana Jezusa. - Błog. Beatryca, siostra św. Klary. - Św. Castula, m. z Kapuy. - ŚŚw. Donat, Sabinus i Agape, męczennicy z Kartageny. - Błog. Henryk Suso, Dominikanin z Ulm. - Św.Poppo, opat z Trewiru. - Św. Publiusz, opat z Syryi. - Św. męczennicy Juwentyn i Maksym z Antyochii. 

 

Dnia 26. stycznia

 

Święty Polykarp z Smyrny, biskup-męczennik. (+ r. 155.)

 

Nic nie wiemy o rodzinie św. Polykarpa, ani wogóle o jego latach młodości. To jednak pewną rzeczą, że św. Polykarp żył w pierwszym wieku po Chrystusie. Podobno Jan św. apostoł oddał go na wychowanie do biskupa smyrneńskiego. Jest też rzeczą pewną, że otrzymał święcenia biskupie z rąk dziewicy-apostoła Chrystusowego, św. Jana. Był Polykarp biskupem w Smyrnie, w mieście leżącem w Azyi Mniejszej. 

Żyjąc w pierwszym wieku ery chrześcijańskiej miał sposobność poznać liczne osoby, z którymi jeszcze Pan Jezus przebywał. Stąd też ta głęboka wiara w nim i ta gorliwość o zbawienie dusz. Św. Ireneusz, uczeń świętego Polykarpa, z tkliwą serdecznością wspomina o jego naukach i dowodach miłości Bożej. 

Długi szereg lat rządził święty, żarliwy mąż Boży owieczkami pieczy swej powierzonymi z gorliwością iście apostolską. Nawrócił niezliczoną ilość niewiernych, bo Bóg błogosławił pracy jego licznemi cudami. 

Za panowania cesarza Trajana szerzyło się wielkie prześladowanie chrześcijan, które przeniosło się i do Antyochii. Biskupem był tam podówczas św. Ignacy, biskup-męczennik. Otóż w roku 106 wywieziono św.Ignacego jako więźnia do Rzymu; droga wypadła przez Smyrnę; tu przyjął św. biskupa Polykarp i ucałował okowy mężnego wyznawcy Chrystusowego. Św. Ignacy powierzył przy tej sposobności pieczę nad Antyochią i całą Azyą Mniejszą św. Polykarpowi. 

Naówczas siedział na stolicy św. Piotra papież Anicet; za jego panowania powstał spór w Kościele o czas uroczystości Wielkanocnej. Jedni chcieli obchodzić Wielkanoc razem z żydami dnia 14. miesiąca, który zwał się Nisan, twierdząc, że prawo żydowskie jeszcze w Nowym Zakonie obowiązuje; inni znowu chcieli obchodzić to święto w niedzielę po 14. Nisana przez pamięć na Zmartwychwstanie Pańskie. Aby wyrównać powstające nieporozumienie między Rzymem a kościołami Azyi Mniejszej, udał się św. Polykarp jako starzec siwowłosy krótko przed swą śmiercią do papieża. Z wielką czcią przyjął Ojciec św. świętego starca i na znak jedności przyjął Ciało Pańskie z rąk św. Polykarpa. 

Groźniejszą niż zatarg o Wielkanoc była herezya gnostyków; sięgała początkami jeszcze czasów apostolskich. Przeróżne były jej błędy; co do istoty przeczyły bóstwu Chrystusa Pana i boskości Jego religii. Za czasów Polykarpa przedstawicielami fałszów głoszonych był także niejakiś Marcyon i Waleryan. Św. Polykarp nawrócił naukami swemi wielu zwolenników błędnej nauki, a zapytany razu pewnego przez Marcyona w Rzymie, czy go nie poznaje, odpowiedział mu: owszem poznaję cię, tyś jest pierworodny syn szatana. Tak brzydził się św. biskup heretykami. 

Tymczasem wybuchnęło i w Smyrnie prześladowanie chrześcijan. Cesarz Marek Aureliusz z wyszukanem okrucieństwem dręczył wyznawców Chrystusa, by ich odwieść od wiary; rzucano wiernych lwom i innym dzikim zwierzętom na pożarcie. W ten sposób znalazł śmierć męczeńską św. Germanikus młodzieniec ze Smyrny. Św. biskup po powrocie do swej stolicy, podwoił swą gorliwość; chodził od domu do domu, utrwalał w wierze i dodawał otuchy do męczeństwa. Spostrzegli wnet prześladowcy, że biskup jest duszą swych owieczek; postanowiono go stracić. Wierni pragnęli utrzymać swego pasterza przy życiu; długo namawiali go do ucieczki. Wreszcie usłuchał św. biskup rady swych zaufanych; nie chcąc zostawiać w trudnych czasach owieczek bez pasterza, uszedł poza obręb miasta; na ustroniu zamieszkał w ubogim domku. 

Lecz i tutaj znaleźli po niedługim czasie prześladowcy św. biskupa. Schwytali dwoje pacholąt, które zmusili męczarniami do wskazania im miejsca, na którym przebywał św. biskup. Natychmiast otoczyło wojsko dom świętego Polykarpa; widząc blizki swój koniec, prosił o godzinę czasu, by się mógł przygotować przez modlitwę na drogę wieczności. Po upływie przeznaczonego czasu, prowadzili go żołnierze do Smyrny. Było to w samą sobotę Wielkanocną. 

Dwóch senatorów Heród i Nicet wyjechało naprzeciw świętemu, umieścili go koło siebie, by go namówić do zaparcia się Jezusa. Lecz święty był niewzruszony, owszem starał się nawrócić pogan do wiary świetej. Natenczas oburzeni zrzucili go z powózki; starzec upadając, mocno się pokaleczył. Kiedy przybył do Smyrny, lud pogański na jego widok szalał z radości. Nie przeraził się Polykarp blizkiej śmierci, bo usłyszał głos z nieba. Mężnym bądź, Polykarpie i nie trać odwagi! 

Przyprowadzono go przed sędziego; zachętą starał się nakłonić świętego do odstępstwa od wiary, żądając, by złożył ofiarę bogini szczęścia. Wtedy to wyrzekł święty starzec te pamiętne słowa: ˝Ośmdziesiąt lat służę Jezusowi, Bogu i Panu; przez ten czas nietylko nic mi nie uczynił złego, lecz owszem dobrodziejstwy Swemi mnie obsypywał; a ty chcesz, abym lżył i znieważył tego Pana Boga swojego˝! ˝Czy wiesz˝, zawołał wtedy starosta, ˝że mam lwy i niedźwiedzie gotowe pomścić na tobie zniewagi bogów naszych˝? ˝Wypuść więc swe lwy i niedźwiedzie na mnie˝, odrzekł biskup, ˝ja jednak Boga nie odstąpię˝. ˝Upierasz się˝! krzyknął sędzia, ˝każę cię w ogień wrzucić˝. ˝Ty mi ogniem grozisz˝, rzekł Polykarp, ˝który gaśnie, a nie pamiętasz o tym ogniu, w którym niewierni na wieki gorzeć będą˝? Słysząc to poganie i żydzi, uniesieni gniewem wołali: Na stos z nim, spalić go! Wydano rozkaz, aby spełnić wolę ludu. Natychmiast ułożono wielki stos drzewa, na którym św. biskup miał ponieść śmierć męczeńską. Zbiry chciały Polykarpa gwoździami przybić do słupa, aby się w ogniu nie ruszał. Lecz święty rzekł: ˝Dajcie spokój; Ten, który w miłosierdziu Swem daje mi łaskę śmierci w płomieniach, sprawi, że cierpliwie wytrwam bez poruszenia w gorejącym ogniu˝. Z związanemi więc tylko rękami wstąpił na stos zapalony. 

Nim się jeszcze wzbiły płomienie, zwrócił św. biskup oczy swe ku niebu i stojąc nieporuszony, rzekł: ˝Chwała Tobie o Wszechmocny Boże, i dzięki Ci, o Panie, żeś mnie między męczenników i świadków Swoich policzyć raczył; piję kielich męki Chrystusa mego, boleści Jego jestem uczestnikiem; proszę Cię, abym też był uczestnikiem chwalebnego zmartwychwstania i żywota wiecznego˝. Wzniosły i majestatyczny był to widok, kiedy starzec siwowłosy ofiarował się Bogu jako całopalenie. Płomienie ognia wzbiły się ku niebu i otoczyły czerwonym blaskiem męczeństwa św. męża. 

Nagle płomienie jakoby przez powiew wiatru rozstąpiły się, święty pozostał nietknięty; równocześnie napełniło się powietrze wonnymi zapachami. Strach ogarnął pogan i przerażenie wielkie. Na nowy rozkaz jeden z żołnierzy przebił świętego mieczem. Powiadają, że z otwartej rany wzleciał śnieżnobiały gołąb ku niebu; równocześnie trysnęła krew z boku świętego tak obficie, że ugasiła płomienie pożaru. 

Krwawą więc śmiercią zakończył święty biskup smyrneński swój żywot doczesny. 

Poganie spalili święte ciało męczennika, by go nie wydać chrześcijanom. Ci zaś zebrali z największą czcią święte popioły i zachowali je w największem poszanowaniu. Św. Polykarp miał sto lat, kiedy Pan Bóg uwieńczył gorliwość jego życia koroną męczeńską. Było to dnia 26. stycznia r.155. Na wizwrunkach widzimy go zwykle na stosie, przykutego do słupa; obok niego żołnierz zadający mu mieczem ranę śmiertelną. 

 

Nauka

 

Życie św. Polykarpa różne nastręcza nauki. Patrz, jak święty brzydził się ludźmi przewrotnymi i bezbożnymi! Heretyka Marcyona nazywa pierworodnym synem szatana i z oburzeniem odwraca się od niego. Bierz stąd naukę, że nie godzi się rozmawiać o rzeczach wiary z niedowiarkami, bo rozmowy takie podkopują życie wiary, sprowadzają początkowo wątpliwości, a wkońcu są powodem utraty wiary. Już dobrowolne wątpliwości nad prawdami wiary, choćby tylko co do jednego artykułu wiary świętej, są grzechem śmiertelnym; jeśli się mimowoli nasuwają, trzeba je oddalać jako pokusę szatańską przez modlitwę. Wiara przecież to najdroższy skarb, jaki mamy od Boga i jaki odziedziczyliśmy po ojcach swych. Ona jedynie tylko prowadzi nas do nieba, bo tylko ˝kto wierzy, zbawion będzie˝, powiada sam Pan Jezus. Dziś wszędzie pełno apostołów niewiary, pełno ludzi szydzących z wiary, drwinkujących sobie z św. Kościoła i świętych obrządków, wyśmiewających spowiedź świętą i Sakramenta święte. Chcesz zachować niezachwianą wiarę, to pierwszym twym obowiązkiem unikać jak ognia towarzystwa ludzi niewierzących. Nie wdawaj się nigdy w wywody nad przedmiotami wiary, bo jeden nierozumny więcej może się pytać, niż dziesięciu mądrych może odpowiedzieć. A przedewszystkiem wy, matki, chrońcie dzieci swe od towarzystw ludzi przewrotnych. Posyłajcie dzieci swe do szkół katolickich, nie puszczajcie je na bagna niewiary. Wiara to gwiazda przewodnia, która prowadzi nas drogą życia, rozświecając ciemności tego świata; ona prowadzi nas pewno do miasta wiekuistej szczęśliwości, do Jeruzalem Nowego Zakonu. 

 

Inni święci z dnia 26. stycznia:

 

Św. Batylda, królowa. - Św. Notburga, wdowa ze Szkocyi. - Św. Teofryd, biskup z Albi. - Św. Teogenes, biskup z Hippo w Afryce. - Św. Paula, wdowa z Rzymu. 

 

Dnia 27. stycznia

 

Święty Jan Chryzostom, patryarcha konstantynopolitański. (344-407.)

 

Św. Jan, zwany dla swej przedziwnej wymowy Chryzostomem, czyli Złotoustym, urodził się w Antyochii w roku 344. Pochodził z bardzo zamożnej i szlachetnej rodziny. Wedle ówczesnego zwyczaju później, bo roku 369 ochrzcił go biskup antyocheński Melecyusz. Ojciec Jana, Sekundus, umarł wcześnie. Wychowała go matka Antusa, dwudziestoletnia wdowa, która dokładała wszelkich starań, by dać młodemu Janowi, zdradzającemu wielkie zdolności, jak najlepsze wykształcenie. W tym celu posłała go do najsłynniejszych naonczas szkół do Antyochii, a potem do Aten. Wnet zjednał sobie Jan sławę jednego z największych uczonych; mianowicie okazywał wielki dar porywającej wymowy. Ukończywszy nauki wrócił do Antyochii, by tu poświęcić się zawodowi prawniczemu. Żądza sławy osłabiła w młodym uczonym uczucia religijne, a obudziła w nim pragnienie życia światowego. Z tego niebezpieczeństwa wybawił go św. Bazyli, przyjaciel jego młodości; on to wzniecił w nim zapał do nauk teologicznych i życia pobożnego. 

W dwudziestym pierwszym roku życia zerwał Chryzostom wszelkie węzły łączące go z ludźmi i wiódł żywot samotny, odosobniony od świata, ćwicząc się w postach i umartwieniach. Głównym jego zajęciem było pogłębianie wiary, którą czerpał głównie z Pisma św.. Widząc życie pobożne i głęboką znajomość Pisma św. w tak młodym uczonym, wyświęcił go biskup Melecyusz na lektora (t.j. udzielił mu jednego z niższych święceń kapłańskich). 

Po śmierci matki udał się Chryzostom w góry Syryi; tam wstąpił do klasztoru, gdzie ćwiczył się cztery lata w cnotach zakonnych; potem udał się na pustynię, gdzie dwa lata mieszkał zdala od ludzi w odludnej jaskini, wiodąc życie bardzo ostre. Tu uzupełniał swą znajomość Pisma św. a doszedł do takiej doskonałości, że wyuczył się podobno ksiąg świętych na pamięć. 

Kiedy wrócił do Antyochii, udzielił mu biskup Flawian roku 386 święceń kapłańskich. Powiadają, że w chwili, kiedy biskup przy udzielaniu święceń wkładał na niego ręce, widziano gołębicę ze złotymi skrzydłami, unoszącą się nad głową św. Jana. Jako sławnemu mówcy polecono mu urząd kaznodzieji. Dwadzieścia lat głosił św. Jan słowo Boże z niezrównaną gorliwością, a potęga jego słowa wyrywała zastarzałe nałogi, zapalała miłość Bożą i wypierała obojętność z serc słuchaczy. Żydzi, poganie i heretycy napełniali świątynię, by słuchać sławnego mówcy; często kościół nie mógł pomieścić licznej rzeszy. Pan Bóg wsławiał zapał słynnego kaznodzieji licznemi cudami i darem proroctwa. 

Kiedy w roku 397 umarł patryarcha konstantynopolitański Nektariusz, pragnął tak cesarz Arkadyusz jak i cały lud, by sławny i głośny kaznodzieja antyocheński został jego następcą. Jan nie chciał przyjąć wysokiej godności i połączonej z nią odpowiedzialności. Prawie gwałtem uwieziono świętego do Konstantynopola, gdzie go patryarcha aleksandryjski wyświęcił na biskupa. 

Patryarchat konstantynopolitański był naówczas w bardzo opłakanym stanie; karność duchowieństwa była bardzo rozluźnioną, biskupi byli zarażeni herezya aryańską, moralność wiernych na bardzo niskim stała stopniu; oddziaływał przykład z dworu cesarskiego, gdzie panowały luźne obyczaje. Św. Jan z całą gorliwością podjął się pracy, by siłą swej wymowy i przykładu nawrócić owieczki swej pieczy powierzone. Sam wiódł życie bardzo ostre, a chcąc zaszczepić miłość bliźniego i miłosierdzie, obracał dochody swe na zaspokojenie nędzy i biedy, budował szpitale i osadzał w nich kapłanów bezżennych, słowem starał się o wyrobienie ducha chrześcijańskiego, ducha umartwienia i poświęcenia. Nikogo nigdy nie przyjmował w celu rozrywek; czas wolny spędzał na badaniu i pogłębianiu Pisma św.. Najwięcej zajmował się listami Pawła św., które najczęściej przytaczał w swych kazaniach. Kiedy razu pewnego trzy noce siedział i ślęczał nad zrozumieniem pewnego miejsca w liście św. Pawła, ukazał się podobno przy nim sam apostół, by mu objaśnić zrozumienie owej trudności. 

Najwięcej gorliwości okazywał przez obronę swych owieczek przed błędną a tak bardzo się naówczas szerzącą nauką aryanów, którzy przeczyli bóstwu Chrystusa Pana. Możnym wpływem swoim sprawił, że cesarz wypędził tych heretyków ze stolicy i kazał im wszystkim zamieszkać na przedmieściach. Kiedy Gainas, wielce zasłużony wódz cesarski, aryanin, zażądał od cesarza, by jeden z kościołów katolickich oddał sekciarzom, Chryzostom ostro wystąpił przed władzcą, twierdząc, że w mocy jego jest rozdawać pałace, lecz nie kościoły; domy Boże podlegają władzy biskupiej. 

Naonczas szerzyły się między mnichami Egiptu błędy Orygenesa; Teofil, patryarcha aleksandrylski karał i prześladował bardzo zwolenników błędnej nauki; uciskani udali się ze skargą do cesarza. Chryzostom brzydził się błędną nauką Orygenesa, jednakże nie zgadzał się na sposób postępowania patryarchy aleksandryjskiego, bo nie rzeczą Kościoła jest prześladować niewierzących; należy ich nawracać miłością. W tej myśli wstawił się za udręczonymi u cesarza. Oburzył się Teofil i oskarżył św. Jana u biskupów, że sprzyja sekcie Orygenesa. Było to wodą na młyn owych biskupów, którzy dawno już nienawidzili Chryzostoma za to, że tak ostro występował przeciw ich złemu życiu. Równocześnie ściągnął św. Jan na siebie gniew cesarzowej Eudoksyi. Kiedy bowiem skrzywdziła wdowę Kallitropę, odbierając jej w swej chciwości winnicę, Jan wystąpił w obronie uciśnionej kobiety, prosząc cesarzową o naprawienie krzywdy; żądanie śmiałe oburzyło Eudoksyę i zamiast wynagrodzić krzywdę, zelżyła biskupa publicznie. Zgromił surowo Chryzostom cesarzową; kiedy z wielkim przepychem podążała do kościoła, święty kazał kościół zamknąć i nie wpuścił jej do domu Bożego jako grzesznicy. Eudoksya postanowiła się zemścić. Złączyła się z Teofilem i niechętnymi biskupami. Zebrali się na synod, któremu przewodniczył Teofil, postanowili złożyć patryarchę z urzędu i wymogli u cesarza przez Eudoksyę, że skazał go na wygnanie. Święty nie uznał nieprawnego synodu i odwołał się do papieża Inocentego; nie chcąc wszakże wywoływać nowych rozdwojeń w Kościele i tak już naonczas zagrożonym rozterkami, sam dobrowolnie porzucił miasto i udał się na wygnanie. Zaledwie opuścił stolicę swą, oto nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi Konstantynopol; nawet sam cesarz ledwo z życiem uszedł. Lud, oburzony wygnaniem swego pasterza, zaczął się jawnie buntować, wołając, że to kara za niesprawiedliwe wydalenie biskupa. W strachu i trwodze przyzwolił cesarz Arkadyusz, by święty wrócił do stolicy. Witany okrzykami radości, w tryumfie wrócił św. Jan przyjmowany jako ojciec i dobroczyńca; zajął na nowo swą katedrę biskupią. 

Niedługo zażywał spokoju nieustraszony pasterz, kiedy zaczął na nowo gromić występki i grzechy. Blisko kościoła św. Zofii odbywały się igrzyska, na których wzorem pogańskim szalał lud wyuzdaną i gorszącą zabawą. Biskup w kazaniu bardzo ostro wystąpił przeciwko tym niechrześcijańskim zwyczajom. Naraził się na gniew cesarzowej. Ponieważ w miejscu, gdzie one zabawy i gonitwy się odbywały, znajdował się srebrny jej posąg, poczytała naganę jako wzgardę i obrazę osobistą; na nowo zapaliła się gniewem przeciw św. Janowi. Poparta przez heretyckich i zawistnych biskupów wymogła powtórne u cesarza wygnanie biskupa. Wywieziono świętego za granice państwa do miasta Kukuzum w Armenii. W ślad za zniewagą świętego męża poszła kara Boża. Z pod kazalnicy, z której Chryzostom głosił w katedrze słowo Boże, wybuchnął ogień, który zniszczył świątynię i przeniósł się nawet na zamek cesarski. Popłoch powstał powszechny, kiedy nadto w pięć dni po opuszczeniu miasta przez św. Jana straszna nawałnica nawiedziła Konstantynopol. Cesarzowa Eudoksya umarła nadto w boleściach strasznych. Lud wołał o ratunek, dopominając się groźnie powrotu pasterza. Tymczasem zwrócili się prawowierni biskupi do papieża Inocentego I., który wszakże napróżno się domagał, aby św.Chryzostom pozostał na swej stolicy. Korzystając z sposobności wygnaniec nawracał w obcych stronach liczne zastępy pogan, a światło jego świętości i sławy rzucało daleko promienie wśród pogańskich ciemności. Działalność swą rozszerzył bowiem na Gotów, Persów i inne ludy. Wieści o tem rozbudziły zawiść przeciwników. Postanowili go zgładzić. W tym celu wymogli na cesarzu rozkaz, który jako miejsce wygnania wskazywał Pityus nad Morzem Czarnym. Żołnierzom zaś, którzy rozkaz ten wypełnić mieli, dali polecenie, postarać się o to, aby wygnaniec przypłacił życiem trudy podróży. Już przedtem droga z Carogrodu do Kukuzum była dla świętego nader uciążliwą; w najskwarniejsze dni lata pędzono go pieszo godzinami całemi wśród nieznośnej gorączki, nawet w nocy nie miał spoczynku. Znosić musiał głód i pragnienie. Teraz zwiększyły się męczarnie; trzy miesiące pędzono znowu w skwarze wśród puszczy głodnego i spragnionego biskupa ku brzegom Morza Czarnego. Już w Komana czuł się święty tak znużonym, że dalej pójść nie mógł. W nocy objawił się mu św. Bazyliszek, męczennik, i rzekł do niego: ˝Bądź dobrej myśli Janie, jutro połączymy się z sobą˝. Święty zrozumiał, że zbliżają się ostatnie jego chwile. Przyodział się w białą, czystą suknią, przyjął św. Wiatyk, pożegnał się z otoczeniem swem i słowami ˝Niech będzie pochwalony Bóg na wieki˝ skończył swój żywot doczesny. Było to dnia 14. września 407. roku. Święty liczył lat 60. 

W r. 437 sprowadził cesarz Teodozyusz młodszy, syn Arkadyusza i Eudoksyi, ciało świętego męża do Konstantynopola. Było to dnia 27. stycznia. W największym tryumfie i z dawno niewidzianą okazałością wniesiono drogie szczątki do miasta. Cesarz i całe duchowieństwo z patryarchą na czele wprowadzili święte relikwie do katedry i złożyli je na przygotowanym tronie. Powiadają, że kiedy lud rozmodlony wołał w wezwaniach do świętego: ˝Ojcze święty, wysłuchaj nas˝, rozległ się głos: ˝Pokój wam˝. Cesarz publicznie się ukorzył za zniewagę, którą św. Janowi wyrządzili rodzice i prosił, by modlitwą swą wybłagał u Boga przebaczenie, mianowicie dla Eudoksyi. Wśród wspaniałych obrządków złożono św. szczątki w ozdobnym grobie. Później przeniesiono je do Rzymu. 

Święty Jan Chryzostom należy do czterech wielkich ojców Kościoła wschodniego. Dzieła jego najróżnorodniejszej treści nie małe mają znaczenie dla wykładu Pisma św., nauki wiary, kaznodziejstwa. 

 

Nauka

 

 Święty Chryzostom w księgach swych naucza nas wielu pięknych rzeczy; może najwznioślejszą jest jego nauka o godności kapłańskiej, którą napisał w 3. księdze swego dzieła ˝o Kapłaństwie˝. Posłużyć może ku zbudowaniu i ku podniesieniu szacunku i czci, jaką mamy zachować dla stanu kapłańskiego: ˝Kapłanom, tak pisze, lubo na ziemi mieszkają, dał Bóg moc, sprawowania dzieł niebiańskich; dał im Pan Bóg taką moc, jakiej nie udzielił ani aniołom ani archaniołom. Ręka kapłana duszy dosięga i do nieba ją wznosi; a co tu kapłan uczyni, to Pan Bóg w niebie umacnia i wyrok sług swoich potwierdza. A to znaczy tyle, iż im moc jest dana nad rzeczami niebieskiemi. Bo którym, powiada Zbawiciel, grzechy zatrzymacie, są im zatrzymane. A któraż władza może być większą? Ojciec wszelką moc dał Synowi, a Syn wszelką władzę zlecił kapłanom. Przeto władza kapłana większa jest od władzy królewskiej, bo król sprawuje to, co jest na ziemi, a kapłan to, co jest w niebie. Król ma moc nad ciałem, a kapłan nad duszą. Przeto król głowę swą schyla pod ręką kapłańską˝. Taka mniej więcej nauka św. Chryzostoma o godności kapłańskiej. Ucz się więc szanować sługi Boże, pomny na słowa samego Chrystusa Pana, który powiedział do Apostołów: ˝Kto was słucha, mnie słucha, a kto wami gardzi, mną gardzi˝. 

 

Inni święci z dnia 27. stycznia:

 

Św. Angela Merici, założycielka zakonu Urszulanek, zm. w Brescia. - Bł. Antusa, matka św. Jana Chryzostoma. - Św. Emeryusz, opat z Katalonii. - Św. Teodoryk, biskup z Orleans. - Św. Witalian, papież. - Św. Julian, biskup z Mans. 

 

Dnia 28. stycznia

 

Św. Małgorzata, królewna węgierska, dziewica. (1243-1271.)

 

Było to za czasów księcia polskiego Henryka II. Pobożnego (1238-1241), kiedy dzika horda mongołów czyli tatarów napadami wstrząsnęła całą wschodnią Europę. Zdobywszy Ruś, podzielili się najeźdzcy na cztery oddziały, z których jeden ruszył ku Węgrom, gdzie panował król Bela. Widząc grożące niebezpieczeństwo, udał się z prośbą do Pana Boga, ślubując, że jeżeli Pan Bóg uwolni kraj od nieprzyjaciół, dziecko swe, które miało przyjść niebawem na świat, ofiaruje Stwórcy na wyłączną służbę. 

Pan Bóg wysłychał modłów króla, ochronił kraj od spustoszenia. Niebawem urodziło się dziecko, które odebrało na chrzcie świętym imię Małgorzaty. Bela dotrzymał ślubu. Kiedy dzieweczka miała cztery lata, oddał ją do klasztoru wesprymskiego reguły św.Dominika. 

Dziewczynka już wtenczas okazywała wielką skłonność do prawdziwej pobożności. Ujrzawszy razu pewnego krzyż, spytała, coby to było, a kiedy jej powiedziano, iż to jest znak krzyża, na którym Syn Boży dla zbawienia naszego krew Swą Najświętszą przelał, padła na kolana, poczęła całować krzyż z taką miłością, że nie było można jej od niego oderwać. Odtąd miała Małgorzata szczególne nabożeństwo do Krzyża św. i do Męki Pańskiej. Wszystkie swe modlitwy odprawiała zawsze pod wizerunkiem Ukrzyżowanego. 

Wogóle jej całe życie było najwyższym wzorem największego umartwienia. Już jako dziecko nosiła włosiennicę bardzo ostrą, która raniła jej ciało. Często prosiła siostry zakonne, aby wiązały jej ramiona powrozami konopnymi, które głęboko wrzynały się w ciało. Nie wystarczały jej biczowania, jakie były przepisane regułą zakonną. Często albo sama się dobrowolnie biczowała, albo prosiła siostry, by ją biczowały. 

Wprost zadziwiające były jej posty. Przy stole, gdy siostry zakonne przyjmowały posiłek, odmawiała sobie go nieraz, zasłaniała twarz dłonią i modliła się. Kiedy jej królewscy rodzice przysyłali wykwintniejsze pokarmy, nigdy ich ani nawet nie dotknęła, tylko rozdawała je między siostry zakonne. Począwszy od Podniesienia św. Krzyża aż do Wielkiej Nocy pościła ściśle co rok. Trzy dni przed Wielkanocą nie przyjmowała ani jadła, ani napoju; zwalczając senność, stała lub leżała krzyżem przed wizerunkiem Ukrzyżowanego. Mięsa nie używała przez całe życie. Niedomagania swe często tajiła, by nie nakazano potraw mięsnych. Każdy dzień przed Komunią św. pościła o chlebie i wodzie, a całą noc spędzała na modlitwie. 

Modliła się też prawie ustawicznie. Już jako dziecko okazywała taką gorliwość w modlitwie, że nieraz przełożeni nakazywali ją przerwać; tak długo wtedy płakała, aż znowu nie otrzymała pozwolenia na modlitwę. Częstokroć wpadała w zachwycenie. W takim stanie niczego koło siebie nie widziała ani nie słyszała, bo traciła wszelką wraźliwość na otoczenie. Jej modlitwom prawie ustawicznie towarzyszyły łzy; pobożna legenda mówi, że ˝oczy jej zawsze sine były jakoby od łez spalone, a szaty jej łzami zawsze były zroszone˝. Tak umartwiała się, że podobno nigdy nikt jej nie widział snem zmorzonej inaczej jak opartej o twarde kamienie. 

Z modlitwą i umartwieniem łączyła córka królewska ubóstwo i pokorę. Nigdy nie pozwoliła, by jej kto przypominał królewskie pochodzenie. Jeżeli ją kto zwał królewną, uważała to za ubliżenie. Nie lubiła nigdy rozmawiać z swymi rodzicami, by dostojeństwo królewskie nie rzucało na nią swego uroku i nie poddawało jej pokus pychy. Często mawiała, że wolałaby się w ubogim domu narodzić, by być pokorniejszą. Jeżeli otrzymała lepsze szaty, nigdy ich nie nosiła; dawała je siostrom, sama zaś brała od nich najgorsze suknie. W nich chodziła, choć strzępy z niej spadały. To wszystko czyniła dla Chrystusa, który nawoływał do pokory i ubóstwa. 

Zawsze była gotową do posług zakonnych, a im podlejsze były te usługi, tem chętniej je spełniała. Z posłuszeństwem łączyła zawsze cichość i słodycz serca, która przedziwnie odbijała się na jej twarzy. 

Razu pewnego, kiedy w czasie adwentowym na modlitwie wpadła w zachwycenie, widziano promienie świetlane nad jej głową; widocznie wsławiał Pan Bóg już za życia jej świętość. Prócz tego dał jej Pan Bóg łaskę cudów. Dzieweczkę, która przypadkiem w studni utonęła, przywróciła modlitwą swą do życia. Modlitwą uleczyła siostrę zakonną, dotkniętą groźnym cierpieniem. Swemu ojcu, królowi Beli, przepowiedziała zwycięstwo nad księciem Rakuskim. Pewnej panience, która chciała wstapić do zakonu, wyjawiła wszystkie jej myśli, jako i powód, dla którego zamierzała wstąpić w mury klasztorne. 

Czytając żywoty świętych męczenników, pragnęła gorąco krew swą przelać dla Chrystusa i ubolewała, że nie żyje w tych czasach, w którychby mogła umrzeć za wiarę. Pan Bóg nie dał jej wprawdzie korony męczeństwa, ale dał jej koronę czystości panieńskiej. Rok przed śmiercią przepowiedziała dokładnie godzinę swego zgonu. Zupełnie zdrowa, zawołała siostry zakonne, oświadczając im, że nadszedł koniec jej życia. Licząc 28 lat z słowami: ˝W Tobie Panie, pokładam nadzieję, nie zginę na wieki, w ręce Twoje polecam ducha swego˝, oddała Bogu swą czystą i świętą duszę. Było to w roku 1270. Kościół święci Jej pamięć w dzień 28. stycznia. 

 

Nauka

 

Kiedy tatarzy wpadli do kraju węgierskiego, zdawało się, że wtargną do klasztorów, by pohańbić święte dziewice. Jedna z sióstr wyraziła tę obawę; wtedy rzekła Małgorzata; Czystość dla mnie najdroższym skarbem; pokaleczę sobie twarz, aby przez zeszpecenie zabezpieczyć się przed gwałtami. Była gotowa, wszystko poświęcić, by tylko wytrwać przy Jezusie i dla Niego zachawać ślubowaną czystość. I my mamy być gotowi, oddać wszystko Bogu, co posiadamy; złożyć co mamy, w ofierze na ołtarzu Panu Bogu. Bo od Niego wszystko pochodzi, On naszym Panem, od Niego zależymy bezwzględnie. Dlatego też Jemu wszystko winniśmy oddać, nawet życie swe, jeżeli tego żąda. Przykładem takiej ochoczości i św.Małgorzata i patryarcha Abraham, który chciał syna swego Izaaka ofiarować Panu Bogu. Pan Bóg nie przyjął ofiary, bo dość mu było na gotowości; oszczędził też kalectwa Małgorzacie. I my winniśmy okazywać gotowość poświęcenia nawet życia swego Panu Bogu jeżeli chodzi o dobra wyższe nad życie. A takiemi dobrami wyższemi nad życiem jest Bóg, dusza nasza, cnota, unikanie grzechu. 

 

Inni święci z dnia 28. stycznia:

 

Św. Karól Wielki, cesarz niemiecki. - Św. Cyryl, patryarcha aleksandryjski, nauczyciel Kościoła św. - Św.Flawyan, biskup-męczennik z Antyochii. - Św. Irmund, pasterz. - Św. Julian, biskup z Cuenza. - Św. Manfred, eremita. - Św. Paladyusz z Syryi. - Św. Rajnald, biskup z Como. - Św. Waleryan, biskup i męczennik z Saragossy. 

 

Dnia 29. stycznia

 

Święty Franciszek Salezy, biskup z Genewy. (1567-1622.)

 

Święty Franciszek urodził się dnia 21. sierpnia roku 1567 na zamku Sales, w Sabaudyi, w dyecezyi genewskiej. Pochodził z hrabiowskiej rodziny. Wskutek wcześniejszego przyjścia na świat, był przez całe życie, a mianowicie w latach dziecięcych bardzo wątłego zdrowia. Natomiast zdradzał nieomal od pierwszych chwil życia, że wyrośnie na bardzo wielkiego i świątobliwego męża. Ówczesny biskup genewski rzekł na jego widok; Jeżeli zostanie przy życiu, będzie wielkim człowiekiem i podziwem świata. Dziecko okazywało pociąg do rzeczy świętych, ubierało ołtarze, sprawowało ceremonie kościelne i śpiewało pieśni kościelne. 

W ósmym roku życia posłali go rodzice do Annecy, gdzie pobierał pierwsze początki nauk. Skończywszy lat dwanaście, udał się na dalsze studya do Paryża. Tutaj zamieszkał w domu Ojców Jezuitów, ćwicząc się pod ich okiem nietylko w naukach świeckich, ale przedewszystkiem w życiu pobożnem i bogobojnem. Wstąpiwszy do kongregacyi Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panienki, przodował wszystkim innym cnotą i umartwieniem. Trzy razy na tydzień nosił włosiennicę, co tydzień przystępował do Stołu Pańskiego i co więcej, nakłaniał do tego swych rówieśników. W siedemnastym roku życia złożył ślub dozgonnej czystości. Codziennie słuchał Mszy św. i odmawiał różaniec 

Lecz szatan nienawistnym okiem patrzał na anielskiego młodzieńca. Zastraszył go myślą, że będzie potępiony. Ta pokusa dzień i noc dręczyła młodzieńca, nie doznawał słodyczy modlitwy, czuł się odepchniętym od Boga, oschłym i oziębłym. Franciszka martwił ten stan nieznośnych pokus tak dalece, że zapadł na chorobę żółciową i wysechł jak szkielet. Ze łzami w oku błagał młodzieniec Boga o usunięcie tego doświadczenia. Razu pewnego, kiedy w kościele św. Stefana klęczał przed obrazem Najświętszej Panienki, zdobył się na akt heroicznej miłości Bożej. Jeżeli mam być potępionym, tak mówił, i odepchniętym dla ciebie na wieki, o Boże, to pozwól przynajmniej, bym chociaż tylko tutaj na ziemi Ciebie kochał. Tak heroiczną miłością ku Bogu pokonał pokusy; doznawał odtąd przedziwnej pociechy i słodyczy w modlitwie. 

Skończywszy lat ośmnaście, a tem samem i nauki swoje w Paryżu, udał się do Padwy na dalsze studya prawnicze, gdzie zdobył też sobie stopień doktora obojga praw. Towarzysze niegodziwi starali się wszelkim sposobem odwieść świętego młodzieńca od cnoty. Razu pewnego zawiedli go zdradziecko do domu nierządnicy; Franciszek poznając podstępną chytrość, napluł wszetecznicy w twarz i wyszedł nieskalany. Inny raz znowu pewna wielka pani prześladowała go swą namiętnością; święty i tutaj mężnie zwalczył pokusę. Za to podwajał umartwienie i posty, pragnąc jak najbardziej łączyć się z Bogiem. 

Z Padwy pojechał do Rzymu, z Rzymu do Loreto; tu w domku Najświętszej rodziny odnowił swój ślub czystości. W podróży kilka razy wybawił go Pan Bóg od niechybnej śmierci. Nie otrzymał wstępu na okręt, ptóry potem w drodze zatonął. Wzbroniono mu wejścia do pewnego domu, który potem się zawalił. 

Wróciwszy do domu, miał według woli ojca wstąpić do służby państwowej. Już też mu ojciec był wyrobił stanowisko w Chambery i upatrzył przyszłą dla niego żonę. Lecz Franciszek obrał sobie stan duchowny, bo więcej niż ojca kochał Boga. Przyjął więc święcenia kapłańskie z rąk biskupa genewskiego i został proboszczem kapituły w Genewie. Gorliwością i pobożnością swoją, a jeszcze więcej przedziwnem swym darem wymowy zjednał sobie serca wszystkich. 

Naonczas szerzył się w Sabaudyi kalwinizm, który zaprzeczał między innemi prawdziwej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Pozatem nauka jego była bardzo podobną do nauki Lutra. Ówczesny książe Sabaudyi prosił biskupa genewskiego o misyonarzy, którzyby przeciwdziałali tak bardzo się szerzącemu się nowatorstwu. Biskup zlecił zadanie to Franciszkowi, znanemu z swej wymowy i pobożności. Święty z wielką gotowością podjął się misyi. Napotkał na niezmierne trudności. Kalwini bowiem nietylko nie chcieli słuchać jego nauk, ale prześladowali go ze złością prawdziwie nieludzką. Rzucali nań najohydniejsze potwarze, uwłaczające stanowi kapłańskiemu, zamykali domy przed misyonarzem, odmawiali mu pożywienia, którego nawet nieraz za drogie pieniądze nie mógł dostać. Najwięcej prześladowali go duchowni kalwińscy. Powiadają, że łaska Boża zachowała Franciszka przy życiu, kiedy go trucizną zgładzić chcieli ze świata. Najemnicy napadli św. kapłana; ujęci słodyczą i dobrocią Franciszka, puścili go na wolność. Cały rok pracował misyonarz bez widocznego skutku. Nie zrażał się. Chodził od wsi do wsi, rozdawał dary, pomagał biednym, przygarniał dzieci. I Pan Bóg pobłogosławił mu; bo wkońcu podbił serca przeciwników. Zaczęli słuchać jego nauk, a w przeciągu dwóch lat tak licznie zaczęli się nawracać, że 72000 kalwinów przyjęło wiarę katolicką. Święty urządzał w pozyskanych miejscowościach parafie, osadzał w nich pobożnych kapłanów. 

Tymczasem biskup genewski, Granier, upadał coraz więcej na siłach; nie mogąc już rządzić swą dyecezyą, odwołał św. Franciszka i mianował go swym koadjutorem. Święty nie chciał przyjąć tej nowej godności. Poddał się dopiero wyraźnemu rozkazowi ówczesnego papieża Klemensa VIII. Udał się też do Rzymu po święcenia biskupie. Było to w roku 1601. 

Z Rzymu ruszył do Paryża w celach misyjnych. Przyczynił się do wprowadzenia zakonu Karmelitów do Francyi oraz do założenia zgromadzenia Oratoryanów w Paryżu. Wracając do ojczyzny, dowiedział się w drodze o śmierci biskupa. Pospieszył więc, by objąć zarząd nad osieroconą stolicą genewską. Pierwszym czynem jego było zaprowadzenie iście apostolskiego ubóstwa na dworze biskupim. Nie jeździł nigdy karetą, usunął niepotrzebną służbę, a tych, których zatrzymał, nakłaniał do największej pobożności. Najgłówniejszym jego zajęciem było zwiedzanie dyecezyi. Pieszo, nie zważając na trudy lub niewygody, chodził od parafii do parafii, sam głosił słowo Boże, sam słuchał, o ile mógł, spowiedzi św.. Zakładał szkoły, czuwał nad pobożnością swych kapłanów; słowem jak ojciec dbał o dobro dusz sobie powierzonych. 

Starał się przedewszystkiem o podniesienie ducha Bożego w zakonach. Razem z świętą Franciszką de Chantal założył nowy zakon żeński pod wezwaniem Nawiedzenia Matki Boskiej, czyli tak zwany zakon Salezyanek albo Wizytek. Dał im regułę świętego Augustyna, którą sam zmienił i zaopatrzył w bardzo piękne i korzystne dodatki. Zakon ten rozszerzył się wkrótce na wszystkie kraje i został potwierdzony przez Stolicę apostolską. 

Mimo tak rozległych zajęć miał jeszcze czas do pisania pobożnych ksiąg. Między niemi zajmuje pierwsze miejsce ˝Filotea˝, czyli ˝Droga do życia pobożnego˝, przetłomaczona na wszystkie nieomal języki nowoczesne. Oprócz tego napisał dzieło ascetyczne ˝Rozprawa o miłości Boga˝. 

W roku 1622 udał się św. Franciszek do króla francuskiego Ludwika XII. do Lyonu. Udając się w podróż, przeczuwał, że wnet zakończy swe życie. To też czule pożegnał się z swymi owieczkami. Przybywszy do Lyonu, zachorował ciężko, i po cierpieniach krótkich umarł. Było to dnia 28. grudnia r. 1622. Ciało pochowano w kościele Nawiedzenia Najświętszej Panny Maryi w Annecy. 

Z powodu licznych cudów, jakie działy się nad grobem św. Franciszka Salezego, policzył go papież Aleksander VII. w r.1665 w poczet świętych. Pius IX. dał mu jako mężowi czystej nauki katolickiej w roku 1877 tytuł doktora Kościoła. Uroczystość św. Franciszka Salezego przypada na 29. stycznia. 

 

Nauka

 

 Jedną z najpiękniejszych cnót św. Franciszka Salezego była pokora. Chociaż, jak świadczy jego życie, był skłonny do uniesienia, nigdy go nie widziano zagniewanego. Przeciwnie największa pokora i cichość odbijała się z jego prawdziwie anielskiego wejrzenia. O pokorze zaś sam mawiał: Jeżeli by było coś lepszego nad pokorę, toby nas Pan Jezus był tego niewątpliwie nauczył. Uczy nas jednakże Zbawiciel dwóch rzeczy: pokory i cichości. Długi czas uczyłem się w szkole Chrystusowej pokory, a serce moje jeszcze się nią nie przyjęło należycie. Uczyniłem przymierze z sercem i językiem, ażeby się utrzymać w powinnościach pokory. Najlepszym środkiem, jaki znam przeciwko nagłym poruszeniom niecierpliwości, jest pokorne milczenie. Kto posiada pokorę chrześcijańską, ten ma dla wszystkich serce wylane i gotów jest innym przebaczać i błędy ich uniewinniać. Dobroć serca okazuje się w cichości, która wszystkie uczynki nasze czyni przyjemne. Pokorny wstrzymuje się od wszelkich szorstkich i rozkazujących słów. Pokora więc, to cnota chrześcijańska; pycha, to objaw serca pogańskiego. Pokora zdobi serce człowieka i daje człowiekowi znamię anielskie, czyni go miłym Bogu i przyjemnym bliźnim. Tylko pokorny wypełnić może należycie przykazanie natury: Miłuję bliźniego jak siebie samego. 

 

Inni święci z dnia 29. stycznia:

 

Św. Akwilin, kapłan-m. - Św. Arnulf, męczennik. - Św. Konstanty, biskup z Perugii, m. - ŚŚw. Papiusz i Maurus, męczennicy rzymscy. - Św. Radygunda, dziewica. - Św. Sewera i jej rodzice, Maksym i Sekunda, męczennicy. - Św. Sulpiciusz Sewerus, pisarz z pod Marseille. - Św.Waleryusz, biskup z Trewiru. 

 

Dnia 30. stycznia

 

Święta Martyna, dziewica i męczenniczka. (+ roku 230.)

 

Św. Martyna pochodziła z jednej najznaczniejszych i najbogatszych rodzin miasta Rzymu. Ojciec jej piastował kilkaktotnie najwyższe stanowisko w państwie rzymskim; był konsulem. Wychowana w wierze chrześcijańskiej, już jako dziecko okazywała szczególną miłość do Chrystusa. Utraciwszy bardzo wcześnie ojca i matkę, rozdała cały swój majątek między biednych, sama zaś uczyniła ślub dozgonnej czystości i poświęciła całe życie swoje Bogu i bliźnim. 

Oprócz dyakonów, którzy rozdawali jałmużnę biednym i głosili słowo Boże, były podówczas w Kościele Bożym tak zwane dyakoniski, które oczywiście nie miały żadnych święceń kapłańskich, ale służyły pomocą dyakonom w spełnianiu obowiązków względem biednych. Na dyakoniski wybierano tylko dziewice znane z życia pobożnego i poświęcenia. Św. Martyna została taką pomocnicą sług Kościoła Bożego. 

Było to za czasów Aleksandra Sewera, cesarza rzymskiego, a więc około roku 230. Cesarz ten postanowił wytępić ˝sektę galilejczyków˝, jak nazywał chrześcijan. Kiedy razu pewnego zobaczył Martynę, która była dziewicą przedziwnej piękności, został ujęty jej urodą. A że była córką konsula i należała do najszlachetniejszych rodzin rzymskich, postanowił wynieść ją podobno do godności cesarzowej i osadzić ją obok siebie na tronie cesarskim; stawiał jednak warunek, by ofiarowała Apollinowi, wyrzekając się Jezusa. 

Lecz Martyna odpowiedziała: ˝Bogu samemu jedynie na to ofiarować będę, aby ofiara moja pohańbiła Apollina, który kusi dusze ludzkie˝. Cesarz nie zrozumiał słów panienki; myślał, że jest bliskim celu, wydał wielką ucztę, zgromadził w świątyni Apollina kapłanów pogańskich i wprowadził Martynę, by ofiarę składała. Dziewica padła na kolana, uczyniła znak krzyża świętego i modliła się z podniesionymi w górę rękami do Boga o łaskę, któraby otworzyła poganom oczy i przekonała ich o niedorzeczności wierzeń bałwochwalczych. Prośba została wysłuchaną: nagle powstało wielkie trzęsienie ziemi, bałwan, przedstawiający Apollina, spadł na ziemię i rozbił się na drobne kawałki, część świątyni rozsypała się w gruzy, które przywaliły wielu kapłanów. 

Rozgniewany zawodem cesarz kazał Martynę policzkować i ostrymi kolcami rozrywać żywcem jej ciało. Kiedy oprawcy wykonywali rozkaz cesarski, ujrzeli czterech mężów w jasności wielkiej przy Martynie, którzy jej dodawali otuchy. Rzucili w przerażeniu narzędzia męki i wypowiedzieli posłuszeństwo. Tedy kazał Martynę cesarz obnażyć i po ostrych wlec skorupach. Święta modliła się do Boga i błagała o nawrócenie oprawców. I rzeczywiście ośmiu oprawców padło do kolan panienki, przepraszali ją za krzywdę, wyrządzoną, oświadczając gotowość przyjęcia wiary Chrystusowej. Widząc to cesarz, polecił owych oprawców rozrywać żelaznymi hakami, a gdy mimo mąk trwali w wierze Chrystusowej, kazał ich wszystkich pościnać. 

Martynę wtrącił do więzienia. Następnego dnia ponowny odebrała rozkaz, by ofiarowała bogom. Święta była niezłomną w swej wytrwałości. Wyrokiem tyrana siepacze mieli ją rozpiąć na czterech palach i bić jak najokrutniej; kawały ciała odpadywały pod ostremi uderzeniami. Zmęczyli się oprawcy od katowania; święta zaś wesoło chwaliła Boga zapatrzona w niebo. Bezradny cesarz znowu ją wtrącił do więzienia. Niemałe było zdziwienie jego, kiedy mu na drugi dzień opowiadano, że rany męczenniczki zagoiły się zupełnie, że przez całą noc słyszano w więzieniu śpiew kilku osób i widziano jasność niebiańską w ciemności więzienia. 

Powtornie Martyna zawisła na palach; ostrymi hakami rozrywały zbiry znowu jej ciało. Na wezwanie, by złożyła ofiarę pogańską i zachowała w ten sposób swe życie, święta odpowiedziała: Panem moim Jezus Chrystus; brzydkim bożkom waszym kłaniać się nie myślę. 

Przywiedziony do wściekłości cesarz kazał ją rzucić lwom na pożarcie. Tysiące Rzymian, między nimi i cesarz, zebrało się na miejscu widowiska, by przypatrzeć się, jak dziki zwierz poszarpie w kawały jedną z najzaczniejszych córek Rzymu. Na dany znak w ogromnych skokach wpadł zgłodniały lew na piasek amfiteatru. Ujrzawszy Martynę, nagle złożył się do stóp panienki, jakby czekając na jej rozkazy. Potem jak strzała zerwał się, rzucił się na publiczność i przeskoczywszy balustradę rozerwał w kawały kilku widzów. 

Cesarz przypisywał to niezwykłe zdarzenie czarom Martyny; przypuszczając, że w związku z czarami stoją piękne i długie włosy męczenniczki, kazał je obciąć, samą zaś zamknąć w świątyni Jowisza, gdzie znajdowało się wiele posągów pogańskich bogów. Kiedy po dwóch dniach otworzono świątynię, wszystkie bałwany w gruzach leżały rozsypane na ziemi. Na zapytanie oświadczyła Martyna, że Bóg chrześcijański zwyciężył bożki pogańskie. 

Rozgniewany cesarz postanowił wreszcie zakończyć rzekome czary. Oblaną warzącym tłuszczem, wrzucono świętą panienkę na stos, by ją żywcem spalić. Powstał jednak wielki wicher, który połączony z silnym i niezwykłym deszczem, zagasił płomienie ognia zupełnie. Wtedy kazał cesarz Martynę wywieść za miasto i ściąć. 

Było to roku 230. Święte szczątki mężnej panienki-męczenniczki spoczywają w Rzymie, w wspaniałej świątyni wybudowanej ku jej pamiątce przy łuku tryumfalnym Sewera. 

Święta Martyna jest patronką miasta Rzymu. 

 

Nauka

 

Św. Martynę nic nie zdołało nakłonić do zaparcia sie Chrystusa i wiary. I od nas domaga się Pan Bóg, byśmy wiarę naszą otwarcie wyznawali, gdzie tego potrzeba; byśmy nie zważając na żadne względy i na sądy ludzkie, mężnie żyli podług wiary swej; byśmy wykonywali praktyki, jakie życie katolickie na nas nakłada. Niestety tak często brak nam tego męstwa chrześcijańskiego. Wstydzimy się ludzi, boimy się sądu ludzkiego, który dziś nam sprzyja, a jutro zwraca się przeciwko nam. 

Przypatrzmy się tylko życiu oziębłych chrześcijan. Idzie ksiądz, niesie Wiatyk św. do chorego. Sam Pan Jezus idzie ulicą. Przechodzi chrześcijanin, katolik, wstydzi się uklęknąć i cześć oddać Panu i Bogu swemu. Czemu? Bo się wstydzi innowierców, którzy patrzą na niego. Znajduje się katolik w towarzystwie innowierców. Jest to dzień postny; wstydzi się przyznać, że mu jeść nie wolno potraw mięsnych, łamie post, choć to szacunku u innowierców bynajmniej mu nie przysparza, bo wiedzą, że gwałci przykazania swego Kościoła. Nieraz sumienie nawołuje do częstej spowiedzi; wstyd go, przystępować do konfesjonału, bo ludzie patrzą i mogliby się nad nim dziwić. 

Możnaby przypadków takiego nierozsądnego postępowania naliczyć bardzo wiele. Wszędzie ten sam wzgląd, ta sama obawa; a co powiedzą na to ludzie? Jak nędzna i słaba taka wiara w porównaniu do wiary i życia św. Martyny! 

 

Inni święci z dnia 30. stycznia:

 

Św. Adelgunda z Hennegau, zakonnica, patronka od chorób wewnętrznych (jak n.p. raka). - Św. Aleksander z Edesy, męczennik. - Św. Feliks IV., papież. - Św. Hipolit z Apulyi, męczennik. - Św. Jacenta Mariscotti, Franciszkanka. - Bł. Marya de Ward, założycielka zgromadzenia Panien Angielskich. 

 

Dnia 31. stycznia

 

Święty Piotr Nolaskus. (1189-1256.)

 

Piotr urodził się w roku 1189 w Languedoc (we Francyi) z bogatych i szlacheckich rodziców. W małym chłopcu podpadała skłonność do miłosierdzia i dobroczynności. Cokolwiek dostał od rodziców, rozdawał natychmiast ubogim. Codzień rano wychodził na ulicę z jakimś datkiem i dawał pierwszemu ubogiemu, który mu się nasunął. Z dobroczynnością łączył żarliwą modlitwę. Było podówczas zwyczajem - zwyczaj ten przetrwał wieki całe - że ludzie świeccy wstawali o północy, by śpiewać hymny i psalmy. Młody Piotr co noc wstawał porówno z dorosłymi, by z nimi razem chwalić Boga. 

Mając lat piętnaście stracił ojca; stał się przez to dziedzicem wielkiego majątku. Używał go na ukojenie biedy i nędzy bliźnich. Wzgardziwszy marnościami świata, poświęcił życie swoje służbie Bożej i dobru współbraci. W tym celu złożył przed obrazem Matki Boskiej ślub dozgonnej czystości. 

Naonczas toczyły się krwawe walki z sektą Albigensów, którzy mieczem i ogniem starali się o rozszerzenie swych błędów. Na czele wiernych stanął sławny wódz Szymon z Montfort. W ich szeregi wstąpił Piotr, aby walczyć o wolność Kościoła. 

Na czele Albigensów stał król aragoński Piotr I., który w roku 1213 w nieszczęśliwej bitwie pod Muret stracił życie; sześcioletni syn jego, Jakób, dostał się w niewolę Szymona. Wódz katolicki darował królewskiemu dziecku wolność, posłał je do Barcelony, Piotra zaś upatrzył sobie na nauczyciela i wychowawcę, by młodego księcia utwierdził w zasadach wiary chrześcijańskiej i pobożności. W Barcelonie poznał Piotr nieszczęście więźniów chrześcijańskich, poznał twardy los niewoli, w jakiej znajdowali się chrześcijanie pod jarzmem Maurów. Widział jeńców przykutych do taczek, w kajdanach ciężkich pracujących wśród głodu i zimna, wystawionych na ustawiczne niebezpieczeństwa utraty wiary. Jego serce dobroczynne i litosne postanowiło nieść im pomoc. Cały swój majątek poświęcił na to, by wykupywać niewolników. Sam wyzwolił trzystu jeńców z niewoli. 

Było to w roku 1223 w dzień uroczystości św. Piotra w Okowach, kiedy w nocy ukazała mu się Matka Najświętsza, pochwaliła jego gorliwość w niesieniu pomocy niewolnikom i objawiła życzenie, by założył zgromadzenie, którego celem miało być wybawianie jeńców z nieszczęścia niewoli. Następnego dnia poszedł Piotr do św. Raymunda z Pennafort, który był jego spowiednikiem, aby przedstawić, co mu Matka Boża objawiła. Lecz jakie było zdziwienie, gdy się dowiedział, że Raymund to samo miał widzenie i to samo odebrał polecenie od Matki Boskiej. Udali się obaj do króla Jakóba I., króry jako trzeci tego samego był dostąpił objawienia. Wola Boża była widoczną. 

Raymund ułożył regułę nowego zgromadzenia, a Piotr otrzymał z jego ręki nową suknię zakonną w kościele św. Krzyża. Było to wroku 1223. Piotr był pierwszym jenerałem nowego zakonu. Oprócz trzech zwykłych ślubów: czystości, posłuszeństwa i ubóstwa przyjął zakon czwarty ślub poświęcania własnej osoby, gdzie chodziło o wybawienie jeńców. Zgromadzenie to zawiązało się pod nazwą ˝Służebników Maryi od wybawiania jeńców˝. Zakonnicy nosili długą białą suknię z herbem królów aragońskich na piersiach. Nowy ten zakon rycerski zatwierdził papież Grzegórz IX. w roku 1235. W dzień założenia wstąpiło do zgromadzenia sześciu innych rycerzy. Zakon wzrastał z roku na roku, tysiące niewolników zawdzięczało mu wolność. Zrazu ograniczał swą działalność na chrześcijańską Europę. Później zaś rozszerzył swą pracę także na inne kraje, wysyłając swych ˝wykupicieli˝ także w obce strony między niewiernych. 

Św. Piotr był dwa razy w Afryce dla dobra biednych niewolników. Wiele tam cierpiał prześladowania, wiele razy przebywał w więzieniach dla Chrystusa. Z największą gorliwością spełniał urząd jenerała aż do roku 1249. Zmęczony i wycieńczony na siłach nadmierną pracą, złożył godność przełożonego zakonu i zamieszkał w klasztorze. Tu spełniał najniższe posługi. Najchętniej rozdawał przy drzwiach klasztoru jałmużnę, krzepiąc biednych słowem Bożem. 

Po całym świecie chrześcijańskim rozeszła się sława jego życia i poświęcenia. Tysiące wykupionych niewolników rozszerzały jego zasługę i głosiły jego wielkie imię po świecie. Królowie i książęta oddawali mu cześć i szacunek. Król francuski Ludwik chciał go zabrać ze sobą do Ziemi świętej, kiedy gotował się na wyprawę krzyżową. Niestety śmierć zaskoczyła wiernego sługę Chrystusowego. Przed zgonem zwołał Piotr rycerzy swego zakonu i wzywał ich do wytrwania w miłości i do poświęcania się dla niewolników. W godzinę śmierci ukazała się św. Piotrowi Najświętsza Panienka, by jeszcze za życia nagrodzić go za trudy, który w jej imieniu podjął dla nieszczęśliwych. Umarł w dzień Bożego Narodzenia w roku 1256 z słowami na ustach: O jak słodką jest śmierć pod opieką Maryi! Papież Urban VIII. policzył go w roku 1628 w poczet świętych. Kościół obchodzi pamięć św. Piotra Nolaska w dniu 31. stycznia. 

 

Nauka

 

Życie świętego Piotra Nolaska, to jedno pasmo ustawicznego poświęcenia dla bliźnich. Całe swe życie służył nieszczęśliwym a przez to najlepiej służył Panu Bogu według słów Chrystusa Pana: ˝Coście jednemu z tych maluczkich uczynili, mnieście uczynili˝. Mało cenił ten świat i znikomości jego, bo wiedział, że w dzień sądu Bożego uciechy i dobra światowe przedstawią się nam w całej swej marności i nicości. Zawsze chcę chętnie nosić, tak zwykł był mawiać, słodkie i lekkie jarzmo Chrystusowe, i nie chcę, by troska i przywiązanie do dóbr doczesnych panowały nad duszą moją, bo przez nie oziębia się miłość Boża. Krótkie i niepewne jest życie, i nikt z nas nie wie, kiedy śmierć go zaskoczy i powoła na sąd, gdzie będzie trzeba zdawać surowy rachunek z całego życia. Iluż to zejdzie z tego świata nieprzygotowanych, przygniecionych grzechami, jako łup wiecznych kar piekielnych! Jak zmiennym jest wszystko, co posiadamy na świecie! Jeżeli bogactw nie używamy ku dobremu, więcej nam szkody niż korzyści przynoszą. 

Piękność ciała więdnieje z każdym dniem, i wnet przeminie. O jak marną jest pochwała ludzka wiecznej chwały w niebie? Niczego więc nie pragnę, jedno nieba! 

 

Inni święci z dnia 31. stycznia:

 

Św. Aldan, biskup irlandzki. - Św. Bobin, biskup z Troyes. - Św. Cyrus, lekarz i zakonnik. - Św. Jan, żołnierz. - Św. Atanazya z trzema córkami Teodozyą, Teoktystą i Eudoksyą, męczenniczki. - Św. Gaudus, biskup z Evreux. - Św. Geminian, biskup z Modeny. - Św. kapłan Juliusz i jego brat św. dyakon Julian. - Św. Marcela, wdowa. - Św. Waldus, biskup z Evreux. - Św. starzec Metranus, męczennik w Aleksandryi.

LUTY

Dnia 1. lutego

 

Św. Ignacy z Antyochii, biskup i męczennik. (Około r. 107.)

 

Wedle pobożnego, a dawnego podania miał być św. Ignacy tem dziecięciem, które Zbawiciel postawił wśród uczniów Swych, kiedy uczył ich cnoty pokory; o nim to miał właśnie Pan Jezus powiedzieć pamiętne słowa: Zaprawdę, powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie się jako dziatki, nie wnijdziecie do królestwa niebieskiego. Ktokolwiek się tedy uniży jako to dzieciątko, ten jest większy w królestwie niebieskim (Mat.18,3-4). Nie dziw więc, że już w dziecięctwie przez samego Boga-człowieka obdarzony obfitością błogosławieństwa, dorastając trwał w łasce Bożej, a nawet był godnym, nazywać się równie jak św. Polykarp, uczniem Jana Ewangelisty. Taką nawet świątobliwością i nauką się odznaczył, że został biskupem tej samej stolicy w Antyochii, którą kiedyś dzierżył św. Piotr, a po nim jako poprzednik Ignacego Ewodyusz. 

Antyochia należała do potężnego, bo cały świat wówczas znany obejmującego państwa rzymskiego; cesarzem zaś rzymskim był wtenczas Trajan (98-117), który wstępując w ślady swych poprzedników, nowe na chrześcijan sprowadził prześladowanie. Wojenna podobno wyprawa podjęta przeciw Persom drogę samego cesarza skierowała do stolicy biskupiej Ignacego. Znając wpływy biskupa, jego świętość życia, a słysząc nadto o jego cudach, Trajan sam miał go powołać przed siebie, aby go nakłonić do oddania czci bożkom pogańskim, do bałwochwalstwa. Przyznał się Ignacy w obliczu cesarza, że jest tym samym, którego zwią bogonośnym (po grecku Teoforem, co może też znaczyć: przez Boga noszonym), bo nieustannie Chrystusa w swym sercu nosi, ale pomimo wszelkich zabiegów nie pozwolił się skusić do porzucenia wiary chrześcijańskiej. Na gorące wywody cesarskie o bóstwach pogańskich, święty biskup dobitnie wykazywał, że bóstwa pogańskie - to posągi z kamienia, z kruszcu lub drzewa, albo ludzie też dawniejsi czcią bożków otoczeni, że cześć tych bóstw jest zaprzeczeniem i przywłaszczeniem czci prawdziwemu Bogu jedynemu winnej, który stworzył i przez Syna Swego świat odkupił. Wynikiem śmiałego wystąpienia wobec sądu i przesłuchów cesarskich był wyrok, skazujący odważnego biskupa na śmierć, a mianowicie na pożarcie przez dzikie zwierzęta podczas igrzysk dla całego ludu urządzanych. Dla większej kary, a zarazem w obawie, aby przykład męstwa nie rozbudził jeszcze większej u chrześcijan antyocheńskich wytrwałości w wierze, miał św. Ignacy śmierć ponieść w samej stolicy państwa całego, bo w Rzymie po długim i ciężkim więzieniu. 

Okuty więc kajdanami pożegnał biskup swe owieczki, pocieszając wszystkich wiernych w utrapieniu i smutku, a prosząc ich zarazem, aby mu modlitwami u Boga wybłagali spełnienie wyroku i tym sposobem się przyczynili do jego chwały męczeńskiej. Ruszył zaś Ignacy do Rzymu częściowo drogą morską, częściowo drogą lądową. Przeprowadzany przez Małą Azyą dotarł także do Smyrny, gdzie spotkał się z dawnym swym towarzyszem, bo z św. Polykarpem; jemu to też zlecił pieczę nad kościołem osieroconym w Antyochii. Wysłańcom chrześcijańskich gmin w Efezie, Magnezyi i Traiies wręczył listy, w których pomiędzy innymi napomina do jedności z prawowitymi biskupami a przestrzega przed fałszywemi naukami. W Troas dowiedział się św. Ignacy przez osobnych posłów, że ustało już prześladowanie w Antyochii; z tego to miasta wysłał świety więzień listy do chrześcijan w Filadelfii, Smyrny, a także i do biskupa Smyrny, t.j. do św. Polykarpa. Wszystkie trzy listy wyrażają serdeczną miłość do prawdziwych uczniów nauki Chrystusowej, zaznaczają współczucie nad ich uciskami i wzywają do zajęcia się gorliwego tak Antyocheńczykami jak i innemi osadami chrześcijańskimi. List do św. Polykarpa zawiera oprócz tego złote zasady, w jaki sposób wykonywać najlepiej trudny urząd pasterski. 

W liście do chrześcijan Efezu pisze św. Ignacy: Kogo gospodarz przysyła do zarządu, tego przyjąć musimy jakby samego przysyłającego. Stąd też rzeczą jasną, że biskupa uważać winniśmy jakby za Pana samego. Mieszkańców Magnezyi napomina: Starajcie się wszyscy o jedność z Bogiem, bo biskup przoduje na miejscu Boga, a kapłani zajmują miejsce senatu apostolskiego, dyakoni zaś, a miłuję ich serdecznie, sprawują służbę Jezusa Chrystusa, który przed wiekami był u Ojca, a w pełni czasów się objawił. Do gminy w Tralles woła: Wszyscy czcić mają dyakonów jak Jezusa Chrystusa, podobnie i biskupa, który jest odwzorowaniem Ojca, kapłanów zaś jako senat Boży i zgromadzenie apostołów. Bez nich (t.j. bez tych przełożonych) nie może być mowy o Kościele. W liście do mieszkańców Filadelfii czytamy: Starajcie się o to, aby święcić tajemnicę jednej jedynej Eucharystyi, bo jedno jest tylko ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa, i jeden jest kielich do połączenia się z krwią Jego, jeden jest ołtarz i jeden jest biskup z kapłanami i dyakonami. W leście do Smyrneńczyków potępia św. Ignacy błędne nauki o osobie i męce Zbawiciela, uczy przytem, że Najśw. Saktament jest ciałem naszego Odkupiciela Jezusa Chrystusa, które cierpiało za grzechy nasze, a Ojca mocą i dobrocią znowu zmartwychwstało. Na innym miejscu tego samego listu napotykamy pierwszy raz nazwę katolickiego Kościoła, kiedy czytamy: Gdzie biskup przebywa, tam i wierny lud być powinien - jak tam jest Kościół katolicki, gdzie przebywa Jezus Chrystus. W wywodach o pasterskim urzędzie skreślonych dla św. Polykarpa znajduje się mapomnienie: Stój silnie jako kowadło pod upadającym młotem! W zapasach i silny otrzymuje uderzenia, a jednak odnosi zwycięstwo! 

Wśród pism św.Ignacego najwazniejszym jest list do Rzymian. Kiedy bowiem podczas pobytu w Smyrnie dowiedział się biskup o zabiegach, jakie chrześcijanie w Rzymie zamierzają podjąć celem jego uwolnienia, zwrócił się do nich z gorącą prośbą, aby przez zbytnią miłość i wielkie przywiązanie nie pozbawili go tego, co jest jego pragnieniem; chętnie podda się śmierci pod paszczękami dzikich zwierząt, a litość rzymian gotowa go pozbawić korony męczeńskiej. Piszę wszystkim kościołom, mówi św. Ignacy, i przypominam wszystkim, że chętnie umieram dla Boga, jeśli nie zechcecie przeszkodzić. Proszę was, abyście nie okazywali wobec mnie niewczesnej przychylności. Pozwólcie mi zostać ofiarą zwierząt, bo przez nią można zyskać Boga... . Nie dla mnie radości tego świata, ani dobra tego czasu. Lepiej dla mnie umrzeć w Jezusie Chrystusie jak panować po za granice tej ziemi. Jego szukam, bo On za nas umarł, Jego pragnę, bo On za nas Zmartwychwstał... . Nie przeszkadzajcie mi żyć (dla nieba), żądajcie, abym umarł (dla świata)... . Nie starajcie się, aby oddać światu tego, który pragnie Boga... . List do Rzymian nietylko dla treści jest ważny, ale i dla napisu, bo w nim przebija szczególniejsze znaczenie kościoła rzymskiego wśród całego chrześcijaństwa. 

Z Troas św. Ignacy przeszedł do Macedonii oraz Iliryi; okrętem przewieziony został do Brundisium we Włoszech, skąd pieszo przybył do Rzymu. Cała podróż nosiła znamiona wszelakiego ucisku i różnych cierpień, które spotęgowały się u celu samego, bo wedle podania przed męczeństwem święty biskup znosić musiał jeszcze rozmaite katusze i bole. Kiedy zaś stanął wśród ludu zgromadzonego na igrzyska i kiedy lwy niecierpliwe przerażającym rykiem zdawały się domagać przeznaczonej im ofiary, św. Ignacy nie omieszkał w ostatniej chwili zwrócić się do Rzymian, aby im wskazać, że śmierć ponosi nie za zbrodnie, ale za wierność Bogu prawdziwemu. Jam jest ziarno Boże, tak miał zakończyć męczennik swoje usprawiedliwienie, a szczęki zwierząt je zetrą, aby ze mnie chleb był czysty Chrystusowi. W tej chwili lwy wypuszczone z zagród rzuciły się na św. Ignacego, szarpiąc go na śmierć i pożerając jego święte ciało. Działo się to r. 107 po Chr. wedle ogólnego podania. Szczątki kości przewieziono później uroczyście do Antyochii; dzisiaj są złożone w kościele św. Klemensa w Rzymie. 

 

Nauka

 

Głęboko w sercu zapisać musimy słowa św. Ignacego: Jezus, miłość moja, na krzyż został przybity. Wtenczas prawdziwym jesteś uczniem Chrystusa, kiedy niczego nie pragniesz, coby ciebie wiązało ze światem doczesnym. Chrześcijanin nie jest bowiem dla ziemskiej powołany służby, ale dla nadziemskiej służby Bożej. Bacz więc na to, aby ospałość, lenistwo w wzniosłej tej służbie nie ogarnęły duszy twej. Bądź jeszcze pilniejszym w spełnianiu swych obowiązków chrześcijańskich niż dotąd. Staraj się jedynie przypodobać temu, od którego za walkę z grzechem otrzymujesz prawdziwą, niebiańską nagrodę. Nie urządzaj więc swego życia na wzór ludzi pogrążonych w ponętach ziemskich, ale na wzór Jezusa, który za ciebie umarł. Pamiętaj mianowicie też na to, że nie pozory służby Bożej jak n.p. chodzenie do kościoła, udział w nabożeństwach, wysłuchanie kazania, tworzą prawdziwą wartość ucznia Chrystusowego; wartość ta oparta jedynie na wytrwałości w dobrem, na zwalczaniu pokus do złego. Nie zapominaj też o obowiązkach wobec ciała swego, które jest świątynią Boga. Módl się bezustannie, bez ociągania, abyś tem lepiej poznał naukę Jezusa. Pomagaj zaraz tam, gdzie pomoc potrzebną. Czyń wszystko dla większej chwały Bożej. Bądź cierpliwym i łagodnym jak Bóg jest cierpliwym i łagodnym wobec ciebie. Nikt w sercu swem niechaj nie chowa urazy do bliźniego. Wszystkim grzesznikom szczerze żałującym swych przewinień Bóg przebacza, skoro w prawdziwej pokucie zwracają się do Niego. 

 

Tego samego dnia.

 

Św. Brygyda, dziewica, patronka Szwecyi i Polski. (W 6.wieku.)

 

Na połowie 5. wieku ujrzała światło dzienne św. Brygyda w Fochard w hrabstwie Ulster w Irlandyi. Mało wiadomości zachowało się o jej życiu; była podobno córką niewolnicy. Natomiast przekazały nam się całe szeregi przedziwnych cudów. Już jako dzieweczka cudowne u Boga wyprosiła pomnożenie nabiału, aby zaspokoić złego pana swego, któremu jako sługa została sprzedaną; już też wtenczas jasne promienie otaczały jej uroczą twarzyczkę i wskazywały na szczególne niewinnej dziewczynki upodobanie niebios; już też wtenczas odznaczała się niezwykłem miłosierdziem dla ubogich. 

Dorastając uprosiła sobie u Boga zeszpecenie twarzy przez ślepotę jednego oka, aby kalectwem odstraszyć od siebie natrętów, pragnących ją skłonić do małżeństwa. Kalectwo zniknęło, kiedy przyjęła welon zakonny z rąk św. Mela, ucznia św. Patryka, aby dotrzymać ślubu wiecznej czystości. Przy tej to sposobności pod dotknięciem ręki pochylonej Brygydy zeschnięta część drzewa z ołtarza się zazieleniła i nigdy już potem nie uległa zgniliźnie. Innym razem uzdrowiła chłopca od trądu przez pokropienie go wodą święconą. Niemowlę znakiem krzyża św. doprowadziła do mówienia, aby wyznało, kto jest jego ojcem a tym samym oszczerstwo zniweczyło rzucone złośliwie przez wszeteczną matkę na pewnego biskupa świątobliwego. Za ślub czystości złożony przywróciła mowę dwunastoletniej dziewczynce, pochodzącej ze znamienitego rodu szkockiego. Widząc skazańca, prowadzonego na śmierć, błagała Boga o jego uwolnienie; Bóg wysłuchał gorącej prośby, bo złotem, jakie niespodziewanie u siebie w sukniach znalazła, zdołała okupić wolność więźnia. Znaczniejszym był jeszcze więcej cud, jaki spełniła na swej towarzyszce Daryi, z którą spędziła raz noc całą na pobożnych rozmowach; na jej prośbę bowiem przywróciła Daryi wzrok utracony - a kiedy towarzyszka, spoglądając na świat, rzekła, że lepiej nic nie widzieć, bo łatwiej w Bogu się zatapiać, pierwotną dla niej ubłagała od Boga ślepotę. Podczas żniw cudownym sposobem ochroniła pewne pola od deszczu; sama przemoczona obfitym deszczem na polu w innym przypadku, suknie swe miała powiesić na promieniu słońca, jaki wciskał się przez szczeliny zamieszkałej przez świętą dziewicę chaty. Przypisują św. Brygydzie uzdrowienie ślepego, zamienienie kamienia w bryłę soli; a powiadają, że za jej wpływem Bóg przeszkodził zamierzonemu zabójstwu, kiedy sprzysiężonym nasunął cień upatrzonej ofiary, na której zamiary swe spełnić chcieli. Zabójcy walcząc z cieniem przekonani byli, że zgładzili nieprzyjaciela, ale skoro błąd swój i cud poznali, serdeczną skruchą przejęci padli do stóp cudotwórczej dziewicy. Święta Brygyda jest też założycielką rozmaitych klasztorów tak w Irlandyi jak i w Szkocyi. Śmierć jej przypada na r. 523. Ciało jej spoczywało w irlandzkim mieście Down Patrik, aż grób jej zburzono za Henryka VIII. króla angielskiego. Głowa św. Brygidy znajduje się w kościele OO.Jezuitów w Lizbonie w Portugalii. 

 

Inni święci z dnia 1. lutego:

 

Bł. Andrzej z Conti. - Św. Eubert, patron miasta Lille, w Flandryi. - Św. Pioniusz, kapłan i męczennik z Smyrny. - Św. Sewer, biskup z Rawenny. - Św. Zygbert, król Austrazyi. - Św. Werydyana, dziewica. 

 

Dnia 2. lutego

 

Uroczystość Oczyszczenia Najśw. Maryi Panny, czyli - Matki Boskiej Gromnicznej.

 

Święto dzisiejsze, już znane roku 542 p. Chr., podwójną zawiera tajemnicę; jest bowiem pamiątką owych ceremonii, którym poddała się Przeczysta Dziewica w świątyni jerozolimskiej w myśl przepisów Mojżeszowych po porodzeniu Zbawiciela świata; jest też pamiątką tej chwili, w której Pan Jezus jako syn pierworodny znowu w myśl przepisów starozakonnych został przedstawiony w świątyni na służbę Bożą, względnie od niej ofiarą złożoną został uwolniony. Nazywamy to święto Oczyszczeniem Najśw. Maryi Panny dla obowiązków, jakie Matka Boża spełnić musiała. Był bowiem przepis Mojżeszowy (Lew. 12,1-3), że każda niewiasta po porodzeniu chłopca 40 dni, po porodzeniu dzieweczki 80 dni miała uchodzić za nieczystą w ten sposób, że nie wolno jej było dotknąć nic uświęconego ani wstępować do świątyni. Podstawą tego przepisu była myśl różnicy, jaka panuje pomiędzy świętością uosobioną Boga, a grzeszną istotą człowieka; grzech, a raczej skutki grzechu objawiają się nietylko w konieczności śmierci, ale i w całym życiu człowieka na ziemi; stąd też i wstąpienie do tego życia przez urodzenie nacechowane było w myśl Starego Zakonu brakiem odpowiedniej świętości, a brak ten się usuwał oczyszczeniem z wody wedle zwyczajów zakonu mojżeszowego. Łączność znowu człowieka z Bogiem stwierdzała się złożeniem ofiary; stąd też i Najśw. Marya Panna do niej była zobowiązana; zwykle składała się ofiara z jagnięcia rocznego nieskazitelnego, na całopalenie oraz z gołąbka na ofiarę grzechu; w razie ubóstwa wystarczały dwa gołąbki, a więc jeden w miejsce jagnięcia na całopalenie; przy nadzwyczajnym ubóstwie składano tylko dziesiątą część jednego efa - 2 kwartały mąki pszenicznej. 

Ściśle rzecz biorąc, Najśw. Marya Panna nie potrzebowała się poddawać ceremoniom oczyszczenia przez wodę i ofiarę, bo przecież w dziewictwie poczęła Syna Bożego, w dziewictwie Go zrodziła; nie podlegała więc zwykłym u kobiet przypadłościom; pomimo to dopełniła przepisów z posłuszeństwa dla prawa Mojżeszowego, a nadto i dlatego, aby nie wywołać jakiego zgorszenia przez uchylanie się od prawa, kiedy nadprzyrodzone, dziewicze Poczęcie nikomu dotąd oprócz św. Józefa nie było znane. 

Przybyła więc Najśw. Panna z Betlehem do Jerozolimy, stanęłą pokornie wśród innych niewiast w podwórcu świątyni, przeznaczonym dla ludu izraelickiego, przy wschodniej bramie Nikanora, składając w ręce kapłana za siebie nie najuboższą, to przecież ubogą ofiarę dwóch gołąbków. Dopiero po dopełnieniu wszystkich ceremonii, a mianowicie po złożonej ofierze, Najśw. Panna miała przystęp do świątyni, aby wypełnić obowiązek, jaki ciążył z prawa Mojżeszowego (Wyjście 13,2) i na Niej jako Matce i na Jezusie, jako pierworodnym synu. 

Przed Mojżeszem bowiem czynności kapłańskie sprawiali albo ojcowie albo pierworodni synowie rodzin. Od czasów zaś Mojżesza powołani zostali do czynności kapłańskich synowie i potomkowie Arona; do wszelkich innych posług przy świątyni, nadto do pomocy kapłanów przeznaczony został cały szczep Lewi, z którego pochodził sam Aron. Pierworodni natomiast mogli się od służby Bożej, ciążącej na nich od najdawniejszych czasów, uwolnić przez złożenie przepisanej opłaty, która przypadała i przeznaczała się na utrzymanie Lewitów. Wysokość tej opłaty ustanowioną była na najwyżej 5 srebrników świętych czyli na około 12 marek; zmniejszała się opłata stosównie do ubóstwa rodziców. 

Nie potrzebował Jezus ani Bogu być przedstawiony ani od służby Boga wykupiony, kiedy sam był Bogiem i całe życie ziemskie na szczególniejszej miał spędzić służbie Bożej. Biorąc nawet na uwagę brzmienie przepisu Mojżeszowego, Jezus dlatego wolny był od obowiązku wykupu, ponieważ przez Dziewicę został zrodzony i zrodzeniem Swym dziewictwa Matki Swej bynajmniej nie naruszył. Jedynie więc z pokory, z posłuszeństwa, z chęci usunięcia jakiego zgorszenia, czyli z tych samych powodów, co Najśw. Marya Panna ceremoniom oczyszczenia, poddał się zbawiciel przepisom przedstawienia i wykupienia od służby w świątyni jerozolimskiej. Znaczenie uroczystości ze względu na Pana Jezusa podaje inna nazwa dnia, bo nazwa Matki Boskiej Gromnicznej. Przez gromnicę czyli świecę lub światło wyobrażony jest bowiem sam Pan Jezus, który jako światło prawdziwe zstąpił z niebios, aby rozproszyć ciemności ducha ludzkiego, pogrążonego w grzechu i występku, bo odłączonego od światłości Bożej. Że światło rzeczywiście jest wyobrażeniem Zbawiciela, stwierdza dawne wyznanie wiary ułożone na soborze w Nicei r. 325 p. Chr., bo Jezus tam nazwany dla Swego wiecznego z Ojca pochodzenia światłością z światłości. Dla przedstawienie Pana Jezusa w świątyni mówi się także o dniu dzisiejszym jako o uroczystości Ofiarowania Pana Jezusa. 

Jasną rzeczą przy wielkich prawdach, jakie przedstawia nam dzisiejsze święto, że tak dla Matki Bożej jak i dla Bożego Syna obrządki w świątyni dokonać się musiały wśród niezwykłych okoliczności. Rzeczywiście ewangelia św. Łukasza niezwykłość tą uwydatnia wystąpieniem i zachowaniem Symeona starca i proroczym duchem przejętej Anny. 

Jako przedstawiciel wspaniałego zastępu dawniejszych proroków starozakonnych żył w Jerozolimie starzec Symeon; przekonany był o bliskim przyjściu od wieków oczekiwanego Zbawiciela; Bóg potwierdził to przekonanie, kiedy mu objawił, że jeszcze przed śmiercią ujrzy upragnionego Mesyasza. Właśnie wtedy, kiedy Najśw. Matka przedstawiała Swą dziecinę Bożą w świątyni, Symeon, Duchem św. prowadzony, pojawił się na miejscu uświęconych prawem Mojżesza obrządków. W tej samej chwili rozjaśnił się łaską Bożą duch jego, bo od razu poznał, że w dziecinie co dopiero Bogu przedstawionej objawił się światu proroctwami zapowiadany Zbawiciel. Wziął je więc na ręce i w natchnieniu proroczym zawołał: Teraz puszczasz sługę Twego, Panie, w pokoju według słowa Twego, gdyż oczy moje oglądały zbawienie Twoje, któreś zgotował przed oblicznością narodów: światłość na objawienie poganów i chwałę ludu Twego izraelskiego (Łuk.2,29-32). W słowach tych wypowiedział Symeon, że dopełniły się czasy przybyciem Zbawiciela, że spełniły się też obietnice jemu dane, że więc gotów na śmierć, kiedy pragnienie życia jego się ziściło. Nadto skreślił proroczym duchem zadanie Jezusa, jakie miał spełnić wobec wszystkich ludzi, bo wobec Izraelitów i pogan: lud Izraela szczególniejszej miał doznać chwały, kiedy wśród niego miało się dokonać i z niego rozszerzać się na cały świat odkupienie rodu ludzkiego; poganie nadprzyrodzoną mieli zyskać światłość wiary, aby poznać swe błędy i wrócić na drogę do Boga prowadzącą. 

Nie dosyć, że Symeon o Jezusie takie wzniosłe dał świadectwo, którego ani Marya ani Józef chwilowo pojąć nie mogli, bo nie wiedzieli jeszcze jasno, w jaki sposób i w jakim zakresie miało się dokonać zbawienie przyszłe; nawet o Najśw. Pannie stosownie do ważności chwili nowe wygłosił proroctwo, kiedy przepowiedział, że działalność Jezusa wielu z Izraela doprowadzi do upadku dla niewiary i zatwardziałości serca, a w innych wiarę rozbudzi, ale zarazem dla krwawego sposobu, w jakim dokonać miało się odkupienie, miecz boleści nieznośnej i niepojętej przeszyje serce najmiłościwsze Matki, oddającej Syna dla niewdzięcznych ludzi na pohańbienie przez śmierć dla zbrodniarzy przeznaczoną, bo przez śmierć na drzewie krzyża. 

Podobnie jak Symeon tak i Anna wiekiem przygarbiona, duchem Bożym poznała w świątyni, że w Jezusie przyszedł na świat oczekiwany przez 40 wieków Starego Zakonu Zbawiciel, a wesołą tę nowinę natychmiast zaczęła rozgłaszać wśród wszystkich tych, co z serdeczną żądzą i wiarą w obietnice Boże oczekiwali bliskiego zmiłowania się niebios nad ludźmi. 

W różny więc sposób Jezus w najpierwszych chwilach Swego życia ziemskiego został uznany. W Betlehem niebo i ziemia przez głosy aniołów i pastuszków chwałą Jezusa rozbrzmiewały; przez usta kapłańskie Zacharyasza w Hebron posłannictwo Jezusa uroczyście się zatwierdziło; Symeon i Anna jako członkowie innego, bo proroczego, a Bogu poświęconego stanu, radością byli przepełnieni nad zapoczątkowanem zbawieniem ludzi. Pierwsze świadectwo dokonało się w obliczu całej przyrody, drugie w obrębie rodziny, ostatnie w świątyni jerozolimskiej, aby przez proroków zaznaczyć dopełnienie przepowiedni, że Bóg objął w posiadanie miejsce Swoje święte. 

Dla życia chrześcijańskiego uroczystość dzisiejsza ma dlatego nie małe znaczenie, że za wzorem Maryi i niewiasty po połogach w myśl Kościoła udawać się mają do wywodu w świątyniach katolickich. Zniósł Zbawiciel cały ceremoniał Starego Zakonu, a wyniósł małżeństwo do ważności i wzniosłości sakramentu; stąd też nie może być mowy przy obrządkach dla matek przepisanych o nieczystości wedle pojmowania prawa mojżeszowego; przeciwnie matka przy wywodzie ma z jednej strony i dziecię swe Bogu ofiarować i błagać o dobre dlań wychowanie na chwałę niebios i pożytek społeczeństwa, a z drugiej strony za siebie Bogu winne złożyć podziękowanie za chwile niebezpieczeństwa szczęśliwie przebyte, oraz wybłagać sobie na przyszłość siłę do spełniania obowiązków swych nadal jako żony i matki. 

 

Nauka

 

Matka Boża poddaje się prawu, do którego nie była zobowiązana. Poddawaj się Bożym przykazaniom i kościelnym, do których jesteś zobowiązany. Matka Boża poddaje się prawu oczyszczenia, chociaż była najczystszą i nieskalaną. Staraj się duszę swą oczyścić z grzechów jak najrychlej i najdoskonalej, bo nie wiesz, ile życia jeszcze ci zbywa, a pamiętaj, że nic nieczystego nie wnijdzie do królestwa niebieskiego. 

Matka Boża nie wynosi się nad inne niewiasty, chociaż była między niemi błogosławioną. Nie wynoś się duchem pychy ponad innych, a nie pogardzaj mianowicie tymi, którzy do niższego zaliczają się stanu. 

Matka Boża ofiaruje Bogu to, co ma najdroższego, bo jedyne Swoje dziecię Boże. Poświęć Bogu swe serce, ciało, swą duszę i swe życie, wszystko, co zowiesz swoją własnością, na prawdziwą służbę Bożą. Ofiarować nawet Bogu możesz we Mszy św. tego samego Zbawiciela na przebłaganie za swe grzechy, którego Najświętsza Panna ofiarowała w świątyni. 

Matka składa Boże dzieciątko w ręce Symeona, a Symeon głośne Bogu czyni dziękczynienie. To same Boże dzieciątko przyjmujesz w Komunii św.. Proś więc Bożą Rodzicielkę abyś godnie zawsze przystępował do stołu Pańskiego, a przedewszystkiem otrzymał łaskę przyjęcia ostatnich Sakramentów św., kiedy śmierć do ciebie się zbliży. Abyś tych łask doznał, gotuj się zawsze uczciwie i pilnie na przyjęcie Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie, oczyszczaj swą duszę z ułomności grzechu i hartuj ją ćwiczeniami życia cnotliwego. Po przyjęciu Komunii św. nigdy nie zapominaj o należytym dziękczynieniu za uzyskane łaski i ponawiaj szczerze wszelkie postanowienia prawdziwej poprawy życia i poświęcenia się cnocie chrześcijańskiej. Kto godnie bowiem przystępuje do Komunii św., ten zabezpiecza sobie cel ziemskiej pielgrzymki, bo nagrodę wiecznej szczęśliwości; wyraźnie przecież zapowiada Zbawiciel: jeśliby kto pożywał tego chleba, żyć będzie na wieki (Jan 5,52), a Zbawiciel musi jako Bóg dopełnić tego, co przyrzeka, bo ani Siebie ani innych mylić nie może, i posiada jako Bóg moc i siłę, aby urzeczywistnić wszystkie Swoje obietnice. 

Matka Boża dla swej godności niezwykłej domaga się od ciebie czci i uwielbienia. Może ją też już od lat dziecięcych chwaliłeś, ale czy z takim zapałem i przekonaniem, jakie wedle św. Tomasza jest oznaką i rękojmią wiecznego zbawienia? Jeśli twoja cześć Maryi ogranicza się na zapisywanie się do bractw i na kilku obowiązkowych modlitwach, nie zaś na życiu prawdziwie chrześcijańskim wedle wzoru Syna Bożego, to pamiętaj, że przedewszystkiem potrzeba ci poprawy życia - Marya ciebie nie doprowadzi do zbawienia, jeśli uczciwie woli Bożej pełnić nie będziesz; nabożeństwa twoje w takim stanie duszy ku czci Maryi dopełnione, nie są prawdziwe; służą tylko do zagłuszenia sumienia i utwierdzenia na pochyłej drodze prowadzącej do potępienia. Służ Maryi nietylko zewnętrznemi nabożeństwami i praktykami, ale i wewnętrznem życiem wedle prawd żywej wiary - a możesz zaufać opiece Matki Najśw., która ci dopomoże do zdobycia niebieskiej szczęśliwości. 

 

Inni święci z dnia 2. lutego:

 

Czcigodna Agnieszka, męczenniczka wraz z towarzyszkami zakonu św. Franciszka. - Bł. Klara z Rimini, wdowa trzeciego zakonu św. Franciszka. - Św. Korneliusz z Cezarei. - Św. Teodoryk, męczennik i biskup z Minden. - Św. Wawrzyniec, arcybiskup z Canterbury. 

 

Dnia 3. lutego

 

Święty Błażej z Sebaste, biskup-męczennik. (Około r. 316.)

 

Z lat dziecięcych św. Błażeja i młodzieńczych mało posiadamy wiadomości. Rodzice jego należeli do stanu bogactwem i krwią wybitniejszego; sam Błażej odznaczał się od najmłodszych lat niewinnością i cnotliwością niezwykłą życia. To też było powodem, że z woli Bożej powołany został na stolicę biskupią w Sebaste w Małej Armenii, w miejscu swego urodzenia i wychowania. Z całym poświęceniem sprawował przez kilka lat w spokoju trudny swój urząd, aż nowe wybuchło prześladowanie chrześcijan za czasów cesarza Licinyusza. Z wiernych wielu w ucieczce szukało ochrony życia, Błażej zaś trwał pomimo grożących niebezpieczeństw na swym stanowisku; dopiero gorące prośby poddanych mu kapłanów zdołały go nakłonić, że opuścił przerzedzoną prześladowaniem, męczeństwem i ucieczką owczarnią i udał się w góry argejskie, by przynajmniej z daleka modlitwami wiernych Bożej polecać opiece. I może lata całe byłyby przeszły, a schronisko Błażeja w górach nie zostałoby wykryte, gdyby nie rozkaz Agrykolausza, namiestnika cesarskiego w Kapadocyi i Małej Armenii; wydał bowiem rozporządzenie, aby żywcem łowić w górach dzikie zwierzęta, którym na igrzyskach miały ciała chrześcijan służyć na pożarcie. Ścigając dzikie zwierzęta, słydzy Agrikolausza dotarli do pieczary, w której przebywał dotąd biskup Sebasty. Nie opierał się też św.Błażej wcale pojmaniu, lubo przewidywał ciężkie męczarnie, jakim miał być za wiarę swą oddany; owszem cieszył się, że Bóg wzywał go przez ręce siepaczy na krwawą ofiarę wedle wzniosłego wzoru samego Zbawiciela. Z tryumfem prowadzono św. Błażeja do miasta, ale już na drodze Bóg niezwykłą siłą obdarzył przyszłego męczennika, kiedy pozwolił mu w cudowny sposób dokonać licznych uzdrowień. Pomiędzy niemi szczególniejsze zajmuje miejsce uleczenie chłopca, który wskutek utkniętej ości rybiej z śmiercią walczył dla zapalenia silnego i nabrzmienia gardła. Dotknął się święty Błażej znakiem krzyża św. obolałego miejsca, a natychmiact chłopiec uzdrowiony przyłączył się do orszaku tych, co dla cudownej mocy biskupa chwałę głosili wszechmocnego Boga. Dla tego to cudu wzywa się pomocy św. Błażeja w chorobach gardła i dlatego też w dzień św. Błażeja często udziela się błogosławieństwa osobnego na ochronę i zabezpieczenie się od wszelkich chorób gardła. W więzieniu i na sądach kilkakrotnych rozpoczęły się przesłuchy oraz zabiegi, aby św. Błażeja nakłonić pod groźbą kar do złożenia ofiar bożkom pogańskim. Zaraz na wstępie odezwał się mężny więzień do sędziego rzymskiego: Niemy a głuchy człowiecze, czemuż mam się kłaniać kamieniom twoim? Bogów twoich nie znam, znam tylko mego Zbawiciela boskiego, Jezusa! Biczowany zawołał za drugą razą: Czynię wolę Pana cesarzów wszystkich, wolę nieśmiertelnego Boga mego, a waszemi bałwanami się brzydzę. Zawieszony na palu, posieczony żelaznemi osękami i grzebieniskami, nie ustawał św. Błażej w otwartym i szczerym wyznawaniu wiary chrześcijańskiej. Krew spływającą z ciała męczonego biskupa pobożne niewiasty w chusty zbierały, czem zgotować sobie miały śmierć męczeńską. Kiedy bowiem spełzły zamiary, aby je pozyskać dla bożków pogańskich, a nawet bożki te przez niewiasty potopione zostały, oddać musiały wedle wyroku życie swe pod mieczem kata. 

Widząc stałosć niezłomną św. Błażeja, namiestnik skazał go na śmierć przez utopienie. Gdy przyprowadzono biskupa na miejsce, gdzie spełnić się miał wydany wyrok, wyrwał św. Błażej z rąk siepaczy, pobiegł na wodę i przeszedł przez nią jakoby po ziemi; nadaremno oprawcy starali się pochwycić skazańca; sami śmierć w wodach głębokich znaleźli. Natomiast św. Błażej wyszedł na brzeg z jasną twarzą jakby anielską. Wyszło nowe rozporządzenie; św.Błażej dopiero oddaniem głowy opuścił świat doczesny, a przeszedł do chwały wiekuistej około roku 316 p. Chr.. Relikwie św. biskupa w czasach wojen krzyżowych przeniesiono na zachód; w szczególe miasto Raguza w Dalmacyi obrało go sobie patronem. Dla licznych cudów, mianowicie w chorobach i innych dolegliwościach, św. Błażej zażywa wielkiej czci pomiędzy ludem, a wzywają go nietylko w chorobach ciała, ale i w chorobach duszy, a także kiedy chodzi o wyznanie zatajonych na spowiedzi grzechów. 

 

Nauka

 

Żadna nauka i żadne cierpienie nie zdołały przywieść św.Błażeja do zaparcia się Pana Jezusa. Od ciebie nie wymaga się nadzwyczajnych cierpień, jeno życia prawdziwie chrześcijańskiego; kto go nie prowadzi w myśl woli Bożej - ten właśnie zapiera i wypiera się Jezusa. Ciężkie każdy musi nieraz przechodzić pokusy prowadzące do złego, ale napomnieniem i otuchą w nich są wzniosłe słowa św.Błażeja: Niczem dla mnie cierpienia, bo Jezus mnie wspiera; niczem próby, bo nie są wieczne, jeno przemijające. Dla radości wiecznych w niebiesiech i dla wiecznych kar w piekle cierpienia ziemskie nie złamią mnie, abym przeciw woli Chrystusa wystąpił; oczekuję wiecznej szczęśliwości z całą pewnością, bo Jezus ją przyrzekł i obiecał. 

Jak św. Błażej tak i wielu chrześcijan pierwszych wieków znakiem krzyża św. licznych dokonywali uzdrowień. A znak krzyża św. tę samą zachował siłę, i zaznasz tej siły niezwykłej, skoro używać będziesz znaku krzyża św., wedle nauki św. Chryzostoma: Jeśli znaczysz się znakiem krzyża św. uzbroj się niewzruszoną nadzieją i trwałą ufnością... znak ten czynić należy nie tak palcem na zewnątrz ciała jak głęboką wiarą i serdecznym uczuciem. Jeśli w ten sposób twarz swą oznaczysz, zły duch nie będzie miał odwagi podjąć z tobą walki, bo bronić ciebie będzie włócznia, którą sam został przez śmierć krzyżową Jezusa zwalczony. 

Św. Błażej żył prawdziwą bojaźnią Boga, umiłował i zachowywał pilnie niewinność swą i czystość, unikał towarzystwa tych, co w mowach, ruchach, w całym zachowaniu nie umieli przestrzegać skromności i wstydliwości. Przykład ten i dla ciebie bodźcem, jeśli chcesz osiągnąć zbawienie. Bój się więcej Boga niż sądu dzieci tego świata; obawa przed niemi niechaj nie odstrasza ciebie od łączności z pobożnymi. Unikaj złych towarzyszów, przedewszystkiem tych, co sprosne prowadzą mowy, bo z ust ich, mówi św. Chryzostom, wychodzi smród gorszy niż z cuchnącego i nawpół zgniłego ścierwu. 

Uzdrowienie chorego chłopca dało pochop do kościelnej modlitwy przy błogosławieństwie udzielanym w dzień św. Błażeja: Przez to święte błogosławieństwo oraz przez przyczynę świętego biskupa-męczennika Błażeja niechaj uwolni i (lub) zachowa ciebie od wielkich dolegliwości gardła Bóg-Ojciec, Syn i Duch święty. Amen. Przyjmuj, skoro masz do tego sposobność, nabożnie błogosławieństwo św. Błażeja. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Ansgar, arcybiskup w Bremenie i Hamburgu, patron Szwecyi i Polski. (801-865.)

 

W północnej Francyi z znamienitych rodziców ujrzał Ansgar światło dzienne dnia 8. września 801.roku; kiedy stracił w 5.roku życia ukochaną i troskliwą matkę, przeszedł pod wyłączne wychowanie ojca, który zarodki bogobojności w dziecięciu zdołał rozwinąć; przeznaczając go do stanu duchownego, oddał ojciec chłopczynę do klasztornej szkoły Benedyktynów w Korbie w Pikardyi. Niezwykłemi snami i śmiercią cesarza Karóla poruszony, Ansgar w chłopięcych jeszcze latach odczuwał dobrze całą powagę życia ludzkiego; zwrócił się więc tem usilniej do pracy nad sobą przez przyswojenie sobie najwybitniejszych cnót doskonałości chrześcijańskiej. Postępem duchowym sprawił, że już w 15. roku życia przyjął suknię zakonną, że pięć lat później został przełożonym szkoły klasztornej, że nakoniec roku 823 udał się do nowo przez cesarza Ludwika założonego klasztoru w Nowem Korvey w Westfalii; trzy lata spełniał tutaj obowiązki nauczycielskie i kaznodziejskie, aż Opatrzność Boża wyznaczyła mu inną, a jednak od dawna upragnioną działalność misyonarza. 

Kiedy bowiem Harald, książe duński, wypędzony z własnego kraju, przybył na dwór cesarski i chrzest św. przyjął, na stałego dlań towarzysza w ofiarowanej mu Fryzyi uznany został za najodpowiedniejszego właśnie Ansgar. Wodną drogą Renu udał się nowy misyonarz z Haraldem na miejsce nowej działalności, a rozciągającej się na Danią; jednym z pierwszych jego czynów było założenie szkoły, z której wyszedł później cały zastęp biskupów duńskich i szwedzkich. 

Lecz działalność Ansgara o wiele większe z woli Bożej miała przyjąć rozmiary. Roku 829 bowiem przybyło poselstwo króla szwedzkiego, imieniem Biorne, do cesarza Ludwika Pobożnego z prośbą o misyonarzy chrześcijańskich. Znowu padł wybór na Ansgara, który upatrzył sobie za towarzysza Widmara. W stolicy Szwecyi misyonarze bardzo przyjaźnego doznali przyjęcia; król sam pozwolił głosić religię Chrystusową w najdalszych nawet zakątkach swego państwa. Pomiędzy pozyskanymi dla Jezusa wyznawcami jaśnieje postać Herigara, dowódcy z Sigtuna, bo pierwszy z własnych zasobów zbudował na ziemi szwedzkiej świątynię katolicką. Wielkich skutków pracy misyonarskiej nie myślał przypisywać Ansgar swej własnej zręczności; przeciwnie wszędzie wszystko odnosił do łaski i mocy Boga, którego niegodnym sługą w największej nie przestawał się uważać pokorze. 

Wróciwszy z sprawozdaniem o swej dotychczasowej czynności do cesarza Ludwika, przebywającego w Akwizgranie, przeniósł się na pewien czas jako przeor do klasztoru w Nowem Korvey, a potem jako arcybiskup do Hamburga. Było to już bowiem planem Karóla Wielkiego, by w Hamburgu utworzyć środowisko dla rozszerzania chrześcijaństwa. Walki z księciem Jutów, imieniem Gotfryd, jako też z słowiańskimi Obotrytami i Wilkami nie pozwoliły mu trwale Hamburga utrzymać. Trudności nie ustawały wskutek dalszego oporu ze strony Heminga, następcy Gotfryda. Wykonanie planu przejął syn Karóla, cesarz Ludwik Pobożny: kościół Najśw. Maryi Panny już za Karóla zbudowany, został stolicą arcybiskupią, a r. 832 Ansgar przez papieża Grzegorza V. mianowany pierwszym arcybiskupem Hamburga i legatem Stolicy Piotrowej. Sakry biskupiej udzielił mu roku 834 Dorgo, arcybiskup z Metz w obecności arcybiskupów z Moguncyi, Rheims i Trewiru; wyposażeniem nowego biskupa był klasztor Thorout w Flandryi. 

Natężył teraz Ansgar wszystkie swe siły, aby jak najgodniej odpowiedzieć obowiązkom swego stanowiska. Sam Hamburg zawdzięczał mu upiększenie dawnych i wystawienie nowych kościołów, klasztoru Benedyktynów, urządzenie szkoły. Pozatem wysyłał misyonarzy do Danii, Norwegii, Szwecyi, aby dzieło rozpoczęte nawrócenia pogan do końca doprowadzić. Wszystko zapowiadało się szczęśliwie, kiedy niespodzianie Normanie napadli r. 845 na Hamburg, zburzyli miasto, Ansgara nawet zmusili do ucieczki, na której nadaremnie szukał przytułku u biskupa Leucheryka w Bremenie. Wróciwszy do swej stolicy, arcybiskup rozpoczął na nowo zmarnowane swe dzieło, a niedługo potem papież połączył biskupstwo bremeńskie z hamburgskim pod rządami Ansgara. Ponieważ tymczasem w Danii bałwochwalstwo znowu uzyskało przewagę, udał się sam Ansgar do zagrożonego pogaństwem kraju i wzmocnił chrześcijaństwo nawróceniem króla Eryka, syna zamordowanego w roku 811 Gotfryda. W Szwecyi także wyłoniły się przeszkody wskutek zabobonności króla tamtejszego Olafa. Na jego życzenie losy rzucać się miały, czy chrześcijaństwo czy też pogaństwo ma być utrzymane. Modlitwy Ansgara wybłagały u Boga szczęśliwy dla religii Chrystusowej wynik; owocem nowych prac misyjnych było nawrócenie mnóstwa ludzi i pobudowanie kilku kościołów. Wśród zajęć wytężonych pasterskich dla dobra dusz powierzonych Ansgar nie zapominał o swej duszy. Pokutniczem i umartwionem życiem jednał sobie coraz więcej zasług dla nieba. Niczego nie podejmował bez poprzedniej modlitwy, a skutki swych nauk jedynie przypisywał dobroci Bożej. Całym wylaniem poświęcał się ubogim, którym nogi nieraz umywał i do stołu usługiwał. Bóg cudami uzacnił świątobliwe życie Ansgara, bo pozwolił mu modlitwami i namaszczaniem olejami św. niejednego uzdrowić chorego. 

Żal wszystkich serdeczny przenikał, kiedy rozeszła się wieść, że dnia 3. lutego r. 865 umarł w Bremenie ukochany pasterz w podeszłym wieku życia pełnego cnót, a w przeszło w 30. roku biskupiej godności, opromienionej pracą dla dobra Boga i ludzi. Północne kraje za szczególniejszego obrały sobie św.Ansgara patrona, a dzisiaj jeszcze nazywają go apostołem Bremeny i Hamburga. Uroczystość św.Ansgara przypada dnia 3. lutego, dla Szwecyi i polski dnia 4. lutego. 

 

Inni święci z dnia 3. lutego:

 

Św. Anatol, biskup. - Św. Berlenda, dziewica i zakonnica oraz jej matka św. Nona i jej siostrzenica św. Celza; oprócz tego męczennicy jak św. Celeryn dyakon, św.Deodat zakonnik, św. Ewancyusz biskup, św. Adelin zakonnik. - Św. Lupycyn, biskup z Lyon. - Św. Remedyusz, biskup. - Św. Wereburga, dziewica i zakonnica. 

 

Dnia 4. lutego

 

Święty Andrzej Corsini z Fiesole, biskup. (1302-1373)

 

Z znamienitej rodziny Corsinich urodziło sie w Florencyi w dzień apostoła Andrzeja r. 1302 dziecię, którego wytyczny przebieg życia proroczy sen matki Peregryny jeszcze przed porodzeniem bliżej określił. Zdawało jej się bowiem, jakoby wilka w łonie nosiła, który przecież w jagnię się zamienił, kiedy wszedł w podwoje kościelne. Dziecię pod obrazem wilka i jagnięcia wyobrażone, otrzymało ze względu na dzień, w którym przyszło na świat, imię Andrzeja, a zarazem na wyłączną służbę Maryi dawniejszym ślubem rodziców zostało poświęcone. 

Pierwszy obraz snu proroczego miał się w młodości Andrzeja aż nadto jaskrawie wypełnić, kiedy młodzieniec bogaty, zdolny a wysokiego pochodzenia, pozwolił się uwikłać ponętami świata i w gronie równych sobie lekkomyślnością towarzyszy oddał się wyuzdaniu grzechów i występków. Zdawało się więc słusznie, że służba Maryi nie doczeka się w Andrzeju gorliwego krzewiciela, aż matka stroskana, niewątpliwie pod wpływem dobrego natchnienia od Boga, przypomniała marnotrawnemu synowi tak proroczy sen jak ślub dokonany. Bóg sprawił, że słowa matki niezwykłe na młodzieńca zrobiły wrażenie; skruszony przypadł w łzach serdecznych do stóp matki, wybłagał sobie przebaczenie nietylko u tej, która mu życie na ziemi dała, ale i u Tego, który duszę jego stworzył; w kościele Karmelitów przed wizerunkiem Najśw. Maryi Panny zupełną przyrzekł poprawę życia i jak najgorliwszą służbę Maryi; odtąd miał się spełnić drugi obraz snu matczynego, bo odtąd Andrzej miał jaśnieć cnotami, jakie są cechami potulnego jagnięcia. 

Udał się Andrzej do zakonu Karmelitów r. 1318, poddał się próbie nowicyatu, a pomimo pokus ciężkich ze strony złego ducha, pomimo namowy ze strony dawniejszych towarzyszy, a nawet jednego ze stryjów swych, przyjął po roku uroczyście suknię zakonną sług Maryi. Rozbudzone grzechami młodości żądze zdołał poskromić życiem prawdziwej pokuty i natężoną nauką. To też przełożeni zakonu wysłali go na dalsze studya do Paryża, skąd wrócił po trzech latach z tytułem doktora w teologii św., aby roku 1328 przyjąć upragnione święcenia kapłańskie. Unikając przygotowań wszelkich wspaniałych, podjętych przez uszczęśliwionych rodziców, młody kapłan odprawił pierwszą Mszę św. w zaciszu małego klasztorka, oddalonego siedm mil od Florencyi. Powiadają, że wtenczas doznał Andrzej niebiańskiego widzenia, bo Matka Boża miała go obrać wówczas na szczególniejszego sługę swego. 

Po niedługiej działalności kaznodziejskiej w Florencyi, mieście swym rodzinnym i po pobycie u stryja swego, kardynała Corsini w Awignonie w Francyi, został żarliwy krzewiciel czci Maryi przeorem klasztoru florenckiego; już teraz zajaśniał nadprzyrodzoną siłą cudów i proroctw, a wszystkich budował przykładnością życia i wzorem swych cnót wybitnych. Nie dziw tedy, że został wybrany biskupem w Fiesole, o trzy mile od Florencyi odległego. Andrzej ucieczką starał się usunąć od ofiarowanego mu zaszczytnego ciężaru, ale Opatrzność inaczej zawyrokowała, bo dziecię trzyletnie wykryło miejsce jego pobytu; nie wahał się już przyjąć święcenie biskupich, kiedy w przebiegu całej sprawy upatrywać musiał wyraźny palec Boży. Został Andrzej następcą apostołów r. 1360 w 58. roku życia swego, a miał urząd swój sprawiać jeszcze przez lat trzynaście. 

Świątobliwy biskup nie zmienił nietylko w niczem pokutniczego życia, ale nadto jego trudy pomnożył, bo coraz to nowe obmyślał sobie umartwienia. Nosił szatę pokutniczą, dręczył się pasem żelaznym, biczował się codziennie, codziennie też odmawiał psalmy pokutne, sypiał na gołej ziemi tylko po kilka godzin. Ćwiczył się w rozmyślaniach długich, w ostrych postach, w stałych czytaniach Pisma św.. Takie i inne jeszcze liczne środki zupełnego zaparcia się sprawiły, że Bóg obdarzał go łaskami i cudów i jednania powaśnionych z sobą osób. Spełniając dawny swój zwyczaj umywania nóg co czwartek, samym dotknięciem uleczył wrzody jednego z ubogich, którym z serdeczną pociechą się oddawał przez jałmużnę jak najobfitszą. Kiedy mu pewnego razu zabrakło żywności do rozdawania, cudownie resztki chleba pomnożył tak, że starczył na zaspokojenie głodnych przyjaciół ubogich. Aniołem pokoju nazywali Andrzeja wszyscy, bo wszędzie, gdzie tylko powstała niezgoda, zdołał nieprzyjaciół z sobą pojednać. Na rozkaz papieża Urbana V. udał się nawet do Bologni, aby pogodzić rozszalałe zawziętością na siebie stronnictwa szlachty i ludu. Taka miłość pod wpływem Andrzeja zapanowała wśród rozgoryczonych mieszkańców, że nigdy za życia jego nie powstał już tam ani najmniejszy cień jakiejkolwiek waśni. 

Roku 1372 zachorował niespodzianie biskup podczas Mszy św. w uroczystość Bożego Narodzenia. Matka Boża objawiła mu, że śmierci się spodziewać musi dnia 6. stycznia. Rzeczywiście niedomagania z dnia na dzień się powiększały; czas choroby zużywał na sumienne porachowanie się z życiem i na przygotowanie, aby z niego zdać dokładną sprawę Sędziemu Niebieskiemu. W dniu oznaczonym przeniósł się Andrzej Corsini do wiecznej chwały. Lud już za życia nazywał swego biskupa świętym; świętym też głosił go i po śmierci, a cuda liczne potwierdzały ogólne przekonania. Dlatego też papież Eugeniusz IV. pozwolił wystawić szczątki świętego biskupa ku czci powszechnej, a papież Urban VIII. uroczyście zaliczył go w roku 1629 w poczet świętych Kościoła Chrystusowego. Na cześć św. Andrzeja ozdobił wspaniale papież Klemens XII. z rodziny Corsinich kaplicę, w której spoczywało ciało jego; nadto w kościele św. Jana Laterańskiego nową postawił kaplicę pod wezwaniem św. Andrzeja, którą obrał sobie na miejsce wiecznego spoczynku. Kościół czci pamięć św. Andrzeja Corsini na dniu 4. lutego. 

 

Nauka

 

Św. Andrzej spędzał noce całe na modlitwie, a dnie na spełnianiu dobrych uczynków, na pouczaniu swych wiernych. Kto pozna wartość czasu i dobrze zeń korzysta, ten spokojnie zdawać będzie Bogu sprawę z chwil życia mu przeznaczonych. Ale nie ostoją się wobec Boga ścisłej sprawiedliwości ci, co dnie a nawet noce spędzają na leniwej nieczynności, na niepotrzebnych a długich odwiedzinach, na troskach o wygody ciała, na próżnych i gorszących, nieraz bluźnierczych rozmowach; tem mniej wobec Boga się ostoją ci, co czas spędzają w towarzystwie lekkich osób, na hulankach, tańcach zabijających i ducha i ciała, na pijaństwach i namiętnych grach w karty. A przecież od użytku czasu zawisła cała nasza wieczność - szczęśliwa lub nieszczęśliwa. 

Używajmy więc zbawiennie czasu, a prośmy o łaskę siły do tego słowami św.Andrzeja: Najśw. Panno Maryo, od kiedy twym sługą jestem dzień i noc z całą pilnością chcę pełnić winną Tobie służbę. Proś miłosiernego Syna Swego, aby zechciał mi przebaczyć grzechy młodości! Straciłem Twoje i Jego upodobienie grzechami dotychczasowymi, odtąd chcę je zupełnie odzyskać uczciwą poprawą życia. Wytyczną dla mnie tylko Bóg, bo Bóg mnie zawsze widzi, chociażbym miał się ukryć przed swoimi przełożonymi. 

Mianowicie w cierpieniach i chorobach zachowaj równowagę duchową doskonałości chrześcijańskiej za przykładem i wzorem św. Andrzeja. Pamiętaj na słowa Pisma św.: Karania Pańskiego, synu mój, nie odrzucaj, ani nie ustawaj, gdy od niego karan będziesz, bo kogo Pan miłuje, karze; a jako ojciec w synie kocha się (Przypow. 3. 11-12). 

 

Inni święci z dnia 4. lutego:

 

Św. Awentyn, kapłan i pustelnik. - Św. Eutychiusz, męczennik. - Św. Fileas, biskup. - Św. Gilbert, założyciel zakonu. - Św. Izydor z Egiptu, zakonnik. - Św. Felicyana, zakonnica. - Bł. Joanna Valois, królowa i założycielka zakonu. - Św. Józef z Leonissa, kapucyn i męczennik. - Św. Modan, opat. - Św. Rembert, arcybiskup. - Św. Raban, arcybiskup w Moguncyi. 

 

Dnia 5. lutego

 

Święta Agata, dziewica i męczenniczka. (Około r. 251.)

 

Z dostojnych krwią i bogactwem rodziców urodziła się św. Agata na wyspie Sycylii, albo w Palermo albo w Katanea. Cnota i bohatyrska religijność dorastającej dziewicy miała być na ciężkie wystawione próby w prześladowaniu chrześcijan, rozpoczętem za cesarza rzymskiego Decyusza. Kwincyan bowiem, były konsul, pod pozorem gorliwości urzędowej w prześladowaniu wyznawców Chrystusowych, powziął zamiar i piękność św. Agaty i jej dostatki olbrzymie pozyskać dla siebie. Wezwał ją więc przed swój sąd, aby groźbami nakłonić św.Agatę do powolności. Wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa święta dziewica, która niewinność swą zamierzała zachować nawet w ostateczności, bo ją ofiarowała Oblubieńcowi niebieskiemu Panu Jezusowi, gorącą modlitwą ubłagała sobie siłę przeciw napierającej złości Kwincyana. 

Stanąwszy nakoniec w Katanea, doznała tej hańby, że z rozkazu Kwincyana przebywać musiała w domu rozpusty u niejakiej Afrodyzyi, która sama wraz z niecnemi swemi córkami wszelkim sposobem świętą Agatę odwieść miała od ukochanej sercem cnoty czystości a przywieść do uległości wobec natarczywych zabiegów Kwincyana. Miesiąc minął wśród strasznego dla św.Agaty otoczenia; Afrodyzya sama uznała bezowocność wszelakiej namowy i nastręczanej pokusy; poznała, że prędzej kamień zmięknie lub żelazo w mięki zamieni się ołów niż postanowienie dziewicy Chrystusowej się odmieni. Gdy więc bez skutku pozostały podsuwane sposobności do lubieżnych zamiarów, groźba, kara, cierpienie miały złamać bohatyrską chrześcijankę. 

Nadaremne były przecież wszelkie wysiłki Kwincyana; wręcz oparła się Agata namowom do poniechania czystości i do składania ofiar pogańskich, a kiedy za rzekome wobec niemych bożków uchybienie tak silne znieść musiała policzkowanie, że krew się jej ustami rzuciła, w zachwycie proroczym zawołała, że najsroższych nie obawia się katuszy, bo lwy na jej widok stracą swą dzikość, jeśli im na pożarcie będzie rzucona, a aniołowie z niebios rosę ku ochłodzie przyniosą, jeśli ogniem będzie dręczona. 

Wróciwszy po tym tryumfie nad Kwincyanem pełna niebiańskiego wesela do smrodliwej kaźni, nazajutrz znowu przed sędzią nowym przesłuchom i namowom poddać się musiała. Rozszalały gniewem Kwincyan na palu teraz zawiesić ją kazał, bić prętami żelaznemi, a nakoniec piersi tak długo szarpać kleszczami, że zostały oderwane od ciała. Wtedy św. Agata, uniesiona okrucieństwem niewstydliwem swego kata, zawołąła w bolesnym zarzucie: Niebożny okrutniku, nie wstydzisz się odcinać niewieście to, coś sam u matki swej ssał? Straciłam piersi ciała niewinnego, ale nie straciłam dziewictwa swej duszy, które od młodości najrychlejszej poświęciłam Chrystusowi. 

Bóg wytrwałość i męki św. Agaty niezwykłym miał wynagrodzić cudem. Bo oto około północy przybywa do więzienia nieznany jakiś starzec, który ofiarował się rany św. Agaty uleczyć. Święta dziewica nie chciała pomocy przyjąć w przekonaniu, że ma przed sobą jakiego lekarza pogańskiego. A nawet wtenczas, kiedy starzec powoływał się na to, że jest uczniem Zbawiciela, św.Agata oświadczyła, że skromność wstydliwa nie pozwala jej odsłonić ciała ranami pokrytego; lekarz niebieski przecież sam jednym skinieniem wszechmocnej Swej woli mógłby jej przywrócić zupełnie zdrowie, gdyby tego było potrzeba. Wtedy odezwał się nieznany starzec: Ten właśnie lekarz - Bóg - mnie do ciebie posłał i jam jego apostół; przekonaj się, żeś już uzdrowiona. Po tych słowach widzenie zniknęło, a święta dziewica poznając, że starcem był Piotr św., w pokornej modlitwie Boga za łaskawość cudu powinne czyniła dzięki. 

Po kilku dniach Kwincyan jeszcze raz zawezwał św. Agatę przed siebie w przeświadczeniu, że doznane dotąd katusze zmieniły jej usposobienie, osłabiły hart duszy. Nadaremno wskazywała, iż pod opieką zostaje samego Boga, który rany jej cudownie uleczył. Prześladowca niewzruszony ogień rozkazał wzniecić, a przypalać nim ciało obnażone mężnej wyznawczyni wiary Chrystusowej. Powiadają, że wśród nowych tych katuszy niespodziewane nastąpiło trzęsienie ziemi, że kilku z obecnych śmierć poniosło, a ogólne przerażenie wszystkich ogarnęło; że dopiero na wołanie zgromadzającego się coraz liczniej ludu i pod wpływem własnego zaniepokojenia Kwincyan męki kazał przerwać, skazaną zaś znowu odprowadzić do więzienia. 

Wchodząc do ciemnicy, św. Agata ostatniego wobec Boga dopełniła obowiązku przez gorącą modlitwę. Dzięki i chwała, mówiła, Tobie, Jezu Chryste, żeś dał mi męstwo w katuszach dla imienia Twego; broniłeś mnie od lat dziecięcych; wyniszczyłeś we mnie miłość do świata, a dałeś mi niezbędną wśród bolów cierpliwość. Pozwól mi opuścić świat ten znikomy i zechciej przyjąć duszę moją do wiecznego Swego miłosierdzia. Bóg wysłuchał tej modlitwy, bo ledwie ją skończyła św. Agata, rozstała się na zawsze z ziemskim padołem płaczu. Było to około r.251. Kwincyan zaś, co pragnął przynajmniej zdobyć dla siebie bogactwa męczeńskiej dziewicy, śmierć poniósł przez utonięcie przy przeprawie przez rzekę, przez którą prowadziła droga do majątków św. Agaty. 

Z chwilą pochowania zwłok cześć św. Agaty wśród ludności coraz bardziej się wzmagała, w szóstym już wieku znajduje się jej imię w kościelnych spisach męczenników i wyznawców. Papieże, jak Grzegorz I. i II. świątynie budowali pod jej wezwaniem. Szczątki św.Agaty znajdują się w Katanea na Sycylii; na tej to wyspie wzywają jej pomocy przy ognistach wybuchach góry Etna. Zakon rycerzy maltańskich uznaje św. Agatę za szczególniejszą swoją patronką; jest też patronką kobiet chorych na piersi. 

 

Nauka

 

Miesiąc cały znosiła św. Agata namowy i podszepty niecnej niewiasty, kuszącej ją do grzechu nieczystości. Oparła się - a ty tak łatwo przy lada sposobności pozwolisz doprowadzić siebie do upadku. Czemu nie walczysz z pokusami za wzorem i przykładem św. Agaty? Czemu nie używasz tych środków, jakimi zwyciężała święta ta męczenniczka? Czemu nie zwrócisz się do uczciwej modlitwy, do umartwienia ciała postami? Czemu nie pamiętasz na wszechobecność Boga? Nie pozwól się skusić żadnymi ponętami ani groźbami, bo zbyt często gorzko jedna chwila przemijającej rozkoszy przynosi z sobą i hańbę na ziemi i wieczne może nieraz potępienie. 

Chcesz wogóle bezpiecznie żyć wśród mamideł i błyskotliwości ziemskich, staraj się i siebie i świat przezwyciężyć, a zwyciężysz, skoro tylko żyć będziesz dla Boga i wedle woli Boga. Pomocą dla ciebie właśnie są cierpienie, dolegliwości wszelkiego rodzaju; pamiętaj, że są probierzem dla ciebie, sposobnością do zasługi i do utrwalenia cnót chrześcijańskich. Nie pragnij też zaszczytów, odznaczeń światowych, aby te znikome dobra nie odwodziły ciebie od jedynego, bo wiecznego dobra, od Boga. Stąd też napomnieniem dla ciebie niechaj będą słowa św. Agaty: Ty, mój Boże, bądź jedynym właścicielem tego wszystkiego, co posiadam i czem jestem. 

 

Tego samego dnia.

 

Męczennicy Japońscy (1597.)

 

W państwie japońskim, odkrytym roku 1541 przez kupców portugalskich, wiarę Chrystusa pierwszy głosił św.Frańciszek Ksawery; już od r. 1549 chrześcijaństwo zaczęło tam się szerzyć z takim skutkiem, że po kilkunastu latach kilka set tysięcy liczyło wyznawców. Roku 1588 przyniósł niespodziewaną zmianę. Cesarz Kambakundono bowiem, przez kilka lat przychylny misyonarzom z zakonu Jezuitów, wydał nagle rozkaz, aby wszyscy opuścili jego ziemie w przeciągu sześciu miesięcy. Niejedni posłuchali rozporządzenie; inni tajemnie pozostali. Roku 1592 ponowione uciskanie chrześcijan się znacznie już wzmogło; mianowicie z całą bezwzględnością wystąpił cesarz Taikosama, podburzony przez kupców europejskich, którym misyonarze zdawali się przeszkadzać w wyzyskiwaniu ludności. Głosili, że misye niczem nie są innym, jeno pierwszym krokiem do zaboru całego państwa przez Hiszpanią i Portugalią. 

Pomimo to nie sprzeciwiał się cesarz cichemu i tajemnemu głoszeniu ewangelii. Kiedy przecież r. 1597 kilku kapłanów z zakonu św. Frańciszka publicznie i jawnie wystąpiło w przekonaniu, że niegodną rzeczą, z bojaźni ustawać w spełnianiu najwznioślejszych zadań, wyszedł rozkaz, ukrzyżować sześciu misyonarzy frańciszkańskich, innych zaś odesłać do Europy. W gorliwości swej o wolę cesarską namiestnik w Ozaka kazał pojmać nadto jeszcze trzech Jezuitów: Pawła Miki japończyka urodzeniem, Jana Goto i Jakóba Kisac; nazwiska zaś Franciszkanów są: OO. Piotr Baptysta, Frańciszek Blanko, Marcin od Wniebowstąpienia, kleryk Filip od Jezusa, bracia świeccy Gonzalwus Garzia i Frańciszek od św. Michała. Oprócz tego uwięziono 15 chrześcijan Japończyków, wśród nich trzech chłopców, którzy służyli do Mszy św.. Dwudziestu czterech więźniów sprowadzono do Meako, aby wedle zwyczaju obciąć im nasamprzód na znak kary uszy i nosy. Skrwawionych włóczono z miasta do miasta, aby widokiem ohydnym odstraszyć i przerazić uciśnionych chrześcijan. Trwało to dłużej niż trzy tygodnie; kresem tej bolesnej wędrówki po siołach i osadach kraju było miasto Nagasaki. Zastęp jeńców powiększył się tymczasem o dwie osoby świeżo uwięzione, a wysłane przez zgromadzenia zakonne, aby przynieść to, co było niezbędnym do zaspokojenia potrzeb ofiar, bo cierpiały niezmiernie wskutek przejmującego zimna. To było wszakże dla wszystkich pociechą, że męstwem swym wręcz przeciw oczekiwaniom prześladowców mogli utwierdzać wiarę współbraci w Chrystusie i zachęcać ich do koniecznej wytrwałości. 

Na wzgórzach pod Nagasaki przygotowano krzyże dla 26 męczenników za wiarę Chrystusową. Kiedy skazani ujrzeli miejsce i narzędzia swej śmierci, pobiegli do krzyżów, aby je ucałować i rękami obejmować w pełnej radości i miłosnej niecierpliwości. Najmłodszy z nich, bo dziesięcioletni zaledwie chłopczyna, imieniem Ludwik, nie dostrzegając dlań przeznaczonego krzyża, wołał głośno: Gdzież jest mój krzyż? Kiedy go nakoniec ujrzał, z modlitwą na ustach położył się na niego, gotowy do bliskiej śmierci za swego mistrza Bożego. Przywiązano wszystkich do krzyżów: niebieską radością zajaśniały oblicza, jeden drugiego pocieszał, zachęcał, a wszyscy Boga uwielbiali wśród gorących modłów i głośnych pieśni. Słynny z swej wymowy Paweł Miki, z krzyża jakby z kazalnicy w ostatnich jeszcze chwilach nauczał wiary Chrystusowej; napominał obecnych Japończyków, aby zostali wyznawcami Jezusa, wszystkich zaś wiernych, aby nie ustawali w wierze prawdziwej, jeśli chcą osiągnąć swój cel wiekuisty. Sam podnosił szczególniejszą łaskę, że jak Chrystus śmierć ponieść może na krzyżu w równym wieku, bo w 33. roku życia. Przyjacielowi, który go żałował, odpowiedział: Śmierć dla przykazania Bożego nie jest przyczyną do litości, ale do radości. 

Męki wiszących na krzyżu się zakończyły, kiedy siepacze śmierć im włóczniami zadali, wtłaczając je z lewej i prawej strony skośnie w stronę ramion. Rozległy się wołanie: Panie, w ręce Twoje oddaję ducha swego. Obecni poganie zdumieli nad siłą i radością męczenników, z jaką ponosili śmierć okrutną; wielu z nich przyjęło wiarę chrześcijańską. Liczne cuda przyczyniały się do chwały męczenników japońskich; na miejscu stracenia długo podobno widywano i jaśniejące gwiazdy i światła i słupy płomieni. Papież Pius IX. r. 1882 zaliczył męczenników japońskich w poczet świętych Kościoła katolickiego. Pamięć ich obchodzi się dnia 5. lutego. 

 

Inni święci z dnia 5. lutego:

 

Św. Adelajda, dziewica i zakonnica. - Św. Awita, biskup z Vienne. - Św. Abrahamiusz, biskup z Arbela. - Św. Felicya, dziewica i męczenniczka. - Św. Albin, biskup z Brixen. - Św. Berfulf, opat. 

 

Dnia 6. lutego

 

Święta Dorota, dziewica i męczenniczka. (Roku 288.)

 

Żyła św. Dorota w Cezarei w Kapadocyi; sławiło ją całe miasto tak dla piękności ciała jak dla piękności duszy, zdobnej anielską skromnością i prawdziwie niebiańską pobożnością; przedewszystkim zaś jaśniała nieskalaną czystością, ofiarowaną Oblubieńcowi Bożemu. Cnoty swe, któremi siebie i świat zwyciężyła, z woli Bożej krwawem opromienić jeszcze miała męczeństwem. 

Kiedy bowiem za czasów Dyoklecyana prześladowanie chrześcijan coraz więcej się srożyło, namiestnik Saprycyusz wezwał Dorotę przed siebie, żądając, aby wedle rozkazu cesarskiego ofiary składała pogańskim bóstwom. Śmiała dziewica odrzekła: Komuż mam służyć, ziemskiemu czy też niebieskiemu Panu? Przecież Pan niebios i ziemi zakazuje służyć komu innemu jak sobie tylko samemu. Samemu bowiem Panu Bogu twemu pokłon uczynisz, a jemu samemu służyć będziesz. Cesarz ziemski człowiekiem, a bogowie pogan ludźmi byli albo są ręką ludzką utworzeni. 

Rozjątrzony odważną odpowiedzią, starosta poddał Dorotę karze przeróżnej, zawieszając ją na palu i smagając jej ciało biczami. Wśród cierpień wprost nieznośnych dziewica zachowała całą swobodę umysłu, bo wołała: Pogardzam cierpieniami i katuszami, jakie mnie zadajesz; wszystko bowiem przeminie, czem mnie męczysz i czem mi grozisz. Na wieki zaś trwa to i nigdy nie przeminie, czem Bóg grozi tym, którzy mu należytego odmawiają uwielbienia. Nie zachwiały chrześcijańskiego usposobienia Doroty ponowne i okrutniejsze katusze; widząc spełzłe swe zabiegi, oddał Saprycyusz dziewicę do domu dwóch sióstr rodzonych, Krysty i Kalisty, które z obawy przed katuszami sprzeniewierzyły się Chrystusowi, a teraz miały i św. Dorotę do pogaństwa znowu przeciągnąć. 

Ale starania dwóch tych pożałowania godnych niewiast żadnych nie przyniosły skutków. Przeciwnie Dorota na nie wpływać zaczęła, gdy im z jednej strony straszliwość upadku wykazywała, z drugiej zaś strony podnosiła nieograniczone miłosierdzie Zbawiciela, który chętnie wszystkie występki przebacza, byleby w serdecznej błagać o to pokucie. Na odosobnieniu Dorota nie przestawała prosić Boga, aby zechciał udzielić nieszczęsnym kobietom łaski nawrócenia, kiedy nad nawróceniem jednego grzesznika wesele w niebie jest większe niż nad 99 sprawiedliwymi. Nakoniec łaska Boża zwalczyła zapory stawiane przez złego ducha: siostry w łzach tonęły w żalu nad swym zaślepieniem, przyrzekając odtąd wierną znowu służbę Jezusowi. 

Zawiódł się więc Saprycyusz, gdy zapytał Krystę i Kalistę o pozyskaniu Doroty dla pogaństwa, bo otwarcie wyznały, że zbłądziły wracając do ofiar pogańskich, że odtąd żadnego bożka nie uznają, jeno jedynego Boga na niebie; otwarcie też wyznały, że zmianę tę duchową zawdzięczalą napomnieniom i modlitwom Doroty. Namiestnik gniewem się uniósł; natychmiast przygotować kazał wielkie ognisko, a w płomienie wrzucić obydwie siostry, które oczekiwania jego nietylko nie spełniły, ale nawet znowu wróciły same do chrześcijaństwa. Obecna męczarniom Dorota otuchy dodawała pozyskanym dla niebios współsiostrom w Chrystusie: Idźcie przedemną, wołała, a pójdę za wami; pójdziemy razem do Oblubieńca swego niebieskiego; wynijdzie naprzeciw, aby was wprowadzić do szczęśliwości wesela wiecznego. 

Gorliwość św.Doroty dla wiary Chrystusowej niepojętemi karał Saprycyusz cierpieniami, bo nietylko ją znowu na pal wieszać, nietylko ją policzkować, ale nadto rozpalone do jej ciała blachy żelazne przykładać kazał. Mężna dziewica wśród mąk tych jaśniała weselem twarzy i radością ducha; cieszyła się głośno, że połączy się z tymi w niebiesiech, z którymi płakała na ziemi. Z równym, a nawet większym weselem przyjęła św.Dorota ostateczny wyrok, wedle którego oddać miała głowę pod miecz kata. Dziękowała Bogu za bliskie już szczęście wiekuiste, jakie doznawać miała u Boskiego Oblubieńca. 

Kiedy prowadzono ją na miejsce stracenia, nie przestała objawiać wszystkim swej radości, że chwila upragniona już niedaleko, w której przejdzie do wonnego raju, zgotowanego duszom wybranym przez Oblubieńca niebieskiego. Nie pojmując dobrze słów Doroty, a w przekonaniu, że radość dziewicy jest tylko urojeniem, wezwał ją Teofil, pisarz namiestnika, aby na stwierdzenie prawdy dostarczyła mu z wonnego ogrodu niebieskiego Pana kwiatów i owoców. Przyżekła spełnić św.Dorota życzenie młodzieńca, ufna w miłosierdzie i wszechmoc Bożą. Kiedy więc stanęła na miejscu stracenia, gorącą jeszcze w tym celu do Boga zasyłała modlitwę - a otoż pacholę miłe zjawia się z koszyczkiem, w którym trzy znajdowały się jabłka i trzy świeże róże. Posłańca tego niebieskiego wezwała święta dziewica, aby owoce i kwiaty zaniósł Teofilowi - sama zaś uklękła, aby śmierć ponieść niezwłocznie z ręki kata. 

Teofil odbierając przesłane mu z niebios dowody na prawdę Chrystusową, nie mógł już oprzeć się wewnętrznemu przekonaniu, że Chrystus rzeczywiście jest Bogiem, a jego nauka rzeczywiście Bożą; nadaremnie towarzysze mu mówili o chwilowem złudzeniu; Teofil nie zachwiał się, wykazując, że w zwykły, przyrodzony sposób nikt nie zdołałby dostarczyć świeżych kwiatów wśród mroźnej zimy; że nikt też tak ślicznie nie mógłby mówić jak to pacholę kilkoletnie, oczywiście z niebios przysłane. Nie taił swej wiary Teofil przed Saprycyuszem. Nie pomogły uwagi namiestnika, że Bóg nie może być ukrzyżowany, jak ukrzyżowany był Chrystus; że wzgląd brać winien na rodzinę, bo wiarą swoją skazuje ją na niełaskę cesarską. Nie pomogły też groźby męczeńskiej śmierci, bo chętnie jej cierpieniom poddał się Teofil. W ostatniej jeszcze chwili zawołał do namiestnika: Nieszczęsny sędzio! Każesz mi dbać o ciało i chronić je od katuszy, a sam zlituj się nad swą własną duszą. Żadnej moje ciało nie posiada wartości, bylebym Boga oglądał na wieki. 

 

Nauka

 

Św. Dorota ani przykładem ani namową nie pozwoliła się sprowadzić z drogi naśladowania Zbawiciela; przeciwnie grzeszne nawróciła siostry. Nie daj się więc przykładem i względami na sąd świata skusić, abyś unikał bogobojnych, a łączył się ze złymi. Staraj się pozyskać dla Boga zbłądzonych swych bliźnich. Aby takie dusze ufnością w Boga poruszyć, pamiętaj na słowa św. Doroty: Bóg jest dobry i pełen miłosierdzia dla wszystkich, którzy z całego serca do Niego wracają. Zwątpić o miłosierdziu Bożym, jest grzechem największym. Precz więc z wszelkiem zwątpieniem, Bóg najlepszym lekarzem, który leczy wszystkie rany; nazywa się Zbawicielem, bo nas wszystkich zbawił; nazywa się Odkupicielem, bo nas wszystkich odkupił. Całym sercem zdążajcie do Pana, a bądźcie pewni przebaczenia wszystkich przewinień. 

Za przyczyną świętych Bóg w dziwny nieraz sposób dusze dla Siebie jedna ludzkie. W cudowny sposób pozyskał dla niebios Teofila; żąda i od nas, abyśmy całą duszą tęsknili do owej krainy niebieskiej, kędy zawsze panuje wiosna, kędy ustają wszelkie cierpienia, kędy wesele bezustannie, kędy pieśni rozbrzmiewają na cześć Baranka Bożego. Czem wobec tego lada zabawa, lada rozkosz ziemska? Teofil wobec jednego cudu rozgorzał tęsknotą niebios, a dla niej wszystko na ziemi poświęcił. My codziennie prawie słyszymy o niebiosach, patrzymy na cuda w Sakramentach św., a jednak tak mało w nas ochoty do porzucenia świata. Zwyciężaj wszelkie przeszkody, bierz jarzmo Chrystusowe na siebie, dźwigaj je w przeczuciu przyszłej a wiecznej słodyczy. 

 

Inni święci z dnia 6. lutego:

 

Św. Amand, biskup z Mastricht. - Św. Brynolf, biskup z Skara w Szwecyi. - Św. Finyan, opat. - Św. Gwaryn, kardynał, biskup. - Św. Sylwan, biskup-męczennik z Emeza wraz z dyakonem Łukaszem i lektorem Mucyuszem. - Św. Wedast, biskup z Arras. - Św. Jacenta de Mariscottis, dziewica. 

 

Dnia 7. lutego

 

Święty Romuald, założyciel zakonu Kamedułów. (956-1027.)

 

Potomkiem książęcej rodziny nazwiskiem Honesti był św.Romuald. Urodził się r. 956 w Rawenie we Włoszech z ojca Sergiusza. Burzliwą miał młodość i grzeszną. Myśl pokuty nasumęła mu się na odludnej polanie leśnej podczas polowania. Zamiar uczciwej poprawy bezreligijnego dotąd życia dojrzał zupełnie, kiedy, lubo niechętnie, świadkiem być musiał ojcu w pojedynku z bliskim krewnym; widok zabitego powinowatego tak przeraził duszę młodzieńca dwudziestoletniego, że udał się do klasztoru Klasse, cztery mile od Raweny, aby ostrą pokutą zmazać winę zabójstwa, którego był świadkiem. Przykład braci zakonnych, modlitwy, umartwienia taką słodyczą go przejmowały, że po dwukrotnym, jak powiadają, ukazaniu się mu św. Apolinarego, patrona Raweny, postanowił na zawsze pożegnać się z światem i życia dokończyć w zaciszu klasztornym, chociażby przeciw woli ojca. 

Przyjąwszy habit zakonny Benedyktynów w Klasse pozostał na miejscu swego powołania przez siedm jeszcze lat. Wzorowym życiem, a także napomnieniami tak zobie zraził niektórych mniej sumiennych zakonników, że uznał za potrzebne już dla bezpieczeństwa życia klasztor opuścić z pozwoleniem opata. Udał się w kraje Wenecyi, do pustelnika, imieniem Marynus, aby zupełnie oddać się pod jego przewodnictwem cnotom doskonałości prawdziwej. 

Niebawem wszakże miał Romuald opuścić miejsce nowego pobytu. W Wenecyi bowiem przywłaszczoną sobie władzę dzierzył doża Piotr Ursolo, usunąwszy poprzednio skrytobójstwem, jak twierdzą, poprzednika swego nazwiskiem Kandyano. Niespokojny w sumieniu, zapytał św. Gwaryna z Katalonii, w jaki sposób naprawić krzywdę a zabezpieczyć zbawienie duszy nieśmiertelnej. Tak Gwaryn jak Romuald i Marynus wskazywali mu na życie klasztorne, jako najniezawodniejszy środek. Posłuchał doża rady udzielonej, pod pozorem podróży opuścił rodzinę, udał się z mistrzami swemi duchownemi oraz z towarzyszami Janem Gradenigo i Janem Morosini do klasztoru św. Michała w Kusan, tej części Katalonii, która wówczas należała do Francyi. Marynus i Romuald żyli w pustelni, a pociągając innych do siebie, stworzyli nowe zgromadzenie zakonne, którego głową został Romuald. Zajęciem zgromadzenia były praca, umartwienia, modlitwy. Członkami zgromadzenia zostali także Ursolo, Morosini, a nadto Oliwer, możny hrabia stron tamtejszych. 

Z zajęcia zakonnego i z pięcioletniej, nieustannej walki z pokusami złego ducha, którego nakoniec zupełnie zwyciężył, wyrwała św. Romualda wiadomość, że ojciec jego Sergiusz, który wzorem syna do celi zamknął się klasztornej, zamyśla porzucić sposób życia swego pokutniczego. Pospieszył więc syn do Raweny, a wpływem swoim nakłonił ojca do pozostania w klasztorze św. Sewera; Sergiusz umarł w wielkiej świątobliwości życia. 

Było to r. 994. kiedy Romuald Rawennę opuścił i przeniósł się jako pustelnik w okolice bagniste klasztoru Klasse. Uczynił to dlatego, że jego dawniejsi towarzysze z Katalonii powoli się rozchodzili. Marynus udał się do Apulii, gdzie śmierć poniósł; Gwaryn udał się do Jerozolimy; pozostał Oliwer i Jan Gradeniko. W upatrzonej pustelni Romuald znowu nie mało cierpieć musiał od natarczywości złego ducha. Ranę nawet wskutek tego odniósł na czole, cudownie wkrótce uleczoną. Zwycięstwo wszakże Romualda nad złym duchem było tak doskonałe, że odtąd wprost wzywał go do walki, pewny nowych tryumfów. 

Po rozmaitych wędrówkach celem założenia nowych klasztorów, został Romuald wybrany na opata przez zakonników klasztoru Klasse, w którym przebywał wtenczas cesarz Oton. Dopiero nakaz biskupów zebranych w Rawenie zmusił pustelnika do przyjęcia godności nowej. Niestety ścisłość reguły przestrzegana przez niego tak rozjątrzyła do swobody wzdychających mnichów, że Romuald złożył piastowaną godność opata pomimo oporu cesarza w ręce arcybiskupa Raweny, Gerberta, późniejszego papieża Sylwestra II. Z sposobności podróży do Otona, oblegającego miasto Tiwoli, które rokosz podniosło, uratował Romuald prośbami swemi życie przywódzcom i wspólnikom powstania. Pomimo przysięgi kazał jednak cesarz zamordować głowę ruchu, senatora Krescencyusza, a żonę jego wziął do siebie. Pod wpływem Romualda cesarz gotował się do życia klasztornego za dopełnioną zbrodnię; śmierć niespodziewana przerwała pokutę, jaką Oton sobie sam nakładał. Natomiast został mnichem wspólnik w zbrodni Otona, ulubieniec cesarski nazwiskiem Tamm. Powiadają, że uczniem Romualda był także wówczas syn Mieszka polskiego z Ody, może późniejszy biskup Lambert krakowski; podania mówią przynajmniej o księciu słowiańskim Bolesławie czy też Bolesławiczu. 

Nie zadowolił się św. Romuald działalnością w ścisłym obrębie zakonnego uświątobliwienia; myśli jego dalej sięgały, bo uwagę pustelnika skupiały plany misyi pomiędzy niewiernymi. W tym celu ruszył jeden z uczniów, św. Bonifacy, w ruskie krainy, gdzie śmierć poniósł męczeńską; inni uczniowie w inne poszli słowiańskie strony. Wtenczas też mieli przybyć do Polski uczniowie św. Romualda, Benedykt i Jan. Sam Romuald zamieszkiwał w te właśnie czasy przez kilka lat pustelnią pod Pawenzo, a Bóg udzielił mu w nagrodę za cnoty tak obfitych łez łaskę, że przy zwykłych modlitwach w łzach tonął nad niewymowną dobrocią wszechmocnego Stwórcy. Miała ta łaska może wyrównać inną łaskę, jakiej pragnął przez osobistą czynność misyjną. Zamierzał się bowiem udać do Węgier, ale kilkrotnie powtarzająca się choroba pouczyła go o innej woli Bożej; ograniczył się więc na wysłanie kilku uczniów do kraju króla Stefana. 

Przebywał Romuald w Niemczech, gdzie kilka założył klasztorów, przebywał znowu we Włoszech, gdzie karcił z niewymownym skutkiem grzechy nieczystości i świętokupstwa, a taki wpływ swoją obecnością na wszystkich wywierał grzeszników, że wielu zupełnej oddawało się pokucie. Musiał też niejedno przejść niebezpieczeństwo wskutek zasadzek i zemsty przeciwników nawet zakonnych, na niejedno się narazić oszczerstwo, ale Bóg pozwolił mu ze wszystkich tych udręczeń zwycięską wyjść ręką. Spotkał go też zaszczyt, że sam papież wezwał go do Rzymu, gdzie cudami stwierdził świętość swoją, nowemi zaś klasztorami szerzył życie zakonne: przez siedm lat zamieszkał nawet pod Rzymem na wzgórze Sitria. Od cesarza Henryka, który go przyjmował z największą czcią, wyprosił sobie klasztor Amiata pod Florencyą. 

W nadzwyczajny wogóle sposób życie św. Romualda odznaczało się szczególniejszą łaską i opeką Bożą. Sam w podziw wszystkich wprowadzał cnotliwością prawie niedoścignioną swego życia, niepojętym wpływem na sprawy duszy mianowicie grzeszników; uzacniały to życie cuda uzdrowień nietylko osobistym wstawiennictwem Romualda ale i uczniów jego; uzacnione było darem łez, darem proroctwa, darem zupełnego zwycięstwa nad pokusami do złego. Nadto wszakże św. Romuald nieskończone położył zasługi dla uporządkowania zawiłych nieraz spraw w życiu kościoła, położył zasługi przez prace misyjne dla rozwoju Królestwa Bożego na ziemi, a dla udoskonalenia przez popierane tak gorliwie życie zakonne. Wśród klasztorów przez niego założonych największe znaczenie posiadł klasztor Kamaldoli w Toskanii, 30 mil od Florencyi położony. Rok założenia obliczają na r. 1012; nazwisko wywodzą od dawniejszego właściciela Maldoli i od włoskiego wyrazu campo = ziemia, pole. Jest to klasztor matczynny zakonu Kamedułów, w którym św. Romuald przepisał obostrzoną regułę św. Benedykta; charakterystyczną w niej dla Kamedułów rzeczą przestrzeganie sumienne milczenie oraz mieszkanie w osobnych domkach pustelniczych. 

Umarł św. Romuald w klasztorze Val de Castro pod Ankoną dnia 19. czerwca r. 1027. Przez 20 lat przygotowywał się na śmierć, a ciągle powtarzał: Czem więcej myślę o śmierci, tem mniej czuję się godnym, stanąć przed obliczem Boga. Po śmierci Bóg nowymi cudami stwierdził świętość swego wybrańca, a dodać należy, że jeszcze 400 lat później ciało świętego było całe, bez żadnych śladów zgnilizny. 

 

Nauka

 

Wzorem św. Romualda każdy uczeń Chrystusowy winien żyć umartwieniem, aby uczciwie pokutować za jakiekolwiek winy. Krępować należy pożądliwości ciała i swobodę wyobraźni, unikać wszelkich rozproszeń, odrywających nas od celu wiecznego. Środkiem do tego ciągle skupienie ducha, które pozwoli zapanować nad wolą, pociągającą nas do złego. 

Żył św. Romuald wedle swej nauki: Chrześcijanin powinien obumierać światu, być gotowym na nieszczęścia i cierpienia, nawet na śmierć z miłości do Jezusa. Dobrowolnym umartwieniem sposobić się musi do znoszenia wszelkich przykrości. Unikać należy nadmiaru w jedzeniu i piciu, aby nie dogadzać ciału i nie prowadzić je na niebezpieczeństwo grzechu. Trzymać należy język na uwięzi, serce mieć na uwadze, aby nie przeszkadzać dobrym natchnieniom. Nikogo nie powinna wzruszać troska o dobra doczesne, bo staranie o ziemskie korzyści przeciwieństwem do skupienia duszy w Bogu. 

Środkiem dalszym doskonałości chrześcijańskiej nietylko szczera modlitwa, bo lepiej, uczy św. Romuald, zmówić jeden psalm pobożnie, uważnie, w skrusze serca niż sto w rozproszeniu; nadto dobra intencya musi być we wszystkiem, cokolwiek czynimy. Wszystko bowiem odnosić należy do chwały Bożej. A wzbudziwszy raz dobrą intencyą, niczego nie potrzebujemy się obawiać, chociażby inne nam się nasuwały myśli. 

Widział pewnego razu we śnie św. Romuald drabinę sięgającą z ziemi do niebios, a po niej wstępujących zakonników w białych szatach. Pamiętaj o drodze do niebios przez łaskę; staraj się nigdy nie utracić szaty niewinności, jaką posiadasz przez łaskę; a jeśli ją straciłeś, uzyskaj ją znowu serdecznym żalem w sakramencie pokuty św., bo inaczej nieba nie osięgniesz. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Teodor, hetman, męczennik. (319.)

 

Za czasów cesarza Licynyusza, zięcia cesarza Konstantyna Wielkiego był w wojsku rzymskim wodzem Teodor, wielce urodziwy, mężny i bogaty, z domu zacnego, uczony, wymowny, a nadewszystko bogobojny sługa Boży. Zasłynął męstwem i odwagą wtedy, kiedy ufając w pomoc Boga zabił olbrzymiego zwierza w swej ojczyźnie Euchais, który był postrachem dla całej okolicy. Pomimo odradzania i grożącego niebezpieczeństwa podjął Teodor walkę i szczęśliwe odniósł zwycięstwo nie bez wyraźnej opieki Boga. 

Przeniósł się później Teodor do Heraklei; wpływem jego wielu przyjmowało wiarę Chrystusa. Stąd też Licynyusz postanowił go usunąć, aby nie napotkać przeszkody w rozpoczętym na nowo prześladowaniu chrześcijan. Wezwał więc Teodora do siebie, - on zaś, przewidując podstępność w zamiarach cesarskich, prosił przez posłów, aby na miejscu swego pobytu mógł wysłuchać i spełnić wolę i rozkazy monarchy. 

Bądź to z ciekawości, poznać osobiście Teodora, o którym wszyscy z uwielbieniem mówili, bądź to z innych powodów cesarz sam postanowił przybyć do Heraklei i zażądać od wodza wojsk swoich spełnienia swych rozkazów. Bóg przestrzegł i umocnił Teodora we śnie, bo widzenie go pouczyło, że grożą mu męki, a nawet śmierć za stałość w wierze Chrystusowej. Nie uląkł się mężny wyznawca Jezusa; słysząc o zbliżaniu się cesarza do miasta, przybrał siebie w najbogatsze szaty, aby godnie powitać swego ziemskiego pana. 

Czego się Teodor obawiał, to miało się wkrótce urzeczywistnić. Wezwał go bowiem Licynyusz, aby złożył ofiary bogom pogańskim. W odpowiedzi niejasnej prosił Teodor cesarza, aby na publiczne ofiary mógł się przygotować czcią w domu przedtem bożkom oddaną. Kiedy więc z zezwoleniem cesarskim przyniesiono bożyszcza do Teodora, sam je porozbijał, a kruszce rozdał ubogim. Szczątki bożyszców w rękach mieszkańców zdradziły postępek Teodora. Oskarżył go o pohańbienie bogów Makrencyusz; wtedy już nie wahał się Teodor otwarcie wystąpić pomimo gniewu cesarskiego. Bogiem moim, zawołał, jest Jezus; z Niego czerpię moc i siłę; jakąż moc dają mi bogowie wasi, jeśli nie obronili się przed ręką ludzką? Gniewasz się, cesarzu, na moje słowa, ale wiedz, że ja o Bogu mówię, z którym ty walczysz; ty Bogu bluźnisz, a ja Go chwalę; ty umarłym służysz - a ja służę Bogu żywemu. 

Głosem gniewu pełnym rozkazał Licynyusz wziąść Teodora na męki, pięć dni głodzić, ponownie go męczyć, bo na krzyż przybić, oczy mu wyłupić, ciało rózgami pobić. W boleściach niezmiernych wołał wódz do Boga o zmiłowanie, aby go zechciał zabrać z tego świata i męki mu tym sposobem skrócić. Kiedy umilknął i zawisł jak martwy, oprawcy byli przekonani, że życie zakończył. 

Podanie niesie jednak, że Bóg cudownie znowu przywrócił siłę Teodorowi, a kiedy Licynyusz kazał zatopić ciało jego w morzu, ze zdumieniem ujrzeli wodza rzymskiego przy życiu i siłach. Niepojętą tę zmianę żołnierze słusznie przypisywali wszechmocy Bogu chrześcijańskiego; stąd też wielu z nich się nawróciło, pomiędzy nimi dziesiętnicy Antyoch i Patrycyusz. Tak dalece nawet zapał wśród zwolenników Teodora się wzmógł, że gotowi byli bronią wodza oswobodzić, a siepaczy na miejscu ubić. Jedynie chrześcijańskie uczucie Teodora uspokoiło wszystkich, gdy przypominał, że Bóg nie chce zemsty człowieka, bo sam najlepiej i najsłuszniej sprawiedliwość wymierza. Licynyusz, nie ustępując w zaciętości swej, rozkazał ściąć Teodora, aby jego osoba nie przyczyniła się już więcej do niepokojów i do szerzenia prawdy Chrystusowej. Poddał się wódz rzymski srogiemu spokojnie wyrokowi; w modlitwach i napomnieniach pobożnych poniósł upragnioną śmierć męczeńską pod mieczem kata r. 319. 

 

Inni święci z dnia 7. lutego:

 

Św. Idzi od św. Józefa, braciszek zakonny. - Św. Anatol, męczennik. - Św. Juliana, wdowa. - Św. Madan, biskup. - Św. Mojżesz, biskup. - Św. Nirward, biskup. - Św. Ryszard, król. 

 

Dnia 8. lutego

 

Święty Jan Matta, założyciel zakonu św. Trójcy. (1160-1213)

 

W Faucon w Prowancyi francuskiej urodziło się dnia 23. czerwca r. 1160 dziecię dostojnego a pobożnego rodu z ojca Eufemiusza i matki Marty małżonków Matta. Przez wzgląd na dzień urodzenia dziecię otrzymało na chrzcie św. imię Jana. Na zadania, jakie chłopię to miało w życiu późniejszym spełnić, wskazywały różne okoliczności przed i po urodzeniu. Matka miała podobno widzenie, w którym Najświętsza Marya Panna przyszłą syna działalność jasno określiła. 

Pierwsze swe wykształcenie odebrał siedmioletni Janek w szkołach miasta Aix. Wróciwszy do domu, umyślił dążyć do coraz większej doskonałości; usunął się na odludne miejsce, gdzie wedle podania miała kiedyś przebywać znana z Pisma św. Marya Magdalena. Nie odwiodły go od umartwionego i pustelniczego życia namowy przyjaciela, których źródłem było poduszczenie złego ducha. 

Odczuwając wszakże rozproszenia, jakie mu sprawiały częste odwiedziny krewnych lub innych osób, opuścił swe zacisze i udał się z pozwoleniem ojca na dalsze studya teologiczne do Paryża. Zachęcony słowami Pana Jezusa w kościele paryskim św. Wiktora tem usilniej oddał się naukom i takie w niej zrobił postępy, że nietylko pozyskał doktorat, ale nadto objąć musiał katedrę profesorską w wszechnicy paryskiej. Wśród uczniów Jana wymieniają późniejszego papieża Inocentego III. W tym czasie odebrał świątobliwy uczony święcenia kapłańskie. Podczas Mszy pierwszej, odprawionej z niezwykłym skupieniem ducha widzenie wskazało mu powołanie, które zająć go miało aż do śmierci. Powiadają bowiem, że podczas Podniesienia ukazał się wszystkim zebranym w kościele aniół w białej szacie z krzyżem na piersiach błękitnej i czerwonej barwy, trzymający jedną ręką maura, drugą zaś chrześcijanina. Wtenczas św. Jan poznał swe zadanie i postanowił poświęcić się wykupowi chrześcijan z niewoli ludów mahometańskich. 

Przeprowadzenie planu nie zaraz miało się spełnić; stąd zamierzona podróż do Rzymu spełzła na niczem. Dla utwierdzenia się w przekonaniu, że działa li tylko z woli Bożej, udał się św.Jan do pustelni św. Feliksa Walezego w lesistych stronach dyecezyi Meaux. Już odnalezienie tego pustelnika świadczyło o szczególniejszej Opatrzności Bożej, a sam Feliks nie omieszkał potwierdzić i pochwalić zamiarów św. Jana, kiedy pewnego razu ujrzeli kilkakrotnie jelenia białego z krzyżem błękitnej i czerwonej barwy wśród rogów zawieszonym. Nie dziw też, że Feliks tak zupełnie się przejął zamysłami Jana, że razem z towarzyszem starać się zaczął o ich urzeczywistnienie. 

Z listami polecającymi z Paryża udali się do Inocentego III. w Rzymie z prośbą o zatwierdzenie swych zamiarów. Papież był już przygotowany na przybycie Jana i Feliksa objawieniem; zbierając zaś na wspólną naradę kardynałów, nie wahał się udzielić r. 1198 zatwierdzenia nowego zakonu, który do zwykłych ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa przyjął jako czwarty obowiązek wykup chrześcijan z niewoli pogańskiej. Odznaką zakonników miała być suknia biała, oznaczając świętość Boga-Ojca; nadto krzyż na piersiach błękitno-czerwony miał oznaczać krew Syna Bożego i miłość Ducha św.. Stąd też zakon nowy dostał nazwę św. Trójcy; w Polsce z łacińskiego nazywali zakonników Trynitarzami. Regułę zakonną mieli ułożyć biskup paryski i opat klasztoru św. Wiktora. Uroczyste uznanie zakonu nastąpiło w roku 1209 osobną bulą papieską. 

Po powrocie do ojczyzny hrabia Chatillon oddał ziemię wspólnego kiedyś pobytu Feliksa i Jana na założenie klasztoru. Od miejsca klasztor ten matczyny wszystkich Trinitarzy nazywał się Cerfroid. Już wtenczas założyciele nowego zakonu rozległą rozwinęli działalność we Francyi. Poparty poleceniem papieskim przeniósł ją św.Jan do Afryki, do Maroko. Wysłał bowiem tamdotąd dwóch synów swego zakonu Jana Anglika i Wilhelma Szkota; z zdobyczą nie małą stanęli przed mistrzem swym, bo przywiedli 186 chrześcijan wykupionych jałmużniczemi środkami z niewoli. Następnego roku udał się sam Jan Matta z towarzyszami do Tunisu, gdzie zdołał wykupić 125 niewolników, narażając się na krwawe zaczepki ze strony Maurów. Kiedy zaś miał wypłynąć z przystani Biserta do Rzymu, zawzięci poganie strzaskali i wiosła i maszty i ster, a żagle podarli, aby odebrać niewolników oddanych zakonnikom. Wśród ogólnego przestrachu św. Jan nie stracił ufności w Boga, rozwinąć kazał płaszcze zakonne na kształt żaglów, a uklęknąwszy na przodzie statku z krzyżem w ręku modlitwą gorącą sprawił, że wiatrem pomyślnym pędzony statek w krótkim czasie cudownie przybił do ziemi włoskiej. 

Działał później św. Jan z woli papieża w Dalmacyi tak gorliwie, że uchodzi za apostoła tego kraju. Działał też w Hiszpanii, popierany mianowicie przez króla Alfonsa VIII.; w Hiszpanii zapoznał się też z św.Franciszkiem z Asyżu i św. Dominikiem, których to trzech mężów i założycieli zakonów nazywają słusznie podporami Kościoła ówczesnych czasów. Działał też w Francyi przeciw herezyi Albigensów, których zwalczał rozprawą swą pod napisem: Obrona wiary. 

Dopełniając swego zadania, unikał św. Jan wszelkich zaszczytów i godności. Wymówił się od przyjęcia biskupstwa w Ostia; dla uczoności swej miał być przybocznym teologiem króla francuskiego Filipa Augusta na soborze lateranańskim; śmierć wszakże przeszkodziła mu spełnić wolę króla, bo umarł św. Jan Matta 17.grudnia 1213 roku w klasztorze rzymskim św. Tomasza, jaki mu papież ofiarował, kiedy potwierdzeniem zakonu zrobił go jenerałem Trynitarzy. 

Jaśniał św. Jan za życia poświęceniem się dla bliżnich, jaśniał i głęboką nauką; dał mu Bóg dar cudów i dar proroctwa, bo św.Dominikowi przepowiedział założenie zakonu kaznodziejskiego, Alfonsowi VIII. zwycięstwo nad Maurami i zdobycie miasta Sewili. Przenikał św. Jan i dusze grzeszników, mianowicie tych, co grzechy ze wstydu zatajali i wielu z nich dla Boga pozyskał. Cudownie burzę morską uspokoił, licznych chorych poświęconymi opłatkami uzdrowił. Przy tem wszystkiem sam z całą surowością ciało swe od młodości umartwiał, używając prawie tylko chleba i wody. Umierał świątobliwie, bo obdarzony łaską ukazującego się mu Zbawiciela. 

Zakon Trynitarzy zachowywał obostrzoną regułę kanoników św.Augustyna; Klemens IV. r. 1267 złagodził niektóre przepisy. Później bo r. 1573 i 1576 reguła znowu surowsza zaprowadziła się w Francyi, mianowicie zaś w klasztorze Cerfroid. Od r. 1594 powstała w Hiszpanii reguła bosych Trynitarzy w przeciwieństwie do trzewiczkowych. 

 

Nauka

 

Najważniejszą troską i głównym staraniem św. Jana było wybawianie chrześcijan z niewoli, aby ich dusze dla Boga pozyskać i od potępienia ochronić. Jeśli czynem do podobnego zbożnego przedsięwzięcia nie możesz współdziałać, to ofiaruj modlitwy za tych chrześcijan, co żyją w krajach pogańskich, bo są w niebezpieczeństwie utraty niebios. Unikaj sam też niewoli złego ducha, mianowicie środków do niej jak gniewu, niewstrzemięźliwości, nieczystości i t.d.. Śmiertelne bowiem grzechy są pętami, które krępują duszę i wstrzymują ją od dobrego. Skoro zerwiesz te pęta uczciwą spowiedzią św., bacz na to, byś na nowo nie zadzierzgnął ich węzłów i na nowo nie utracił łaski; nie wiesz przecież, czy nadarza się sposobność do jej odzyskania. 

Św.Jan już w młodości całe swe mienie rozdzielał pomiędzy ubogich. Jakąż pociechę w chwili śmierci miałoby wielu ludzi, gdyby za życia chociaż część swych dostatków byliby poświęcili na otarcie łez ubogim, bo najmniejszy uczynek miłosierdzia spodziewać się może wedle obietnic Bożych wiecznego wynagrodzenia. Pamiętaj, że nie odebrałeś dostatków i dobytków na zaspokojenie własnych zachcianek, ale na wspieranie ubóstwa. Coż odpowiesz swemu sędziemu, pyta św. Bazyli, jeśli ściany swego domu bogato zdobisz, a żebraka zostawiasz w nagości? Jeśli konie swe złotem i srebrem zdobisz, a współbrata swego ani najlichszą nie przyobleczesz szatą? Jeśli psom rzucasz obfite pożywienie, a na biednego ani nie spojrzysz? 

 

Inni święci z dnia 8. lutego:

 

Św. Emilian i Sebastyan, męczennicy. - Św. Honorat, biskup. - Św. Paweł, biskup z Verdun. - Św. Piotr, kardynał. - Św. Stefan, założyciel zakonu z Grammont. 

 

Dnia 9. lutego

 

Święta Apolonia, dziewica i męczenniczka. (Około roku 249.)

 

Z poduszczenia pewnego mieszkańca Aleksandryi wybuchnęło w tym mieście prześladowanie chrześcijan około roku 248. Głosił bowiem, że dla pomyślności wszystkich należy szerzyć ofiary pogańskie, a tępić wiarę Chrystusową. Stąd też uczniowie Jezusa znosić musieli rozboje po domach swych, niszczenie dobytków, cierpienie i katusze. Śmierć przez ukamieniowanie poniósł starzec Metras, podobnie i niewiasta Kwinta. Cała złość wszakże pogańska skupiła się na pobożnej, a cnotliwej, w latach już podeszłej dziewicy, imieniem Apolonia. Kiedy bowiem wezwano ją do składania ofiar bożkom, śmiało zawołała: Jezus Chrystus jest Bogiem prawdziwym, którego jedynie uwielbiać należy. Chcąc ją zmusić do milczenia, wyrwano lub wybito jej wszystkie zęby; ale mężna dziewica skrwawionemi ustami dalej głosiła chwałę Zbawiciela. Nie ulękła się nawet przygotowanego ogniska. Przeciwnie po chwili jakby namysłu, w której Boga prosiła o natchnienie i oświetlenie, sama wskoczyła na płonący stos, wyrywając się z rąk oprawców. Prześladowanie miejscowe było niejako wstępem do prześladowania ogólnego za cesarza Decyusza r. 250. Św. Apolonia wzywa się jako patronka od bólu zębów. 

 

Nauka

 

Nie wolno ani sobie ani drugim odbierać życia; uczy tego piąte przykazanie. Pomimo to kościół czci świętych, którzy pozornie jakoby z rozmysłem śmierć sobie zadali. Dowodem św. Apolonia, dowodem św. Pelagia, dowodem śmierć w nurtach rzeki pod Antyochią wdowy z dwoma córkami, dowodem też Sofronia małżonka, która za Maksencyusza cesarza żelazem się przebiła, dowodem św. Racyasz, co ciało swe mieczem rozpłatał. Wszystkie te przykłady tłomaczyć należy jako objawy osobliwszego natchnienia Bożego, które porównać można z rozkazem ofiarowania Izaaka danym Abrahamowi. Natchnienie to Boże tem prawdziwsze, że we wszystkich wypadkach chodzi o zachowanie czystości lub wyznanie wiary, o dwa więc skarby, które najdroższe są każdemu wyznawcy Chrystusowemu. 

Życie nasze jak i wszystkie inne dobra ziemskie nie są naszą wyłączną własnością, ale własnością Boga; posiadamy tylko prawo ich używania wedle woli Bożej. Skoro je marnujemy i niszczymy, zaczepiamy najświętsze prawa Stwórcy, który dał nam życie i sam też jedynie oznacza chwilę śmierci. Bez wyraŸnej woli Bożej nie wolno nam życie skracać, a wola ta wyjątkowo się tylko objawiła w wypadkach, gdzie chodziło o skarb czystości i skarb wiary. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Nicefor, męczennik. (Roku 260.)

 

W Antyochii, mieście syryjskim, żyli kapłan Saprycyusz i świecki mąż imieniem Nicefor, w serdecznej z sobą związani węzłami przyjaźni i miłości; oboje wyznawali naukę Chrystusową. Sprawą szatańską niezgoda wkradła się pomiędzy nich i taka złość, że unikali siebie za każdą cenę. Nakoniec Nicefor, przejrzawszy grzeszność takiego gniewu, postanowił doprowadzić do pojednania i zgody. Nadaremnie wszakże kilka razy przez zaufanych prosi Saprycyusza o przebaczenie urazy lub krzywdy mu wyrządzonej; nie wskórał nic, chociaż sam poszedł i do nóg mu się rzucił i zaklinał na słowa Jezusa: Przebaczcie, a będzie wam przebaczono. 

Zatwardziałość serca w chrześcijańskim kapłanie groźne miało dlań pociągnąć za sobą skutki. Kiedy bowiem r. 260 wybuchnęło prześladowanie chrześcijan za cesarzów Waleryana i Galiena, pojmano i Saprycyusza. Przyznał się otwarcie do wiary Jezusa i kapłaństwa godności, a rozciągnięty na torturach nie ustawał w męstwie, wołając do sędziego: Ciało moje w twej mocy, ale nie możesz rozkazywać mojej duszy; tylko Chrystus Pan jest jej mistrzem. Opór Saprycyusza spowodował wyrok sądowy, skazujący na śmierć kapłana chrześcijańskiego. 

W drodze na miejsce stracenia napotkał jeszcze raz Nicefora, który umyślnie przybiegł, aby otrzymać przebaczenie. Nic nie zdołało wzruszyć Saprycyusza; pomimo to błagał Nicefor coraz przenikliwiej, nie opuszczając skazańca ani na chwilę; nie uzyskał przebaczenia. Ale brak miłości tak jaskrawy ciężką spowodował inną jeszcze winę. W ostatniej bowiem chwili Saprycyusz zaparł się Chrystusa i oświadczył gotowość składania ofiar pogańskich. 

Wtedy Nicefor wszelkich użył sił, aby odwieść Saprycyusza od zamierzonego odstępstwa; znowu nadaremno. Chcąc niejako Bogu krzywdę wyrządzoną naprawić, Nicefor w gorącości swej duszy głośno przyznał się do wiary Jezusowej, głośno potępiał cześć bożków pogańskich. Skazany na śmierć, chętnie złożył głowę pod miecz kata, otrzymując miasto Saprycyusza nieszczęsnego z wieńcem chwały męczeńskiej nagrody wieczne za wiarę, pokorę, miłość bliźniego. 

 

Inni święci z dnia 9. lutego:

 

w. Aleksander, męczennik. - Bł. Katarzyna Emmerich, zakonnica. - Św. Ansbert, biskup w Rouen. - Św. Feliks, biskup w Braga. - Św. Maryan, opat. - Św. Sabin, biskup w Kanosa. - Św. Wiktor, męczennik i jego siostra Zuzanna, dziewica i męczenniczka. 

 

 

Dnia 10. lutego

 

Święta Scholastyka, dziewica. (480-543)

 

Bliźniętami byli święta Scholastyka i święty Benedykt z wybitnej rodziny Oktawianów i Anicyuszów; ojcem ich Anicyusz Eutropiusz, a matką Abundancya, pani ziemi Nurskiej. Po rychłej śmierci matki ojciec pobożny zajął się wychowaniem ukochanych dzieci, wprowadzając je od najpierwszej młodości w tajniki cnotliwego życia chrześcijańskiego. Rychło też Benedykt usunął się od świata na puszczę, a za nim śladem św. Tekli i św. Ifigenii poszła św. Scholastyka, szukając szczęścia już ziemskiego w zgromadzeniach zakonnych. Żyjąc modlitwami, pracą ręczną, a zachowując niewinność nieskalaną doszła do wysokiego stopnia bogobojności. 

Kiedy św. Benedykt opuścił pustelnię Subiako i przeniósł się do Kasyno, pospieszyła i św. Scholastyka do swego brata, zakładając około 5 mil od męskiego klasztoru żeński klasztor w Plombariola. Naczelne kierownictwo wszystkich wszakże klasztorów, a więc i żeńskich, spoczywało w rękach pierwszego założyciela życia klasztornego na zachodzie, a więc w rękach św. Benedykta. Klasztor św. Scholastyki zgromadzał już wtenczas córy najszlachetniejszych rodem i krwią rodzin; wszystkie ćwiczyły się w czystości, ubóstwie, posłuszeństwie, a nadto sama Scholastyka dawała przykład najwznioślejszej pokory. 

Stosunek siostry do brata czysto duchowe przybrał znamiona. Spotykali się tylko raz na rok w chatce, oddalonej tak od męskiego jak i żeńskiego klasztoru, spędzali czas spotkania tylko na pobożnych rozmowach o szczęśliwości mianowicie niebieskiej oraz o konieczności, życiem zakonnem jak najwięcej dusz dla Boga wyłącznie zjednać. Panował więc między rodzeństwem taki stosunek duchowy jak pomiędzy św. Bazylim a Makryną lub pomiędzy Grzegorzem z Nazyanzu i Gorgonią. 

Długie lata rozwijały się siostrzane zgromadzenia szczęśliwie i spokojnie. Święta Scholastyka nie ustawała w przykładach cnoty, modlitwy, postu i w zachowaniu najdrobniejszych przepisów porządku klasztornego. Przedewszystkiem podnosiła znaczenie odosobnienia dla życia cnotliwego, bo często mawiała, że zacisze jest aniołem strożem prawdziwej pobożności. 

Przeszło 60 już lat spędziła św. Scholastyka na gorliwej służbie Bożej, kiedy z natchnienia Bożego zdawała się przewidywać bliski koniec chwalebnego swego życia. Był to czas rzadkiego owego spotkania się z bratem. Udała się więc do oznaczonej chaty i pozostała z nim przez cały dzień, poświęcając czas wszystek na duchowne rozmowy. Wieczór się już zbliżył, rodzeństwo miało się znowu rozłączyć, kiedy św. Scholasyka niespodziewanie odezwała się do brata: Pozostań jeszcze tutaj przez noc całą, abyśmy nacieszyć się wspólnie migli rozważaniem chwały wiekuistej. Zaskoczywszy prośbą, odmówił św. Benedykt siostrze, bo nie chciał przekraczać przepisów zakonnych, które zabraniały spędzać noc poza klasztorem. Zasmuciła się św. Scholastyka bezwzględną odmową brata, złożyła ręce na stole, a pochyliwszy na nie głowę, wśród gorących łez prosiła Boga w niebiesiech o wysłuchaniu ostatnie już w tym życiu wobec brata prośby. Ledwie skończyła modlitwę, a pogodne dotąd niebo nagle się zachmurzyło, spadł deszcz ulewny; grzmoty i pioruny świadczyły o gwałtowności nagłej nawałnicy. Poznał św.Benedykt, że modlitwą Scholastyki burza została wywołaną, króra mu nie pozwalała wrócić do klasztoru. Kiedy stąd łagodny zrobił zarzut siostrze, odpowiedziała: Prosiłam ciebie o łaskę, a tyś mi jej odmówił; uciekłam się do Pana, a Pan mnie wysłuchał. 

Spędziło więc rodzeństwo z woli Bożej noc całą na czuwaniu, na rozmowach pobożnych; treścią ich było głównie rozmyślanie o niebieskiej chwale Bożej jako szczęściu i wiecznej nagrodzie dla człowieka. Rozłączyło się rodzeństwo nad ranem - a żegnało się po raz ostatni, bo trzy dni później Scholastyka przeniosła się do upragnionej tak gorąco wiecznej szczęśliwości. Spędzał Benedykt czas swój właśnie na rozmyślaniu; podnosząc oczy swoje ujrzał duszę swej bogobojnej siostry w postaci gołębicy unoszącą się ku niebu. Dziękował Bogu za łaskę, uwiadomił braci zakonnych o śmierci swej siostry, a ciało jej kazał złożyć w grobie, jeki sam dla siebie był przygotował. Umarła Scholastyka w 63 roku życia 543. 

 

Nauka

 

W wszystkich troskach i cierpieniach życia św. Scholastyka zwracała zwzrok swój na Jezusa ukrzyżowanego i z krzyża czerpała pociechę. Uczyła się tym sposobem cierpliwości. Jedno pobożne spojrzenie na Jezusa ukrzyżowanego, mawiała, w jednej chwili niweczy wszystkie trudności, a gorycz zamienia w słodycz. Naśladujmy św. Scholastykę w miłości ku Jezusowi, rozmawiajmy często o Bogu, a poznamy błahość i nicość świeckich rozmów; miłujmy milczenie i odosobnienie, kiedy to są środki pobożności i skupienia duchowego. 

Żyła św. Scholastyka niezwykłą skromnością; skromność ta i naszym obowiązkiem; objawiać się musi nietylko w usposobieniu, ale nawet w szatach, które ciało nasze mają osłaniać, a nie powinny być środkiem rozrzutności, a tem mniej zmysłowej nieskromności. 

Zaznała św. Scholastyka słodyczy wewnętrznego pokoju dusz wybranych, bo dla świata obumarłych. Gdyby ludzie wiedzieli, mówiła, jak słodkim i łaskawym jest Bóg dla tych, co Go z całego serca miłują, wszyscyby się do Niego nawrócili. Kto niebiosa kocha, niczego na tym świecie kochać nie może, jeno przez Boga i dla Boga. Wedle woli więc Bożej osądzaj wartość tego świata, abyś nie zginął w jego ponętach. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Wilhelm, pustelnik. (1157.)

 

Nieznani są rodzice i nieznane jest miejsce urodzenia św.Wilhelma. Pochodził z Francyi, z wysokiego rodu, poświęcił się stanowi rycerskiemu. Rozwiozłości swej młodzieńczej położył koniec, kidy przejęty usłyszaną nauką przypominał sobie całą okropność grzechów, w jakich dotąd przebywał. Dla tem serdeczniejszej pokuty nałożył sobie ślub pielgrzymki do grobów św.Piotra i św. Pawła w Rzymie. Nie zaspokojony żalem i łzami i pokutami sobie nadanemi prosił w pokorze ówczesnego papieża Eugeniusza III., aby mu wyznaczył osobną jeszcze pokutę, by tem pewniej odcierpieć kary doczesne, kiedy kary wieczne mu się odpuściły sakramentem pokuty św.. 

Z woli więc papieża udał się w pielgrzymce do ziemi świętej r. 1145, przebył tam 8 lat na rozmyślaniu świętych tajemnic Odkupienia. Wróciwszy do Europy, osiadł jako pustelnik nasamprzód pod miastem Pisa, a potem pod miastem Siena. Mieszkał w dzikim, odludnym ustroniu; miejsce to miało stąd nazwę Malavalle t.j. dzikie ustronie; stąd też Wilhelm nosi przydomek Malewal. 

Kiedy zbudował sobie pustelnią, przybyli do niego uczniowie Albert i Renald, aby sobie pod jego kierownictwem zabezpieczyć zbawienie duszy. Z opowiadania Alberta wiemy, że Wilhelm nigdy o sobie inaczej nie mówił jak o najgorszym z ludzi i najzatwardzialszym grzeszniku, który sobie kary wieczne zasłużył, gdyby miłosierdzie Boże nad nim się nie litowało. Dlatego to prowadził tak umartwione życie; dręczył swe ciało, sypiał na gołej ziemi, żywił się chlebem tylko i wodą, a nawet i tego pożywienia sobie nieraz odmawiał, aby zwalczać wszelkie poruszenia zmysłowości. Czas swój spędzał na modlitwie, rozmyślaniu i pracy ręcznej. Nigdy nie pozostawał bez zajęcia, a samo pouczanie uczniów łączył z osobistym zajęciem pracy. Bóg wynagrodził cnoty Wilhelma darem cudów i proroctwa. Opatrzony sakramentami św. wyzionął ducha swego Wilhelm na rękach ulubionego swego ucznia Alberta r. 1157. 

Osobę tego Wilhelma pustelnika odróżnać należy od osoby Wilhelma, założyciela pustelniczego zgromadzenia w królestwie Neapolitańskim; jego pamiątkę Kościół święci dnia 25. czerwca. Tym więcej rozróżniać należy naszego świętego od Wilhelma, księcia Akwitanii, późniejszego pustelnika, którego pamiątka się obchodzi dnia 28. maja; tak samo różni się od Wilhelma, księcia Guienne, zmarłego w pokucie r. 1137 podczas pielgrzymki podjętej do Compostella. 

Zawiązek życia pustelniczego, jaki stworzył Wilhelm Malewal, był podstawą do rozwoju ściśle określonego życia zakonnego. Po złożeniu ciała zmarłego mistrza do grobu, uczniowie nie opuścili miejsca dotychczasowego; a grono ich się powiększało nowymi przybyszami. Nad grobem Wilhelma pobudowano kościołek i pustelnię klasztorną. W niej się rozwinął zakon Wilhelmitów; surowe przepisy swoje zamienili później z woli papieża Grzegorza IX. na regułę św. Benedykta. W dalszym ciągu złączyła się część Wilhelmitów z pustelnikami św. Augustyna; jedna część pozostała wierną dawnej regule św. Benedykta. W 18. wieku zakon ten przestał istnieć. 

 

Inni święci z dnia 10. lutego:

 

Św. Austreberta, dziewica i zakonnica. - Św. Klara z Rimini, wdowa i pokutnica. - Św. Paschazy, opat. - Św. Peregryn, wyznawca. - Św. Sylwan, biskup. - Św. Soteris, dziewica i męczennica. 

 

Dnia 11. lutego

 

Siedmiu założycieli Zakonu Sług Maryi (XIII wiek)

 

Było to w wieku trzynastym, kiedy Włochy podbijane przez cesarza Fryderyka popadły w zupełne rozprzężenie religijne, społeczne i polityczne. Opatrzność Boża natchnęła wszakże cały zastęp pobożnych mężów, aby poświęcili się rozbudzeniu życia religijnego przez cześć Maryi. Pomiędzy nimi wymieniają siedmiu wybitnych mężów miasta Florencyi, złączonych z sobą najgorętszą miłością Boga i bliźniego. Imiona ich i nazwiska: Bonfilius Monaldi, Jan Bonagiunta, Benedykt dell'Antella, Bartłomiej degli Amidei, Hugon, Gerard di Sostegno, Aleksy Falkonieri. Postanowili zbierać się na nabożeństwach ku chwale Najśw. Maryi Panny. Stąd też zgromadzenie ich nosiło początkowo nazwę ˝chwalców˝. Wola niebios szlachetne ich zamiary i cele na inną miała skierować drogę. Otóż w dzień Wniebowzięcia Matki Bożej r. 1243 widzenie samej Najśw. Dziewicy pouczyło ich, że mają zupełnie usunąć się od świata i wyłącznie Jezusowi się poświęcić i Maryi. Cudownem było nietylko samo widzenie, ale i sposób widzenia, bo każdy z siedmiu mężów miał je osobno, jakoby było dla niego tylko przeznaczone. Kiedy zaś wspólnie się porozumieli, tem silniej byli przeświadczeni, że wyraźna wola Boża im się objawiła, że też więc wszelkich dołożyć trzeba starań, aby ją sumiennie wypełnić. 

Rozdali swe zasoby pomiędzy ubogich, a z pozwoleniem biskupa florenckiego udali się w dzień Narodzenia Matki Bożej do Camarzia, a później na wzgórze Senario 4 godziny od Florencyi, aby nowe rozpocząć życie, które do innych obowiązków cnoty i pobożności dołączało jeszcze szczególniejszą cześć Maryi. Niezwykłym sposobem dostali nazwę, która w dosadni sposób określała ich zadanie. Kiedy bowiem przybyli do Florencyi po jałmużnę, lud licznie zgromadzony w uniesieniu nad poświęceniem się szlachetnych młodzieńców wołał, że są prawdziwymi sługami Maryi. Stąd też powstała nazwa Serwitów czyli Sług Maryi. 

Pobożność i ciekawość ściągała niejednego do zacisza bogobojnych młodzieńców; wielu też pragnęło przyłączyć się do ich służby Maryi. Unikając rozproszenia, przenieśli się na górę Senario, gdzie żyli wodą i korzonkami, a mieszkali w pieczarach górskich. Tutaj też dokonała się wielka zmiana w ich dotychczasowym sposobie życia. W Wielki Piątek bowiem, kiedy przebywali na rozmyślaniu gorzkiej Męki Jezusowej i boleści Matki Boskiej pod krzyżem, ukazała im się Najśw. Marya Panna pouczając, aby utworzyli zgromadzenie zakonne. Jako suknią, a zarazem jako wyraz i obraz cierpień Maryi, przyjąć mieli suknię czarną; pozatem zachowywać postanowili regułę św.Augustyna. 

Myśl nowego zgromadzenia zakonnego na cześć osobliwszą Maryi znalazła szczere poparcie u biskupa Florencyi, Ardingho Trotti z rodziny Faraboschi; jemu też zawdzięczają Serwici założenie klasztoru swego w Florencyi pod wezwaniem Zwiastowania Najśw. Maryi Panny, klasztor ten jest matczynym niejako klasztorem dla wszystkich osad Sług Maryi. Roku 1243 powstały klasztory w Siena i Pistoja, w r. 1244 w Arezzo. Potwierdzenie wszakże papieskie nowego zgromadzenia napotykało na pewne trudności. Zdołał je usunąć do pewnego stopnia Piotr z zakonu kaznodziejskiego, kiedy był przekonany, że założenie nowego zakonu wprost przypisywać należy woli Bożej. Papież Inocenty IV, wydał r. 1244 i r. 1252 rozporządzenia, które połączyły rozrzucone po Włoszech osady w jedną całość. Aleksander zaś IV. r. 1255 potwierdził niejako formalnie jeszcze raz zakon Serwitów. 

Zbożną swą pracą Serwici ogarniali wiernych każdego stanu, mianowicie z całym zapałem poświęcali się nawracaniu grzeszników. Działali nietylko we Włoszech, ale i w Francyi, Niemczech, Polsce. Założycieli złączonych miłością w wspólnym złożono grobie i wspólną otoczono czcią. Cześć tę potwierdzili Klemens IX. i Benedykt XIII, a na mocy cudów stwierdzonych zaliczył Leon XIII, siedmiu młodzieńców - pierwszych śług Maryi - w poczet świętych. 

Dodać należy, że zakon Serwitów kilka liczy gałęzi. Roku 1411 rozdzielili się Serwici na dwie odnogi, na konwentuałów i obserwantów. Przyczynił się do rozdziału Antoni z Siena, a jego reformę uznał papież Eugeniusz IV. Inną odnogą są Serwici bosi, a powołał je do życia Bernardyn z Ricciolini z pozwoleniem Klemensa VIII. 

Początek do drugiego żeńskiego zakonu Sług Maryi dał Filip Benicyusz, piąty jenerał zakonu, który takiego był poważania, że po śmierci Klemensa IV. r. 1268 tylko ucieczką się ustrzegł przed wyborem na papieża. Krótko przed swoją śmiercią pozyskał dwie pokutnice dla Boga, Helenę i Florą, które w pierwszej żeńskiej osadzie klasztornej pod Todi życia dokończyły. Trzeci zakon Serwitów dla świeckich jako tercyarzy przypisują zwykle św. Joannie de Falconieri, która suknię zakonną przyjęła r. 1284 z rąk Filipa Benicyusza. 

 

Nauka

 

Nadzwyczajnych potrzeba łask do życia zakonnego. Nie każdemu ich Bóg udziela, a tem mniej wystarczy proste postanowienie. Wszyscy jednak tworzymy wielki zakon Chrystusowy w Kościele katolickim; w nim podobne, co w klasztorach, pełnić musimy obowiązki. I czystość jest naszym zadaniem przez wystrzeganie się grzechów tajemnych, przez poskromienie wyobraźni i myśli. I ubóstwo jest naszym zadaniem, przynajmniej ubóstwo duchowe, które zdoła uznać nicość dóbr ziemskich wobec nigdy nie ginącej wartości dóbr wiecznych. Dostatek niema być celem naszego życia, ale środkiem do coraz liczniejszych zasług przez dobre uczynki. I posłuszeństwo naszym zadaniem, kiedy winniśmy je tak Bogu jak władzy kościelnej i władzy świeckiej, tak rodzicom jak innym przełożonym. Stąd też gorliwie wypełniać mamy wszelkie przykazania czy to Boże czy też kościelne, wszelkie rozkazy i prawa władzy świeckiej, rodziców i innych przełożonych, skoro się nie sprzeciwiają obowiązkom sumienia wyższym wobec Boga i Kościoła. 

Pełniąc gorącą wiarą obowiązki zakonu Chrystusowego nie potrzebujemy się obawiać, że celu naszego nie osiągniemy wiecznego. A zewnętrznym dowodem niejako tej pewności wiecznego zbawienia jest zdaniem mistrzów duchowych zamiłowanie do służby Maryi. Służba ta przy życiu prawdziwie cnotliwem polega na nabożeństwach różnorodnych na cześć Matki Bożej, na uszanowaniu skaplerza, na chętnym odmawianiu różańca. Strzeż się przecież, abyś nie ograniczył się tylko na zewnętrznej służbie Maryi przez udział w chwale Maryi modlitwami; jeśli Jej cnót naśladować nie będziesz, i przyczyna Maryi nie wybawi ciebie od niebezpieczeństwa wiecznego potępienia. 

 

Inni święci z dnia 11. lutego:

 

Św. Adolf, biskup z Osnabruku. - Św. Dezidery, biskup i męczennik z Vienne. - Św. Gaydyn, biskup i męczennik z Soissons. - Św. Jan de Britto, Jezuita. - Św. Łazarz, biskup z Medyolanu. - Św. Łucyusz, biskup i męczennik. - Błog. Piotr Paschalis. - Św. Seweryn, opat. - Św. Saturnin, męczennik. - Św. Teodora, cesarzowa. 

 

Dnia 12. lutego

 

Święta Eulalia, dziewica (Około r. 300)

 

Święta Eulalia urodziła się w hiszpańskim mieście Barcelonie z znakomitych krwią i cnotą rodziców. Kiedy liczyła 14 lat wieku, przybył do Barcelony okrutny Dacyan z rozkazem cesarza Dyoklecyana (284-305), za każdą cenę wytępić religią chrześcijańską. Grożące wiernym Chrystusa niebezpieczeństwo natchnęło dorastającą Eulalię gorącym pragnieniem, aby niewinność swą ślubem Bogu ofiarowaną uzacnić przelewem krwi za wiarę Chrystusową. Nie mogła ani odczekać chwili, w której krwi żądny sędzia zawezwie ją przed siebie; z własnego popędu pod natchnieniem Bożym pobiegła do Dacyana, aby wyznać wiarę w Jezusa, a zarazem potępić niemoc pogaństwa, zganić okrucieństwa, jakiemi poganie walczyli przeciw zwolennikom jedynie prawdziwej wiary. Nie pojmował Dacyan zrazu doniosłości słów Eulalii; dopiero pojął je, kiedy śmiało a dobitnie na zapytanie, ktoby była, zawołała: Jam chrześcijanką, służebnicą Jezusa Chrystusa, króla królów. Podobne, jak sądził, bluźnierstwo wobec religii pogan wystarczało Dacyanowi do rozkazu, by natychmiast odważną dziewicę obnażyć i ciało jej do krwi bić prętami. Wśród katowania nie ustawała św. Eulalia w gorących modłach do Boga, a czując siłę nadziemską w sobie, wołała do siepaczów: Bijcie, jak długo wam się podoba; Bóg jest ze mną, Bóg mnie wzmacnia. 

W rozjuszeniu swem Dacyan Eulalię rozkazał kłaść na tortury, szarpać jej ciało grzebieniskami, przypalać je ogniem, wrzącym ołowiem ją zlewać, rany octem nacierać, w końcu oczy wypalić. Wszyscy obecni przerazili się tak bezludzkiem okrucieństwem nad słabą dziewicą. Eulalia zachowała wszakże zupełny spokój duszy powtarzając: Jam chrześcijanką; jako chrześcijanka cierpię z miłości ku swemu Oblubieńcowi niebieskiemu Jezusowi Chrystusowi. Jezus siły mi dodaje, a ja mu pozostanę wierną. Wznosząc zaś oczy ku niebu w żarliwej modlitwie dzięki czyniła słowami: Mój Jezusie umiłowany, dziękuję Ci z całej duszy za wszystkie cierpienie, jakie mi znosić pozwalasz; czem więcej krwawi się w mękach i dręczy się w bólach moje ciało, tem goręcej Ciebie miłuję. Nie zadowolił się krwawem okrucieństwem Dacyan; przydał jeszcze pohańbienie, kiedy w krwi swej tonącą Eulalię kazał włoczyć na pośmiewisko poganom po całem mieście, a nakoniec przybić na krzyż. Jeszcze na krzyżu nie ustawała w wyznawaniu swej wiary i zapewnianiu swej miłości do Jezusa. Kiedy wydała ostatnie tchnienie, dusza jej w postaci gołębicy uniosła się do niebios. Było to około r. 300. 

 

Nauka

 

Św. Eulalia otwarcie wyznaje swą radość, że zalicza się do wyznawców Chrystusowych, że jest chrześcijanką; pozostaje wierną Zbawicielowi, a wierność tę okupuje krwią i życiem. Prawdziwy chrześcijanin dążyć musi do naśladowania Jezusa, jeśli nie drogą męki krwawej jak św. Eulalia, to przynajmniej drogą prawdziwej cnoty. Aby być rzeczywistym uczniem Zbawiciela, konieczną jest rzeczą, zaprzeć siebie jako zaparł się mistrz Boży; konieczną jest rzeczą, zapanować siłą łaski nad swemi namiętnościami, a zachowaniem nauki Jezusa prowadzić życie nadprzyrodzone. 

Napróżno nazywamy się chrześcijanami, mówi św. Leon Wielki, jeśli nie jesteśmy naśladowcami Chrystusa. Chrześcijanie, pisze św.Bernard, imię swe odebrali od Chrystusa. Potrzeba wszakże, aby naśladowali Tego w świętości, którego imię dziedziczą. 

Rozważaj często, zachęca św. Bonawentura, tajemnice Zbawiciela na ziemi! Patrz, jaki był pokorny pomiędzy ludźmi mu nienawistnymi, jak dobrotliwym pomiędzy uczniami, jak wstrzemięźliwym, jak miłosiernym. Nikim nie pogardzał, nikim się nie brzydził, ani nawet trędowatymi. Nikomu nie schlebiał, ani bogatym ani możnym. Był cierpliwym w pohańbieniu, łagodnym w swych naukach i odpowiedziach, jaśniał we wszystkiem skromnością. Przyglądaj się temu przykładowi Zbawiciela, abyś sam siebie zachęcał do stałego naśladowania Jezusa. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Benedykt z Aniani, opat. (Roku 750-821.)

 

Jako syn hrabiego Aigulfa urodził się Benedykt w Laguedoc r. 750. Dla dostojnego swego pochodzenia przebywał przez pewien czas na dworze królewskim Pipina i Karóla Wielkiego, obsypywany dowodami łaski monarszej i bogactwami. Światło łaski Bożej wszakże sprawiło, że w 20. roku życia wyłącznie poświęcił się obowiązkom doskonałości chrześcijańskiej; pozostając jeszcze na dworze królewskim, prowadził życie umartwienia i pokuty. Śmierć brata w nurtach rzeki Tesynu pod Pawią jako i własne przy tej sposobności niebezpieczeństwo życia zupełnie go oderwały od świata. Zachęcony nadto przez pustelnika Widmara, którego o radę prosił, udał się do opactwa St. Seine, pięć godzin od Dijon, gdzie przyjął suknię zakonną. Tutaj przez dwa lata rozwinął cały zasób środków celem utwierdzenia cnoty: dręczył ciało biczowaniem, głodem, pragnieniem, ograniczonym odpoczynkiem w nocy; hartował duszę pokorą, niskiemi posługami, znoszeniem pogardy, poniżenia i obrazy. Nie zadowolony obowiązkami reguły św.Benedykta uzupełnił je zasadami św. Pachomiusza i Bazylego. Bóg w zamian za poświęcenie udzielił Benedyktowi i łaskę łez i łaskę przenikliwości, która mu prawie nieomylnie pozwalała stwierdzać objawy woli Bożej. 

Kiedy zakonnicy w podziwie cnót wybrali go na opata, uchylił się od godności, bo wiedział, że wprowadzając ostrzejszą regułę naraziłby się na opór niezgodny z karnością zakonną; opuścił nawet klasztor r. 780 i udał się do dóbr swych w Languedoc, gdzie zbudował sobie nad rzeką Anian przy kaplicy św. Saturnina małą pustelnię. Sam żył w ubóstwie z jałmużny i przcy własnych rąk; podobnież i jego uczniowie; wszyscy też porówno zupełnem żyli umartwieniem. Coraz większa liczba uczniów zmusiła Benedykta do postawienia obszerniejszych budynków klasztornych. Oprócz zarządu swego własnego zgromadzenia, objął zarząd klasztorów w Prowence, Languedoc i Gascogne, wprowadzając wszędzie obostrzenie reguły, krępując zbytnie swobody, usuwając wszelkie naleciałości zewnętrzne. 

Wzorowość rządów klasztornych prowadzonych przez Benedykta słynęła po całej Francyi. Posłał też najlepszych swych uczniów dla klasztoru, jaki zbudował r. 804 Wilhelm, książe Akwitanii. Król Ludwik Pobożny obciążył Benedykta dozorem wszystkich opactw w całym królestwie, aby wszędzie ścisłość znowu zapanowała reguły. Powołał go do swego boku, przeznaczając mu klasztor Marmontier w Alzacyi - ponieważ sam zaś przebywał zwykle w Akwizgranie, zbudował dla Benedykta dwie godziny od swej siedziby królewskiej nowy klasztor św. Kornelego papieża. 

Zasiadał też Benedykt na soborach w sprawach Kościoła. Wystąpił przeciw Feliksowi z Urgel, który przeczył boskości Jezusa Chrystusa; napisał przeciw niemu cztery rozprawy, a czynny brał udział w synodzie w Frankfurcie r. 794, gdzie potępiono błędy Feliksa. Przewodniczył r. 817 Benedykt zjazdowi opatów, który sobie za cel wziął, karność klasztorną do pierwotnego przywrócić stanu. Tego samego roku wpływ swój uwydatnił na soborze w Akwizgranie, gdzie chodziło o karność kościelną pomiędzy mnichami i świeckiemi kapłanami. Przepisy przez Benedykta Aniani ułożone dołączyły się do reguły św. Benedykta patryarchy, bo czem ten był dla Włoszech, tem był nasz święty dla Francyi i Niemiec. 

Wyczerpany na siłach pracą i umartwieniem, popadł św.Benedykt w ostatnich latach w ciężkie choroby. Bóg go przyjął do wiecznej chwały w 71. roku życia 821. 

 

Inni święci z dnia 12. lutego:

 

Św. Antoni, biskup. - Św. Damian, żołnierz i męczennik. - Św. Gaudenty, biskup z Werony. - Św. Melecy, biskup z Antyochii. - Św. Modest i Julian, męczennicy. 

 

Dnia 13. lutego

 

Święta Katarzyna Ricci, dziewica zakonnica. (1522-1589.)

 

Z ojca Piotra Ricci i matki Katarzyny Bonza urodziło sie r. 1522 w Florencyi dziecię, które otrzymało na chrzcie św. imię Aleksandryny. Pomimo wysokiego rodu i pomimo sposobności do rozrywek mała Aleksandryna stroniła od zabaw swych rówieśniczek, bo jedyną już wtenczas radością były modlitwy i dobre uczynki. Po utracie matki ojciec oddał ją na wychowanie do klasztoru Monticelli, gdzie siostra jej ojca Ludwika była zakonnicą. Tutaj zaznała wychowanka młoda całej słodyczy duchownego życia. Wróciwszy do domu ojca, zachowywała nadal zasady życia wewnętrznego, jakie sobie przyswoiła w zakonie. Powoli dojrzała w niej myśl, zupełnie się usunąć ze świata w zacisze klasztorne. Ojciec widząc plany swe zniweczone przez zamierzone wydanie Aleksandryny za mąż, uległ prośbom córki; w 14. roku życia wstąpiła więc do klasztoru Dominikanek w Prato, gdzie stryj jej Tymoteusz był spowiednikiem; przyjmując welon zakonny Aleksandryna zamieniła swe imię dotychczasowe na imię Katarzyny. 

Życie zakonne nowicyuszki było anielskie przez miłość do Boga, czystość i zaparcie się zupełne. Spełniała więc najniższe posługi w klasztorze z całą ochoczością. Wkrótce została przełożoną nowicyuszek, a w 25. roku życia objęła z woli przełożonych zarząd klasztoru, który dzierzyła aż do śmierci. Nie tak słowami jak przykładami prowadziła swe współsiostry zakonne do coraz wyższej doskonałości, bo jaśniała każdą cnotą. Dla niej samej był znowu wzorem cnót Jezus ukrzyżowany. Tajemnice życia, cierpienia i śmierć Chrystusa były przedmiotem ciągłego jej rozważania. 

Bóg obdarzył Katarzynę za takie życie doskonałości niezwykłą łaską. Od 22. roku bowiem wieku w każdy czwartek wieczorem po rozmyślaniu męki Jezusowej wpadała w uniesienie i pozostawała w niem aż do następnego wieczora. W tych godzinach nietylko pojmowała dokładnie dzieje męki, ale nadto odczuwała częściowo te bóle, jakie Zbawiciel musiał znosić. Przy tem Bóg wystawiał jej pokorę na ciężkie próby przez przewlekłe choroby. Otuchą w takim stanie wycieńczenia była dla niej częsta Komunia św., a nieraz się zdarzało, że po posileniu się Ciałem i Krwią Pana Jezusa jasność ją otaczała, a nawet w powietrze się unosiła. 

Cierpienia swego ciała Katarzyna pomnażała wszelkiemi umartwieniami; biczowała się, dręczyła się czuwaniem, postami, odmawiając sobie nieraz całemi dniami pożywienia; ograniczała się przy zaspokojeniu głodu i pragnienia na chleb i wodę, a przy potrzebie snu na trzy godziny spoczynku. 

Do łask zachwyceń, uzdrowień, proroctwa dołączyły się z woli Bożej wyższe i wznioślejsze łaski. Najświętsza Marya Panna jej się objawiła i złożyła Dzieciątko Boże na jej ręce do uścisku. Zbawiciel sam piętna swych ran wycisnął na jej rękach, stopach i boku, na głowę włożył jej cierniową koronę. W innym objawieniu zstąpił Zbawiciel do Katarzyny z krzyża, przed którym się modliła. Szczytem zaś duchowego tego z Bogiem obcowania było widzenie, w którym Zbawiciel włożył na palec Katarzyny pierścień na znak duchowych zaślubin czystej dziewicy z niebieskim Oblubieńcem. 

Pomimo tego potoku łask i przywilejów nie wynosiła się Katarzyna nad swe siostry zakonne. Chociaż starała się przeszkodzić, rozgłos o łaskach jej i cudach rozchodził się wszędzie. Przybywali ze wszystkich stron ludzie każdego stanu do świętej zakonnicy, aby za jej prośbą od Boga szczególniejsze jakie uzyskać łaski. Przeszkadzały Katarzynie te rozproszenia w skupieniu ducha; dlatego błagała Stwórcę, aby łaski jej udzielane jeśli już nie ograniczył, to przynajmniej ukrył przed oczyma świata. Bóg wysłuchał prośby, a nawet dopuścił, że niektórzy posądzali ją o udawanie i w pośmiewiskach ją wyszydzali. 

Gorycze te niezasłużone znosiła Katarzyna cierpliwie; osłodą dla niej były wymiany listów z św. Filipem Nereuszem, przebywającym wówczas w Rzymie. Świadectwem samego św. Filipa zdarzyło się nawet, że celem omówienia pewnej ważnej sprawy miał szczęście ujrzeć Katarzynę w Rzymie w nadprzyrodzonym widzeniu. 

Zapowiedzią bliskiej śmierci Katarzyny była bolesna choroba. Po przyjęciu sakramentów św. dziewica pogrążyła się w rozmyślaniu męki Jezusowej. Trzymając ciągle w rękach wizerunek Ukrzyżowanego, głośno objawiała pragnienie śmierci z Zbawicielem na krzyżu, a rozkładając ręce z imieniem Jezus na ustach wydała ostatnie tchnienie w dzień Matki Boskiej Gromnicznej r. 1589. 

Święta Marya Magdalena de Pazzis, żyjąca w Florencyi, widziała w objawieniu, jak św. Katarzyna otoczona zastępami aniołów unosiła się z ziemi do niebieskiego Jeruzalem. Liczne cuda po śmierci Katarzyny skłoniły Klemensa XII., że ogłosił ją za błogosławioną, a Benedykt XIV., że ją r. 1746 zaliczył w poczet świętych. 

 

Nauka

 

Pamięć na niewymowne męki i cierpienia Jezusa uczyła Katarzynę znosić z pokorną radością wszystkie dolegliwości życia. Nie naszym wprawdzie obowiązkiem, prosić Boga o cierpienia i utrudzenia, ale naszym obowiązkiem, wszystko znosić z poddaniem się, co tylko Bóg na nas zesłać zechce. Przedewszystkiem chorobę i śmierć przyjmować mamy jako wyraz woli Bożej i na chwile te ciągle się gotować. Ale niestety wielu nie myśli o śmierci, póki śmierć im nie zajrzy w oczy; wtenczas sięgają po wizerunek Zbawiciela, o którym przez całe zapomnieli życie. 

Ileż przedmiotów bez wartości w życiu szanujemy i cenimy! Natomiast wizerunek Ukrzyżowanego jak często jest w poniewierce! Albo go niema w domu może albo pozostaje gdzieś na uboczu zapylony i zakurzony. Przecież ozdobą każdego domu katolickiego musi być krzyż, a krzyżyk chociażby niepozorny zdobić powinien piersi każdego katolika jako rycerza Chrystusowego. 

Pisze św. Paweł (I.Kor.9.27): Karzę ciało moje i w niewolę podbijam, bym śnać innym przepowiadając, sam się nie stał odrzuconym. Słowa te i św. Katarzyna w życiu swem jako zasadę przeprowadzała. Napomnienie św. Pawła i wzór św.Katarzyny przestrzegają ciebie, abyś nie hołdował wygodom, a ciału nie przysparzał namiętności i żądzy. Nie możesz się spodziewać wiecznej nagrody, jeśli nie będziesz żył wstrzemięźliwością, postów nie zachowasz, jeśli szukasz zakazanych rozrywek, oddajesz się cielesnym grzechom, jeśli wszystkie te grzechy może już przeszły w nałóg zakorzeniony! Nie wiem, powiada św. Augustyn, jak możemy żądać udziału w szczęśliwości wspólnie z świętymi, jeśli ich nie chcemy naśladować ani w drobniejszych sprawach. 

 

Inni święci z dnia 13. lutego:

 

Św. Agab, prorok, uczeń Pana Jezusa. - Św. Benignus, kapłan i męczennik. - Św. Kastor, kapłan. - Św. Licyniusz, biskup z Augers. - Św. Martynian, pustelnik. - Św. Grzegorz II., papież. - Św. Stefan, opat. 

 

Dnia 14. lutego

 

Święty Walenty, biskup i męczennik. (Na początku III wieku.)

 

Urodzony w Rzymie z dostojnych rodziców został św. Walenty na prośby ludu wyświęcony przez biskupa Felicyana z Foligno na biskupa w Terni we Włoszech około r. 203. Odznaczał się miłosierdziem dla ubogich, a Bóg udzielił mu łaski cudownych uzdrowień. Zawezwany do Rzymu przez filozofa Kratona, udał się chętnie do wiecznego miasta, bo żywił nadzieję, że działalnością swą przyczyni się do pomnożenia chwały Bożej. Miał Kraton syna, którego ciało przez chorobę strasznie było zeszpecone i poskręcane. Błagał Walentego, aby zechciał go uzdrowić, kiedy tyle innych już cudów był dokonał. Święty biskup oświadczył, że warunkiem cudu jest wiara Chrystusa, że cudu dopełni, skoro Kraton i cały dom jego przyjmie prawdziwą wiarę Jezusa. Filozof przyrzekł, przyjąć chrzest św., skoro przekona się o rzeczywistości cudu. Wtedy zamknął się Walenty z chorym w komnacie i przepędził na modlitwie dzień aż do późna w nocy. Podczas modlitwy biskupa syn Kratona zupełnie odzyskał zdrowie. Uradowany ojciec zawołał całą rodzinę i wszystkich domowników, aby nauką Walentego przygotować się do przejścia na religią Jezusa. Wszyscy zostali niedługo potem ochrzceni, a do nich dołączyli się uczniowie Kratona imieniem Proculus, Efebus, Apoloniusz, nadto jeszcze Abundiusz. 

Na wiadomość o nawróceniu wybitnych Rzymian z pogaństwa na chrześcijaństwo senat rzymski kazał Walentego wtrącić do więzienia. Kiedy zaś Walenty zamiast słabnąć kaźnią, coraz więcej się utwierdzał w wierze, a przykładem swym umacniał i tych, których nie dawno był pozyskał dla Boga, został skazany przez namiestnika Placyda na śmierć przez ścięcie. Nim głowę położył pod miecz kata, dziękował Walenty Bogu za udzielone mu łaski, także i za łaskę męczeńskiej śmierci, a szczególnej opece Boga polecał tych, co po śmierci wzywać mieli jego przyczyny w chorobach kurczowych. Bóg spełnił prośbę swego wybrańca, bo często wysłuchuje tych, co błagają Boga za wstawiennictwem św.Walentego o zupełne uzdrowienie lub o złagodzenie dolegliwości ciała. 

 

Nauka

 

Nie zaraz uzdrowił św. Walenty syna Kratona, ale po dłuższej, nieustannej modlitwie. Bóg udziela często zaraz tego, o co Go prosimy; ale nieraz spełnia nasze prośby dopiero po dłuższych, a wytrwałych błaganiach. Bo tylko modlitwa pełna skruchy o przebaczenie grzechów, o łaskę pokuty zaraz bywa wysłuchaną. Modlitwy zaś o dobra doczesne wytrwałością swą muszą wprzódy niejako Boga przekonać, że przez pokorę a żywą wiarę godni jesteśmy łaski, o którą prosimy. Nie odbierajmy zaś tego, o co prosimy, jeśli szkodzić miałoby zbawieniu duszy naszej. Bóg ci udzieli tego, o co prosisz, mówi św. Augustyn, skoro będzie dla ciebie pożytecznem. Jeśli nie będzie pożytecznem, udzieli ci tego, co wyjdzie na twoją korzyść. 

Nigdy więc nie szemraj na Boga, jeśli zaraz nie spełni twej prośby, ani nie ustawaj w modlitwie, bo właśnie wytrwałością Boga nakłonisz do późniejszego może wysłuchania swych błagań. Słusznie znowu mówi św. Augustyn: Czy odbierzemy od Boga to, o co prosimy, czy też nie odbierzemy, trwać musimy na modlitwie i nietylko Bogu dzięki czynić za to, cośmy od Niego odebrali, ale i za to, czegośmy nie odebrali. Sami bowiem nie możemy dobrze wiedzieć, co dla nas jest lub może być korzystnem. Bóg zaś wszystko najlepiej poznaje i przenika; stąd i dobrodziejstwem Bożem jest odmówienie prośby o coś, coby nam było przeszkodą na drodze do zbawienia. 

Kraton filozof chętnie poddał swój rozum pod prawdy Chrystusowe i chętnie starał je sobie przyswoić oraz pogłębić. A z tobą jak się ma sprawa? Czy dążysz do jak najlepszego zrozumienia tajemnic swej wiary? Może wolisz słuchać mów bezecnych niż kazania, czytać zdrożne książki niż książki duchowe? Może wolisz rozprawiać o zajęciach światowych, o sukniach, namiętnościach, błędach bliźniego, niż myśleć o Bogu i rzeczach Bożych? To nie są drogi prowadzące do prawdziwego i zupełnego poznania Boga. By do tego dojść celu, potrzeba i nauk i kazań i książek uczciwych, potrzeba wszakże i modlitwy na wewnętrzne oświecenie i łaski uświęcenia. Bierz przykład z życia św.Walentego, który Kratona uczonego doprowadził do prawdy Bożej, bo zdołał mu wpoić konieczność nadziemskiej nauki. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Walenty, kapłan i męczennik. (Roku 269.)

 

Żył św. Walenty w Rzymie za panowania cesarza Klaudyusza II. Przez wszystkich, nawet przez pogan, był wysoko szanowany dla swej przyjacielskiej przystępczości, dla swej nauki i cnoty. Zwrócił przez to uwagę na siebie samego cesarza, który go wezwał i zapytał: Czemuż nie chcesz być moim przyjacielem, kiedy przyjaźń ci swoją ofiaruję? Wyrównałbyś przepaść pomiędzy nami, gdybyś zechciał uznać bogów moich! Na to odpowiedział Walenty: Gdybyś, cesarzu, poznał Boga, którego uwielbiam, czułbyś się w służbie Jego niewymownie szczęśliwy. On jest tym, który ci dał życie, abyś mógł osiągnąć wieczną szczęśliwość. Jeden z obecnych dworzan, uderzony niezrozumiałą dlań chwilowo odpowiedzią Walentego, nowe stawił pytanie: Cóż sądzisz o bogach naszych, o Jowiszu i Merkurym? Uważam ich, rzekł zapytany, za ludzi kiedyś bezbożnych i złych, jak stwierdzają ich życia dzieje dotąd opowiadane; stąd nie są też godni nazwy bogów. 

Klaudyusza zastanowiły słowa Walentego i zadumał się nad nimi; obecny wszakże Kalpurniusz zawołał: Bluźni Walenty, śmierci jest winien. Tymczasem na prośbę świętego, cesarz pozwolił mu mówić dalej; korzystając z pozwolenia tak jasno i dobitnie przedstawił oskarżony nicość bogów pogańskich, a prawdziwość jedynego Boga, że Klaudyusz rzekł do otoczenia: Człowiek ten, którego potępiacie, zdaje się mieć własność; nie mogę przynajmniej uznać jego nauki jako fałszywej. 

Z obawy, aby cesarz nie przechylił się do religii Chrystusowej, zaczął Kalpurniusz najrozmaitsze przeciw Walentemu podnosić zarzuty. Jest czarnoksiężnikiem, wołał, jest bluźniercą naszych bogów; śmiercią zginąć musi natychmiast, bo inaczej gotów poruszyć i uwieść lud wszystek. Przestraszony cesarz oddał Walentego w moc Kalpurniusza, aby sąd nad nim odbył. Zlecił go sędziemu Asteryuszowi. Idąc do niego, św. Walenty prosił Boga głośno, aby udzielił rodzinie i czeladzi Asteryusza prawdziwego światła wiary, któreby rozpędziło ciemność ducha i wywiodło wszystkich z pogaństwa. Asteriusz, który podchlebstwami starał sobie zjednać wyznawcę Chrystusowego, podchwycił słowa modlitwy i zawołał: Jeśli twój Bóg oświeca każdego człowieka, niechaj przywróci światło wzroku mej córce, ślepotą dotkniętej, a chętnie uwierzę i chwalić będę Tego, którego ty chwalisz. Wtedy Walenty wzywając imienia Jezus dokonał cudu, bo córkę Asteryusza w jednej uzdrowił chwili. Wobec tego naocznego dowodu wszechmocy Bożej i prawdziwości wiary Jezusowej nie ociągał się Asteryusz z wyrzeczeniem się pogańskich błędów, z całą rodziną i ze wszystkimi domownikami - razem 46 osób - przyjął sakrament chrztu św. po odpowiedniem przygotowaniu. Cesarz dowiedziawszy się o cudzie, zdumiał nad potęgą Boga, którego Walenty wyznawał; możeby go nawet był uwolnił od wszelkich oskarzeń, gdyby nie stała na przeszkodzie zaciekłość wpływowego Kalpurniusza. Ten to w zatwiardziałości serca kazał nasamprzód pojmać Asteryusza oraz jego rodzinę i życie im odebrać w mieście Ostia; Walentego zaś bić kijami, a nakoniec głowę mu ściąć. Działo się to około r. 269. Większa część szczątków św.Walentego znajduje się w kościele rzymskim św. Praksedy. 

 

Inni święci z dnia 14. lutego:

 

Św. Antoni, opat. - Św. Konrad, uczeń św. Bernarda. - Św. Maron, opat. - Św. Abraham, biskup z Mezopotamii. - Św. Auksencyusz, pustelnik. - Św. Witalis, kapłan i męczennik. - Św. Felikula, dziewica i męczenniczka. - Św. Zenon, męczennik. 

 

Dnia 15. lutego

 

Święci bracia Faustyn i Jowita męczennicy. (Około r. 123)

 

Faustyn i Jowita, bracia zacnego rodu w Brescia, mieście włoskim, węzły krwi opromienili gorącą wiarą i serdeczną miłością do Pana naszego Jezusa Chrystusa. Jako pochodnie jaśnieli pomiędzy poganami, bo drogę prawdy zbawiennej wszystkim wskazywali, nie bacząc na swe własne stąd niebezpieczeństwo. Dla ich chęci i wielkoduszności w rozszerzaniu wiary biskup Apoloniusz wyświęcił starszego Faustyna na kapłana, młodszego zaś Jowitę na dyakona, poruczając im troskę o dusze swej owczarni, kiedy dla ciężkiego prześladowania musiał uchodzić. Nowe godności duchowe rozbudziły tem silniej gorliwość braci; nietylko w Brescia, ale i w okolicy wielu w wierze utwierdzili, innych dla wiary pozyskali. Stąd też za poduszczeniem złego ducha dostojnik rzymski Italikus skargę wytoczył na braci przed sądem samego cesarza Hadryana, a wynikiem skargi było rozporządzenie, polecające Italikowi wystąpić tak przeciw Faustynowi i Jowicie jak przeciw religii chrześcijańskiej. 

Zażądał więc Italikus od braci spełnienia woli cesarskiej przez złożenie ofiar bożkom. Odpowiedzieli, że wiary na rozkaz cesarza ani się wypierać ani jej potępiać nie mogą i nie chcą. Ponieważ cesarz sam zapowiedział swoje przybycie do Bresci, dlatego zaczekano z ostatecznem wyrokiem na Faustyna i Jowitę. Hadryan, bacząc na ich wysoki ród, obawiał się wpływu, jaki bracia na innych mieszkańców miasta mogliby wywierać. Chciał ich zatem pozyskać obietnicami i namowami. Nie ustąpili, a wprost nawet oświadczyli, że dla darów cesarskich Boga prawdziwego nie chcą rozgniewać, a tem mniej się zapierać. Pod groźbą kar zamierzał cesarz ich stałość złamać, kiedy im w świątyni pogańskiej kazał uczcić słońce przedstawione jako wielki krąg z złocistymi promieniami. Bóg przecież stałość braci potwierdził niezwykłym cudem, bo ledwie się pomodlili, a złociste słońce zczerniało, a nawet przy dotknięciu rozpadło się w pył. 

Żadnego wrażenia cud nie zrobił ne cesarzu; wydał bowiem wyrok, aby na igrzyskach rzucić ciała braci dzikim zwierzętom na pożarcie. W ostatniej chwili zawezwał ich cesarz, aby ofiarowali bogom - bracia odpowiedzieli przecząco. Wypuszczono cztery lwy z zagród - a lwy, zamiast się rzucić na wyznawców Chrystusowych, przyczołgały się do ich stóp i tam spokojnie się ułożyły. Wypuszczono lamparty i niedźwiedzie, ale i te dzikości żadnej wobec świętych braci nie pokazały; natomiast na śmierć pogryzły służbę pogan, która je szczuła na Faustyna i Jowitę. Zagryzły nawet samego Italika oraz kapłana bożka Saturna, którzy zstąpili na miejsce igrzysk, aby braci jeszcze raz napomnieć do oddania czci pogańskim bogom. Zdumieli poganie; wielu z nich uwierzyło w Chrystusa; pomiędzy nimi Afra, żona Italika oraz wysoki urzędnik cesarski Kalocerus. Cesarz sam zadziwił się; rzekł więc: Jeśli Bóg wasz prawdziwy, wynijdźcie swobodnie z gromady otaczających was zwierząt. Więcej Bóg jeszcze uczyni, zawołali bracia, bo dzikie te zwierzęta wyjdą stąd i opuszczą miasto, nie wyrządzając nikomu najmniejszej szkody. Stało się, jak powiedzieli, ale cesarz pozostał w swej zaciętości; kazał więc wrzucić braci napowrót do więzienia, a na drugi dzień w rozpalone ognisko, które przecież nie naruszyło ciał Faustyna i Jowity. Kazał ich głodem morzyć, zupełnie od świata odłączyć. Nic nie wzruszyło wytrwałości braci - przeciwnie ich przykład pobudził wielu Rzymian, a także i Kalocerusa, że kazali się coprędzej ochrzcić przez odszukanego w okolicy biskupa Apoloniusza, gotowi na wszystko dla wiary Chrystusowej. Cesarz na niewiernych, jak mówił, Rzymian wydał wyrok śmierci, Kalocerusa osadził w więzieniu. 

Nowe przesłuchy i nowe męki rozpoczęły się dla braci i dla Kalocerusa w Medyolanie, dotąd ich za sobą cesarz przywieść kazał. Bez żadnej dla męczenników szkody lali siepacze ołów wrzący na ich usta; bez żadnej szkody żelazem rozpalonym ciała ich przypiekano. Skarżącemu się na bóle Kalocerusowi aniół z niebios przyniósł ochłodę. Bez szkody w płomieniach ognia przygotowanego przebywali i bez szkody wyszli właśnie wtenczas, kiedy wszyscy uważali ich już za spalonych. Takie dziwy poruszyły lud pogański; wielu chwaliło moc Boga chrześcijańskiego; wielu się nawróciło. 

Zaciekłość pogan i tym razem nie ochłonęła. Cesarz rozkazał w Medyolanie ściąć Kalocerusa, a świętych braci sprowadzić do Rzymu, dokąd właśnie zamyślał wyruszyć. Tutaj doznali Faustyn i Jowita otuchy i pociechy ze strony chrześcijan, mianowicie też od papieża Ewarysta; natomiast ze strony pogan nadal znosić musieli męki i katusze. Zawiedziono ich dalej jeszcze do Neapolu, ale i tutaj nic nie działały męki ani nie złamały ich wytrwałości; przeciwnie nauczaniem, wymową, przykładem niejednego jeszcze dla Jezusa zyskali ucznia. Nakoniec odesłani do Brescii, rodzinnego swego miasta, śmierć męczeńską ponieśli przez ścięcie na rozkaz Aureliana starosty. 

 

Nauka

 

Przypatrz się, mówi św. Efrem, sławnemu zwycięstwu męczenników; patrz okiem wiary swej na wiarę żołnierzy niebieskich i na miłość ich ku Panu Bogu nieugaszoną. Żadna moc najgrożniejszych mąk nie zdołała osłabić ich serca, ani śmierć sama ugasić odważnej miłości. Bici znosili z weselem rany jako rozkosz, bo cieszyli się, że byli godni cierpieć dla imienia Jezusa. 

Jak was wysławiać żołnierze Chrystusowi? Jak was nazywać błogosławieni mężowie? Zdumiewała się mowa krasomówców, ustawała mądrość filozofów, patrząc na cudowne cierpienia wasze. Sędziom i siepaczom słów zabrakło, gdy widzieli waszą wytrwałość i radość w cierpieniach ... nie ujrzeli twarzy zasmuconej u ofiar swoich, nie usłyszeli jęku... katusze były dla wyznawców Chrystusa odpoczynkiem, a siepacze nie męki im zadawali, ale czynili najlepsze przez męki zadawane posługi dla niebios i Boga. 

Czem się wymówimy na dniu sądnym, kiedy nie narażeni na prześladowanie, ani na okrucieństwa, ani na męki, zaniedbujemy obowiązku miłości Bożej, nie troszczymy się o zbawienie, pogrążeni w ospałości duchowej i w ponętach zmysłowego świata? Męczennicy za miłość Chrystusa znosić musieli udręczenia, katowania, a jednak miłowali Boga z całego serca; nic ich od tej miłości nie oderwało ani groźby, ani bojaźń kary, ani śmierć krwawa. My zaś żyjemy w spokoju, w dostatkach, przyjemnościach - a jednak nie chcemy miłować łaskawego tak bardzo dla nas Pana. 

Cóż więc odpowiemy, cóż uczynimy w dniu ostatecznym sądu Bożego? Męczennicy staną w bliskości majestatu Bożego i z ufnością wielką nagrody wiecznej ukażą blizny ran swoich, poniesionych w mękach dla Jezusa; jasnemi promieniami świecić będą jako dowody zasług dla niebios. A my na cóż wskażemy? Jakie cnoty przedłożymy? Daj Boże, abyśmy tam ukazać mogli miłość ku Bogu, wiarę niezwyciężoną, wzgardę marności światowych, spokojne i ciche serce, jałmużny i litosne miłosierdzie dla ubogich, łagodność wobec bliżniego, czyste modlitwy, zbawienną skruchę, żal za grzechy. Błogosławiony i szczęśliwy, za kim pójdą tam takie uczynki, bo kto je mieć będzie, zostanie w światłości męczenników, jakie w chwale wiekuistej Jezus zgotował dla tych, co dla Niego żyją i umierają. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Sygfryd, biskup szwedzki. (Około r.1002.)

 

Po działalności św. Ansgara około roku 830 Szwedzi znowu wrócili do swych dawnych przesądów, zabobonów, do pogaństwa. Zmiana dopiero na lepsze się zapowiadała, kiedy król Olaw, przejęty wyższością nauki Chrystusowej, znowu ją w państwie swem chciał przywrócić do dawniejszego znaczenia i wpływu. Zwrócił się więc do króla Anglii Mildreda, aby przysłał do Szwecyi misyonarzy chrześcijańskich. Na zgromadzeniu biskupów i kapłanów sprawę tą omawiano gorąco, ale pomimo kilkudniowych wywodów mało znalazło się tak gorliwych pomiędzy nimi, coby odważyli się iść z niebezpieczeństwem życia do krajów szwedzkich. Wtedy ofiarował się dobrowolnie Sygfryd z Yorku, wyniesiony z dyakona na biskupią godność. Po trudnej przeprawie przez morza przybył do kraju przyszłego swego poświęcenia w towarzystwie kilku krewnych, pomiędzy którymi znajdował się św. Eschyl. Jako stolicę biskupią upatrzył sobie Weksyon. Stąd począł szerzyć naukę Chrystusową - a Bóg go wspierał swą łaską i cudami. Powiadają, że kiedy po przybyciu do Szwecyi spełniał ofiarę Mszy św., ukazało się podczas Podniesienia w Hostyi Przenajświętszej Dziecię Boże. To też owoce działalności przy takiej pomocy niebios musiały być nader obfite. Niestety wtenczas właśnie, kiedy Sygfryd na miejscach poza stolicą swą przebywał, doszła go wieść, że poganie trzech jego krewnych, imieniem Sunaman, Unaman i Wiaman zamordowali w Weksyonie. Król Olaf w obawie o życie Sygfryda i innych jego towarzyszów chciał śmiercią ukarać zabójców; na gorące prosby wszakże biskupa odstąpił od swego zamiaru i skazał ich na karę wysoką pieniężną, jak to wówczas było w zwyczaju. Miały pieniądze przypadnąć w udziale samemu Sygfrydowi - ale pomimo potrzeb i pomimo ubóstwa ich przyjąć nie chciał, kiedy krew bliskich krewnych je splamiła. Miał za to szczególniejszej Sygfryd doznać pociechy. Wracając bowiem do Weksyonu, ujrzał nad jeziorem, gdzie ucięte głowy męczenników zatopiono, trzy światła; w ślad za tem spostrzegł trzy głowy swych krewnych; z jednej zdawał się słyszeć słowa: Bóg niechaj ukarze, z drugiej: Bóg rzeczywiście ukarze, z trzeciej: Ukarze na dzieciach dzieci. Podobno rodziny morderców w najdalsze pokolenia ścigane były nieszczęściami jako naocznym dowodem kary Bożej. Sam Sygfryd niedługo potem wśród pracy dla chwały Chrystusa świątobliwe zakończył życie około r. 1002. Pochowany w Weksyonie. Szwecya uznała go swym patronem. 

 

Inni święci z dnia 15. lutego:

 

Św. Agapa, dziewica i męczenniczka. - Św. Kraton, męczennik. - Św. Faustyna, dziewica i męczenniczka. - Św. Saturnin, męczennik. - Św. Sewer, kapłan. - Św. Teofil z Adana, wyznawca. - Św. Walafryd, opat. 

 

Dnia 16. lutego

 

Święta Juliana, dziewica i męczenniczka. (Około r. 290.)

 

Za czasów cesarza Maksymiana z pogańskich rodziców uradziła się w Nikomedyi Juliana. Bóg sprawił, że dziewczę już w najmłodszych swych latach poznało wiarę Chrystusową i ją uznało; stało się to bez żadnej przyczyny a nawet bez wiedzy bałwochwalczych dotąd jeszcze rodziców. Trudności niemałe dla Juliany powstały, kiedy za mąż wychodzić miała, a przytem wiary swej zdradzić ani zupełnej czystości postradać nie chciała. Oświadczyła więc, by uzyskać jakąś zwłokę, że nie wyjdzie za przeznaczonego jej młodzieńca, Ewilazyusza, póki stosownie do jej rodu przynajmniej nie osiągnie urzędu starosty. Przeciw wszelkim przypuszczeniom wkrótce młodzieniec godność tę uzyskał, a domagał się od Juliany dopełnienia danego warunkowo przyrzeczenia. Widząc wszelkie drogi wyjścia zamknięte, dziewica oświadczyła, że wyjdzie za mąż tylko za takiego, który tej samej co ona jest wiary, a więc wiary Chrystusowej, a nie bogów pogańskich. 

Nie spodziewał się ojciec, imieniem Eleuzys, po córce swej Julianie takiej stanowczości, a zarazem i tak otwartego przeniewierstwa wobec pogaństwa. Groził więc jej batożeniem, lecz Juliana śmiało o krzywdzie swej mówiła, gdyby ślubując mężowi posłuszeństwo, ani sercem, ani myślą z nim zupełnie łączyć się nie mogła; gdyby dalej przyjaźń i miłość stwierdzać miała dla tego, który nie wiedziałby, co to miłość jej Boga i Pana odwiecznego; w końcu dodała, że nie pojmuje, jak ojciec jej może się kłaniać głuchym i niemym bogom. Rozgniewany Eleuzys zamknął Julię w ciemnicy, kazał ją nawet oćwiczyć batami, a nie mogąc sobie dać rady z upartą, jak myślał, córką, oddał ją w ręce starosty, przeznaczonego na męża. Ten gotów był przebaczyć Julianie dotychczasowy opór, przebaczyć jej nawet bluźnierstwa przeciw bogom, gdyby zechciała zostać jego małżonką. Uroda Juliany, jej duszy przymioty tak bowiem wielkie na staroście robiły wrażenie, że w związku z nią widział swe najwyższe na ziemi szczęście. Warunkiem małżeństwa, mówiła znowu Juliana, jest przyjęcie wiary Chrystusowej, chociażby z niełaską i gniewem cesarza, bo mniejszą powinna być obawa przed panem ziemskim, który umiera, niż przed Panem niebieskim, który jest wieczny. 

Skłonność starosty do Juliany wobec takich wedle niego niemożliwych warunków zamieniła się w szał wściekłości; wydał rozkaz katowania przez silne a długie bicie rózgami i powrozami; wydał rozkaz nowych mąk przez targanie włosów i powieszenie Juliany za włosy na kilka godzin; ciężarem ciała skóra twarzy tak się wyprężyła, że zasłoniła oczy bohatyrce chrześcijańskiej. Nadaremnie wzywał ją starosta, aby uczciła ofiarami boginie Dyanę, nadaremnie odwoływał się do swej miłości, gotowej wszystko przebaczyć a krzywdy i cierpienia wynagrodzić stokrotnie. Niewzruszoną była Juliana. Nawet przypalanie ciała ogniem z ust jej wydobywało tylko serdecznej modlitwy słowa dziękujące Bogu za udzielone łaski. Wreszcie kazał starosta ją poranioną wrzucić do kaźni, zapowiadając nowe i gorsze jeszcze męki. 

W więzieniu modliła się Juliana do Boga, bo od Niego jedynie chociażby cudownej spodziewała się pomocy, kiedy wszyscy, a nawet i rodzice, ją opuścili. Stan ten zbolałej duszy chciał wyzyskać zły duch, kiedy w postaci świetlanego anioła pojawił się przed Julianą, mówiąc, że Bóg dla przetrzymanych już cierpień i dla niemocy ciała karać jej nie będzie, gdyby miała nawet wrócić do pogaństwa. Zatrwożyła się Juliana taką radą - zwróciła się w gorących błaganiach do Boga, aby oświecił jej umysł i wskazał jasno drogą, jaką ma nadal kroczyć. Bóg wysłuchał jej prośb, bo głos wewnętrzny ją pouczył, że owym tajemniczym doradzcą nie jest aniół z niebios posłany, ale szatan z czeluści piekielnych. Uczuła nadto w sobie siłę, aby powrozami i więzami, któremi sama była skrępowana, związać tego, który dawał jej takie rady, sprzeciwiające się prawdziwej miłości Boga. Cudownie więc z niej opadłemi więzami skrępowała podobno szatana, przymusiła go do wyznania niecnych zamiarów, jakiemi chciał Julianę doprowadzić do upadku w wierze; wymierzyła mu też podobno karę, którą wśród jęków poniósł, wołając, że przez niezwyciężone dziewictwo i przez najskuteczniejszą modlitwę męczenników sam popadł w niespodziewaną matnię. 

Więcej jeszcze Bóg zdziałał, kiedy bowiem na rozkaz starosty wyprowadzono Julianę z więzienia, przedstawiła się w takiej urodzie i w takiem zdrowiu, jakoby nigdy nic nie cierpiała. Zdumienie starosty było tym większe, że władzę miała nad nieznaną osobą, którą mieniła być postacią czarta. A jednak nie ustąpił w swej zaciekłości, bo z jego rozkazu wrzucono Julianę w wielki ogień, który męczennica łzami swemi miała wedle podania zagasić, a cudem tym zjednać dla Jezusa kilkuset przypatrujących się pogan. Nie spaliła jej też smoła wrząca, aż nakoniec starosta widząc wszelkie zabiegi zniweczone, wydał na Julianę wyrok śmierci przez ścięcie. Jak przedtem z weselem ponosiła katusze, tak teraz z niebiańską radością oddała głowę pod miecz kata w 18. roku swego czystego i niepokalanego życia około r. 290. 

 

Nauka

 

Przykład Juliany przestrzega przed zawieraniem małżeństw mięszanych. Wolała święta męki i cierpienia znosić niż popełnić coś, co Bogu się nie podoba, wolała oprzeć się małżeństwu, niż w mężu przy wspólnem a nierozdzielnem pożyciu widzieć stale nieprzyjaciela swego Boga i swej wiary prawdziwej. 

Kościół też nie chce takich małżeństw dla niebezpieczeństwa, na jakie się naraża dusza dziecka Jezusowego. Ciągłe pożycie bowiem z osobą innej wiary wpłynąć może ujemnie na zasady prawdziwego katolika. Namowy, pochlebstwa, uległość, groźby, niesnaski, wszystko to może spowodować, jeśli nie odrazu, to powoli skażenie i utratę katolickiego przekonania. W ciągłej być obawie i niepewności przed tym, któryby truciznę przed tobą stawiał, chociażbyś o niej wiedział; podobną trucizną dla duszy jest ciągłe obcowanie z człowiekiem innej wiary, jego wpływ i wspólne z nim pożycie; stąd też obowiązkiem naszym unikanie takiego niebezpieczeństwa, które odwodzić nas może łatwo od zbawienia, a przyprawić nas może o wieczne potępienie. 

Małżeństwa mięszane i dlatego są mniej pochwały godne, że potomstwo w takich związkach życia zrodzone ledwie dobrze może być wychowane. Bogobojność bowiem jest pierwszą podstawą dobrego wychowania dzieci; o prawdziwej bogobojności trudno zaś mówić, jeśli rodzice różnią się pomiędzy sobą w przekonaniach swej wiary. 

Kto więc bez dobrego namysłu i bez bardzo ważnych powodów zawiera małżeństwo mięszane, nie pytając się ani o zasady Kościoła katolickiego, ten grzeszy; grzeszy tem cięższym występkiem, kiedy ślub zawiera nie przed kapłanem katolickim, lecz na urzędzie tylko świeckim lub przed duchownymi niekatolickiemi. Na takie postępowanie Kościół szczególniejsze wyznaczył kary. 

Kto zaś z ważnych powodów ma zawrzeć małżeństwo mięszane, musi uczynić to przed kapłanem katolickim, przyrzec, że dzieci będą wychowane po katolicku, że też starać się będzie, aby żonę lub męża dla katolickiego pozyskać Kościoła. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Onezym, uczeń św. Pawła, biskup Efezu, męczennik. (Około r.100.)

 

Niewolnikiem Filemona, mieszkańca miasta Koloseńczyków, był Onezym, poganin. Jak Filemona podczas działalności swej w Małej Azyi zjednał św. Paweł dla Jezusa, tak miał później zjednać Onezyma. Niewolnik ten bowiem dawał swemu panu nieraz powód do niezadowolenia; pragnął swobody, uciekł w końcu z domu Filemona, a zabierając podobno nawet niektóre rzeczy nie swoje, przybył do Rzymu prawdopodobnie po to, aby się starać o uwolnienie. 

Bóg pokierował pobyt Onezyma w Rzymie w ten sposób, że poznał św. Pawła, który właśnie wtenczas w stolicy państwa był przez dwa lata więziony. Wynurzył się zbiegły niewolnik ze swemi troskami przed apostołem, a owocem szczerego wyznania i napomnień oraz nauk św. Pawła był krok, który rozstrzygać miał w dalszych losach Onezyma. Przedewszystkiem uwierzył w boską naukę Jezusa, a wiarę swą stwierdził przyjęciem chrztu św.. Przejęty zasadami chrześcijańskimi nie opierał się wrócić z listem polecającym do dawnego pana swego. Jest to list do Filemona, jaki znajduje się w zbiorze ksiąg Nowego Testamentu, uznanych przez Kościół katolicki jako od Boga natchnione. W liście tym tak przejmująco mówi apostół do dawniejszego ucznia o nowym swym uczniu, tak wstawia się za Onezymem, a nawet winy jego każe sobie samemu przypisać, że niewątpliwie serdeczny stosunek musiał się był wywiązać pomiędzy niewolnikiem z miasta Koloseńczyków a świętym apostołem narodów. Używał go widocznie św. Paweł do pracy apostolskiej, a wiemy, że Onezym razem z Tychykiem byli wysłańcami apostoła z listem do całej gminy chrześcijańskiej Koloseńczyków. 

Niema powodu do przeczenia dalszych wiadomości, że chrześcijańskie poczucie Filemona oraz przyczyna św. Pawła wyjednały Onezymowi nietylko przebaczenie winy, ale nadto oswobodzenie upragnione ze stanu niewolniczego. Są też dość wiarogodne wieści, że Filemon odesłał z powrotem Onezyma do Rzymu, aby był pomocą dalszą św. Pawłowi w pracy apostolskiej, mianowicie w czasach więzienia, które swobodę działalności z istoty rzeczy musiało krępować. 

Mówią też źródła wiarogodne, że Onezym wyświęcony został na dyakona, a później nawet na biskupa. Zdaje się, że na ów czas przypada działalność Onezyma w Hiszpanii. Wiadomo, że św. Paweł miał przebywać w Hiszpanii; może praca apostoła w ścisłym zostaje związku z pracą ucznia. W szczególe opowiadają, że do podróży Onezyma w tak dalekie stosunkowo strony przyczynić się miała pobożna Polyksena. Uwieziona z Hiszpanii do Włoszech, poznała św. Pawła i przyjęła pod wpływem jego nauki sakrament chrztu św.. Żyjąc pragnieniem jak największej chwały Bożej na ziemi, postanowiła otworzyć krynicę żywej wiary i swym współziomkom. Z wiedzą oczywiście św. Pawła ruszył w obce strony także Onezym, a celem ich podróży był dom Ksantypy, żony Probusa, siostry samej Polykseny. Towarzyszyła im jeszcze chrześcijanka imieniem Rebeka. Podróż morska najeżona była niebezpieczeństwami wskutek gwałtownych burz. Tem słodsze było żniwo, jakie nieustraszeni wyznawcy Chrystusowi zbierali w krajach Hiszpanii. 

Po powrocie do Rzymu, wysłał św. Paweł Onezyma jako biskupa do Małej Azyi, zlecając mu troskę o miasto Efezus. Tutaj był biskupem przez św.Pawła ustanowionym św. Tymoteusz. Rządy swe zakończył Tymoteusz męczeńską śmiercią poniesioną za czasów cesarza Nerwy, prawdopodobnie r. 97. Przebywał zaś w Efezie wtenczas św. Jan Ewangelista, umiłowany uczeń Jezusa. Ten też po śmierci Tymoteusza objął stolicę biskupią, a właśnie Onezym służył mu pomocą swoją, jak przedtem był pomocą św.Tymoteuszowi. 

Po śmierci św. Jana, ostatniego z apostołów, rządy biskupie w Efezus przeszły na Onezyma. Dowodem na to list do Efezeńczyków św. Ignacego z Antyochii, który z biskupstwa swego ruszyć musiał wyrokiem sądu do Rzymu, aby tam w męczeństwie życia chwalebnie dokończyć. Temu to przyszłemu męczennikowi zabiegali drogę z Antyochii do Rzymu najwybitniejsi chrześcijanie; zabiegł mu drogę w Smyrnie i Onezym biskup Efezu. Pisząc do mieszkańców Efezu wyraźnie św. Ignacy wymienia ich biskupa Onezyma, dając zbawienne nauki o dopełnianiu obowiązków chrześcijańskich. 

Nieznane są bliżej dalsze losy Onezyma; wiemy tylko, że to same prześladowanie, które św. Ignacemu zdobyło wieniec chwały męczeńskiej i dla Onezyma miało być kresem pielgrzymki doczesnej. Przewieziony bowiem z rozkazu władz rzymskich do stolicy państwa, został za wiarę Chrystusową ukamienowany tam, gdzie kiedyś odebrał godność następcy apostołów. W każdym razie rozróżniać trzeba Onezyma z Efezu od innego Onezyma, który z rozkazu prefekta Tertulla w Puteoli został umęczony. Ten to drugi Onezym był nauczycielem i mistrzem św. Alfiusza, Filadelfa i Cyryna braci męczenników, zmarłych w prześladowaniu Decyusza cesarza. 

 

Inni święci z dnia 16. lutego:

 

Św. Aganus, opat. - Św. Faustyn, biskup. - Św. Grzegorz X., papież. - Św. Honestus, kapłan-męczennik. - Czcigodny Ludwig de Ponte, Jezuita. - Św. Filipina Mareri, zakonnica. - Św. Flawyan, pustelnik. - Św. Porfyry, męczennik. - Św. Tygrydyusz, archidyakon. 

 

Dnia 17. lutego

 

Święty Sylwin z Auchy, biskup. (718.)

 

Pochodził Sylwin z bardzo dostojnego rodu ziemi Toulose; życie jego przypada na czasy króla frankońskiego Chylderyka II.; na jego to dworze pierwsze spędził lata swej młodości. Zamierzał nawet wstąpić w związki małżeńskie; już wszystko do uroczystości tej prawie było przygotowane, kiedy natchnienie Boże tak poruszyło umysł i serce młodego dworzanina królewskiego, że postanowił wszystko porzucić, aby w myśl obietnic Chrystusowych za naśladowanie Jezusa przez opuszczenie tego, co uchodzi w oczach świata za najdroższe, stokrotną kiedyś odebrać nagrodę. 

Zdaje się, że w Rzymie, dokąd udał się z pobożności, otrzymał święcenie biskupie bez oznaczenia ściślejszego dyecezyi; był więc biskupem wędrownym, jakich wówczas nieraz święcono, aby pomiędzy niewiernymi głosili wiarę Chrystusową. Przypisują wprawdzie Sylwinowi stolicę biskupią w Toulouse, a raczej w Terouane w Belgii, ale tylko dlatego, że właśnie to ostatnie biskupstwo było widownią niespożytej działalności naszego świętego. 

Głoszą chwałę cnót osobistych św. Sylwina; głoszą jego zasługi przez liczbę dusz pozyskanych dla Jezusa. Dla swych więc przymiotów zażywał u wszystkich prawdziwej miłości, jakoby ojciec ukochany, zażywał szacunku i poważania, jakoby pan sprawiedliwy, a słusznie otaczała go niezwykła w wszystkich sercach powaga, kiedy wszystkich przewyższał dobrymi uczynkami, przed wszystkimi celował pokorą, wszystkich kochał jako braci i synów bez względu nad pochodzenie, stosunki i okoliczności. 

Jaśniał też opieką, jaką roztaczał nad ubogimi i pielgrzymami i podróżnymi; troszczył się o ich potrzeby, wygody, pożywienie, upatrując w każdym z nich samego Zbawiciela; nie żądał za swe usługi żadnego uznania, bo wiedział dobrze, że nie na ziemi, ale w niebiesiech czekała go jedyna, bo prawdziwa i wieczna nagroda. 

Cały też poświęcił się pouczaniu drugich o prawdach wiary; nie wszędzie bowiem chrześcijaństwo było już znane, wspierał zaś swoje nauki łaskami, jakie wypraszał sobie od Boga gorącymi modlitwami. Myśl o Bogu nigdy nie schodziła z umysłu jego, nigdy uczucie miłości Bożej nie uszło ani na chwilkę z serca jego. 

Takie usposobienie było też dla Sylwina bodźcem, że ruszył w daleką pielgrzymkę do ziemi świętej. Nie powstrzymały go trudności, jaka każda podróż w owych nastręczała czasach. Po niejednych mozołach przezwyciężonych gorliwością swoją i pragnieniem ujrzenia miejsc zroszonych krwią samego Boga-Człowieka, Sylwin przybył do Jerozolimy; tonął w radości duszy, kiedy mógł ujrzeć i ucałować miejsce Golgoty, na którym Bóg za człowieka umierał na krzyżu; unosił się weselem serca, kiedy mógł pójść nad brzegi Jordanu i wodą się skrapiać, jaką Jezus uświęcił przyjęciem chrztu Janowego. 

Zdawało się Sylwinowi, że cel swego życia pielgrzymką do ziemi świętej osiągnął; że wszystkiego dopełnił na ziemi, że więc w spokoju przenieść się może do chwały Bożej. Bóg przecież żądał i dalszej od niego działalności; podjął ją też chętnie św. Sylwin. 

Już w dalekiej swej podróży starania miał szczególne o jeńców i niewolników; ich to nawracał z całym poświęceniem. Cudownie uzdrawiał chorych; leczył nasamprzód ich duszę, a potem ich ciało. W stronach pierwotnej swej działalności zbudował dwa przybytki Boże, aby trwałymi nawet po jego śmierci były pomnikami prawdziwej służby Jezusowej. Żył pragnieniem życia pustelniczego, ale kiedy dla słabego zdrowia nie mógł mu się zupełnie oddać, zachowywał przynajmniej zasady pustelników. Żywił się więc jarzynami tylko przez długie lata; ubierał się ubogo, sypiał na kamieniach lub na gołej ziemi, nosił włosiennice i żelazne obroże ściskające ciało. Żył też przgnieniem męczeństwa, którego Bóg mu odmówił. Ale dorównał męczennikom ostrością życia, zaparciem siebie a nadto szczególniejszymi umartwieniami. Aby bowiem być rzeczywistym naśladowcą Jezusa, kamienie dźwigał i niósł do Rzymu, i złożył je tam, by ludzkimi siłami wyrównać niejako srogość krzywdy zadanej Zbawicielowi, kiedy jako Bóg uginać się musiał za człowieka na drodze krzyżowej do Golgoty wzgórza. 

Kiedy zbliżał się dzień śmierci św. Sylwina, a choroba coraz bardziej ciało trawiła i siły wyniszczała, nie zapominał o Mszy św. ani o innych obowiązkach stanu swego. Nie przestawał też powtarzać otoczeniu tej prawdy, że żyć tak powinni, jakoby chwila śmierci, a więc i sądu Bożego tuż już miała nastąpić. Jeszcze jednej miał Bóg udzielić łaski św.Sylwinowi, bo łaski niebiańskiego widzenia. W wieczornych godzinach ostatniego dnia swego życia ujrzał bowiem zastęp aniołów, jakoby przybiegających na jego rozkaz - a wzruszony widzeniem zawołał: Otóż aniołowie Pańscy mnie nawiedzają - w tej chwili skonał w Auchy r. 718. Aniołowie duszę jego do wiecznej zabrali z sobą szczęśliwości. 

Niebiosa się cieszyły duszą św. Sylwina; na ziemi zaś płakali ludzie nad stratą takiego męża. Płakali kapłani i zakonnicy, kiedy składali ciało zmarłego do grobu. I grób ten Bóg uzacnił rozmaitymi cudami. Wielu opętanych u grobu św. Sylwina za przyczyną świętego uwolniło się od przemocy złego ducha; wielu chorych na ciele odzyskało zdrowie; wzrok utracony wielu odzyskało ślepych. 

 

Nauka

 

Życie chrześcijańskie objawia się nietylko w należytem spełnianiu świętych obowiązków, ale także w zewnętrznych nabożeństwach bądź to przepisanych przez Kościół bądź to dobrowolnie podejmowanych. Do tego ostatniego rodzaju należą i pielgrzymki, których przykład znajdujemy właśnie w życiu św. Sylwina. Sam wzór takiego świętego wskazuje na rozsądność i nieraz potrzebę udawania się do miejsc cudami słynących, aby uzyskać coraz więcej łask wśród trudnych często warunków życia. 

Bóg bowiem w niezgłębionych wyrokach Swej Opatrzności przywięzuje pewne łaski do pewnych nabożeństw, rzeczy, znaków lub miejsc i żąda od nas, abyśmy za ich to pomocą łaski pewne zdobywali. Stąd też pochodzi, że i do miejsc rozmaitych, czy to grobów świętych czy też wizerunków łaskami słynnych, udają się pobożni, aby dla siebie lub drugich wyprosić to, co zdaje się być koniecznym. 

Pobożność połączona z takimi nabożeństwami, wiara gorąca w niezawodną pomoc Boga i w niezawodną przyczynę Matki Bożej lub świętego, podnosi wartość i skuteczność zanoszonej do niebios modlitwy; stąd też łatwiej otrzymać spełnienie prośby. 

Nadto wspólne nabożeństwo pielgrzymów ma także szczególniejszą siłę. Jezus wyraźnie bowiem zapowiedział, że tam Sam przebywa, gdzie dwóch lub trzech złączy się w imię Jego. A przecież w imię Jezusa łączą się pielgrzymi, by przez swe uczucia nabożne z wiary, nadziei i miłości Boga uczcić prawdziwie, a dla siebie nagrody uzyskać duchowe. 

Tyle istnieje miejsc cudownych, mianowicie miejsc poświęconych osobliwszej czci Najśw. Maryi Panny. Naszym obowiązkiem, miejsca takie nietylko szanować, ale i w potrzebach tam szukać ulgi u Boga. Pielgrzymki w uczciwych zamiarach podjęte są bowiem nietylko środkiem do otrzymania łask; są nadto jednym z najpiękniejszych objawów prawdziwej pobożności; są jeszcze i tej pobożności chrześcijańskiej bardzo pożądaną dźwignią. 

 

Inni święci z dnia 17. lutego:

 

Św. Aleksy Falkonieri, współzałożyciel zakonu Sług Maryi. - Św. Bonosus, biskup z Trewiru. - Św. Konstabilis, opat. - Św. Donat, Sekundyan, Romulus, męczennicy. - Bł. Ewermund, biskup z Ratzeburgu. - Św.Finan, biskup. - Św. Maryanna, siostra św. Filipa apostoła. - Św. Polychromiusz, biskup. - Św. Roman, biskup. - Św. Teodul, męczennik. 

 

Dnia 18. lutego

 

Święta Konstancya, księżniczka, dziewica. (Około r. 354.)

 

Sławnego cesarza Konstantyna Wielkiego sławniejszą dla swej świętości córa była Konstancya. Urodziła się wprawdzie w pogaństwie, ale cud doznany przywiódł ją do wiary Chrystusowej. Kiedy bowiem trądem obsypane ciało nieznośne jej bóle sprawiało, a żadne środki nie wywoływały ani polepszenia w chorobie, a tem mniej uzdrowienia, zwróciła się Konstancya do przyczyny św.Agnieszki. Udała się więc do jej grobu i tam przy szczątkach świętej dziewicy na kolanach błagała o zmiłowanie nad swym nieszczęsnym stanem. Znużonej modłami jakoby w śnie ukazała się św.Agnieszka i rzekła: Konstancyo, uwierz w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Syna Bożego i Zbawiciela świata, a uwolnisz się od swych cierpień i od trądu. Wracając znowu do przytomności Konstancya na jawie żadnego już bolu nie odczuwała, a trąd żadnego na ciele nie pozostawił śladu. 

Cud ten nakłonił córę cesarską do serdecznych modłów dziękczynnych, ale także do spełnienia tego, do czego wzywała św. Agnieszka. Po dostatecznych więc przygotowaniach Konstancya wraz z liczną służbą przyjęła sakrament chrztu św., poszła nawet dalej, bo pod wpływem Bożych nauk Jezusa postanowiła ślubem wieczną zachować czystość. 

Stałość Konstancyi Opatrzność Boża na twardą jeszcze miała wystawić próbę. Kiedy bowiem Galikanus, naczelny wódz wojsk cesarskich, wspaniały wjazd tryumfalny odbywał w Rzymie po świetnych nad Persami zwycięśtwach, którym całą Syryą odebrał, a cesarz mu do wyboru zostawił zasłużoną nagrodę, zapragnął na dowód szczególniejszego uznania nasamprzód godności konsula rzymskiego, a dalej ręki księżniczki Konstancyi. Cesarz pierwszą prośbę spełnił natychmiast; wypełnienie drugiej prośby uczynił zależne od przyzwolenia Konstancyi, sam wszakże prośbie bynajmniej się nie opierał. Córa cesarska nie chciała odmową zrażać ulubieńca ojca swego; ślub czystości znowu ją krępował wobec Boga; postanowiła więc sprawę przewlekać, ufając Bogu, że pozwoli jej znaleść drogę wyjścia. Oświadczyła, że rękę swą odda Galikanowi, skoro zdobędzie jeszcze dla cesarza kraje Dacyi i Tracyi, a na wyprawę wojenną weźmie za stałych towarzyszy dwóch wiernych jej dworzan Jana i Pawła; natomiast sam Galikan miał oddać pod opiekę Konstancyi dwie swoje córki z pierwszej żony, Atykę i Artemię. Spodziewała się, że albo przez swych zaufanych dworzan albo przez pozyskanie dla Chrystusa córki trafi z pomocą Bożą do samego Galikana i tak wpłynie na jego przekonania, że będzie mogła zadosyć uczynić obowiązkom swym wobec Boga. 

Silna nadzieja w pomoc Bożą nie zawiodła Konstancyi; wkrótce obydwie córki Galikana zostały zaliczone w poczet chrześcijanek tych, które dla Chrystusa dziewictwo swe zachować postanawiały. Także dla Galikana wyprosiła Konstancya światło wiary. Kiedy bowiem na wyprawie swej wojennej wśród bitwy sam dostał się w niebezpieczeństwo życia, a walka zdawała się być przegraną, za radą Jana i Pawła, dworzan księżniczki a stałych swych towarzyszy, zwrócił się z błagalną prośbą do Boga chrześcijan, odzyskał i zwycięstwo i sam uniknął śmierci grożącej. Uwierzył w Chrystusa, ślubował nawet czystość dla Chrystusa, stąd wybawił i Konstancyą od złamania ślubowanej czystości przez pożycie małżeńskie. 

Konstancya odtąd żyła tylko pobożnością i dobrymi uczynkami; oddaliła się od zgiełku dworu cesarskiego, a zamieszkała w domu przy kościele św. Agnieszki, jaki na jej prośby Konstantyn cesarz wystawił; towarzyszkami w samotnem życiu bogobojności były córki Galikana. 

W ślad za córkami poszedł wódz wojsk cesarskich. Złożył Galikan wszystkie swoje godności, bogactwa swe i mienie rozdawał ubogim, a sam poddał się pod duchowe kierownictwo św.Hilarego, kapłana, a później męczennika. Dalej poświęcił się pielęgnowaniu chorych, trosce o ubogich i obcych przybyszów. Nikt pojąć nie mógł, że ten mąż, którego czynami wojennymi ziemia rozbrzmiewała, pomimo rodu swego wysokiego poniżył się do tak pogardliwej w oczach świata służby. Wypędzony z Ostyi, miejsca dotychczasowego swego pobytu, udał się do Aleksandryi. Tutaj dla wiary poniósł śierć męczeńską przez ścięcie, zasądzony przez starostę Raucyana. (Pamiątka w dniu 25. czerwca). Równy los i równe szczęście spotkały Jana i Pawła, dawnych dworzan Konstancyi, bo i tych ścięto wyrokiem cesarza Juliana, a pamięć ich Kościół katolicki obchodzi dnia 26. czerwca. Nakoniec Konstancya po życiu chwalebnem w świątobliwej śmierci przeniosła się do światłości wiekuistej około r. 354. 

 

Nauka

 

Święta Konstancya wdzięczność swoją dla Boga za doznane łaski stwierdziła nawróceniem swem do wiary prawdziwej i wypełnianiem ścisłem jej przepisów. I naszym obowiązkiem wdzięczność wobec Boga za doznawane łaski; mianowicie za łaski tak częste oczyszczenia z trądu grzechów. Poranna i wieczorna modlitwa powinna być ciągłym odbiciem tych uczuć wdzięczności, bo nie ma chwili ani za dnia ani w nocy, w którejbyśmy nie doznawali opieki i łaski Bożej. A usilna wdzięczność coraz więcej nam jedna łask niebiańskich. Wdzięczność wobec Boga, mówi św.Jan Chryzostom, jest największym pożytkiem człowieka, bo przez nią coraz więcej zdobywamy sobie łask. Bóg żąda od nas wdzięczności, nie jakoby potrzebował dla Siebie chwały i dziękczynienia, ale dlatego, aby mógł nam udzielać jeszcze więcej dobrodziejstw niebieskich. 

Życie św. Konstancyi od chwili chrztu św. było wzorem dla każdego chrześcijanina, a dla pogan pobudką do nawrócenia, bo odźwierciedlało nauki Chrystusowe. Jakiem jest nasze życie? Jestże wzorem dla drugich czy też zgorszeniem? Chrzest św. obowiązuje nas do skromności, wstydliwości, pokory, czystości, wstrzemięźliwości, łagodności, do wierności wobec nauki Jezusa i przykładu Zbawiciela, do unikania wszystkiego złego i wszelkiej doń sposobności, mianowicie przez złe towarzystwa. Miłość Boga i bliźniego obowięzuje nas do dobrego dla drugich przykładu, do rozbudzania w nich gorliwości służby Bożej, skoro możemy do tego stanowiskiem swem się przyczynić. Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, mówi Jezus, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiesiech. (Mat.5,16). 

Stosownie do nauki samego Zbawiciela i Piotr św. napomina co dopiero nawróconych wiernych, aby cnotliwe prowadzili życie wśród tych, którzy nie przyjęli jeszcze wiary Chrystusowej. Ale według onego, mówi, który was wezwał, świętego, i wy będziecie świętymi we wszelakim obcowaniu, ponieważ napisano jest: Będziecie świętymi i żem ja jest święty (I. Piotr I. 15. 16.). A na innem miejscu powiada: Najmilejsi, proszę was jako przechodniów i gości, abyście się wstrzymali od pożądliwości cielesnych, które walczą przeciwko duszy, mając obcowanie wasze dobre między poganami, aby w tem, w czem was pomawiają jako złoczyńców z dobrych uczynków przypatrzywszy się wam, chwalili Boga w dzień nawiedzenia (I. Piotr II. 11. 12). 

Jakże zaś pozyskać innowierców, skoro katolicy sami poniżają Kościół, pogardzając kapłanami albo i biskupami, skoro łączą się z niewiernymi w walce przeciw Kościołowi, skoro gazety i pisma czytają, które zwalczają katolicyzm, skoro nie bronią należycie praw swych współbraci w wierze? Gdzież szukać wtenczas przykładu dobrego, przeświadczenia w wierze, wierności i męskiej odwagi? 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Symeon z Jerozolimy, biskup i męczennik. (Około r.106.)

 

Przypuszczają, że Symeon wraz z Jakóbem młodszym oraz Judaszem i Józefem należał do tego rodzeństwa, które ewangelie święte nazywają ˝braćmi˝ Zbawiciela, dlatego, że byli najbliższymi Pana Jezusa krewnymi, a najbliżsi krewni oznaczali się w określeniach wschodu mianem ˝braci˝ jak mianem ˝syna˝ określali się potomkowie nawet dalsi, chociażby wnukowie i prawnukowie. Nieścisłość więc wyrażenia tłomaczy dostatecznie podpadającą na pozór nazwę. Rodzeństwo owe pochodziło prawdopodobnie od Klopasa czyli Alfeusza, który znowu był, jak się zdaje, bratem św. Józefa, Oblubieńca Najśw. Maryi Panny. 

Symeon, może kilka lat starszy wiekiem od Pana Jezusa, należał już za życia Zbawiciela do gorliwych uczniów Jego. Gorliwość ta objawiła się później, kiedy otwarcie wystąpił przeciw żydom, którzy r.62 zamordowali pierwszego biskupa Jerozolimy, św. Jakóba młodszego. Wtedy to też dla swych przymiotów i cnót powołany został jako następca umęczonego Jakóba na stolicę biskupią w Jerozolimie. 

Były to czasy niepokojów i rozruchów pomiędzy żydami, którzy za każdą ceną chcieli zrzucić z siebie jarzmo panowania rzymskiego i wybić się na swobodę. Przepowiadał już Pan Jezus ciężkie te czasy, jakie miały spadnąć na Jerozolimę. Ostrzeżenie Boże ponowiło się i za czasów Symeona; stąd biskup z wiernymi opuścił stolicę Judei i udał się do miasteczka Pella z tamtej strony Jordanu. Był to r. 66., pamiętny rozpoczętem oblężeniem Jerozolimy przez Wespazyana. Po kilku latach, kiedy r. 70. Rzymianie miasto zdobyli i zburzyli, wierni wrócili do swej dawnej siedziby, zbudowali świątynię Bogu prawdziwemu, a Bóg kiełkujące ziarno wiary Chrystusowej taką otaczał nadzwyczajną opieką, że dla cudów wielu żydów się nawróciło. 

Niebezpieczeństwo dla gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie pomimo to z różnych groziło stron. Po za niechęcią bowiem żydów dla Chrystusa i jego wyznawców powstała sekta Nazarejczyków, którzy w fałszywy sposób łącząc Stary i Nowy Testament święcili tak szabat żydowski jak niedzielę chrześcijańską, a nadto, co gorszą rzeczą, Pana Jezusa nie uznawali Bogiem prawdziwym. Sekta ta może powstała w Pella. Inna sekta z poza Jordanu, bo sekta Ebionitów z Kokabe, inne szerzyła błędy mianowicie co do obyczajów, ucząc rozerwalności małżeństwa a pobłażając innym występkom. Nadto ze strony Rzymian ponawiały się prześladowania chrześcijan jak za Nerona tak za Wespazyana i Domicyana. 

Wszystkie te niebezpieczeństwa szczęśliwie przebył Symeon; umiał zachować wiernych od naleciałości herezyi, które później po za granicami Palestyny więcej się rozwinęły. Wszakże prześladowanie za Trajana postawiło Symeona jako należącego do domu Dawidów królewskiego przed sąd rzymski. Wydany na męki, cierpienia mężnie znosił, aż śmierć na krzyżu nie uwolniła starca 120 letniego od dalszych nieznośnych katuszy. Umarł jako męczennik około r. 106. 

 

Inni święci z dnia 18. lutego:

 

Św. Atyka i Artemia, dziewice-męczenniczki. - Św. Kulanus, biskup. - Św. Heladyusz, arcybiskup z Toledo. - Św. Lucyusz, Sylwan, Rutulus, Klasykus, Sekundynus, Fruktulus, Maksym, męczennicy. - Św. Teotoniusz, przeor z Koimbra. 

 

Dnia 19. lutego

 

Święty Konrad, pustelnik. (1351.)

 

We włoszech, bo w mieście Piacenza szukać należy miejsca rodzinnego św. Konrada. Z dostojnych, a mieniem wybitnych i bogobojnych rodziców urodzony, od samej młodości uczył się poznawać i żyć w prawdziwej miłości Boga. Ojciec jego zaliczał się do wysokiego krwią domu Konfalioneri. 

Młodość swą spędził Konrad pod okiem rodziców w chwalebnej cnotliwości; dojrzały młodzieniec z woli rodziców więcej przez posłuszeństwo niż przez własne postanowienie pojął za żonę równą sobie tak cnotą jak rodem dziewicę, Eufrozynę z Lodi. Spokój w pożyciu małżeńskiem, niewinność i wzajemna miłość w stadle dobranym stworzyły z związku Konrada z Eufrozyną wzór małżeństwa prawdziwie chrześcijańskiego. 

Jedna tylko rzecz niepokoiła Eufrozynę, jeden nawyk, którego Konrad jakoby nie mógł przezwyciężyć: zamiłowanie do polowania. Widać było, że Konrad pomimo swej bogobojności i pomimo doskonałości życia nie wyplenił z duszy swej tych drobnych iskierek, jakie świat ponętami swemi w duszy człowieka roznieca; nie zupełne więc dotąd nad światem i nad sobą Konrad odniósł zwycięstwo, a właśnie ten brak w życiu duchowem miał dla niego sprowadzić wcale poważne następstwa. 

Kiedy bowiem na polowaniu zwierzyna ścigana ukryła się w gąszczu niedostępnym lasu i w żaden sposób nie pozwoliła się wypędzić z kryjówki bezpiecznej, rozkazał Konrad przygotować ogień, aby albo spalić gąszcz leśny albo przynajmniej dymem wypłoszyć zwierzynę. Nie przewidział Konrad, że dla suchości drzewa i dla dość silnego wiatru ogień łatwo tak może się powiększyć, że nie go zdoła się opanować. Rzeczywiście ogień ogarnął nietylko gąszcze kryjówki leśnej, ale nadto cały las ku niezmiernej szkodzie właściciela. Przerażony nieprzewidzianem nieszczęściem, które pomimowoli wywołał, Konrad w cichości wrócił czemprędzej do swego zamku. 

Wypadek ten Bóg dopuścił, aby Konrada nakłonić do zupełnego wyrzeczenia się świata. Ubogiego bowiem chłopka, zbierającego w lesie paliwo, schwytano i oskarżono o podpalenie lasu. Zaklinał się oskarżony, że jest niewinny, że go samego pożar lasu zaskoczył z znienacka. Sędzia uwierzył poszlakom i torturami starał się wydobyć z oskarżonwgo biedaka zeznanie w myśl skargi. Ulegająć niewypowiedzianym bolom chłopek niewinny w końcu przypisał swej lekkomyślniści czy też złej woli podpalenie lasu, byleby się uwolnić od męczarni, które mu się okropniejsze wydawały niż śmierć, jakiej za podpalenie mógł się spodziewać surowym wyrokiem sądu. 

Na wieść o wyniku sądu nad niewinnym odezwały się z całą potęgą wyrzuty sumienia W Konradzie; już przedtem targał duszę jego ciągły niepokój z poczucia winy; teraz rozwinął się w wprost nieznośne męki ducha. Już szedł niewinny chłopek na miejsce stracenia, kiedy Konrad w sam jeszcze czas przybiegł, aby wyznać, że niewinnym jest skazaniec, że wina spada na niego samego, a raczej na jego niedopatrzenie, że gotów też wynagrodzić całą wyrządzoną krzywdę. 

Uwolniono więc niewinnie skazanego; Konrad zaś tak wysoką złożyć musiał sumę jako wyrównanie lekomyślnej krzywdy, że poświęcić musiał nietylko swój własny majątek, ale i majątek swej żony. 

Cały przebieg nieszczęsnego wypadku, jego okoliczności i skutki taką odrazą przeniknęły duszę Konrada do świata, do jego ponęt, zabaw i radości, do wszelkich zaszczytów i godności, że pod natchnieniem łaski Bożej postanowił za zgodą wspólną swej małżonki usunąć się od zgiełku doczesnego i wyłącznej oddać się służbie Bożej. 

Wstąpiła więc Eufrozyna do zakonu Klarysek w Piacenza, gdzie żywot prawdziwej bogobojności dalej prowadziła, Konrad zaś udał się najprzód do Rzymu, aby przyjąć suknię trzeciego zakonu św.Frańciszka i już za zewnątrz zamiar swój stwierdzić szczególniejszej służby Bożej. Potem udał się na wyspę Sycylią, gdzie przez pewien czas żył pod kierownictwem bogobojnego pustelnika; nakoniec usunął się na w odludne pieczary na górze wysokiej, aby po dotychczasowych uczynkach miłosierdzia, mianowicie dla chorych i ubogich, żyć tylko dziełami pokuty i umartwienia. 

Zerwanie ze światem dla Konrada nie małe nastręczało pokusy. Wszystkie jednak zwyciężał modlitwą, czuwaniem, umartwieniem, ufnością w pomoc Bożą. Najgroźniejszym objawem tych pokus była fałszywa przez złego ducha w postaci posłańca przyniesiona wiadomość, że Eufrozyna, trawiona tęsknotą za mężem, opuściła klasztor swój, wróciła do domu i wzywała Konrada, aby ponowić wspólne pożycie małżeńskie. Biedny pustelnik jakby się zachwiał w swych postanowieniach; ale gorąca modlitwa do Boga oświeciła go, że wieść jest li tylko pokusą obłudną, że więc w spokoju o siebie i Eufrozynę może życie pędzić w miłości Bożej. 

Rozgłos o świętości Konrada coraz bardziej się szerzył, mianowicie od czasu, kiedy Bóg go obdarzył siłą cudów i proroctwa, a siły tej używał do uzdrawiania chorych i przepowiadania rzeczy przyszłych. W ten sposób przeżył Konrad lat czterdzieści, aż zbliżyła się chwila śmierci, którą mu Bóg raczył objawić. Udał się do miasta Noto, gdzie przebywał kiedyś z swym mistrzem duszy, przyjął sakramenta św. jako zasiłek na drogę wieczności, usunął się znowu do swej pieczary, aby r. 1351 zakończyć bogobojną śmiercią życie bogobojne. 

 

Nauka

 

Życie św. Konrada najlepszym dowodem, jak trudno połączyć względy na służbę świata z prawdziwą służbą Boga. Możesz postąpić dość daleko w cnocie, a jednak nie jesteś jeszcze bezpiecznym przed upadkiem. Upadek tem bliższy, czem głębiej tkwią niewykorzenione jeszcze zupełnie skłonności do rozrywki, zabawy, zajęć światowych; upadek i wtenczas tem bliższy, jesli walcząc z słabościami swemi nie dosyć bacznie siebie pilnujemy. Nieraz więc przez nieunikanie dostateczne sposobności, przez brak należytej uwagi lada okoliczność będzie tak może być powodem do lżejszego albo i głębszego uchybienia wobec Boga lub nawet do występku. 

W razie zaś uchybienia lub nawet zupełnego upadku najlepszym środkiem naprawy i poprawy otwarte i szczere ukorzenie się chociażby chwilowo przed samym sobą. Gdyby św. Konrad nie pozwolił się był unieść fałszywemu z początku wstydowi, sprawa wyrządzonej krzywdy z pewnością inny przybrałaby obrót. Jesli więc chodzi o uchybienia wobec drugich otwarte i znane, przyznanie się do winy uzyska nam bez wątpienia należyte przebaczenie. Jesli zaś chodzi o występki w obowiązkach przeciw Bogu, środkiem do przebaczenia upokorzenie się przez żal serdeczny i szczerą spowiedź. 

Wielkiego potrzeba było wydarzenia, by św. Konrada do wyłącznej, a szczerej przywiązać służby Bożej. I na nas spadają nieraz gromy dopustu Bożego, nieszczęścia, choroby, abyśmy nad sobą się zastanowili oraz, jeśli potrzeba, do Boga się znowu nawrócili. Co bowiem nazywamy zwykle nieszczęściem, często nie jest nic innego jeno karą za złe czyny lub doświadczeniem w wierności dla Boga albo też ostatnim środkiem miłosierdzia Bożego, aby jaką duszą pobudzić do pokuty. Pokuta albo piekło - tak często przemawiał św.Bernardyn do swych słuchaczów. 

 

Tego samego dnia.

 

Błog. Bonifacy, biskup z Lausanne. (1188-1266.)

 

Urodzony około r. 1188 w Brukseli, a od r. 1205 na studyach w Paryżu błog.Bonifacy zdołał wśród młodzieńczej w innych towarzyszach rozwiozłości zachować nieskalaność duszy i ciała. Zajęcia naukowe, ćwiczenia pobożne nie pozwoliły mu myśleć ani o lenistwie, ani o zabawach młodości. Trzydzieści lat spędził w Paryżu na naukach, a z tych kilka lat jako profesor teologii świętej. Opuścił miejsce swego pobytu dla nieporozumień, jakie się wywiązały pomiędzy profesorami a słuchaczami w wszechnicy paryskiej. Nie chcąc więc przyczyniać się do większego jeszcze rozgoryczenia, złożył piastowane przez siebie godności i przeniósł się do Kolonii. 

Świętością życia swego ogólną budził uwagę. Już przy wyświęceniu na kapłana mógł zbliżyć się do ołtarza Pańskiego z tą anielską czystością, jaką odebrał od Boga na chrzcie św.; troska o jej zachowanie tak była u błog. Bonifacego wielka, że umartwieniami starał się wyplenić wszelkie poruszenia zmysłowe; że każde chociaż mniej tylko wstydliwe, albo i dwuznaczne słowo rumieńcem wstydu twarz jego oblewało. Stąd też pojmujemy, że Bóg powoływał św. Bonifacego do wybitniejszej niż dotąd pracy w Kościele. Został bowiem po dwóch latach pobytu w Kolonii biskupem w Lausanne pomimo wszelkich starań, aby się od tego ciężaru i od takiej odpowiedzialności uchylić. 

Były to czasy zatargów cesarzów niemieckich z papieżami. Bonifacy otwarcie stanął po stronie papieża i oświadczył się za ekskommukacyą Frydryka II., jaką na soborze w Lyon r. 1245 Inocenty IV. na niego rzucił. Już wtenczas naraził się na niebezpieczeństwo śmierci, którą przeznaczył mu mściwy Frydryk. Został nawet uwięziony, ale szczęśliwie wydobył się ucieczką z rąk zbirów cesarskich. Nienawiść przeciw Bonifacemu wzmagała się i dlatego, że śmiało i otwarcie potępiał wszelkie nadużycia władzy, karcił występki bez względu na osobę, ganił wszelkie złe nałogi. Przeciwnicy biskupa sprzysięgli się na jego życie; postanowili go zgładzić podczas Mszy św.. Byliby niecną swą spełnili zbrodnią, gdyby nie zakonnik jeden na wieść o zamiarach nie był zgromadził wielką liczbę wiernych w Lausanne na pomoc i obronę zagrożonego śmiercią pasterza. 

Jak postąpił w Paryżu, tak i teraz chciał Bonifacy postąpić w Lausanne. Nie chciał, chociaż niewinny, dawać sposobności do swarów, niezgody, prześladowania i zbrodni. Udał się więc do Rzymu r.1247, aby papież Inocenty IV. uwolnił go od obowiązków biskupich. Przez cały rok ponawiał swoją prośbę, aż nakoniec Ojciec św. przychylił się do niej; uwolnił zatem Bonifacego od godności biskupiej w Lausanne, ofiarował mu jednak z koleji objęcie dwóch innych biskupstw; ale i od nich zdołał się Bonifacy wymówić. 

Z Rzymu wrócił były biskup na pewien czas do Paryża, gdzie przyjęty został ze wszelkiemi oznakami winnej czci, udał się potem do miasta swego rodzinnego, a nakoniec zamieszkał w klasztorze Cambre od Najśw. Maryi Panny pod Brukselą, gdzie odcięty od świata, oddany pobożności bogobojnie zakończył życie r. 1266. Pochowano go w podziemiach klasztoru Cambre, a cześć Bonifacego szerzyła się coraz bardziej po Belgii i Szwajcaryi. Słuszność tej czci Bonifacego jako błogosławionego uznano urzędowo na początku 17. wieku; nazywają też nieraz Bonifacego świętym. 

 

Inni święci z dnia 19. lutego:

 

Św. Barbatus, biskup. - Św. Konon, opat. - Św. Decencyusz, biskup. - Św. Sabinus, kapłan-męczennik. - Św. Legoncyusz, biskup z Trewiru. - Św. Manswet, biskup z Medyolanu. - Św. Rabulas, opat. 

 

Dnia 20. lutego

 

Święty Eucheriusz z Orleans, biskup. (743.)

 

Z znamienitych krwią, a pobożnych rodziców urodził się Eucheriusz w Orleanie w Francyi. Powiadają, że przed przyjściem Eucheriusza na świat matka jego miała w nocy niezwykłe widzenie i objawienie, bo anioł z niebios jej się ukazał i na usilne prosby matki tak jej pobłogosławił jak i dziecięciu, które nosiła w łonie, stwierdzając tym sposobem szczególniejszą nad obojga opiekę Bożą. 

Łaski chrztu św. udzielił Eucheriuszowi znany z pobożności swej biskup z Autun, imieniem Ansbert. Wsparte obfitością odebranej łaski, małe chłopię siedmioletnie z całym zapałem zabrało się do nauki. Przy nadzwyczajnych zdolnościach nie sprawiała mu żadnych trudności, a łaska Boża przyczyniła się do tego, że wkrótce ogarnął cały ogrom nauk mianowicie duchowych, że najulubieńszą jego księgą zosteło Pismo św., które codziennie odczytywał, aby coraz większe odnosić pożytki, a tem samem i postępować w doskonałości chrześcijańskiej. 

Właśnie zajmowanie się gorące księgami Pisma św. miało nie mały zwrot wywołać w życiu św.Eucheriusza; poruszyły go słowa Pawła św., że przemija obraz tego świata (I.Kor.7,31), bo go pouczyły o znikomości wszelkich dóbr doczesnych; poruszyły go też słowa tego samego apostoła, że mądrość tego świata jest głupstwem u Boga (I.Kor.3,19), bo wyjaśniły mu, że jedynie u Boga płynie prawdziwa mądrość do życia potrzebna. Stąd też natchnięty łaską odczuwał niezmierną do świata i jego ponęt odrazę tak bardzo, że postanowił opuścić wszystkie zwodnicze stosunki ziemskie, a wstąpić do klasztornego zacisza, aby tam mądrością Bożą tem pewniej przygotowywać swe wieczne zbawienie. Usunął się do opactwa Jumieges w Normandyi r. 714. 

W klasztorze spotęgowały się cnoty Eucheriusza do niebywałej siły. Doskonałość nowego zakonnika coraz większe robiła postępy; nietylko przykładem i wzorem była dla współbraci zakonnych, ale nadto źródłem do rozgłosu i chwały w dalekie strony. To też rozumiemy, że kiedy umarł biskup Orleanu, a stryj Eucheriusza, jednogłośnie nasz święty na biskupią został obrany stolicę. Znaną była jednak skromność i pokora Eucheriusza; powstały obawy, że nie przyjmie godności, która wyprowadzi go z klasztoru i wielki ciężar na niego złoży odpowiedzialności przed Bogiem za powierzone owieczki. Wezwano więc pomocy ówczesnego namiestnika królewskiego czy kanclerza, Karóla z przydomkiem Młot, aby nakazał Eucheriuszowi przyjąć ofiarowane mu dostojeństwo. Karól chętnie zgodził się na prosbę, bo sam już wiele słyszał o cnotach zakonnika, godnego więc biskupstwa. Podobno nawet w razie trwałego oporu gwałtem rozkazał Eucheriusza przeprowadzić z klasztoru do Orleanu. 

Wylewał łzy Eucheriusz przed braćmi klasztoru, by mu nie pozwolili wracać do stosunków światowych i zagrażać własnemu swemu zbawieniu. I bracia płakali nad żalem Eucheriusza, ale nie chcieli się woli Bożej sprzeciwiać, która powoływała cichego zakonnika na następcę apostołów Chrystusowych. Przezwyciężyli swą miłość i pozwolili Eucheriuszowi opuścić klasztor r. 721, aby w Orleanie przyjął święcenie biskupie. 

Apostolską też żarliwość rozwinął nowy biskup. Wielkie miał staranie o przybytki Boże; troszczył się o ich czystość, ozdobę, i chędogość; nie znosił niczego w nich , coby się sprzeciwiało celowi i przeznaczeniu świątyń Pańskich. Nie mniejszą opieką otoczył duchowieństwo, domagająć się od sług Bożych życia wewnętrznego; tak na duchowieństwo jak i na powierzony lud wpływał napomnieniami, naukami, usuwając wszelkie zdrożności, naleciałości w uczciwej poprawie życia. Przybywał do klasztorów i parafii, aby rozluźnione obyczaje karcić, ganić nadużycia, wszystko oprzeć na zbawiennych na nowo zasadach. Ubogim oddawał większą część biskupich swych dochodów; zaopatrywał ich nietylko w pożywienie, ale i w szaty i potrzeby inne do życia. 

Sława biskupich rządów Eucheriusza, jego osobiste przymioty nie uspokoiły przeciwników jego; czem bowiem znaczniejszy był wpływ Eucheriusza na życie chrześcijańskie dyecezyi i poza dyecezyą, tem większą budził zawiść i zazdrość mianowicie przez to, że nagrody i kary, pochwały i nagany udzielał bez względu na osobę i jej stanowisko. Nie zawahał się newet zgromić samego Karóla namiestnika, kiedy zaczepił dobra kościelne pod pozorem, że potrzebuje środków na dalszą wojnę z Saracenami i na wynagrodzenie rycerstwa za służby czynione i położone zasługi. Wszelkiemi siłami opierał się Eucheriusz takiemu bezprawiu; nie mógł mu jednak zupełnie przeszkodzić, a nawet na siebie ściągnął zacięty gniew Karóla i jego otoczenia. Skutki tego szkodliwego naprężenia wkrótce miały się odbić na Eucheriuszu. 

Kiedy bowiem Saraceni wpadli do Akwitanii i pustoszyli cały kraj, ruszył Karól z wojskiem Burgundów i Franków przeciw nim; pobił nieprzyjaciela i wielkie odebrał mu zdobycze. Wracając z pola wojny, przybył Karól pod sam Orleans, nie wstąpił do miasta ani nie przyjął uroczystego powitania, ale kazał biskupowi przybyć za sobą do Paryża. Przewidywał Eucheriusz podstępność odebranego rozkazu, który go usuwał z grona ukochanych owieczek; posłuszny jednak władzy jako od Boga pochodzącej, a może w nadzieji ułagodzenia gniewu w Karolu, udał się biskup Orleanu do wskazanego mu miasta. 

Po 16 latach biskupich rządów Eucheriusz nigdy już nie miał wrócić do swej stolicy w Orleanie. Skoro bowiem przybył do Paryża, przeciwnicy nie dopuścili go przed Karola; podniecali gniew namiestnika uwagami złośliwemi, że biskup nie oddaje mu należytej czci, oporem swoim nawet oraz naganami wprost poniża jego godność. Ulegając podszeptom służalczym otoczenia Karól rozkazał uwięzić Eucheriusza i przeprowadzić go za karę do Kolonii jako na miejsce wygnania. 

Niesprawiedliwość, jaką znosić musiał Eucheriusz, usposobiła z góry mieszkańców Kolonii bardzo przyjaźnie; pozyskał sobie wygnany biskup serdeczną miłość na miejscu nowego pobytu, a węzły serdecznej miłości zacieśnił osobistymi przymiotami swemi i swą działalnością. Nie dziw, że wieści o wpływach Eucheriusza podniecały gniew Karóla; postanowił go usunąć z Kolonii. Jako miejsce ponownego wygnania upatrzył sobie zamek położony niedaleko miasta Luttich, a straż nad biskupem zlecił księciu Robertowi. 

Zmiana miejsca pobytu przyniosła tylko korzyści ściganemu niełaską Karola Eucheriuszowi. Książe Robert bowiem odrazu poznał w biskupie męża wedle myśli i woli Bożej, oddanemu przejętym obowiązkom i staraniom o wieczne zbawienie tak swoje jak drugich. Troska Eucheriusza o potrzeby ubogich natchnęła księcia Roberta myślą, aby zrobić go swym jałmużnikiem i oddać mu część swego mienia do dowolnego rozporządzania. Nie dosyć na tem: sam przejęty troską o cel swój wiekuisty zgodził się na prośby Eucheriusza, aby usunąć się mógł do klasztoru St. Troud i tam wyłącznie Bogu żyć i pamięci swych obowiązków. 

W ten sposób minęło sześć lat niezasłużonego wygnania; nigdy żadna skarga nie wyszła z ust Eucheriusza na niesprawiedliwość Karola lub na podstępność swych przeciwników. Chorobę, jaka go dotknęła, uważał za zapowiedź bliskiego rozstania się z światem. W chwili śmierci jasność niebiańska otoczyła jego postać jakoby zmysłowe stwierdzenie na ziemi tej jasności, jaka za życie cnoty pełne go czekała w niebiesiech. Spokój przenikający w chwili śmierci jego duszę i słodycz niewymowna były przedsmakiem tego szczęścia wiecznego, jakiego zażywać miał odtąd w chwale Bożej. Umarł r. 743. Bóg grób jego rozmaitymi wyróżnił cudami, które aż nadto dobitnie wykazywały. że Eucheriusz był prawdziwym sługą i przyjacielem Pana niebieskiego. 

 

Nauka

 

Słowa św.Pawła, że obraz tego świata przemija, nakłoniły św.Eucheriusza do zerwania wszelkich węzłów łączących go z ziemią. Zrzekł się dóbr, zaszczytów, radości ziemskich. Zbadaj siebie, czy te słowa apostolskie nauczyły ciebie prawdziwego sądu o wartości tego wszystkiego, co daje świat; czy masz konieczne przekonanie, że dobra doczesne są znikomością, bo giną; że zaszczyty i godności są podnietą do zarozumiałości a może i pychy; że radości są tylko chwilowem upojeniem, zapomnieniem o radościach wiecznych? Pamiętaj na słowa mędrca Pańskiego w Starym Zakonu: Obaczyłem we wszystkich marność i udręczenie myśli, a iż nic nie trwa pod słońcem (Ekl.2,11). Podobnie mówi i Tomasz a Kempis: Wszystko jest próżnością, miłość wyjąwszy Boga i służbę Jego. Próżnością jest szukać znikomych dóbr i ufność w nich pokładać. 

Jak Eucheriusza tak i ciebie w pracy nad zbawieniem duszy nie powinny powstrzymywać żadne względy ludzkie. Bo niczego nie potrzebujesz się wstydzić oprócz złego; względy zaś na świat nie pozwalają ci unikać złego a czynić dobre. Nie ludzie i świat panem twoim, ale Bóg - stąd też Jego wola dla ciebie miarą i wytyczną uczynków; lepiej zyskać upodobanie Boże niż poklask świata; nieszczęściem dla ciebie rozbudzić gniew Boży a bawić się przyjaźnią ludzką. 

Przed nikim z ludzi nie potrzebujesz się kryć i chować z swą chęcią spełniania woli Bożej i z swymi uczynkami, bo ci, co ganią ciebie, może się naśmiewają lub do złego ciągną, sami nie jaśnieją cnotą; są przeciwnie zbiorowiskiem występnych grzeszników, przewrotnych duchów, są właśnie gorszą cząstką społeczeństwa ludzkiego; ich więc zasady nie mogą być dla ciebie drogowskazem życia ani więc też powodem, abyś pracy do celu wiekuistego lekomyślnie odbiegał. 

Zresztą cnoty dla świata wstydzić się nie potrzebujesz; świat nie miłuje jej, ale ją przynajmniej szanuje. Wie bowiem dobrze, że wśród burz życia jedynie cnotliwy ostoi się mąż, że nigdy też występność życia nie przyczyniła się do żadnych stałych korzyści bądź to poszczególnej osoby bądź to poszczególnych społeczeństw. Cnotliwość i cnota same w sobie są bezwzględnie dobrem ducha, dlatego też są przedmiotem nienawiści szatańskiej, a upragnieniem wszystkich dobrze myślących. 

 

Inni święci z dnia 20. lutego:

 

Św. Eleutery z Konstantynopola, biskup i męczennik. - Św. Eleutery, biskup z Tournay. - Św. Gallus, kapłan. - Św. Leon cudotwórca, biskup z Catania. - Św. Paula, dziewica. - Św. Sadot, biskup i męczennik. - Św. Ulryk, kapłan i pustelnik. - Św. Wiktor i św. Korona, męczennicy. 

 

Dnia 21. lutego

 

Święty Grzegórz z Amestris, biskup. (Około r. 800)

 

Rodzicami Grzegorza byli Teodozy i Megeto, oboje dostojnego rodu i niezwykłej pobożności; mieszkali w Kromna niedaleko miasta Amestris w Małej Azyi. Długi czas byli bezdzietni; nie ustawali wszakże w modlitwach i dobrowolnych przez posty umartwieniach, aby Bóg miłosierny prośby ich o potomstwo zechciał wysłuchać. Ślubowali także, że dziecinę, jaką ich Bóg raczy obdarzyć, na służbę poświęcą Stwórcy niebieskiego. W końcu zostały wysłychane gorące pobożnych małżonków pragnienia, ale zarazem niezwykłe znaki wskazywały, że dzięcię poczęte w łonie matki do wielkich przeznaczone czynów. Pomiędzy innymi mąż pewien święty w proroczym duchu przepowiedział i imię dziecięcia i przyszłe jego kapłaństwo i życie cnotliwe i dary Bożej łaski. 

Ale już w pierwszych latach miał Grzegórz doznać nienawiści złego ducha. Posłannictwo przyszłe Grzegorza napełniało aniołów upadłych zawziętością przeciw wybranemu przez Boga chłopięciu oraz obawą o możliwość klęski w przyszłych z nim o dusze walkach. Z poduszczenia więc piekła, a z dopuszczenia Bożego wydarzyło się więc, że Grzegórz jako trzyletni chłopczyna w żar ognia wpędzony popalił sobie ręce i jedną nóżkę. Sztuka lekarska uleczyła go z ran bolesnych; dalsze zaś wychowanie dowodziło nierównie jasnej opieki, jaką Bóg nad Grzegorzem roztaczał. Postępy w naukach robił olbrzymie, a razem z nauką postępował w cnotach i serdecznej odrazie do wszelkiego występku i grzechu. Był poważnym jak mąż dojrzały już w młodym wieku; unikał starannie wszelkich rozrywek, zabaw, za jakimi młodość goni żądna swobody. 

Sposób wychowania rodzicielskiego sprawił, że w dojrzalszym wieku z całą chęcią przyjęty został w poczet duchowieństwa swego miejsca rodzinnego. Cnoty coraz to liczniejsze i wybitniejsze, coraz też większe zyskiwały Grzegorzowi uznanie, a jednak nie dawały mu zupełnego zaspokojenia w potrzebach życia duchowego. Stąd też postanowił usunąć się z pomiędzy ludzi w jakie zacisza odludne, aby jako pustelnik chwałę Bogu oddawać a pracować nad zapewnieniem swego zbawienia. Niepostrzeżenie więc uszedł z miasta, a przybywszy do stóp góry Agrioserika odesłał z powrotem towarzyszącego mu służącego, aby w lesistych i skalistych owych stronach pędzić życie zdala od zgiełku światowego. Bóg zrządził, że w pieczarze u szczytu góry napotkał pustelnika, który już dawniej był tam osiadł. Pod jego kierownictwo oddał się Grzegórz, tem snadniej, że w pustelniku widział obraz znamienity cnót najdoskonalszych i wybrańca Bożego pełnego łask i darów nadprzyrodzonych. 

Kiedy zbliżyła się godzina śmierci dla starca pustelnika wezwał Grzegorza, aby się udał do pobliskiego klasztoru Bonysa i tam kazał się przyjąć w grono zakonników. Wypełnił Grzegórz wolę mistrza po śmierci jego. Przyjęty do zakonu bez trudności zajaśniał przykładem dla braci swych przez ćwiczenia w cnotach i umartwieniach; pozatem oddawał się z całą pilnością czytaniu Pisma św. i rozmyślaniu nauk tam zawartych; zbierał z ksiąg czytanych naoczne dowody, jako życie mężów świętych zawsze i wszędzie opierało się na podstawach prawdziwej mądrości przez Boga objawionej. Z życia Józefa egipskiego czerpał zapał do coraz doskonałej czystości; Job był dla niego wzorem cierpliwości i wyrzeczenia się świata, Dawid przykładem łagodności, Salomon sprawiedliwości i roztropności, Abraham żywej wiary. Do takiej doskonałości wzniósł się Grzegórz w zakonie, że zupełnie zapomniał o wszelkich troskach życia, że żył tylko duchem jakoby aniół na ziemi. 

Takie wysokie cnoty, o których rozgłos się rozchodził na wszystkie strony, były powodem, że mieszkańcy miasta jego rodzinnego powołali go na opróżnioną przez śmierć biskupa stolicę dyecezyalną. Wymowa posłańców nie zdołała wszakże Grzegorza przekonać i nakłonić, aby przyjął na siebie ciężar odpowiedzialności połączony z godnością biskupa. Wtedy wysłańcy ostatecznego chwycili się środka: podstępem i gwałtem wydobyli Grzegorza z zabudowań klasztornych i w pośpiechu uwieźli go do Konstantynopola, aby tam przez patryarchę Tarazyusza wybór dokonany potwierdzić a Grzegorza jako biskupa uzyskać. Znał Grzegorza Tarazyusz jako chłopca: kiedy bowiem razu jednego po kościołach nocne rozbrzmiewały się z rozporządzenia Tarazyusza pienia psalmów, a po ich skończeniu chłopcy mieli nagrodę odebrać, Grzegórz jej nie przyjął, mówiąc, że nagrody oczekuje w przyszłym życiu. Postępek ten Grzegorza utkwił w pamięci Tarazyusza; przypomniał sobie odrazu Grzegorza sprowadzonego do miasta, lubo obecnie męża już dojrzałego; oświadczył się za wyborem jego na biskupa, nie przewidując, jakie stąd miały powstać trudności. 

Cesarz bowiem na tę samą stolicę innego już biskupa był mianował. Nie chcąc stanąć w przeciwieństwie do woli cesarskiej, zwołał Tarazyusz duchowieństwo, zostawiając mu roztrzygnięcie, który z obydwóch mężów jest godniejszym sakry biskupiej. Wybór padł na Grzegorza; cesarz się nie opierał, bo widział w całym zdarzeniu wyraźną wolę Boga. Z powszechną więc radością Grzegórz został wyświęcony na biskupa. 

Podlegało wówczas biskupstwo w Amestris metropolicie w Gangra w Paflagonii; stolicę tę zajmował człowiek pełen pychy wewnętrznej i żądny blasku zewnętrznego. Stąd pierwszym krokiem Grzegorza jako biskupa było staranie, aby wyłączyć się z przynależności do takiego metropolity. Starania dobrym zostały uwieńczone skutkiem, bo odtąd Amestris jako biskupstwo zupełnie zostało niezależne. Gorliwość Grzegorza jako biskupa wszystkich mieszkańców nadzwyczajną napełniła radością; widzieli w nim wyraz najdoskonalszych cnót, widzieli w nim pasterza i ojca poświęcającego się dla dusz powierzonych, mianowicie pełnego troski o ubogich miasta i okolicy. Nadto wystarał się biskup o rozmaite przywileje dla miasta, o ulgi w daninach, o ustalenie stosunku do prefektów na zasadach sprawiedliwości. Najdobitniej poświęcenie Grzegorza uwydatniło się w czasach napadów saraceńskich. W ogólnym popłochu i przygniębieniu podnosił biskup ducha, przebiegając całą okolicę bez względu na własne niebezpieczeństwo; zbierał obrońców miasta, a Bóg pobłogosławił jego zabiegom, kiedy lud zebrany, chociaż liczebnie niezbyt silny, rozgrzany nawoływaniem biskupa, świetne nad pohańcami odniósł zwycięstwo. 

Innego jeszcze w tym czasie Grzegórz z woli Bożej dokonał dzieła. Otóż niektórych kupców miasta Amestris pojmano i oskarżono w Trapezuncie o zbrodnie, za które groziła kara śmierci. W swem nieszczęsnem położeniu zwrócili się więźniowie z prośbą do Boga o wybawienie za przyczyną świętego biskupa. Bóg objawił mu grożące owieczkom nieszczęście. Bez namysłu wsiada na statek i po szczęśliwej podróży przybija do Trapezuntu w tej właśnie chwili, kiedy niebezpieczeństwo dla uwięzionych było największe. Jeden bowiem z urzędników skargami ponowionemi tak przeciw kupcom zdołał usposobić sędziego, że wykonanie wyroku zdawało się już bliskie i pewne. Tymczasem św.Grzegórz wpłynął na zmianę przekonań przez cudowne uleczenie nagłej ślepoty żony samego sędziego. Poruszony łaską Bożą sędzia nie opierał się już dłużej aby spełnić wolę biskupa i uwolnić więźniów, kiedy przypuszczać musiał, że ci są niewinni, za którymi biskup się wstawiał, posiadający szczególniejsze upodobanie Boże. 

Powiadają też, że gdy pewna pobożna niewiasta uprosiła świętego biskupa, aby odprawił Mszę św. w jej domu, a przytem zapomniała przygotować to, co potrzebne do świetej ofiary, Bóg w cudowny sposób braki uzupełnił. 

Po powrocie do ojczystego miasta udał się Grzegórz na wezwanie cesarzowy Ireny i syna jej Konstantyna do stolicy państwa. Działalność biskupa sprawiła, że rozgłos o nim doszedł do Konstantynopola i podniecił chęć poznania go osobiście. Z czasów pobytu w stolicy wymieniają proroctwo Grzegorza dla Nicefora, wysokiego urzędnika, tej treści, że kiedyś osięgnie koronę cesarską, bo miał być dziedzicem i spadkobiercą najbogatszej wdowy t.j. cesarzowy Ireny. Rzeczywiście po śmierci Ireny Nicefor podstępem objął rządy państwa, a Grzegórz nie małego u nowego cesarza doznawał poważania. Innym razem miał biskup święty burzę uśmierzyć i wiatry uspokoić. 

Tak więc Grzegórz wobec wszystkich niespożyte kładł zasługi, bo tylko dobro każdego miał na oku; Bóg czyny jego wspierał cudownemi łaskami i stawiał go na równi z wybranymi mężami tak Starego Zakonu jak i pierwszych wieków chrześcijańskich. 

W podeszłej starości pożegnał biskup ten świat, aby przenieść się do zasłużonej chwały wiekuistej. Śmierć Grzegorza wszystkim łzy wyciskała serdecznego żalu, od najwyższych dostojników państwa do najuboższego prostaczka. Grób jego słynął najrozmaitszymi cudami, bo spoczywał w nim przecież następca apostołów, prorok, wyznawca, męczennik nawet, który codziennie w umartwieniach umierał dla Jezusa. 

 

Nauka

 

Święty Grzegórz z Amestris jest w życiu swem najoczywistszym dowodem potęgi świętych u Boga przez przyczynę i pośrednictwo. Tylko tą drogą bowiem zdołał uwolnić więzionych w Trapezuncie mieszkańców swego miasta rodzinnego. Stąd dla nas napomnienie, abyśmy chętnie i często w potrzebach swych zwracali się do opieki świętych i za ich wstawiennictwem Boże odbierali łaski. 

Przyczyna świętych wyjaśnia się osobliwszym ich stosunkiem do Boga. Doskonałością życia przez sumienne pełnienie woli Bożej byli wiernymi prawdziwie sługami Stwórcy; więcej nawet, bo pełniąc obowiązki życia w najgorętszej miłości Boga zasłużyli sobie na miano prawdziwych przyjaciół Pana niebieskiego. 

Wzywanie wszakże skuteczne przyczyny świętych oraz ufność w ich pośrednictwo wymaga nasamprzód odpowiedniej czci oddawanej przez osobne do nich nabożeństwo, modlitwy, pobożne ćwiczenia, przez rozmyślania ich żywotów, przez pamięć na ich nasady, nauki i czyny. 

Przedewszystkiem nie może się jednak ograniczyć cześć świętych na zewnętrzne tylko praktyki religijne, ale objąć musi całe wewnętrzne życie nasze przez konieczną cnotliwość i przez spełnianie przykazania Bożego. Z przykładu świętych uczyć się musimy i prawdziwej mądrości życia, która nam powiada, czem jest Bóg, czem człowiek, jaki stosunek pomiędzy Bogiem a człowiekiem był wywołany przez grzech, jaki być powinien przez łaskę, jak tę łaskę posiadać musimy i możemy przez spełnianie obowiązków chrześcijańskich. Uczyć się musimy z życia świętych, jako w szkole doskonałości, najróżnorodniejszych cnót niezbędnych każdemu stanowi, bo czystości, posłuszeństwa i t. d., a oprzeć powinniśmy za ich wzorem całe życie swe na prawdziwej bojaźni Bożej. Uczyć się musimy i wytrwałości w dobrem aż do końca, bo bez niej nie masz zbawienie. Nie możemy sobie tej łaski zasłużyć, ale możemy stać się jej godnymi przez czynienie tego, co jest w siłach naszych. 

Staraj się przedewszystkiem czcić w ten sposób i wzywać przyczyny tych świętych, których imiona odebrałeś na chrzcie św. lub przy bierzmowaniu. Oni są twymi patronami; bądź godnym ich opieki. 

 

Inni święci z dnia 21. lutego:

 

Św. Antymus, biskup z Terni. - Św. Daniel, kapłan i męczennik. - Św. Werda, dziewica i męczenniczka. - Św. Eleonora, królowa angielska. - Św.Feliks, biskup z Metz. - Św. German, opat. - Św. Gambert, biskup z Sens. - Św. Irena, dziewica, siostra papieża Damacego I. - Św. Jan, patryarcha konstantynopolitański. - Bł. Pipin z Landen, namiestnik Austrazyi. - Św. Seweryan, biskup. - Św. Zacharyasz, patryarcha z Jerozolimy. 

 

Dnia 22. lutego

 

Święta Małgorzata z Kortony, pokutnica. (1247-1297.)

 

Niedoścignionym wzorem prawdziwej pokuty miała być dziecina, urodzona r. 1247 w Alwiano w włoskiej Toskanii; imię Małorzaty odebrała na chrzcie św.. Wrodzona żywość dziewczynki wymagała kierującej ręki matczynej; niestety matka umarła, kiedy Małgorzata liczyła ledwie ośm lat. Macocha mało się troszczyła o jej religijne wychowanie i o wpojenie w nią zasad chrześcijańskich, aby ją broniły przed wszelkiemi niebezpieczeństwami życia, mianowicie przed pokusami zmysłowości. Przeciwnie uważała ją jako ciężar, któregoby chętnie się pozbyła. Twarde więc życie, jakie Małgorzata w domu macochy przez dziesięć lat prowadzić musiała, sprawiło, że w 18. roku życia uciekła z domu i przyjęła służbę u pewnego szlachcica w Monte Pulciano. Płochliwość charakteru pozwoliła lekkomyślnie na dłuższe pożycie grzeszne z panem, u którego podjęła służbę. 

Bóg w wyrokach swych grzesznicę powoływał do świętości, a zmianę tą spowodować miał straszny wypadek. Otóż szlachcic ów wyjechał z Monte Pulciano w ważnych sprawach; długo nie wracał, ale wrócił piesek pana ulubiony, który szczekaniem i zachowaniem swem Małgorzatę z domu wyprowadził aż do miejsca, gdzie gałęziami i chrustem przykryte leżało martwe ciało. Odchylając chrust, Małgorzata poznała przez robaki już nadpsute ciało wspólnika swego życia grzesznego; jacyś nieznani bandyci śmierć mu zadali gwałtowną a niespodziewaną. 

Widok zeszpeconego ciała, z którego niedawno tryskało życie i zdrowie; pamięć na to, że za grzeszne życie nie zdołał może ani skruchą serdeczną i doskonałą zmazać swych win; obawa przed karami wiecznemi, jakie ją samą czekały w razie nagłej śmierci lub życia bez pokuty i naprawy, takim gorącym żalem ogarnęły całą istotą Małgorzaty, że postanowiła odtąd Bogu tylko służyć i służbą Bożą gniew Boży przebłagać. 

Pierwszym krokiem ku naprawie życia był powrót do domu ojcowskiego, aby tam znaleść przytułek i ochronę; ale macocha do domu ją nie przyjęła. Wtedy Małgorzata zatrzymała się w ogrodzie dom otaczającym, odnawiając postanowienie, że prędzej z głodu umrze niżeliby się miała znowu oddać grzesznemu życiu. Gorąco też błagała Boga o miłosierne zmiłowanie się nad nią i o dobre natchnienie, jak ma sobie na przyszłość postąpić. Zbawicielu mej duszy, wołała, nie chcesz przecież zguby mojej! Patrz! moja chęć pokuty tak szczerą jak szczerą była pokuta Magdaleny! Nie opuszczaj mnie w nieszczęsnem położeniu! 

Bóg zmiłował się nad błaganiem pokutnicy; z natchnienia Bożego udała się do Kortony, aby tam w tribunale pokuty duszę swą oczyścić z grzechów. Jak szczerą była wola Małgorzaty dowodzą łzy, jakie u stóp swego ojca wylewała, błagając go o przebaczenie za pohańbienie jego nazwiska i dobrej sławy; były dobrowolne oskarżania, jakie czyniła, kiedy powrozem przepasana stawała przed podwojami kościoła w Alwiano. To też spowiedź w Kortonie przed zakonnikiem Franciszkaninem taką odznaczała się szczerością, że uzyskała rozgrzeszenie a zarazem polecenie, aby wstąpiła do trzeciego zakonu św. Franciszka. 

Polecenie spełniła Małgorzata; dalsze 23 lata swego życia spędziła na ćwiczeniach umartwienia i wszelakiej cnoty. Nawróciła wielu grzeszników, a Bóg ją obdarzył łaską proroctwa, cudu, poznawania zupełnego serc ludzkich. Całe noce spędzała na modlitwach; codziennie rozmyślała mękę Pańską - miłość zaś rozbudzana coraz więcej pozwalała jej znosić wszelkie cierpienie z największą pokorą. Ciężkie pokusy nie zachwiały wierności jej postanowienia. Często przychodziły jej myśli, aby opuścić miejsce pokuty albo zmniejszyć przynajmniej swe umartwienie, bo mogłaby przecież dłużej Bogu służyć, a zresztą Bóg z pewnością już jej wszystko przebaczył. Małgorzata poznawała podstęp złego ducha w takich pokusach, stąd umartwień swych nie zmniejszała, ale wręcz je powiększała. W najcięższej raz pokusie rzuciła się do stóp Zbawiciela Ukrzyżowanego, błagając Go o siły, pomoc i łaski do zwycięstwa w nieustannych do złego nagabywaniach. Chrystus raczył się jej wtedy objawić i pocieszyć słowami pełnymi słodyczy: Nie trać otuchy ani odwagi, córko moja! Jestem z tobą w chwilach twych pokus. Siłą łaski mej zupełne odniesiesz zwycięstwo. Kieruj się radą swego spowiednika. 

Dobiegało Małgorzacie lat pięćdziesiąt, prawie połowę swego życia spędziła na pokucie; stąd też pełna ufności w miłosierdzie Boże umierała r. 1297. Ciało jej spoczęło w klasztorze Franciszkanek w Kortonie; dotąd się zachowało nienaruszone zgnilizną; zakonnice na cześć pokutnicy zmieniły wezwanie zakonu św.Bazylego na wezwanie św.Małgorzaty. Leon X. już bowiem pozwolił święto Małgorzaty obchodzić w mieście Kortona; Urban VIII. potwierdził jej święto na cały zakon św. Franciszka, a Benedykt XIII. r. 1728 zaliczył Małgorzatę w poczet świętych. 

 

Nauka

 

Życie św. Małgorzaty poucza o poniżeniu, do jakiego człowieka prowadzi nieczystość. Nie jest wprawdzie czystość cnotą łączącą w sobie wszystkie inne cnoty, ale nieczystość jest owym występkiem, który wstrząsa wszystkimi cnotami i wręcz im drogę zagradza do serca ludzkiego i umysłu. Jeśli inne przewinienia są potokami, unoszącymi nieszczęsnych grzeszników, to grzech nieczystości jest potopem zalewającym prawie wszystko; stąd też do powstania z takiego nałogu niezwykłej siły i pomocy potrzeba Bożej, jak stwierdza znowu życie św. Małgorzaty. 

Nieczystość jest zbrodnią wobec Boga, bo właśnie taką zbrodnię karał ogniem w miastach Sodomy i Gomory i karać musiał, kiedy nieczystość niszczy właściwy rozumnemu człowiekowi obraz Boży, poniżając go do nierozumnych zwierząt. Syn Boży, któremu najgorsze żydzi w nienawiści czynili zarzuty, nigdy nie dopuścił, aby chociaż skazę mu wytknęli jakiegokolwiek pozoru zmysłowego. Umiłował czystość w Swej Matce Najświętszej, w apostołach, mianowicie w św. Janie, umiłował czystość jaką najzacniejszą cnotę, godną Swej Bożej istoty. 

Nawet ludzie brzydzą się nieczystością, chociaż świat tyle nastręcza do niej sposobności. Ileż to wstydu, troski, pogardy, pośmiewiska znosić muszą te wszystkie nieszczę istoty, które tak daleko się zapominają, że w zmysłowości prawie toną i poza nią nic już prawie nie widzą! Litość przenika serce przez pamięć na stan ich duszy, bo straciły wszystko, czem były czyste w obliczu Boga, w sądach świata i w swem własnem przekonaniu. 

Jeśli skutki nieczystości objawiają się już w przyrodzonych człowiekowi zdolnościach i przymiotach, to jeszcze więcej osłabiają życie nadprzyrodzone; nudną wydaje się modlitwa, nawet nienawistną; męczarnią są sakramenta św.; nauka kościelna jest nieznośną, pobożna książka budzi odrazę, uczęszczanie do kościoła wydaje się krępowaniem swobody. Upada wiara, mnożą się wątpliwości, grzech nie przeraża, sumienie i łaska nadaremno napominają, a nie trudno o zupełną serca zatwardziałość. 

Dąż zawczasu do drogiej cnoty - przynajmniej duszy swej przywróć czystość przez szczerą pokutę. Strzeż się przed powtórnym upadkiem, bo nie wiesz, czy śmierć ciebie nie zaskoczy. Jesli dzisiaj się nie nawrócisz, to i jutro nie będzie łatwiejszą sprawą dla ciebie nawrócenie. Nie będzie łatwiejszą sprawą i później, bo złe nałogi z czasem potężnieją i się wzmagają. 

Pamiętaj na słowa św. Chryzostoma: Nie grzesz więcej, skoro uzyskałeś przebaczenie; nie odnawiaj ran swej duszy, skoro je uleczyłeś; nie giń znowu w brudach grzechu, kiedy z brudów się uwolniłeś. Środkiem pokuty i nawrócenia niechaj będzie przedewszystkiem umartwienie, bo znowu powiada św.Chryzostom: Umartwiaj się, jesli zgrzeszyłeś; umartwiaj się, abyś więcej nie grzeszył. Umartwiaj się, abyś uzyskał łaskę; umartwiaj się, abyś zachował uzyskaną łaskę i jej znowu nie utracił. 

 

Tego samego dnia.

 

Pamiątka założenia stolicy biskupiej Piotra św. w Antyochyi.

 

Było zwyczajem chrześcijańskim pierwszych wieków, obchodzić uroczyście pamiątki tych chwil, które były rozstrzygające dla rozwoju królestwa Bożego na ziemi. Stąd też pierwsi chrześcijanie święcili pamiątkę chrztu św., święcili pamiątkę śmierci jako chwili narodzin dla królestwa w niebiesiech. Święcili też biskupi pamiątkę swego powołania na następców apostolskich w uroczystych święceniach. Zwyczaje te prawie wszystkie i dotąd się zachowały - a jeśli się nie zachowują tak uroczyście jak dawniej, to treść ich i znaczenie pozostały niezmienione. 

O święceniu pamiątki wstąpienia na stolicę biskupią posiadamy dowody z mów św. Leona papieża, z listów papieża Hilarego, Sykstusa III. i z innych źródeł. Na tej to podstawie Kościół katolicki zachował w świętach swych pamięć objęcia biskupiej stolicy rzymskiej (18. stycznia) oraz objęcia biskupstwa w Antyochyi przez św. Piotra. 

Była Antyochya dla swego bliskiego nad morzem położenia bardzo znacznem miastem; podobno nawet po Rzymie i Aleksandryi trzecim miastem co do potęgi w całem państwie Rzymian. Chrześcijaństwo dotarło tamdotąd w czasach prześladowań, jakich ofiarą padł św. Szczepan; wtenczas to niektórzy wierni z Cypru i Cyrene przybyli do Antyochyi, której mieszkańcy składali się głównie z pogan, Greków i Rzymian, częściowo wszakże i z żydów. Z ramienia apostołow naukę Chrystusową szerzył tam Barnabasz; ten to Barnabasz przywołał do pomocy swej św. Pawła, przebywajacego wówczas w swem mieście rodzinnem Tarsus. Po roku wspólnej działalności chrześcijaństwo w Antyochyi dość silne zapuściło korzenie, aby przetrwać zatargi pomiędzy nawróconymi żydami i poganami o wartość prawa Mojżeszowego. 

Antyochya była tem miastem, w którem uczniowie i wyznawcy Chrystusa uznali się po raz pierwszy chrześcijanami. Dotąd zwali się braćmi, świętymi, wybranymi - przeciwnicy nazywali ich Nazarejczykami. Może pod wpływem św.Pawła powstała nowa nazwa chrześcijan, która tak się ogólnie przyjęła jako trafna nazwa dla wiernych Jezusowych, że jej nie usunął nawet edykt późniejszy Juliana cesarza, wedle którego chrześcijanie znowu mieli nazywać się Galilejczykami. 

Postępy w owej gminie chrześcijańskiej spowodowały niewątpliwie Piotra św., aby udać się do pozyskanego dla Jezusa miasta i swoją czynnością apostolską utworzyć tam stolicę. Historycy mówią, że rządy biskupie św. Piotra w Antyochyi obliczać należy na około siedm lat. Jeśli zaś już w r. 42 za czasów cesarza Klaudyusza Piotr św. przynajmniej przez krótki czas miał być w Rzymie, to początki te biskupstwa Piotrowego w Antyochyi przypadałyby na ostatnie lata panowania cesarza Tyberyusza, może więc na r. 36 p. Ch. 

Wiemy, że później Piotr św. przebywał w Antyochyi, kiedy chodziło o pytanie, czy przepisy prawa Mojżeszowego o nieużywaniu pewnych potraw i o zachowaniu obrzezania miały mieć moc obowięzującą dla chrześcijan z pogaństwa nawróconych. Wpływem św. Pawła stało się, że Piotr św. swobodę zostawił chrześcijanom narodowości greckiej lub rzymskiej, stwierdzając, że każdy poganin może zostać uczniem Jezusa bez poprzedniego albo późniejszego obowiązku zachowania przepisów zewnętrznych Starego Zakonu. 

Dla pobytu działalności św. Piotra Antyochya znaczniejszą w chrześcijaństwie posiadała powagę; biskupi jej byli patryarchami podobnie jak w Aleksandryi, Jerozolimie, a później i w innych miastach. Wyroki Boże zrządziły wszakże, że nie Antyochya, ale Rzym miał zostać stolicą Piotra św., która krwią swoją miał uzacnić i umocnić. 

 

Inni święci z dnia 22. lutego:

 

Św. Abiliusz, biskup z Aleksandryi. - Św. Antuza, męczenniczka. - Św. Aristion, uczeń Chrystusowy. - Św. Gall, męczennik. - Św. Papiasz, biskup. - Św. Paschazyusz, biskup z Vienne. - ŚŚw. Wiktoryn, Henryk, Paweł Donat, Fortunat, męczennicy. 

 

Dnia 23. lutego

 

Święty Piotr Damian, kardynał-biskup z Ostia. (988-1072)

 

W włoskiej Rawennie przyszedł na świat r. 988 Piotr Damian; rodzice jego byli niezamożni a nadto Bóg ich obdarzył dość licznymi dziećmi. To też w zapomnieniu najświętszych obowiązków pragnęła matka pozbyć się nowonarodzonego chłopca, chociażby rychłą jego śmiercią. Bóg jednak sprawił, że uznała występność swych pragnień i dążeń. Mały Piotr w chłopięcych jeszcze latach utracił rodziców i przejść musiał pod opieką najstarszego, żonatego już brata. Znosić musiał cierpliwie wszelkie wybuchy niezadowolenia, spełniać najniższe posługi, za które ledwie jeść dostawał. Obywać się musiał lichem odzieniem; w miejsce zaś elementarnych nawet nauk przeznaczył mu brat niesumienny obowiązek pastucha nad trzodą świń. Pomimo to gorycz życia nie zwalczyła w Piotrze skłonności do dobrego, a już najlepsze mu wystawiła świadectwo Msza święta, jaką pomimo częstego głodu zakupił za duszę ojca swego za pieniądz przypadkowo znaleziony, do którego pomimo poszukiwań żaden właściciel się nie zgłosił. 

Wrodzoną już cnotliwość Piotra Bóg nagrodził, kiedy dał mu sposobność przenieść się do domu innego brata, imieniem Damian, kapłana, a później zakonnika; zdaje się że z wdzięczności ku niemu Piotr do imienia swego dodał imię Damiana. Rzeczywiście bowiem brat Damian starał się o dobro Piotra z ojcowską troskliwością. Kazał go kształcić nasamprzód w Faenza, potem przez uczonego Iwona w Parma. Takie zrobił w naukach postepy, że sam uczyć rozpoczął; zyskając coraz to liczniejszych uczniów mnożył i dostatki swoje tak bardzo i nagle, że zachodziła obawa, aby nie były dlań zbyt potężną pokusą. Poznał to i sam Piotr; dlatego pokorą, hojnemi jałmużnami , noszeniem włosiennicy, postami, czuwaniem starał się zapanować nad wszelkimi skłonnościami do złego. 

Dalej jeszcze poszedł w trosce o duszę swoją i jej zbawienie; daleko od miejsca rodzinnego wstąpił do klasztornej pustelni, w Fonte Avellano w Umbrii. Przepisy życia były tam bardzo ostre; życie zupełnie odosobnione. Gorliwość Piotra podołała wszelkim wymaganiom klasztornego zgromadzenia; pomimo nadwyrężonego czuwaniami zdrowia nie ustawał w zakonnych ćwiczeniach; wkrótce był dla wszystkich wzorem, dla klasztoru ozdobą. 

Jesli dawniej przeniknął nauki świeckie, to teraz zgłębił nauki wiary. Wykształcenie wszechstronne posunęło Piotra na stanowiska ojca duchownego dla zakonników w Pomposia, a po dwóch latach na takie same stanowisko w klasztorze św.Wincentego pod Perugia. Powaga, jaką sobie wszędzie wyrobił sumiennością w powierzonych obowiązkach, skłoniła zakonników w Fonte Avellano do obrania Piotra następcą opata, zmarłego r. 1041. Pod jego kierownictwem klasztor zajaśniał cnotami i naukami; jego to uczniami byli św. Rudolf, biskup z Gubio, św. Dominik, św. Jan z Lodi. Troska o rozwój zgromadzenia zakonnego natchnęła Piotra do utworzenia pięciu nowych osad klasztornych. Sława wielkiego opata dotarła i do stolicy Piotrowej w Rzymie: papieże jak Grzegorz VI., Klemens V., Leon IX., Wiktor II. używali go do załatwiania trudniejszych spraw kościelnych, a w nagrodę położonych zasług, cnoty i nauki Stefan IX. mianował go kardynałem-biskupem w Ostia r. 1057. Godność tą przyjął Piotr li tylko z posłuszeństwa wobec woli Ojca św. 

Nowe stanowisko Piotra przyniosło niemałe korzyści Kościołowi, bo za jego wpływem ustąpił nieprawnie po śmierci Stefana IX. obrany Jan, biskup z Velletri i uznał prawowitym następcą księcia apostołów Mikołaja II. Kiedy ten papież w uznaniu zasług pozwolił mu wyrazić jakiekolwiek życzenie, pokorny biskup-kardynał prosił o pozwolenie powrotu do swego umiłowanego klasztornego zacisza. Sprawy Kościoła nie pozwoliły chwilowo na usunięcie się Piotra. Dopiero Aleksander II., którego powagę podtrzymywał przeciw antypapieżowi Kadalausowi, biskupowi Parmy, spełnił gorące życzenie swego potężnego i wpływowego zwolennika. Wrócił więc Piotr do klasztoru; żył jak prosty pustelnik, a ścisłością w obowiązkach przewyższał wszystkich współbraci. 

Na te czasy przypada też głównie działalność Piotra literacka. Składa się z całego szeregu listów, mów, życiorysów niektórych świętych, nadto z modlitw, hymnów i kilkadziesiąt mniejszych rozpraw, w których występuje z całą siłą za przywróceniem karności pomiędzy duchowieństwem. Gani tych, co pochlebstwami, świętokupstwem wdzierają się na stanowiska kościelne; karci tych, co niedbałymi się okazywali w sprawowaniu przepisanych nabożeństw. Występuje ostro przeciw rozluźnieniu w życiu zakonnem, mianowicie przeciw tym, co pod lada pozorem klasztor opuszczali, aby szukać towarzystwa świeckiego, jako i przeciw tym, co zachowaniem osobistej własności łamali śluby ubóstwa. 

Niedługo Piotr pozostał na odosobnieniu, bo już r. 1063 posyła go papież jako legata swego do Francyi, aby zatargi załatwił tak pomiędzy biskupami jak duchownymi. Krótko potem odebrał polecenie, aby załatwił sprawą małżeństwa cesarza Henryka IV. Pojął bowiem za żonę Bertę, córkę Otona, margrafa włoskiego, a po trzech latach pożycia zażądał rozwodu. Arcybiskup moguncki nie chciał się opierać woli cesarskiej, dopiero wpływ Piotra dokonał w cesarzu zmiany, bo zgodził się lubo niechętnie na dalsze pożycie z Bertą; do rozwodu nie było bowiem ani dostatecznego powodu ani też nawet pozoru. Działo to się r. 1069 w Frankfurcie nad Menem. 

Po załatwieniu tak ważnych spraw wrócił Piotr jeszcze raz do swej pustelni w Fonte Avellano. Zamknął się w celi swej jakby w więzieniu, ciało swe dręczył częstem biczowaniem i długiemi postami; spełniał najniższe posługi. 

Ostatnią publiczną sprawą, jaką miał załatwić Piotr z polecenia papieża Aleksandra II., było zbadanie i uporządkowanie stosunków w Rawenie, jakie tam nastały z winy arcybiskupa Henryka, sprzeczne duchowi kościelnemu. Wyczerpany na siłach wracał jeszcze Piotr do Rzymu, ale już w klasztorze w Faenza uległ r. 1072 niespodzianej chorobie w 84. roku zasłużonego życia swego. W dowód uczoności i cnotliwości przypisują się Piotrowi Damianowi godność i tytuł nauczyciela Kościoła. 

 

Nauka

 

Przykład Piotra Damiana wskazuje, jak wiarę i cnotliwość życia łączyć z prawdziwą nauką. Niema pomiędzy niemi żadnego przeciwieństwa ani żadnej sprzeczności. Kto czerpie z źródła wiary i objawienia, ten czerpać może i z źródła ludzkich nauk, bo podstawą tych źródeł jest prawda, jaką Bóg bezpośrednio sam objawił albo pośrednio stwierdzać pozwala siłą rozumu ludzkiego; ale i ten rozum przecież darem Bożym, a Bóg w dziełach i sprawach Swoich nie może naocznej objawiać sprzeczności. To też niezaprzeczoną prawdą, że czem człowiek głębiej wnika w prawdy nauki, tem przystępniejszym i wraźliwszym na prawdy wiary i objawienia. Najznamienitsi uczeni byli ludźmi gorącej wiary. 

Jedynie wykształcenie niedostateczne, nauki dorywcze, nieuporządkowane czynią niestety nieraz wielkie w duszach ludzkich spustoszenie. Takiej zewnętrznej nauki, mianowicie czytania książek wpadających w rękę, trzeba się wystrzegać, aby czasem mimowoli nie ponieść szkody. Trzeba wielkiej bowiem roztropności, aby rozróżnić dobrą książkę od złej; aby w książce czytanej i do pewnego stopnia naukowej nie zatruć się jadem fałszywych zdań, zapatrywań, obłędliwych zasad. 

Stąd też staraj się nasamprzód kierować przezornością w wyborze książki; nie czytaj wszystkiego, co ci podadzą; ostudź swój zapał. Czytaj to tylko, co odpowiednie twemu wiekowi, stanowi, obowiązkom; czytaj też głównie to tylko, o czem albo masz już wyrobione zdanie albo o czem wedle swego wykształcenia zdanie możesz sobie jeszcze wyrobić. 

Wykluczaj wszelkie książki, przeciw którym oświadczył się kościół; wszystkie, które w jakikolwiek sposób wykraczają przeciw Kościołowi, wierze i obyczajom. Wykluczaj i te, które wzbudzają jakiekolwiek co do wartości swej powątpiewania. Strzeż się tych książek, które zbytnio rozbudzają i zajmują wyobraźnią, a może przyczyniają się podniecania złych w tobie skłonności. Czytaj w miarę przy wolnym czasie, nie zarywaj czytaniem obowiązków swych. 

Czytanie nigdy niepowinno być prostą rozrywką, ale zawsze środkiem pouczenia i dalszego wykształcenia; stąd też czytaj książki poważne, treściwe; dobieraj je sobie tak, abyś krok za krokiem zdobywał sobie coraz więcej potrzebnych ci wiadomości. Wtenczas nie zboczysz od zasad Kościoła ani od prawdy swej wiary boskiej. 

 

Inni święci z dnia 23. lutego:

 

Św. Dominik, opat. - Św. Feliks, biskup z Brescia. - Św. Florencyusz, wyznawca. - Św. Łazarz, zakonnik. - Św. Marta, dziewica i męczenniczka. - Św. Milburga, księżniczka i zakonnica. - Św. Polykarp, kapłan. - Św. Romana, dziewica. - Św. Syren, zakonnik i męczennik. - Św. Thea, męczenniczka. - Św. Willigis, arcybiskup z Moguncyi. 

 

Dnia 24. lutego

 

Święty Maciej, apostół. (Około r. 63)

 

Miał się św. Maciej wedle podania urodzić w Betlehem w Palestynie. Rodzice troskliwie dbali o to, aby syn ich poznał i pełnił wolę Bożą, tak różnorodnie określoną w przykazaniach i przepisach oraz w zakazach Starego Zakonu. Na doskonalsze drogi życia miał go wprowadzić dopiero sam Zbawiciel. To też na wieść o niezwykłej działalności Jezusa pospieszył do mistrza, przejął się Jego naukami i został ich szczerym wyznawcą. Poznał, że ówczesne oczekiwanie Zbawiciela, jakie żywił cały świat przedchrześcijański, spełniło się w Jezusie, że więc Jezus jest upragnionym Odkupicielem rodu ludzkiego. Razem więc z innymi Maciej został stałym uczniem Chrystusa i towarzyszył mu w wędrówkach po Ziemi świętej. Był świadkiem cudów, jakie Jezus działał na dowód swego boskiego posłannictwa, był i słuchaczem nauk Jezusa, tak bardzo przewyższających nauki Starego Zakonu, lubo nie były przecież im przeciwne. Przeszedł wszystkie losy, jakie dla Jezusa uczniowie znosić musieli podczas ziemskiego nauczycielstwa Boga, który stał się człowiekiem; w żywej pamięci utkwiły mu tak niewymowne cierpienia Jezusa i poniżenie przez krzyżową na Golgocie śmierć, jak i dowody chwały niebieskiej w Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu. 

Ledwie jednak Jezus wrócił do Swej Bożej chwały - apostołowie zaś znowu przybyli z Góry Oliwnej do Jerozolimy, i wraz z uczniami zgromadzali się w wieczerniku, aby oczekiwać i gotować się na zapowiedziane przez mistrza Zesłanie Ducha św., kiedy wykazała się konieczność, uzupełnić grono dwunastu apostołów, bo zdradą i śmiercią Judasza liczba ta została zmniejszoną. Powstał więc Piotr św. jako pierwszy pomiędzy współapostołami wśród zebranych w wieczerniku, wskazał na to, że upadek Judasza był przewidziany wyrokami Opatrzności Bożej, kiedy już królewski o nim mówił psalmista, że należy przystąpić do wyboru nowego na Judasza miejsce apostoła z tych co byli świadkami działalności Chrystusowej od pierwszego jej początku aż do Zmartwychwstania ukrzyżowanego mistrza. Wiemy, że zebranych było 120 uczniów, a jednak z tej liczby dwóch tylko było oznaczonych, którzy zadośćuczynić mogli warunkom postawionym przez św. Piotra do przejęcia godności apostolskiej. Był to Józef, zwany Barsabas, z przydomkiem Sprawiedliwy oraz Maciej, którego imię znaczy tyle co dar Boży. Bóg sam miał rozstrzygnąć o godności koniecznej jednego z dwóch tych mężów, a gorąca prośba do Stwórcy miała ubłagać łaskę, aby usiłowania ludzkie wyszły na większą chwałę Bożą. Ty Panie, modlili się apostołowie, który znasz serca wszystkich, okaż, któregoś obrał z tych dwu jednego, aby wziął miejsce usługiwania tego i apostolstwa, z którego wypadł Judasz, aby odszedł na miejsce swoje (Dzieje ap.I,24-25). Ponieważ apostołowie byli przekonani, że tylko wola Boża może powoływać do godności apostoła, przeto zwrócili się do sposobu znanego już w Starym Zakonie (I.Sam.10,17-21) t.j. do rzucania losów, aby jasno poznać objaw zrządzenia niebieskiego. Losy rzucone oznaczyły godnym apostolstwa św. Macieja, który wedle podania należał przedtem do liczby 70 uczniów Chrystusowych. 

Czem następujące wkrótce Zesłanie Ducha św. było dla wszystkich apostołów, tem było i dla nowego apostoła. Utwierdzony w wierze, podniecony siłą nadprzyrodzoną, św. Maciej razem z drugimi apostołami rozpoczął naukę Chrystusową głosić i jednać Zbawicielowi coraz liczniejszych uczniów. Podanie jedno mówi, że Maciej działał w Etyopii; inne zaś powiada, że, kiedy apostołowie wyznaczali sobie miejsca i strony, w których głosiliby chrześcijaństwo, Maciejowi przypadły kraje żydowskie. Przebiegał je więc, a nauki swe stwierdzał licznymi cudami. Nie ograniczał się wszakże na samą naukę; przykładem życia własnego pokazywał, do jakiej doskonałości Bóg powoływał tych , których umiłował. Klemens aleksandryjski zachował nam wiadomość, że apostół Maciej domagał się od nowo nawróconych szczególniejszego umartwienia ciała. Sam krępował wszelkimi sposobami oścień pożądliwości, a cierpienia krzyża Chrystusowego nosił z największą pokorą. 

W ten sposób spędził Maciej 33 lata na działalności apostolskiej w Judei i Galilei. Wedle niepewnych innych podań miał nawet dotrzeć do brzegów jeziora Kaspijskiego, przebiegać Kapadocyą, w Kolchis umrzeć śmiercią męczeńską. Dokładniejsze wszakże wiadomości opowiadają li tylko o trudach i mękach, jakie spotkały św.Macieja wśród własnych swych ziomków. 

Rozwój bowiem religii Chrystusowej, liczba zwolenników Jezusa poruszyły do żywego przeciwników Zbawiciela. Jak niegdyś samego mistrza nie chcieli uznać posłańcem Bożym, tak i teraz dopuścić nie chcieli, aby Jezus rzeczywiście był uznany jako Odkupiciel świata. Skierowali więc swe wysiłki przeciw św.Maciejowi, aby go powstrzymać w działalności dla Jezusa albo go wogóle usunąć z drogi. Arcykapłan Ananiasz zwołał bowiem najwyższy sąd w Jerozolimie, zwany synedrium, który miał prawo rozstrzygać wszelkie sprawy religijne, a za zbrodnie przeciw prawu Mojżeszowemu odpowiednie orzekać kary. Działalność św. Macieja uchodziła w oczach sądu jako sprzeniewierzenie się wobec prawa Mojżesza, jako bluźnierstwo wobec Boga, od którego prawo to pochodziło; zapominali żydzi, że Jezus jako Bóg nowe i doskonalsze przepisał prawo nie dla jednego narodu, ale dla wszystkich ludzi. Zagrożono więc Maciejowi śmiercią, gdyby nadal głosił naukę Tego, który jak zbrodniarz umarł na krzyżu. Ale Maciej w obliczu całego zebrania, pełen Ducha św., podjął dowód, że Ten właśnie, który jako bluźnierca w mniemaniu żydów hańbiącą musiał ponieść śmierć na krzyżu, jest rzeczywiście Synem Bożym, Zbawicielem od wieków w Starym Zakonie przepowiadanym, wedle własnego proroctwa zmartwychwstałym, aby kiedyś w chwale przybyć na sąd żywych i umarłych. Zaparcie nauki Jezusa byłoby rzeczywistą zbrodnią - stąd lepiej śmierć ponieść niż przeciw woli wykroczyć Boga. 

Nikt w całem zebraniu nie zdołał odpowiedzieć na wywody Macieja; ale tem większy był gniew żydów. Ananiasz wydał wyrok, potwierdzony przez wszystkich obecnych członków najwyższej rady, że Maciej za bluźnierstwo umrzeć musi przez ukamieniowanie. Wyrok zaraz spełniono. Siepacze wyprowadzili Macieja za mury miasta: upadł apostół na kolana, aby Bogu podziękować za łaskę śmierci męczeńskiej, a za zbawienie całego kraju i jego mieszkańców gorące jeszcze raz przed tronem Stwórcy przedłożyć modły. Wśród modlitwy grad kamieni obsypywał apostoła, a gdy prawie martwy upadł na ziemię, żołnierz rzymski cierpienia zakończył, ucinając mu głowę mieczem swym. 

Święte ciało Macieja unieśli chrześcijanie z sobą, pochowali je z winną czcią; później zawiozła je cesarzowa Helena do Rzymu. Kiedy zaś na jej prośby papież Sylwester mianował biskupem Trewiru Agrycyusza, Helena wręczyła mu drogie relikwie, bo prawie całe ciało św.Macieja jak i suknię samego Zbawiciela. Chciała, aby miejsce jej ulubione jak najbardziej było odznaczone takimi skarbami. Głowa św. Macieja miała pozostać w rzymskim kościele Najśw. Maryi Panny Większej. Św. Maciej jest patronem miasta Trewiru. 

 

Nauka

 

Jak św. Paweł tak i św. Maciej uczy wszystkich wiernych, że wstrzemięźliwością w pożywieniu, odmawianiem sobie przyjemności, umartwieniem ciała należy trzymać w karbach swe namiętności, aby je tem łatwiej poddać duchowi. Więc nie tylko osoby zakonne, ale wszyscy chrześcijanie jakiegokolwiek stanu i wieku są zobowiązani do umartwienia i do walki przeciw chuciom ciała. Kto chuciom tym ustępuje i ulega, kto pełni to, czego ciało pragnie lub się domaga, ten jest człowiekiem zmysłów i cielesności. A przecież ta cielesność wedle nauki św. Pawła jest przeciwną woli Boga; w niej grzech tkwi, a grzechu nie podobną rzeczą łączyć z świętością Boga. Kto więc pragnie Boga prawdziwie, żyć chce w łączości z Bogiem, ten zwalczyć, złożyć musi zmysłowość i cielesność, bo inaczej celu swego nie osiągnie. 

Kto myśli więc dobyć się nieba bez walki przeciw namiętnościom, rozbudzanym albo wrodzoną złą skłonnością albo ponętami świata albo też wprost poduszczeniami złego ducha - ten bardzo się myli. Jezus wyraźnie napomina: Usiłujcie, abyście weszli przez ciasną furtkę. Bo powiadam wam, że ich wielu będzie chciało wnijść, a nie będą mogli (Łuk.13,24). Słowa te tłomaczy św. Chryzostom o tych, którzy bez walki z sobą i z światem pragną dojść do celu wiecznego. Czy i ty może do ich liczby należysz? 

To, co ziemskie, trzeba wedle nauki Klemensa aleksandryjskiego, używać wedle woli Bożej - nigdy zaś nie wolno serca doczesności oddawać. Bogacz w ewangelii został potępiony, bo dostatków nie używał wedle woli Bożej na zaspokojenie swych lub drugich potrzeb, lecz na wygody, przyjemności liczne i zdrożne. Przywiązanie do dóbr ziemskich mianowicie przez chciwość jest wedle Pawła św. źródłem do wielu innych grzechów: Bo, którzy chcą bogatymi być, wpadają w pokuszenie i w sidło dyabelskie, i wiele pożądliwości niepożytecznych i szkodliwych, które pogrążają ludzi na zatracenie i zginienie. Albowiem korzeń wszego złego jest chciwość (I.Tym.6,9-10). 

 

Inni święci z dnia 24. lutego:

 

Św. Etelbert, król z Kent. - Św. Edycyusz, męczennik. - Św. Letard, biskup z Senlis. - Św. Modest, biskup z Trewiru. - Św. Pretekstat, biskup z Rouen. - Św. Prymytywa, męczenniczka. - Św. Sergiusz, męczennik. 

 

Dnia 25. lutego

 

Święta Walburga, dziewica, zakonnica. (Około r. 799)

 

Królewską koronę Anglii nosili rodzice świętej Walburgi; imiona ich Ryszard i Bona. Świętą była ta rodzina. Ojciec Ryszard zaliczony w poczet świętych; tak samo św. Bonifacy, brat matki, apostół Niemiec; podobnie i bracia, św. Wilibald, opat w Heidenheim. Wychowanie więc Walburgi było przejęte nastrojem wybitnie religijnym. Pobożnych rodziców i rodzeństwa przykład musiał oddziaływać i na usposobienie Walburgi. Rzeczywiście od dziecięctwa niezwykłą odznaczała się powagą; nie okazywała ani pozoru jakiejkolwiek próżności, tem mniej jakiegokolwiek rozproszenia; niewinnością żyła czystą i świętością. Pomimo pokus świata, nie nęciły ją ani zaszczyty ani kosztowne zbytki; nie nęciły ją zabawy ani dostatki; żyła w świecie ale ponad światem; wspaniały zamek rodzicielski był dla niej i dla kilku równie usposobionych dziewic schroniskiem cichem przed zgiełkiem świata; w odosobnieniu żyły wszystkie modlitwą, rozmyślaniem i stosownem zajęciem. Już rychło z miłości do Jezusa postanowiła zupełną zachować Walburga czystość; dlatego unikała wszelkiego niepotrzebnego towarzystwa, któreby mogło osłabić jej postanowienie. Dla miłości też Jezusa usunęła się z świata do klasztoru Winburn w hrabstwie Dorset; tutaj odnowiła ślub dziewictwa. 

W tym czasie umarli jej rodzice; bracia znajdowali się w Niemczech, aby stryjowi, św. Bonifacemu, pomagać w nawracaniu pogańskich jeszcze szczepów germańskich. Dla utwierdzenia i ułatwienia dzieł dokonanych należało i klasztorne powołać do życia zakłady. Stąd też św. Bonifacy zwrócił się do swej krewnej, a przełożonej klasztoru w Winburn, aby zechciała wysłać do Niemiec zakonnice, któreby życiem wzorowem na zyskanych dla Chrystusa wiernych oddziaływały. W gronie zakonnic przeznaczonych dla Niemiec, znajdowała się obok św. Tekli, Lioby i innych także św.Walburga. Wszystkich razem było coś 30 matron i dziewic; wszystkie wzorami były życia duchowego, a jednak pragnęły coraz większej doskonałości. W podróży wielka powstała burza, która strachem przejęła wszystkich z wyjątkiem Walburgi. Modlitwą gorącą i wzywaniem imienia Jezus uspokoiła szumiące wiatry i huczące fale. 

Celem podróży była Moguncya, dokąd przybyły zakonnice r. 748, witane przez św. Bonifacego i św. Wilibalda. Kiedy Walburga się dowiedziała, że brat jej Wunibald w Turyngii przebywa, a tam nietylko nawraca pogan ale i dawno nawróconych doskonałości uczy chrześcitańskiej, udała się do niego z kilku towarzyszkami, aby pod jego kierownictwem w klasztornym żyć zaciszu. Zwierzyła się z swym zamiarem bratu, a Wunibald z całą gorliwością o dobro duszę swej siostry wyznaczył jej cichy kątek w Turyngii, aby wedle reguły św.Benedykta z towarzyszkami klasztorne prowadziła życie; wtenczas to Walburga welon przyjęła zakonny. Wielką była radość świętej dziewicy, gdy najgorętsze jej życzenia się spełniły; miary wprost nieznała w swej gorliwości, aby w niej okazać swą wdzięczność i szczęście duszy; w cnotach tak postąpiła, że życie jej było prawdziwie anielskie. 

Po kilku latach opuścił Wunibald z wiedzą i zgodą św. Bonifacego Turyngię, aby udać się do Frankonii i tam w zaciszu wyłącznej oddać się służbie Boga. Założył dla siebie i innych towarzyszów dotychczasowej pracy klasztor w Heidenheim a postawiwszy oprócz tego żeński klasztor, powołał doń św. Walburgę. Rozgłos o świątobliwości rodzeństwa rozchodził się daleko; ze wszystkich też stron przychodzili wierni, aby zamieszkać w klasztorach i poświęcić się trosce o zbawienie swych dusz. Środki kilku majętniejszych chrześcijan pozwoliły na zbudowanie obszerniejszych nowych dwóch klasztorów; męski stał pod kierownictwem Wunibalda, w żeńskim władzę dzierzyła Walburga. Kiedy zaś r. 761 Wunibald świątobliwe swe zakończył życie, objęła Walburga z polecenia i rozkazu św. Wilibalda także i władzę nad klasztorem męskim. Pomimo oporu św. zakonnicy i pomimo obawy przed podwójnym odtąd ciężarem, musiała Walburga z posłuszeństwa spełnić rozkaz brata. Bóg wspierał ją łaskami w trudnych zadaniach. Pierwszą była przy każdej modlitwie i przy każdym nabożeństwie; najpokorniejszą w podejmowaniu najróżnorodniejszych prac; łagodną wobec podwładnych; we wszystkiem była wzorem niedoścignionym; stąd też powaga św. Walburgi była ogólnie uznaną. 

Nieraz zabrakło dla licznych zakonników i zakonnic środków do zaspokojenia potrzeb doczesnych; Walburga nigdy nie traciła ufności w pomoc Bożą; doznawała jej też nieraz, kiedy nikt się jej nie spodziewał. Rozmaite też cuda Bóg wybranej swej służebnicy pozwolił zdziałać. Gdy niedaleko Heidenheimu śmiertelnie się rozchorowała córka bogatego szlachcica, Walburga odwiedziła chorą, kazała się z nią zamknąć w komnacie, a modlitwami zupełnie jej przywróciła zdrowie. Wszyscy śmierci się już spodziewali ukochanej dzieweczki - przecież Walburga zdrową oddała uradowanym rodzicom. 

Przez lat 17 kierowała św. Walburga dwoma klasztorami, aż Bóg ją powołał do Swej chwały łagodną śmiercią r. 779. Ciało wydawało najpiękniejszy zapach; złożono je obok grobu zmarłego Wunibalda; później przeniesiono szczątki jego do Eichstaedt, wszystkie zaś prawie szczątki Walburgi do klasztoru w Monheim, gdzie prawdopodobnie w czasach reformacyi zostały zniszczone. Relikwie niektóre zachowują się jeszcze teraz w Eichstaedt. 

 

Nauka

 

W dręczących nieraz potrzebach św. Walburga nigdy nie wątpiła o pomocy Bożej, a Bóg ufność jej głęboką w cudowny nieraz nagradzał sposób. Są chrześcijanie, którzy przykładne prowadzą życie, ale skoro doznają biedy, skoro troski na nich spadają o zaspokojenie potrzeb życia, wtedy niespokój ich ogarnia, małoduszność, nawet zwątpienie. Grzeszą więc brakiem ufności w Opatrzność Bożą. 

Człowiek przecież nie ma wprawdzie zapominać o swych potrzebach, ale winien też zawsze pamiętać, że jest Bóg w niebie, od którego wszystko pochodzi, że ten sam Bóg i potrzeby doczesne zaspokoić zdoła, skoro to będzie zbawieniem dla duszy ludzkiej. Bóg, powiada św. Augustyn, który dał ci życie, da ci i środki do utrzymania życia. Wszystko troskanie wasze, napomina św. Piotr, składajcie nań gdyż on ma pieczę o was (I.Piotr 5.7). Jeśli doświadcza ciebie Bóg troskami, nie wstydź się gorącej do Boga prośby. Przyjmuj je chętnie, bo stajesz się niemi podobnym Zbawicielowi. 

Wzniosłe są też słowa św. Piotra, arcybiskupa w Tarantasia w Sawoja, który umarł r. 1174: Nie traćcie wewnętrznego pokoju, bracia, jeśli widzicie, że tak hojnie obdzielamy biednych i wszystko im oddajemy. Pan ześle błogosławieństwo swe na domy wasze, abyście poznali wszechmoc Bożą; Bóg pomnaża wedle niezgłębionej Swej woli to, co dla chwały Jego Imienia otrzymują biedni. W wielu sercach stygnie miłość i usycha wiara. Zwiędniałą wiarę trzeba zrosić potokiem dzieł wszechmocy Bożej, aby znowu żywym zakwitnęła blaskiem; stąd to ewangelie tyle wymieniają cudów Jezusa; stąd i doświadczenie stwierdza tyle nadzwyczajnych dobrodziejstw Boga. 

 

Inni święci z dnia 25. lutego:

 

Św. Adeltruda, dziewica i zakonnica. - Św. Ananiasz, kapłan i męczennik. - Św. Cezary, lekarz. - Św. Donat, Justus, Herena, męczennicy. - Św. Feliks III., papież. - Św. Gerlandy, biskup. - Św. Regin, biskup i męczennik. - Św. Tarazyusz, patryarcha konstantynopolitański. 

 

Dnia 26. lutego

 

Święty Porfyry z Gaza, biskup. (353-420)

 

Jako syn znamienitych rodem i bogactwem rodziców urodził się Porfyry r. 353 w Tesalonice w Macedonii; od dziecka odznaczał się gorliwością modlitwy i miłości do Jezusa. W dojrzalszych latach młodości poświęcił się naukom. Ale nauki same nie dawały mu zupełnego zadowolenia; stąd w wieku 25 lat opuścił dom rodzicielski i ruszył do Egiptu w pustynię Scete, aby tam przez pięć lat żyć jedynie uczynkami pokuty i umartwienia. Z pozwoleniem przełożonych udał się potem do Ziemi Swiętej, zwiedził Jerozolimę, w końcu usunął się znowu na przeciąg pięciu lat do obranej przez siebie pieczary nad brzegami Jordanu. Nadwerężone już umartwieniami zdrowie, a teraz nawiedzane febrami zmusiło go do powrotu do Jerozolimy; tutaj oparty na kiju codziennie zwiedzał miejsca uzacnione życiem i męką Zbawiciela; pomimo słabości nie przyjmował żadnej pomocy, mówiąc, że trudy ofiaruje Bogu na przebaczenie grzechów. Codziennie też przystępował do stołu Pańskiego, aby duszę swą zasilać niebiańskim chlebem. 

W Jerozolimie dowiedział się Porfyry, że rodzice jego umarli, zostawialąc mu jako spadkobiercy wielkie dostatki. Postanowił wszystko sprzedać, a zebrane pieniądze rozdzielić pomiędzy ubogich. Sprzedaży dokonał towarzysz jego, Marek. Kiedy wrócił z Tesaloniki zastał Porfyrego niespodziewanie przy czerstwem zdrowiu. Zdziwionemu opowiedział Porfyry cudowne swe uzdrowienie: W największych boleściach, mówił, powlokłem się na górę kalwaryjską, a wycieńczony natężeniem straciłem przytomność. Wtedy to ujrzałem Zbawiciela i dobrego łotra (Dyzmę) na krzyżu i zawołałem: Panie, wspomnij na mnie w raju. Jezus na te moje słowa kazał dobremu łotrowi udzielić mi pomocy; zstąpił on z krzyża i poprowadził mnie do Chrystusa. I Zbawiciel zstąpił z krzyża, wskazując na łotra wezwał mnie, abym wziął krzyż Jego na barki swoje. Uczyniłem to, a kiedy w tej chwili wróciłem do przytomności, uczułem się znowu silny i zdrowy. 

Po rozdaniu majątku swego pomiędzy ubogich, Porfyry żył z pracy rąk, Marek towarzysz zarabiał na życie przepisywaniem ksiąg; obydwaj urzeczywistniali zasadę, że kto nie pracuje, ten też jeść niema. Wśród tego życia i umartwienia spotkało Porfyrego nie małe odznaczenie, bo biskup Jerozolimy dla cnót wyświęcił go r. 393 na kapłana i poruczył mu straż krzyża Pana Jezusa. Kiedy zaś r. 396 umarł św. Irenion , biskup Gazy, zwrócili się duchowni i wierni do Jana z Cezarei jako metropolity z prośbą o nowego biskupa. Jan arcybiskup powołał do siebie Porfyrego pod pozorem porady teologicznej i wyświęcił go pomimo woli na biskupa Gazy. Porfyry w wyniesieniu swem na godność następcy apostołów widział spełnienie objawienia, jakie miał przed odjazdem z Jerozolimy. Stąd też w końcu zgodził się na przyjęcie święceń. 

W stolicy swej zdołał Porfyry łagodnością zjednać serca wszystkich, nawet pogan tam jeszcze mieszkających. Przyczynił się do tego cud obfitego deszczu, jaki spadł po długiej suszy obficie wskutek modlitw i postów zarządzonych przez nowego biskupa. Cud ten był naocznym dowodem łaski Bożej, ponieważ miał przekonać o niemocy bożków, na których cześć z przyczyny suszy poganie przez dłuższy czas nadaremnie składali ofiary. Widząc objaw wszechmocy Boga chrześcijańskiego nawróciło się do religii prawdziwej około 176 pogan; do nich dołączyła się powoli coraz większa liczba. 

Rozwój i znaczenie religii Chrystusowej rozbudziły wszakże gniew i zawiść pogan, zostających jeszcze przy swych bożkach. Wobec ciągłych niesnasek Porfyry zawezwał pomocy świeckiej władzy, udając się z arcybiskupem Janem z Cezarei i swym towarzyszem Markiem do Konstantynopola. Tutaj za wpływem św. Chryzostoma otrzymali przybywający biskupi posłuchanie u cesarzowy, a od cesarza Arkadyusza rozporządzenie, wedle którego świątynie pogańskie miały być natychmiast zburzone i zniesione. Rozkaz cesarski wypełnił Cynegiusz, mąż dla sprawy Kościoła nadzwyczaj gorliwy. Padły więc świątynie Wenery, Apolina, Jowisza i innych bożków. Posągi ich potłuczono, księgi popalono. Na miejscu, gdzie stała dotąd świątynia Marnasa czyli Jowisza, wzniosła się świątynia chrześcijańska w kształcie krzyża wedle planów cesarzowy Eudoksyi. Ponieważ cesarzowa przyczyniła się ofiarnością swą i do budowy samej świątyni, nazywano ją świątynią Eudoksyi. Działo się to r. 403. Radość chrześcijan nad zwycięstwem Chrystusa była ogromną; bożyszcza ustąpiły Bogu prawdziwemu. Porfyry całą siłą pracował dalej nad tem, aby i resztki pogaństwa zupełnie wykorzenić i wyplenić; obfite były też owoce jego pracy. 

Nie mało zabiegów kosztowało Porfyrego, ochronić wiernych swych przed zarazą i zalewem herezyi aryańskiej, która głosiła, że Chrystus nie jest Bogiem, ale tylko najprzedniejszym i najdostojniejszym stworzeniem Boga, że Bogu nie jest równy co do istoty, jeno Bogu podobny. Jakaś zawzięta aryanka wezwała nawet świętego biskupa do publicznej dysputy; Porfyry przecież znakiem krzyża świętego sprawił, że słowa ze siebie wydobyć nie mogła, a miejsce dysputy opuścić musiała zawstydzona ogólnym pośmiewiskiem. 

Doczzekał się Porfyry tej pociechy, że przed śmiercią wszystkich prawie pogan Gazy widział gorliwymi wyznawcami Chrystusowymi. Umarł r. 421. 

 

Nauka

 

Podczas pobytu swego w Jerozolimie Porfyry zwiedzał pobożnie swięte miejsca, na których cierpiał Jezus. Nie możesz tego osoboście wprawdzie dokonać, ale możesz duchem przenosić sie na owe miejsca, kiedy odprawiasz drogę krzyżową. Możesz duchem przypominać sobie owe chwile niewymownych cierpień Boga-Człowieka. Czyń to mianowicie przy nabożeństwach piątkowych, przy modlitwach przed wizerunkiem Ukrzyżowanego, podczas pasyi odprawiających się w wielkim poście. 

Wspomnienia pobożne nietylko rozbudzą w tobie miłość i wdzięczność do Zbawiciela, ale nadto spowodują ciebie do serdecznego za grzechy żalu i do szczerego postanowienia, nigdy a nigdy nie obrażać niczem Boga. Bo wiesz przecież, że tylko grzechy ludzkie, a także i grzechy twoje były przyczyną męki Chrystusowej; mówi o tem wyraźnie Jezajasz prorok w Starym Zakonie: Zranion jest za nieprawości nasze, starty jest za złości nasze (Jez.53,7). Św. Paweł zaś (Hebr.6,6) powiada, że przez każdy nowy grzech Chrystus powtórnie na krzyż jest przybity. Podobnie się wyraża i kardynał Hugon: Krzyżujesz Jezusa, ilekroć grzech popełniasz ciężki. 

Widok ukrzyżowanego Jezusa, częste rozpamiętywanie Jego cierpień przy poszczególnych stacyach drogi krzyżowej i stąd dla nas pełne są korzyści, że łatwiej uznamy konieczność życia cnotliwego; że zyskujemy te same łaski, jakie zyskują miejsca święte w Jerozolimie. 

Widział św. Porfyry w cudownym objawieniu Zbawiciela na krzyżu przywracającego mu zdrowie. Cudem więc Chrystus nagrodził nabożeństwo świętego do męki Jezusowej. I my kiedyś widzieć będziemy tego samego Zbawiciela, kiedy w chwale przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Czy sądem Jezusa wnijdziesz do wiecznej szczęśliwości czy też na wieczne skazany będziesz potępienie? Od ciebie wyrok zależy, od twego wobec Boga zachowania. Pamiętaj na słowa Objawienia św. Jana (14.7): Bójcie się Pana i cześć mu dajcie, iż przyszła godzina sądu jego, a kłaniajcie się temu, który uczynił niebo i ziemię, morze i źródła wód. 

 

Inni święci z dnia 26. lutego:

 

Św. Aleksander, biskup. - Św. Andrzej, biskup Florencyi. - Św. Anub, opat. - Św. Dyonizy, biskup z Augsburga. - Bł. Edigna, dziewica i pustelnica. - Św. Faustynian, biskup. - Św. Fortunat i Feliks, męczennicy. - Św. Nestor, biskup. - Św. Paschalis, biskup. - Św. Filip, biskup i męczennik. - Św. Serwulus, biskup Werony. - Św. Papiasz, Dyodor, Kanon i Klaudyan, męczennicy. 

 

Dnia 27. lutego

 

Święty Leander, arcybiskup z Sewili. (516-596)

 

Urodził się Leander w Kartagena, mieście hiszpańskim, z rodziców bardzo dostojnego rodu. Brat jego św. Fulgenty był biskupem w Ecyja, a drugi brat Izydor został po Leandrze następcą na biskupiej stolicy sewilskiej. Siostra Florentyna poświęciła się życiu zakonnemu. Podobnie i Leander wychowany w bojaźni Bożej usunął się do zacisza klasztornego Benedyktynów, gdzie spędził kilka lat zdala od niebezpiecznych ponęt świata. Zajaśniał tak bardzo cnotami i nauką, sumiennością obowiązków i bystrością rozumu, że przy nadarzającej się sposobności powołany został na stolicę arcybiskupią w Sewili. 

Była wówczas Hiszpania pod panowaniem Gotów; z Languedoc posunęli się do Hiszpanii, gdzie założyli około r. 470 państwo Wizygotów, kiedy we Włoszech rozwinęło się pod Teodorykiem państwo Gotów wschodnich. Wizygoci wyznawali herezyą aryanizmu od dwustu prawie lat, a w czasie biskupich rządów Leandra rządy państwa spoczywały w ręku Leowigilda, wielkiego nieprzyjaciela katolicyzmu. Gorliwości Leandra zawdzięczać należy ustępowanie herezyi aryańskiej, a powolny ale stały rozkwit prawdziwej nauki Jezusa. Ta sama wszakże gorliwość sciągnęła na biskupa zacięty gniew króla, który pogodzić się nie mógł z myślą, że nawet syn jego i następca przyszły imieniem Hermenegild uległ Leandrowi i porzucił błędy aryanizmu. Stąd to poszło, że Leander wywołany z kraju musiał opuścić swoją stolicę biskupią; że nadto Hermenegild skazany został przez okrutnego ojca na śmierć, bo nie chciał przyjąć Komunii św. z rąk aryańskiego biskupa. 

Z wygnania swego Leander dalej obowiązki swe spełniał w listach i pismach przesyłanych wiernym swej dyecezyi. Większa część tych listów zajmuje się wywodami nad fałszywością nauki aryańskiej, która twierdziła, że Jezus Chrystus nie był prawdziwym Bogiem. Tymczasem Opatrzność Boża gotowała powrót biskupa do swej stolicy. Śmierć Hermenegilda nie dawała spokoju Leowigildowi; wyrzuty sumienia sprawiły, że r.587 przynajmniej Leandra z wygnania powołał znowu do Sewili, a kiedy śmiertelna choroba powaliła go na łoże, polecił biskupowi, aby drugiego syna Rekareda w katolickiem wychował usposobieniu. Do zmiany takiej w zapatrywaniach umierającego króla nie mało się przyczyniły cuda, jakie działy się przy grobie książęcego syna, zmarłego za wiarę prawdziwą. Spodziewać się było można, że i sam Leowigild zechce zostać katolikiem, ale obawa przed rozruchami aryańskich swych poddanych, słabość charakteru nie pozwoliły mu na taki krok stanowczy; umarł aryaninem. 

Natomiast Rekared gorliwym został katolikiem; powołanych do siebie biskupów aryańskich przekonał o prawdziwości katolicyzmu nie tak majestatem królewskim jak swymi wywodami pełnymi mądrości i namaszczenia. To też wielka część aryanów za takim przykładem porzuciła dotychczasowe błędy. Nie małą zasługą w zjednaniu aryanów dla Kościoła katolickiego zdobył sobie sam Leander, a wyraźnem uznaniem tej zasługi było pismo papieża Grzegorza Wielkiego, który nawrócenie aryanów nazywa wprost cudem z woli Bożej przez ludzi zdziałanym. Szczytem działalności Leandra przeciw aryanizmowi był synod w Toledo z r. 588, bo na tym synodzie dokonało się ostateczne pozyskanie zwolenników Aryusza dla Chrystusa. 

Zasługi Leandra szukać należy i na innych jeszcze polach życia kościelnego. Szczególniejszą bowiem troską otoczył życie zakonne; w tej sprawie skreślił pismo do swej siostry Florentyny, w którem wspaniałe daje nauki o pogardzie świata i o koniecznem zamiłowaniu modlitwy. Leandrowi też przypisują uporządkowanie ceremonii kościoła hiszpańskiego czyli liturgii. Pierwotną bowiem liturgią Hiszpanii była najprawdopodobniej liturgia rzymska z zachodu: lud Gotów wprowadził obrządki wschodu na podstawie przepisów biskupa Wulfili. Leander miał stworzyć z dwóch tych obrządków przy uwzględnieniu liturgii galikańskiej nowy obrządek, udoskonalony później przez Izydora i Ildefonsa. Liturgia ta dostała nazwę mozarabskiej od czasów, kiedy Arabowie zawładnęli Hiszpanią. Istniała do dwunastego wieku, poczem uległa wpływom liturgii rzymskiej. Opiece kardynała Ximenesa na przełomie wieku 15. i 16. zawdzięczamy, że dotąd jeszcze się zachowała w katedrze w Toledo. 

Dla swej działalności uzyskał Leander nazwę apostoła Gotów, a słuszność tej nazwy stwierdził nietylko wobec ludu ale i wobec króla i papieża, których wspierał radą i czynem we wszystkich trudniejszych, a nieraz bardzo zawiłych sprawach. Umarł w końcu dręczony kilku chorobami r. 596. 

 

Nauka

 

Nieraz pobożnym wiedzie się źle na świecie; natomiast grzesznicy zażywają szczęścia na ziemi i pomyślności; o prawdzie tej uczy doświadczenie. Stąd powstają skargi na nierówność losu, może czasem nawet skargi na niesprawiedliwość Bożą. A jednak te niesłuszne, bo zewnętrzne szczęście nie świadczy jeszcze o wewnętrznym spokoju, a troski życiowe snadnie pogodzić można z szczęściem duszy wypływającem z poczucia wypełnianych sumiennie obowiązków. 

Słusznie też mówi św.Jan Chryzostom: Nie łatwo znajdzie się człowiek, któryby był tak sprawiedliwy, że byłby wolny od wszelkiego, nawet najmniejszego grzechu. Trudno też znaleść człowieka tak pogrążonego w grzechach, że niczego dobrego nie możnaby mu przypisać. Bóg jest sprawiedliwym: zło nie ujdzie kary, a dobro doczeka się nagrody. Karze więc cnotliwych za przewinienia już na tym świecie, aby w wieczności tem większą dać im nagrodę. Nagradza złych już tutaj na ziemi doczesnem szczęściem za dobre, jakiego dopełnili, ponieważ w niebie grzechów nagradzać nie może. 

Czytamy też w ewangelii św.Łukasza (16,25) te słowa, jakie wyrzekł Abraham do bogacza: Synu, wspomnij, żeś odebrał dobra za żywota twego, a Łazarz także złe, a teraz on ma pociechę, a ty męki cierpisz. To znaczy: Ty, bogaczu, w życiu zażywałeś szczęścia, ponieważ czasem i dobry spełniłeś uczynek; Łazarz zaś cierpieć musiał w życiu za uchybienia, jakich się dopuścił. W wieczności jednak on odbiera nagrodę za swe cnoty, ty zaś karę za swe grzechy. 

Podobnie św.Leander znosić musiał prześladowania i cierpienia za uchybienia, których był winnym, kiedy i sprawiedliwy siedmkroć na dzień upada; musiał je znosić, aby utwierdzić się jeszcze więcej w cnotach a tem większe kiedyś Bogu na sądzie przedłożyć zasługi. 

Trzymaj się silnie jedności z Kościołem katolickim, bo wedle słów św.Leandra jeden jest Pan, bo Jezus Chrystus jeden posiada Kościól na świecie, Kościół katolicki. Kto więc inaczej uczy jak Jezus, inaczej jak Kościół, papież i biskupi, jest w błędzie; niszczy już na ziemi skarb prawdziwej wiary a w wieczności chwałę wiekuistą. 

 

Tego samego dnia.

 

Święty Julian i jego towarzysze, męczennicy. (Około r.251.)

 

W czasach okrutnego cesarza rzymskiego Decyusza żył w Aleksandryi starzec imieniem Julian; był schorzały, ale wszelkie dolegliwości znosił w cierpliwej pokorze Joba sprawiedliwego. Do cierpień ciała dołączyły się cierpienia ducha, kiedy wyszedł rozkaz cesarski, aby chrześcijanie ofiary składali bogom, w przeciwnym zaś razie gotowali się na najboleśniejsze kary. Aby nikt nie uchylił się od spełnienia rozkazu, chwytano wyznawców Chrystusowych na ulicach Aleksandryi i stawiano przed sędziami rzymskimi. 

Julian schorzały nie mógł o własnej sile opuścić swego mieszkania; kazał się więc zanieść przez dwóch chrześcijan służebnych przed oblicze sędziego rzymskiego. Aby ich do powolności nakłonić, przedłożono im najrozmaitsze narzędzia mąk i katuszy z groźbą, że bezwłocznie kary zapowiedziane zostaną wykonane, gdyby się chcieli opierać rozkazowi. Jeden z służebnych uległ rzeczywiście groźbom i złożył ofiarę bożkom. Ale drugi służebny imieniem Eumes Chronion nie osłabł w swej wytrwałości i wierności dla Chrystusa, podsycanej wzorem schorzałego starca Juliana; razem z panem swym bowiem oświadczył, że woli poddać się każdej karze i każdej męce niż zaprzeć się wiary i Zbawiciela. Wtedy rozkazał prefekt miasta obydwóch opornych chrześcijan wsadzić na dwa wielbłądy, oprowadzać ich po mieście na pośmiewisko, a wśród oprawadzania batożyć ich rózgami i kijami. Roznamiętniony lud pogański Aleksandryi brał udział w spełnianiu tej kary, bo obrzucał wyznawców Chrystusowych najgorszemi wyzwiskami i cieszył się nad cierpieniami, jakich był świadkiem. Wielkość katuszy zadawanych wzruszyło rzymskiego żołnierza imieniem Beza; chciał obronić Juliana i Chroniona od dalszej napastliwości motłochu aleksandryjskiego, ale lud rozjuszony usunął go, skrępował i wyroku się nad nim domagał; przyznał się żołnierz litościwy do wiary Jezusa, a za swe miłosierdzie i za gorącość miłości chrześcijańskiej musiał niezwłocznie śmierć ponieść przez miecz katowski. 

Pośmiewisko publiczne zakończyło się powtórnem stawieniem Juliana i Chroniona przed sędziami rzymskimi. Tak byli zbici, że ledwie podobni byli do ludzi, a jednak wytrwali. Kiedy bowiem im jeszcze raz do wyboru stawiono śmierć albo ofiary pogańskie, odpowiedział Julian: Wolimy pozostać wierni Zbawicielowi i z miłości do Niego śmierć ponieść, bo sam umarł dla naszego zbawienia; śmiercią zyskamy żywot wieczny. Na taką niespodziewaną w ostatniej chwili mężną odpowiedź wrzucono z rozkazu sędziego obydwóch wyznawców Chrystusowych w przygotowane ognisko. Wśród gorących modlitw ponieśli śmierć w płomieniach dla Jezusa r. 251. 

 

Inni święci z dnia 27. lutego:

 

ŚŚw. Aleksander, Abundyusz, Antigonus, Fortunat, męczennicy. - Św. Baldomer, ślusarz, potem subdyakon. - Św. Bazyli i św. Prokop, zakonnicy. - Św. Chryzogonus, wyznawca. - Św. Elżbieta, zakonnica. - Św. Gelazy, aktor, potem męczennik. - Św. Honoryna, dziewica i męczenniczka. - Św. Onezyma, dziewica. - Św. Poncyana, męczenniczka. - Św. Stefan, dworzanin cesarski. 

 

Dnia 28. lutego

 

Święty Roman, opat. (Około r. 460)

 

Przy końcu czwartego wieku urodził się św. Roman w Burgundyi; pobożni i cnotliwi rodzice dali mu wychowanie prawdziwie chrześcijańskie, bo od lat dziecięcych wpajali weń bojaźń i miłość Boga. Największą radością Romana jako małego chłopca były uczynki dobre, pełnione na gorliwej służbie Bożej; chlubą tej służby była zaś nieskażona niczem niewinność duszy i ciała. Pełen pragnienia coraz większej doskonałości udał się w dojrzalszym wieku do Lyonu, aby oddać się pod kierownictwo świętego opata Sabina. Nauki mistrza duchowego padały na żyzną ziemię i obfity wydawały owoc w postępach Romana; otoczenie też całe wpływało na ustrój duszy i usposobienie jego, bo klasztor zbudowany był na miejscu, kędy śmierć ponieśli kiedyś męczennicy lyońscy za wiarę Chrystusową. 

Kiedy czuł się dostatecznie utwierdzonym w cnotach, aby mógł samodzielne życie prowadzić poświęcone Jezusowi, opuścił Roman klasztor, w którym przebywał i ruszył do lasów gór Jurajskich, które były granicą wowczas pomiędzy Burgundyą i Szwajcaryą. W lasach tych wyszukał sobie ustronie, gdzie postanowił żyć Bogu bez rozproszeń, Jakie powodowaćby mogła bliskość ludzi. Dolina Condat zdawała się najlepiej odpowiadać temu celowi, bo napotkał tam i kawałek ornej ziemi i źródło wody i drzew kilka z dzikimi owocami. Tutaj więc przebył Roman lat kilka, zajęty pracą ręczną, modlitwą, rozmyślaniem, czytaniem ksiąg, które był z sobą zabrał. 

Przerwą w odosobnionem życiu Romana było przybycie brata jego Lupycyna. Był on wprawdzie starszym i żonatym; ale w małżeństwie zachował czystość dziewiczą, a przybył do Romana, aby za zgodą żony u niego pozostać i wyłącznie się poświęcić Bogu. Wzajemny wzór był najlepszą podnietą dla braci pustelników, aby w każdej cnocie jak najsumienniej się ćwiczyć. 

Życie ich doskonałe nie pozostało wolne od zasadzek i pokus złego ducha. Przy największym zatopieniu w modlitwach czy to ustnych i myślnych byli narażani na rozproszenia i przeszkody, wywołane zawiścią księcia tego świata do Jezusa i wiernych sług Jego. Pewnego razu postanowili opuścić dotychczasowe miejsce i wyszukać sobie spokojniejsze ustronie; opuścili więc swe domki, ale zaskoczeni nocą błądzili tak długo aż przybyli do chaty ubogiej jakiejś wdowy, która im udzieliła przytułku. Opowiedzieli jej też przyczyny, dla których nowego szukali miejsca pobytu. Wdowa owa radziła im usilnie, aby nie ustępowali w niczem przeszkodom stawianym, aby więc wrócili do swych chat i tam w ufności na pomoc Bożą mężnie zwalczali wszelkie zasadzki i pokusy. Bracia posłuchali dobrej rady; wrócili, skąd przyszli, a z czasem modlitwą, skupieniem, ufnością w Boga rzeczywiście zwalczyli złego ducha i zmusili go do milczenia w zupełnej niemocy wobec siły nadprzyrodzonych łask. 

Rozgłos cnót pustelników rozchodził się po wszystkie strony, a potężniał cudami, jakie bracia na chwałę Bożą działali. Rozgłos ten przyciągał coraz więcej uczniów, którzy ożywieni byli pragnieniem doskonałości chrześcijańskiej. Dla tych to uczniów zbudował Roman nasamprzód klasztor w dolinie Condat, a kiedy okazał się wkrótce za małym, zbudował drugi w Leuconne w oddaleniu mniej więcej jednej dodziny. Dla dziewic zaś, które pragnęły żyć pod kierownictwem świętych braci, powstał klasztor w innej stronie, bo w dolinie La Beaume. 

Rządy nad klasztorami prowadzili bracia wspólnie; pomimo to nigdy najmniejszego w ich rozkazach nie było przeciwieństwa, chociaż Roman więcej był łagodnym, a Lucypyn skłaniał się więcej do surowości. Powoli wszakże rozdział rządów tak się dokonał, że Roman zamieszkał w klasztorze Condat, Lucypyn w Leuconne, a siostra ich była przełożoną żeńskiego klasztoru w La Beaume. Jak bardzo przestrzegano sumiennego wypełniania przepisów klasztornych wykazało się w czasie, kiedy zasobami kilku majętniejszych osób zakonnicy klasztoru Condat odstąpili od dotychczasowego sposobu pożywienia, a starali się wprowadzić potrawy smaczniejsze. Lupycyn zapobiegł takiemu rozprzężeniu samowolnemu, zakazał wogóle używania mięsa, pozwolił zaś używania nabiału t. j. mleka i jaj na przypadek choroby; sam zaś świecił przykładem współbraciom zakonnym przez surowe posty, umartwienie, jak i najprostsze szaty. 

Podobnie i Roman był wzorem dla wszystkich; stąd też zawezwał go do siebie św. Hilary, biskup z Arles, około r. 444, wyświęcił go na kapłana, aby ofiarami Mszy św. przyczyniał się jeszcze więcej do podniesienia ducha pobożności w klasztorze. 

Kiedy Roman razu pewnego ruszył w towarzystwie Paladyusza do Aganum, aby zwiedzić grób św. Maurycego i wezwać jego możnej u Boga przyczyny, musiał schronić się do pewnej pieczary górskiej, bo noc zapadła, a daleką była droga do najbliższej miejscowości. Pieczara ta służyła za mieszkanie dwu trędowatym; nie było ich tam przypadkowo, bo byli wyszli na zbieranie drzewa. Wracając nie mało się zdziwili, gdy w pieczarze swej ujrzeli dwóch obcych mężów, a zdumienie zamieniło się w przestrach i obawę, gdy jeden z nieznanych przybyszów zbliżył się do nich i serdecznie ich ucałował. Ale obawa miała wkrótce ustąpić niezmiernej radości. Nad ranem bowiem dnia następnego Roman uczynił przy pożegnaniu znak krzyża św. nad nieszczęśliwymi, a w tej samej chwili zniknął z nich trąd. 

Wkrótce po powrocie do klasztoru rozchorował się św. Roman; oczyścił swe sumienie szczerę spowiedzią, przyjął sakramenta św. i oddał ducha Bogu około r. 460. Około 20 lat później umarł Lupycyn, którego pamięć Kościół obchodzi 21. marca. 

 

Nauka

 

Św. Roman od lat dziecięcych oddawał się modlitwie z pobożnością i uwagą, bo był posłuszny odbieranym naukom i żył wedle woli Zbawiciela. Ucz się od św.Romana prawdziwej modlitwy. Bo modlitwa jest niezbędnym i pożytecznym środkiem, aby od Boga wyprośić sobie łaski potrzebne duszy i ciału. Sam Zbawiciel zachęca nas do modlitwy i przykładem i napomnieniem: Proście, a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a będzie wam otworzone (Mat.7,7). Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam: Jeśli o co prosić będziecie Ojca w imię moje, da wam (Jan.16,23). 

Módl się wszakże w odpowiedni sposób: W chwilach modlitwy, powiada św.Anzelm, człowiek mówi z Bogiem. Dlatego powinien rozważać, z jaką pokorą i uwagą należy mówić z najwyższym sędzią, z jaką serdecznością z najlepszym, przyjacielem. 

I święci mieli swoje niedoskonałości, ale żałowali ich szczerze, szczerze ich się spowiadali i za nie pokutowali przez pamięć na nieubłaganą śmierć. I św. Roman przed śmiercią przyjął sakrament pokuty św.. Ale ponieważ całe życie żył w bojaźni Bożej i nie odkładał wyznania grzechów na niepewny czas śmierci, nie uchylał się od pokuty, dlatego w chwili zgonu pełen był wesela i pałen nadziei żywota wiecznego. Niebezpieczną jest rzeczą spowiedź i pokuty odkładać na później, może na lata całe. Nieraz będzie już za późno, kiedy niespodziewanie nas zaskoczy smierć. Cóż wtenczas? Dlatego dobra spowiedź jest konieczną, a spowiedź generalna dla tych niezbędną, co lekkomyślnie żyli i lekkomyślnie się spowiadali. 

Duch św. przestrzega (Eklezyastyk 5,8-9). nie omieszkaj nawrócić się do Pana, a nie odkładaj odednia do dnia. Nagle bowiem przyjdzie gniew jego, a czas pomsty zagubi cię. 

 

Inni święci z dnia 28. lutego:

 

Św. Awelina. - ŚŚw. Makary, Rufin, Justus, Teofil, męczennicy. - ŚŚw. Nymfus i Eubulus, uczniowie św. Pawła. - Św. Proteriusz, patryarcha. - Św. Rufina, dziewica. - Św. Windemnialis, biskup z Werony. 

 

Dnia 29. lutego

 

Święty Oswald, arcybiskup Yorku. (Około r. 992)

 

Z znamienitych rodziców urodził się św. Oswald; jego stryj Odon był arcybiskupem w Canterbury, drugi stryj Oskitell najprzód biskupem w Worcester, później arcybiskupem Yorku. Wśród otoczenia przejętego duchem pobożności wychowywał się mały Oswald w prawdziwej bojaźni Bożej; stał przedewszystkiem pod wpływem swego stryja Odona, który sam jaśniał przykładem świątobliwości. 

Przyswoiwszy sobie cały zasób świeckiej i teologicznej wiedzy Oswald z woli swego stryja pomimo stosunkowo młodego wieku objął kanonikat w Winchester, aby najsumienniej zachowywać przepisy wspólnego życia, jakie było wówczas warunkiem każdej kapituły. Wkrótce postąpił w godności, bo został dziekanem, a jako taki miał prawo i obowiązek dozorowania życia wszystkich kanoników. Zrażony ich nieposłuszeństwem, a przejęty pragnieniem większej doskonałości, zrzekł się swego stanowiska i udał się do Francyi do opactwa Fleury; wybrał sobie właśnie ten klasztor, bo i stryj jego Odon w nim kiedyś przebywał i suknię zakonną był przyjął. Ten sam cel przyświecał i Oswaldowi. Przyjąwszy zatem suknię zakonną, tak gorliwie oddał się ćwiczeniom cnoty, że wkrótce ten, który chciał być uczniem, był mistrzem wszystkich. Aby mógł tem swobodniej oddawać się umartwieniom i religijnym praktykom, opat klasztoru przeznaczył mu odosobnioną celę, w której pełnił wszystkie swe obowiązki sobie dobrowolnie nałożone. 

Jeśli ludzie nie mieli mu przeszkadzać w skupieniu ducha, to dążył szatan zabiegami, aby przez rozproszenia i fałszywe objawienia Oswalda na fałszywe uwieść drogi. Powiadają, że szatan przez głosy zwierzęce często przeszkadzał w modlitwach pobożnego zakonnika, że nawet raz ukazał się w postaci świetlanego anioła; Oswald przecież przejrzał i poznał przyczynę wszystkich tych pokus i zdołał je zwalczyć bądź to znakiem krzyża św. bądź to tem większem skupieniem ducha. 

Przeczuwając bliskość śmierci, zawezwał Odon bratanka do siebie; z wielkim żalem zakonników opuścił Oswald opactwo Fleury, aby wrócić do Anglii; nim przybył do Cantenbury, Odon już rozstał się z światem. Wtedy to drugi stryj Oswalda, biskup z Worcester, imieniem Osketell, posunięty został na godność arcybiskupa Yorku, a sam Oswald mianowany został r. 959 za poleceniem św.Dunstana przez króla Edgara biskupem na stolicy Worcester; sam bowiem św.Dunstan z biskupstwa w Worcester przeniósł się na arcybiskupstwo w Caterbury. 

Jednym z pierwszych dzieł nowego biskupa w Worcester było założenie męskiego klasztoru w Westburry; wzorowem życiem zakonników chciał podnieść ducha pobożności w swej dyecezyi. Że Bogu przyjemne było to dzieło, dowodzi założenie drugiego klasztoru w Ramsey, jakiego się domagał książe Alwin na podstawie cudownego objawienia. Oswald nie opierał się życzeniu księcia; w pięciu latach stanął olbrzymi klasztor, wyposażony hojnie przez księcia, wykończony r. 974; jako pierwszego opata mianował Oswald pobożnego Ednota. Stosownie do widzenia, jakie spowodowało księcia do fundacyi, klasztor oddany został pod opiekę Najśw. Maryi Panny, św. Benedykta oraz wszystkich świętych dziewic. 

W ogóle działalność Oswalda z szczególniejszą gorliwością dążyła do praktycznego przeprowadzenia przepisów kościelnych odnoszących się do życia duchowieństwa świeckiego i zakonnego. Kiedy arcybiskup Dunstan odbył synod powszechny, a na nim przycisk położył na czystość życia duchownych, św.Oswald jako wykonawca rozporządzeń, widział się zmuszonym z siedmiu klasztorów usunąć rozwiązłych, a nowych przyjąć zakonników oraz opatów. Oprócz tego nowe zakładał klasztory, budował kościoły, urządzał na nowo dawniejsze. 

Zajęcie to na dobro owieczek i na chwałę Bożą nie przeszkadzało mu w osobistych ćwiczeniach cnoty. Świętość Oswalda ogólnie była znaną; powiadają nawet, że jeden z zakonników zmarły do życia na to tylko miał wrócić, aby dać świadectwo o świętości swego mistrza i o skarbie zasług, jakie Oswald przed obliczem posiadł Boga. Świętość ta pozwoliła mu zwalczyć przeszkody, które stawiał zły duch przy budowie kościoła na cześć Matki Bożej. 

Kiedy umarł arcybiskup Yorku z woli św. Dunstana w Canerbury i króla Edgara objął Oswald opróżnioną stolicę, zatrzymując i biskupstwo w Worcester, aby dozorować dalej swe dzieła tam dokonane. Z czasu tego różne Oswalda przekazały się cuda. Mocą znaku krzyża św. wybawił zakonników od śmierci na wzburzonych falach wody; zakonnika zmarłego, a obarczonego w chwili śmierci małemi przewinieniami wybawił postami, modlitwami swymi i innych duchownych od cierpień czyścowych. Objawienie zapowiedziało wieczną szczęśliwość zmarłego właśnie przez wzgląd na dobre uczynki i zasługi tych, co za duszę jego wstawiali się u Boga. Opatrzność Boża sprawiła, że Oswald wśród wizytacyi podjętej w dyecezyach odnalazł zapomniane ciała św. Wilfryda i 5 opatów; kazał je uroczyście znowu na godnym pochować miejscu. 

Nieustannie też zwalczał Oswald wszelkie nadużycia w dziedzinie życia kościelnego; jako najlepszy środek na usunięcie ich zalecał tak osobiste przez cnoty uświęcenie jak i przez nauki wykształcenie. Sam świecił pod tym względem najlepszym przykładem; najszczęśliwszym się czuł, kiedy z trudów biskupich rządów mógł daleko od świata odetchnąć w klasztorze w Worcester i tam w spokoju i skupieniu pełnić służbę Bożą. Aby się utwierdzić w pokusie i miłości bliźniego, sadzał u swego stołu dwunastu ubogich, którym stopy umywał i potrawy podawał. 

Pewnego razu wychodząc z modlitwy spojrzał ku niebu i w tej chwili jasno poznał, że czas pożegnać się ze światem, bo ani jutrzejszego nie miał już przeżyć dnia. Zwołał braci zakonnych, uwiadomił ich o bliskiej swej śmierci. Przyjął sakramenta św., a pomimo wzmagającej się słabości nie mógł sobie odmówić udziału w nocnych modlitwach i pieniach zakonników. Rano jeszcze dopełnił zwykłych posług wobec ubogich, rozpoczął odmawiać 15 zwykłych swych psalmów a przy ostatnich słowach: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi św. oddał duszę Bogu r. 992. 

 

Nauka

 

Jaśnieje św. Oswald tak rozmaitemi cnotami jak przedewszystkiem pokorą, bo poznał niemoc i nicość własną, a wszechmoc Bożą. Sam sobie niczego nie przypisywał, ale wszystko odnosił do łaski Bożej; wiedział, jak słabym jest człowiek, na jakie pokusy wystawiony, jak bardzo skłonny do złego; poznawał, że jedynie łaską Bożą został tem, czem był, prawdziwym sługą Bożym. 

Każdy z nas do pokory zobowiązany; pomimo zdolności, dobrych przymiotów, cnót niczego własnym nie mamy przypisywać siłom, nie mamy siebie przeceniać ani siebie wynosić nad drugich, bo wszystko to, co posiadamy i czynimy, jest tylko objawem woli i łaski Boga. Stąd też w swych uczynkach nie powinniśmy chwały własnej szukać dla jakiejś próżności lub zaspokojenia pychy, ale tylko chwały Bożej; nie powinniśmy sobie zbytnio ufać, ale powinniśmy sobie niedowierzać, mianowicie w chwilach pokus i sposobności do nich. Bo chociaż wiesz co masz czynić, nie wiesz przecież, co uczynisz w pokusie. 

Są trzy stopnie pokory: na pierwszym sami sobą gardzimy jako istotami niemocy i nicości - stopień ten dla każdego obowiązkiem; drugi stopień pokory chętnie przyjmuje pogardę doznaną, upokorzenia przez innych; trzeci stopień szuka wprost takiego upokorzenia i cieszy się z niego dla miłości Boga. Dwa te ostatnie stopnie nie są ściśle obowiązkiem, bo już są oznaką życia wysokiej doskonałości, do jekiej bywają powołane dusze wybrane. 

W każdym razie pokora należy do istoty nauki Chrystusowej, a św. Augustyn kładzie ją na pierwszym miejscu jako cnotę, która obejmuje całą treść religii chrześcijańskiej. Do pokory też można sprowadzić wszystkie cnoty, bo wszystko niejako objawem pokory: modlitwa i pobożność pokorą przed majestatem Boga; wiara jest pokorą rozumu, posłuszeństwo pokorą woli, czystość pokorą ciała jak pycha nieczystością ducha, pokuta pokorą wszystkich namiętności ludzkich. 

Ćwicz się w pokorze, bo kto się poniży, będzie wywyższon; oddawaj Bogu, co Bożego, bo bezemnie, mówi Jezus, nic uczynić nie możecie. Pokora jest jakby naczyniem, którem czerpiemy źródło wody łask Bożych. Jak naczynie, powiada św. Cezary Arletański, się nie napełni, jeśli je nie pochylisz do źródła, tak i dusza ludzka nie napełni się łaską, jeśli jej przez pokorę nie uniżysz do nicości wobec wszechmocy Boga, a dawcy wszelakich łask. 

 

Inni święci z dnia 29. lutego:

 

Na dzień 29. lutego przypada jeszcze pamiątka św. Sewera, biskupa z Awranches.

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Styczeń
Luty
Marzec
Kwiecień
Maj
Czerwiec
Lipiec
Sierpień
Wrzesień
Październik
Listopad
Grudzień

Projekt okładki: Juliusz Susak 

 

Na okładce: Albrecht Dürer (1471–1528), All Saints, Adoration of the Trinity (Landauer Altar) (1511), Kunsthistorisches Museum, Wien

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Albrecht_Dürer_-_Adoration_of_the_Trinity_(Landauer_Altar)_-_Google_Art_Project.jpg
(This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

 

Wydanie na podstawie edycji poznańskiej z 1908 roku. Zachowano oryginalną pisownię

 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

 

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl 

http://www.armoryka.pl/ 

 

ISBN 978-83-7950-264-6

 

 

ŻYWOTY ŚWIĘTYCH PAŃSKICH

 

 

Na podstawie kalendarza kościelnego
z uwzględnieniem dzieła ks. Piotra Skargi T.J.
oraz innych opracowań i źródeł
na wszystkie dni całego roku ułożył:
Ks. Władysław Hozakowski

 

 

Armoryka

 

Sandomierz

zywoty-swietych-hozakowskiego